„Słońce zachodzące za Tesco”, rozmowa z Michałem Witkowskim

O kradzieży mieszanki czekoladowej, Grażynie Torbickiej, telewizjach śniadaniowych, rozwydrzonych karlicach, ale przede wszystkim o swojej najnowszej powieści „Wymazane”, z Sylwią Chutnik rozmawia Michał Witkowski.

Piszesz ręcznie nawet na pudełkach od leków. Czy masz swoje zeszyty z notatkami czy raczej są to tylko pojedyncze zapiski?

Piszę wszędzie. Raz, że jak miałby zapisać inaczej, kiedy jestem na ulicy, jak nie ręcznie? Najczęściej na dwa zeszyciki i nawet kilka udało mi się potem opylić na Allegro.

Jak robią to inni pisarze – nie wiem. Ale na przykład Marek Krajewski wszystko ma w tablecie. A niby taki staroświecki!

Co było najpierw: pomysł na bohaterów czy miejscowość Wymazane?

Wszystko jest odwieczne. Bohaterowie i miejsce. Po prostu korzystałem z bardzo starych notatek i pomysłów przy tej powieści. Weszły tu na przykład fragmenty, które wyleciały z „Margot”. Wymazane poszło od owego samotnego bloku na nieużytku, po drugiej stronie rzeki, który wygląda jakby resztę świata ktoś wymazał i przez nieuwagę zostawił tylko sam blok. Z powodu rozlicznych wojen, nasze miasta – w tym Paryż Północy, czyli Warszawa, w której oboje mieszkamy – często tak wyglądają. W podobnym mieście mój brat pracował w „fabryce ryb” w Szkocji. Było tam tylko Tesco i gdzieniegdzie domki. Słońce zachodziło za Tesco i to był cały krajobraz.

A Warszawa w książce? Gdzie tam zachodzi słońce?

Eh, Warszawa… Jak od razu widać, jestem nostalgikiem i bardziej „literacka” wydaje mi się ta stara Warszawa z czasów Paramonowa, nie ta dzisiejsza, „gdzie zewsząd spogląda Lewandowski”. Dlatego mamy tu cały komplet: bazar Różyckiego, Spatif, łachy przy Wiśle.

Paramomow jest złym chłopcem, który zniewala kobiety-Czarne Mańki. A może to symbol odchodzącego świata, jak Alexis?

Przede wszystkim chciałem pokazać moją interpretację tej osoby. Kogoś, kto jak raz walnął w łeb, tak już zamieszkał w fantazmacie. To zamieszkiwanie w fantazmacie jest dla mnie zawsze najciekawsze. On żył mentalnie na dzikim zachodzie, był samotnym mścicielem, wszystko to oczywiście tylko mu się zdawało. Rabował w gieesach mieszankę czekoladową a wydawało mu się, że dolary.

Michał Witkowski, fot: Adrian Błachut

Współczesne rzezimieszki już nie takie barwne?

Nie znam współczesnych, ponieważ teraz się wszystko pozmieniało z powodu braku noszenia i ogólnie posiadania gotówki. Oraz spadku wartości gratów, jakie wynosiło się z mieszkania. Teraz co najwyżej jakieś białe kołnierzyki siedzą i hakują.

Porozmawiajmy o Alexis. Bardzo chciała miłości czy raczej poczucia kontynuacji swoich lewych biznesów?

Nie wiem, bo człowiek jest zagadką. Ja tę postać interpretuję tak, że kobieta ma wyrok, miesiąc życia i koniec. Nagle zauważa, że poza paroma tygodniami z Paramonowem nigdy nie żyła, zawsze tylko pracowała. I musi nagle przeżyć całe życie w miesiąc. I wyciąga rękę po Pięknego Damiana, bo „już i tak wszystko jedno”.

Też byś tak zrobił na jej miejscu?

Myślę, że zrobiłbym dokładnie to samo. W tym wypadku mogę powiedzieć jak Gustave Flaubert: „Madame Bovary to ja”.

A jak to jest z show bussinesem obecnym zarówno w Twojej powieści, jak i życiu?

Oczywiście śmieszą mnie i przerażają mechanizmy polskiego show biznesu, ale nie chciałbym być jego stańczykiem tylko dlatego, że nie mogę być Grażyną Torbicką i prowadzić sylwestra w TV. Albo śniadaniowy. Słowem – zająć się showbizem na poważnie.

Jak wiele prawdziwych sytuacji jest w książce? Myślę o tych nawiązaniach do sławnych i (trochę, ale jednak) bogatych?

W przeciwieństwie do „Fioletowego światła” (powieść ukazała się w self publishingu) w „Wymazanych” prawdziwych wątków jest niewiele. Obserwacje – te są zawsze prawdziwe. Oczywiście byłem na Malediwach i wiem, jak wyglądają. Ale to raczej moje refleksje niż fakty.

Za to opisana w powieści babcia jest prawdziwa. Moja przedziwna, cudowna babcia, która umarła w roku 1997, a więc dwadzieścia lat temu, nareszcie doczekała się literackiego pomnika! Jej opowiadania oczywiście zostały literacko upiększone i rozwinięte, ale punkt wyjścia jest prawdziwy. To ona uczyła mnie śpiewać i akompaniowała mi na fortepianie 

Codzienność w Twoich książkach to mikro obserwacje z pozycji okrucha na ceracie i rodzaju jesionki w autobusie. Zapisujesz je na bieżąco? Ile tu realiów jeden do jednego, a na ile zmyśleń?

W codzienności jest mnóstwo drobnych obserwacji, które poczyniamy, nawet o tym nie wiedząc, a nagle przy pisaniu wychodzi, że jednak, jednak. Nie trzeba tego więc zapisywać. Ale: zapisuję pojedyncze gagi, anegdoty, jakieś takie rzeczy w stylu „rozwydrzone karlice”. Wszystko może się kiedyś przydać do prozy!