Tag: Andrzej Sapkowski

  • „Hobit, abo tam i nazŏd”, śląska wersja językowa dzieła Tolkiena już jest! Kolejny będzie Sapkowski?

    Co może być, a czego nie może na okładce? Kim są patroni śląskiego wydania językowego? Sporo pytań, trochę to trwało, ale w końcu jest! „Hobbit, czyli tam i z powrotem” w języku śląskim, po naszymu „Hobit, abo tam i nazŏd”. Książka jest już zamawiana przez kolekcjonerów z całego świata, w planach jest audiobook, a wiele wskazuje na to, że to nie ostatnie słowo, jeśli chodzi o tłumaczenie znanych dzieł literackich. Czy kolejnym pisarzem wziętym na językowy warsztat będzie Andrzej Sapkowski? Posłuchajcie rozmowy z Piotrem Długoszem z Silesia Progress. Za tłumaczenie książki Tolkiena odpowiada Grzegorz Kulik oraz Mirosław Syniawa. No i dlaczego w tytule jest tylko jedna litera B? Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych książki, co oznacza, że wkrótce będzie miał dla Was egzemplarze do zgarnięcia. 

     

  • Sapkowski wziął z góry, a my jesteśmy narodem prawników

    60 milionów złotych. Wezwanie do zapłaty. Andrzej Sapkowski. Jeden z najbardziej rozgrzewających sieć tematów ostatnich dni w dużej mierze opiera się na tym, co kiedyś powiedział sam pisarz. Szkoda tylko, że zamiast przyjrzeć się sprawie bliżej, większość stwierdziła, że nic mu się nie należy. I ja ich rozumiem, bo przecież tak samo jak komentujący, jestem prawnikiem.

    Nie wiem czy czytaliście przesłane do CD Projekt pismo od pełnomocnika Andrzeja Sapkowskiego, ale ja je czytałem. Jest napisane… źle. Nie brzmi też tak, jak ja wyobrażam sobie pisma przygotowane profesjonalnie. Najbardziej uderzające w tym piśmie nie jest jednak to, jakim językiem je napisano, ale sama treść. Ile widziałem nagłówków, gdzie napisano, że Sapkowski chce 60 milionów? Nawet tego nie zliczę. Ile widziałem tekstów, które chcą pisarza choć trochę obronić? Kilka. Nawet sam jeden poczyniłem, bo uważam, że nie znamy całej sytuacji, by wypowiadać się i atakować Sapkowskiego.

    Nie wychowałem się na Sadze o Wiedźminie, ale czytałem ją całą i dalej stoi na półce w tym „białym” wydaniu z Supernowa. Nie chce wypowiadać się o samy pisarzu i tym, jakim jest człowiekiem. Czytałem z nim wywiady, gdzie o graczach i samej grze od CD Projekt Red mówił w nienajlepszych słowach. Czy jest burakiem? Nie wiem i niewiele mnie to obchodzi. Obchodzi mnie to, że większości osób, które temat komentowały, widocznie znała treść umowy pomiędzy Sapkowskim, a spółką CD Projekt. W końcu musiały, bo przecież inaczej to nie miałoby sensu.

    www.unsplash.com/Chris Liverani

    Owszem, Sapkowski sam przyznawał, że wziął pieniądze z góry i mówi się, że było to 35 tysięcy złotych płatne w dwóch transzach. Patrząc na to, ile dziś warta jest spółka, która przygotowała grę, kwota jest śmiesznie niska. Tylko, że wtedy nie była. Sapkowski miał za sobą nieudane adaptacje filmowe oraz jedną grę, która nie ujrzała nigdy światła dziennego. Pisarz sprzedawał też licencję do czegoś, co może i było popularne, ale nie było zapewne warte więcej, niż wspomniane 35 tysięcy (co w tamtych czasach było bardzo dużą kwotą). I to o tej umowie wypowiadają się ciągle w komentarzach ludzie nazywający Sapkowskiego „cebulą”.

    Mało kto interesuje się tym, że wspomniana umowa dotyczył pierwszej części gry, a co więcej, była jeszcze aneksowana przed samą premierą tytułu, bo wydawca spóźnił się z wypuszczeniem produktu na rynek. Przynajmniej do takich informacji dotarłem, co specjalnie trudne nie było, bo temat poruszany był wielokrotnie. Szkoda tylko, że nikt o nim pamiętać nie chce, a widzi jedynie dwie kwoty. 35 tysięcy. 60 milionów.

