„Małgorzata Szejnert stała nade mną z batem”, rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską

Do czego były jej potrzebne pudła w trakcie pisania ? Czy często sądzi, że napisała gniota? Kiedy poczuła świeżą krew i dlaczego temat Beksińskich uznała za warty książki? No i dlaczego pisanie jest koszmarem? O tym wszystkim Sylwia Chutnik rozmawia z Magdaleną Grzebałkowską, dziennikarką, reportażystką oraz autorką książek. 

Zacznijmy od tożsamości. Dziennikarka czy reportażystka?

Jedna i druga. Zajmuję się w życiu tym, co lubię. Zawsze chciałam być dziennikarką. Wydawało mi się to nierealne. A jednak. Mam szczęście w życiu, że pracowałam we wspaniałych redakcjach: Dużym Formacie Gazety Wyborczej. Moje książki to są właściwie reportaże i biografie w jednym. Nie napisałam reportażu o ks. Twardowskim, tylko książkę reporterską o nim. Wolę nie mówić, że jestem biografką, bo do końca nie umiem powiedzieć, co to znaczy biograf. Reporterka to pisze reportaże, proste. A biograf? Opracowuje postać bardziej naukowo? Poza tym lepiej określić moje książki biografiami, bo łatwiej je umieścić w odpowiednim dziale księgarni.

Z tym bywa czasem problem.

Na przykład książka Szymona Hołowni „Tabletka z krzyżykiem” stała kiedyś w dziale „zdrowie”.

Moja powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” stała w dziale przyroda. Wróćmy do pisania – zawsze mi się wydaje, że jako reporterzy trzymacie się razem. Jak kolektyw.

Może to kwestia sposobu pracy, jak w redakcjach, z których większość nas pochodzi. Kiedy pracowałam w Dużym Formacie to pełniłam funkcję reporterki z północy. Wtedy nie było dostępu do Internetu i komórek, więc praca polegała na tym, że była Warszawa oraz cztery jednostki na różnych końcach kraju. Ja byłam reporterką na północy, zresztą odziedziczyłam to stanowisko po Cezarym Łazarewiczu. Po jakimś czasie końcówki polikwidowano, a ja zostałam do samego końca, bo nie widziałam sensu przenosić się do Warszawy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, bo można już było wysyłać teksty mailem. I przyznam, że strasznie mi brakowało tego fermentu redakcyjnego. Bo uwielbiam te wszystkie rozmowy, wymienianie się pomysłami. Czułam wręcz, że jestem trochę pokrzywdzona siedząc na osobności. Bo na miejscu to jest tak, że kierownik działu wychodzi ze swojego pokoiku, który jest obok i mówi: „Mam świetny temat, chcesz?” A ja byłam w Sopocie sama. Masz rację, że trzymamy się jako środowisko blisko. Bardzo się przyjaźnimy, lubimy. Jesteśmy podobnie ukształtowani w myśleniu o reportażu. Mam nadzieję, że nie jest jednak tak, że kiedy czytasz nasze książki to wszystkie są na jedną nutę?

A skąd! Myślę, że reportaż w Polsce jest na tyle zindywidualizowany, że łatwo odróżnić styl poszczególnych autorek i autorów. Jak to jest współpracować się z takimi nazwiskami jak Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł czy Hanna Krall? To inspiracja, czy raczej duszenie się w panteonie?

To jest najlepsze, co mogłoby cię spotkać. To jest tak, jakbym była matematykiem czy fizykiem, a spotkała Einsteina. Lepiej nie mogłam trafić. Poza tym oni nie krzyczą, są cudowni.

Na pewno? To są przecież silne osobowości.

Moją prawdziwą szefową, która mnie ukształtowała, była Małgorzata Szejnert. Małgosia stała nad nami z batem. Teraz takich ludzi już nie ma. To był kontakt uczeń – mistrz. Coś co jest potrzebne, bo w reportażu, aktorstwie czy szyciu butów trzeba mieć mistrza. Praca wyglądała tak: najpierw wybierało się materiał i wysyłało do Małgosi. Numerowało się każdy gotowy tekst. Pisałam na przykład o wróżkach, to nadawałam plikowi tytuł: „wróżki 1”. Małgosia poprawiała i pisała „wróżki 2”. Czasami dopiero jedenasty plik był dobry. To była praca, praca, wylane łzy.

Magdalena Grzebałkowska, Fot.Agnieszka Traczewska

Uczy pokory.

