Gdy kilkanaście dni temu Marek Migalski zamieścił wpis w swoich mediach społecznościowych, informujący o jego walce z rakiem jelita grubego, pierwsza myśl była taka: jak to, Migalski?
Dopiero po sekundzie przyszło otrzeźwienie, że nowotwory są bardzo demokratyczne, nie zwracają uwagi na status społeczny, stan konta, kolor skóry, plany. Długo zastanawiałem się, czy do Migalskiego napisać i zaproponować rozmowę. Dobra, nie zastanawiałem się wcale, bo od razu mi to przyszło do głowy. Pomyślicie, że jestem onkologicznym sępem liczącym lajki i kliki, ale bardzo mnie ciekawiło, co będzie miał do powiedzenia. Rozmawiamy więc o nowotworze, ale też, a może przede wszystkim o tym, że tylko literatura może nas uratować i dla niej też warto żyć.
Jedno jest pewne, historia Migalskiego sprawia, że wkrótce pobiegnę na kolonoskopię, do czego i Was zachęcam.