    Komuś się jednak chciało pójść o krok dalej i zapytać u źródła. Strona Strefa Inwestorów dostała od CD Projekt odpowiedź na podstawowe pytanie. Czy pełnomocnik pisarza ma rację?

    Nie komentujemy wartości umów z Panem Andrzejem Sapkowskim w tym przytaczanej przez media pierwotnej umowy z 2002 roku. Spółka w latach 2002 – 2016 zawarła z Panem Sapkowskim szereg różnych umów”. (Karolina Gnaś – dyrektor ds. relacji inwestorskich CD PROJEKT).

    Jak widać, umów było więcej, a my nie wiemy, co w nich było. Wątpię, żeby pisarz zdecydował się na to, żeby nie zawrzeć w nich informacji o procencie od sprzedaży. Szczególnie w późniejszych latach, kiedy wiadomo było, jakim sukcesem jest Wiedźmin. Nie wiem jednak, jak to działa w przypadku gier i adaptacji, bo to zupełnie inna bajka, niż książki czy ich tłumaczenia. Czy pisarz może w pełni zaufać wydawcy?

    Powinien, choć w branży zdarzały się już przypadki, kiedy twórca wysyłał do swojego wydawcy rewidenta, bo „coś” mu się nie zgadzało w przesyłanych rozliczeniach. I cóż, znam przypadek, gdzie ów pisarz miał rację, ale jakoś nie przypominam sobie wtedy, by nazwano go „cebularzem”.

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Żeby było jasne – sukces gry to sukces CD Projekt i tysięcy ludzi, którzy na niego pracowali. Wiedźmin 3 był produkcją wybitną, stworzoną przez cały zespół i zapewne powstającą w wielkich bólach. Jednak czy spółka byłaby dziś tam gdzie jest, gdyby wypuścili produkt nie oparty na Sadze o Wiedźminie? Tego się nie dowiemy. Niezależnie od tego, jak Sapkowski wypowiada się na temat gier i ile smrodu sobie tym narobił, jego udziału w sukcesie produkcji odmówić się nie da.

    Nie wiem czy pisarzowi należy się jeszcze cokolwiek, bo nie wiem, jak wyglądały jego umowy, ani ile do tej pory naprawdę zarobił. Nie widziałem też rozliczeń. Sprawa skończy się pewnie ugodą, a Sapkowski dostanie jeszcze jakieś pieniądze, ale my nigdy nie dowiemy się jakie. Jestem za to pewny, że w przyszłości nikt nie będzie pamiętał o 35 tysiącach, ale o 60 milionach.

    Bartosz Szczygielski

  • Czym się żywią pasożyty, czyli list do Wydawców polskich

    Szanowni Wydawcy,

    Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was – może nawet, na co po cichu liczę, większości – problem poruszony w tym liście nie dotyczy. Ale, ponieważ praktyka, do której zamierzam się odnieść, nie jest nowa i kilka razy zepsuła już paru osobom krew, pozwolę sobie napisać otwarcie do Wszystkich. Może gdzieś kiedyś, w przyszłości, gdy pojawi się wywołana okolicznościami pokusa, treść tego listu zaświta w głowie? Bardzo bym chciał, by tak właśnie było.

    Otóż chodzi mi o to, drodzy Wydawcy, że czytelnik nie jest debilem. Znaczy – owszem, zdarzają się wyjątki, jak w każdej grupie, ale przeciętnego czy też, chciałoby się zażartować, statystycznego odbiorcy literatury nie można określić tym mianem ani w znaczeniu medycznym, ani potocznym.

    To oczywiście nie znaczy, że nie jest podatny na sztuczki, manipulacje i triki. Wszyscy dajemy się na nie łapać, zwłaszcza dzisiaj, gdy tempo naszego życia dostrzegalnie przyspieszyło, a mnogość informacji bombardujących nas codziennie stała się przytłaczająca. Szybko, w biegu zauważamy coś, wydaje nam się, fajnego, łapiemy pod wpływem impulsu i dopiero po czasie orientujemy się, że ktoś nas kiwnął. Niby na legalu, nie ma tu żadnego przestępstwa. Ale przyzwoitość leży w kącie i kwili.

    Naprawdę rozumiem potrzeby rynku, rozumiem zasady marketingu, miałem dość długi epizod pracy w branży i jako publikujący autor też nieustannie szukam sposobów na zainteresowanie czytelnika. Uważam jednak, że pierwszą zasadą, jaka powinna dominować jest: hej, jesteśmy fair wobec odbiorcy. Jasne, trochę kusić musimy, ale jednak bez przesady, są granice.