Tyle się wkłada emocji we „wróżkę 1”, że potem nie ma siły na „wróżkę trzy” albo „sto”. Ale bardzo się cieszę, że przeszłam taką drogę. Kiedyś mnie zauważono, przyjęto i potem wykształcono takimi właśnie metodami pracy.

Podpatrywałaś kolegów przy pracy?

Oczywiście zbadałam ich styl, uważałam, że genialnie piszą. Zanim usiadłam do reportażu, to się naczytałam. Jak się naczytam to ten styl sam wchodzi. Oczywiście czułam, że mam własny sposób na opisywanie rzeczywistości. Piszę szczegółowo. Z tekstów innych osób najbardziej odpowiada mi styl reportaży Jacka Hugo-Badera. Trochę łobuzerskie i to mi w nich najbardziej odpowiada. Nie staram się być Baderem, wiadomo, ale na początku człowiek się jednak trochę napatrzy. Ale potem, w moim przypadku po ponad dziesięciu latach coraz mniej czytałam innych. Trochę się wyrobiłam.

Pisałaś do gazety i nagle przyszedł pomysł na książkę?

Nie, nigdy nie marzyłam o książce. Moi koledzy redaktorzy już wtedy zaczynali pracować nad dłuższymi formami. Po prostu kryzys na rynku mediów spowodował, że trzeba było szukać innych ścieżek, żeby można było zostać w zawodzie, utrzymać siebie i rodzinę. Ale też człowiek ma zwykle jakąś ambicję, że chce napisać tę książkę. Ja takich ambicji nie miałam, po prostu uważałam, że mi to na pewno nie wyjdzie. Natomiast nigdy też nie marzyłam o wydaniu książki złożonej z reportaży. Bo to jest też tak, że autorzy po napisaniu sześciuset reportaży robią od razu kompilację. Wydawało mi się, że gdybym tak zrobiła u siebie, to byłaby zbyt duża różnorodność tematów. Powiem ci, że pisanie to jest w ogóle jakiś koszmar.

Pełna zgoda.

Oczywiście, cały czas piszę i chcę pisać coraz więcej. Kiedy pisałam biografię Jana Twardowskiego to mnie wykończyło. Ale pracowałam wtedy na pełnym etacie w Dużym Formacie, nawet nie mogłam im mówić, że to robię, bo w Wyborczej nie lubią, kiedy dziennikarze robią coś na zewnątrz. Robiłam to w sekrecie.

Nielegalne pisanie.

Wtedy też za dużo pracowałam. Robiłam reportaże, zbierałam materiały. W ciągu półtora roku pracy nad książką miałam sześć angin. Mój organizm próbował mi powiedzieć, że to jest jakieś szaleństwo. Potem książka została przyjęta bardzo dobrze. Pomyślałam sobie: wiem, że umiem napisać książkę, teraz wracam do reportażu, bo z czegoś trzeba żyć. Inaczej się nie da. Nie myślałam, że istnieje jakiś kolejny temat, że w ogóle miałabym coś nowego napisać. Ale wiadomo, jak już wydawnictwo ma cię w sieci, tego kolejnego rzemieślnika co oddaje na czas, to zaczyna nęcić tematami. Niektóre były fajne, łatwe. Ale ich nie chciałam, bo jak jest za łatwo to nie jest fajnie.

Jak jest trudno, to jest dobrze?

Tak. Odrzucałam kolejne tematy, ale przyszła kryska na Matyska, czyli Beksińscy. Zadzwonili któregoś razu i powiedzieli – co powiesz o Zdzisławie Beksińskim? I wtedy odezwała się we mnie hiena dziennikarska. Ona we mnie tkwi, wyłazi. Poczułam świeżą krew. Po latach pracy w Dużym Formacie to się po prostu to czuje, umiem ocenić dobry temat. Zadzwoniłam po poradę do Małgosi Szejnert, a ona na to, że świetny temat, fantastyczny. Jeden zamordowany, drugi popełnił samobójstwo. Po prostu świetnie. Bo jakby się chciało o nich osobno, to by się nie dało. Byli ze sobą splątani węzłem gordyjskim. Dopiero po tym, jak się zgodziłam o nich pisać, to odkryłam, że oni są z Sanoka i mieszkali tam do lat siedemdziesiątych. Z Sopotu jest bliżej do Sztokholmu niż do Sanoka! Ale to byłoby idiotyczne rezygnować tematu ze względu na odległość. Podpisałam więc umowę.

Pracowałaś na ogromie materiału archiwalnego. Klęska urodzaju.