    Pozwólcie, drodzy Wydawcy, że pokażę to na przykładzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście facetem i podoba się Wam dziewczyna (możecie w dowolnej konfiguracji, mnie po prostu tak będzie łatwiej pisać). Chcecie ją poderwać i zaczynacie w tym temacie działać. Uważam, że absolutnie dopuszczalną zagrywką jest zadbanie o oprawę. Jakiś stylista, barber może, wizyta w sklepie odzieżowym, wylanie na siebie flakonu perfum. Wszystko gra, kiedy, podnosząc swoją atrakcyjność, zadbasz o jakieś gadżety – kwiaty, butelkę wina, bilety do kina – czy dobre miejsce i okoliczności zawarcia znajomości. Innym popularnym trikiem, bywa, że trochę bardziej z szarej strefy, ale niech będzie, jest namówienie kogoś, kogo dziewczyna ceni, by szepnął za tobą słówko. Jeśli mówi szczerze, w oparciu o swoją wiedzę, jest super. Jeśli tylko dlatego, że obiecałeś mu piwo, idzie to na jego sumienie. Nadal jednak, uważam, jest to do przyjęcia.

    Tym, co do przyjęcia nie jest, byłoby wykorzystywanie faktu, że dziewczyna jest szaleńczo zakochana w filmowej gwieździe, do której jesteś troszkę podobny, rzeczona dziewczyna troszkę wstawiona i jeszcze przebywacie w pomieszczeniu, w którym złe światło działa na twoją korzyść. Już skorzystanie z okazji, nie wyprowadzając jej z błędu, jest paskudne. Ale zaplanowanie tego i zrobienie stosownego make-upu, byleby się tylko pomyliła i zorientowała po czasie, to już skrajna chujoza.

    Ufam, że zgadzamy się co do przykładu i jego oceny. A skoro tak, przenieśmy to na rynek książkowy.

    Nie tak dawno wydawnictwo SuperNova, znane w latach dziewięćdziesiątych z wydawania większości rodzimej fantastyki, dziś skupione na odcinaniu kuponów od zamieszania wokół Wiedźmina i Andrzeja Sapkowskiego, postanowiło wydać zbiór opowiadań konkursowych napisanych przez czytelników „Nowej Fantastyki” z okazji „urodzin” Wiedźmina. Konkurs zyskał przychylność samego autora, który podobno uczestniczył w wybieraniu tekstów. Zwycięskie opowiadania opublikowano w piśmie, a do tego zdecydowano, że antologia pojawi się również w wersji książkowej.

    Podkreślę kluczowe słowo: antologia. Tu rozumiana jako zbiór tekstów różnych autorów, ze wskazanym tematem i zbiorczym tytułem. Pisałem do kilku takich antologii, widziałem ich jeszcze więcej, nawet takich dedykowanych konkretnemu autorowi (weźmy za przykład wydane w Polsce „Jest legendą…” poświęcone Richardowi Mathesonowi) i nieomal zawsze na okładce umieszcza się nazwiska autorów poszczególnych tekstów, choćby mniejszymi literami. Ale nie tu. Tutaj czytelnik, natrafiając na tę książkę, musi uważać, by zauważyć słowo przedstawia umieszczone pod wielkim ANDRZEJ SAPKOWSKI. Pod spodem jest równie wielki tytuł „WIEDŹMIN: SZPONY I KŁY”. Wszystko zaprojektowane jest tak, by przeciętny odbiorca, zauważając książkę w Empiku czy kiosku, uznał, że to nowa powieść lub zbiór opowiadań jednego autora.

    I tutaj ktoś z Was, Szanowni Wydawcy, powie: No, trzeba było uważać. Zanim to jednak zrobicie, pozwólcie, że przypomnę że w polskim popie już tych słów użyto. Wypowiada je kasiarz Kwinto, rozbrajając bankowy alarm w filmie „VaBank”. Nie wiem, czy chcecie być przyrównani do człowieka, który rżnie innych na kasę.

    Idźmy dalej. Robert Ziębiński, dziennikarz, pisarz, obecnie naczelny polskiej edycji „Playboya” opublikował swego czasu książkę zatytułowaną „Stephen King. Sprzedawca strachu”, ciekawą, choć trochę nierówną publikację na temat ekranizacji powieści Stephena Kinga, która jednak przeszła bez większego echa.