Mnie w ogóle wychodzą grube książki, więc się tym nie przejmowałam. Ksiądz Twardowski był sam, ale on żył aż dziewięćdziesiąt lat, Beksińscy też byli grubaśni, ale to są dwie postaci, prowadziłam je równolegle. O księdzu nie miałam dużo materiałów. Czasami rwałam włosy z głowy, bo ludzie nie chcieli ze mną rozmawiać, bali się, że trafią do sądu. W przypadku Beksińskich miałam odwrotnie. Ich rodzina miała kompulsywną potrzebę zapisywania swojego życia. Głównie Zdzisław: pamiętniki, dzienniki, korespondencja. Miał przymus odpisywania na listy tego samego dnia, kiedy dostał korespondencję. Jego przyjaciel Tadeusz Nyczek powiedział kiedyś mi, że oni tak kochali listy od Beksińskiego, że pisali na przykład: „Cześć Zdzisiek jak się czujesz? Pozdrowienia z Krakowa”. A Zdzisiek odpisywał epistoły fantastycznie gombrowiczowskim stylem. Miał też taki zwyczaj, że nagrywał swoje życie domowe na magnetofony szpulowe. Miałam niebywale wybitny materiał. To było straszne – co odrzucić co wybrać.

Jak sobie z tym radziłaś?

Kupiłam sobie takie kartony w sklepie papierniczym i miałam jeden na każdą osobę. Potem miałam również instrukcję obsługi do tych kartonów, potem instrukcję do instrukcji. Jezu, tego było mnóstwo! A jeszcze kartki na szybie, notatki. Jakoś z tego wybrnęłam. Byłam przekonana, że piszę coś potwornie złego, że to będzie niedobra książka. W reportażu też tak zwykle miałam. Jak redaktor powiedział „to jest świetne”, to ja byłam zdziwiona. Jak mówił, że złe to triumfowałam: o, miałam rację. Pisząc o Beksińskich myślałam, że to jest słabe. Myślałam, również o tym, że jak nie napiszę to będę musiała oddać zaliczkę. Pomyślałam, że dokończę tekst, a jak im się nie spodoba, to nie wydadzą. Jeszcze skończyłam pracę przed czasem, bo już tak tej książki nienawidziłam. Oddałam z przekonaniem, że zadzwonią i powiedzą: „słuchaj to jest straszne”. Dopiero po dwóch, trzech latach zaczęłam uważać, że książka nie jest taka najgorsza. Tylu ludzi ją pochwaliło, że chyba uwierzyłam.

A jak to było z „1945”?

Lubię pisać reportaże historyczne, ale zwykle nie ma na nie zapotrzebowania. Liczą się tylko sprawy bieżące. Napisałam książkę o Beksińskich, wróciłam do Dużego Formatu i było mi słabo na myśl, że muszę coś napisać. Nie miałam siły, a musiałam wrócić do normalnej roboty. I wtedy przyjechał szef wydawnictwa Agora i zaproponował cykl reportaży o roku 1945. Zbliżała się rocznica zakończenia Drugiej Wojny Światowej. Rozmowa odbyła się w sierpniu 2013 roku. Byłam jak dziecko we mgle. Podchodziłam do tego naiwnie, że oto będę historyczką, mam przecież takie wykształcenie. Po pierwsze wydawało mi się, że uda mi się bardzo szybko to napisać. To była bzdura, bo przez pół roku nie mogłam znaleźć klucza do tego zagadnienia. Te tematy, które wybrałam to w ogóle nie wychodziły. Założyłam sobie, że muszę rozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają rok czterdziesty piąty, że to jest podstawa tej książki, bo za dziesięć lat nie pogadam już z tymi ludźmi. Trudno było do nich dotrzeć. Musiałam liczyć na pocztę pantoflową i szczęście.

Książka dostała nagrodę Nike Publiczności w 2016 roku. Uwierzyłaś, że umiesz pisać?

Chyba tak.

Czy mogę spytać o nowy tekst czy to drażliwy temat?

Właśnie oddałam wydawnictwu Znak książkę o Krzysztofie Komedzie. W czasie pracy nad nią wydawało mi się znowu, że mam zbyt mało materiału, ale finalnie wyszło nawet za dużo. Pisałam o moim bohaterze w kontekście jego środowiska i historii polskiego jazzu.

Jest już tytuł? „Komeda. Portret podwójny”?

Jeszcze go nie ma. Książka w czytaniu. A ja się oczywiście zamartwiam, że zaraz zadzwoni redaktor i powie „no, tym razem wyszedł ci gniot”.