    Zapytacie pewnie, skąd zdziwienie, skoro podobne prace generalnie nie są chodliwe? Otóż stąd, wydawcy – o ile wiem, w porozumieniu z autorem – wpadli na dość przewrotny pomysł promocji i zabawy okładką i tekstami na niej. Pierwsze wrażenie, gdy na nią spojrzymy, jest jednoznaczne: oto nowa książka Stephena Kinga, zatytułowana „Sprzedawca strachu”. W pierwszym wydaniu – nie wiem, czy były kolejne – Wydawnictwo Replika poszło w tej zabawie tak daleko, że… nazwiska Ziębińskiego w ogóle na pierwszej stronie okładkowej nie ma! Trzeba je było specjalnie doklejać w postaci specjalnej nalepki!

    Przy tej zagrywce przyczynek do napisania tego felietonu wydaje się niewinnym wykorzystaniem nadarzającej się okazji. Chodzi mianowicie o książkę „Dziecięce zabawy” autorstwa Tomasza Mroza wydaną przez śląskie wydawnictwo Videograf.

    Ktoś może powiedzieć: ale czego się człowieku czepiasz? Ma chłopak na nazwisko Mróz, to jakiego ma używać? Upał? Co, jemu nie wolno pisać książek, bo, tak się składa, jest ktoś taki, kto się nazywa podobnie? I to wszystko racja, tyle że argumenty nie dotykają sedna. To nie jest pierwsza książka Tomasza Mroza. Jeśli wejdziecie w sieć i pogooglacie, zobaczycie kilka tytułów opublikowanych w postaci ebooków wypuszczonych przez wydawnictwo RW2010. Różna tematyka, różne oceny, ale, powiedzmy to szczerze, nic, co zdołałoby autorowi zbudować nazwisko wśród odbiorców.

    Tyle, że chwila! Akurat to nazwisko jest już zbudowane! Tu nie trzeba pracować specjalnie, bo MRÓZ, zwłaszcza w kontekście kryminału, coś już w tym kraju znaczy! Gdyby teraz odpowiednio to ograć, pójść w minimalistyczną okładkę budzącą skojarzenie ze skandynawskimi kryminałami, wstawić kapitalikami MRÓZ – na podobieństwo książek Remka – to ktoś się może w pędzie złapie? A może – tak, zakładam, tłumaczyć się mogą marketingowcy Videografu – ktoś przez pomyłkę sięgnie, ale mu się spodoba i zostanie z Tomaszem tak, jak jest teraz z Remigiuszem?

    Cholera, idę o zakład, że niemal tak samo pomyślał koleś uprawiający seks z pijaną dziewczyną w knajpianej toalecie, której podał się za Johnny’ego Deppa: a może jej się spodoba i wtedy się przyznam, a ona i tak zostanie? A jak nie, przynajmniej zaliczę. Sami powiedzcie, to jednak obrzydliwe, nie?

    Szanowni Wydawcy, jak wspomniałem na początku, wiem, że większości z Was problem nie dotyczy, bo nie zniżylibyście się tak bardzo dla paru groszy. Ale apeluję: czy to na spotkaniach branżowych, czy w kuluarach, gdy komuś z Waszych kolegów wpadnie do głowy kolejny raz odwalić taki pomysł, dajcie mu w ryj. Tak po prostu, szczerze, w imieniu polskiego, ale i światowego rynku książki. Bo, nawiązując do słów Gustawa Holoubka zapytanego kiedyś w programie, czy czegoś nie toleruje, to to, do czego nigdy i w żadnej branży dopuszczać nie wolno, to jawnego skurwysyństwa.

    Jakub Ćwiek

     

  • „Zazdroszczę pewnemu pisarzowi…” Majowy felieton Jakuba Ćwieka

    Przy okazji mojego niedawnego listu otwartego opublikowanego na tych łamach, a skierowanego do Remigiusza Mroza i poniekąd jego wydawcy, kilkakrotnie padł w moją stronę zarzut, że to wszystko z zazdrości. Nie mogłem znieść sukcesu młodszego kolegi, jego niebywałych nakładów, tłumów czytelników i pojawiania się w głównych mediach, więc podjąłem próbę „na zawistnika” i opublikowałem list. A ponieważ opinia ta, choć nie tak znowu liczna, zyskała poklask także u niektórych dziennikarzy związanych z literaturą – nie piszę krytyków, bo sobie tego nie życzą – pozwolę sobie sprostować. To nie tak, że uczucie zawodowego „ech, cholera, też bym tak chciał” jest mi zupełnie obce. Co to, to nie! Ale jest w tym kraju tylko jeden pisarz, któremu szczerze i mocno zazdroszczę jego ciężko zapracowanego sukcesu. To Andrzej Sapkowski.

    Pamiętam, jak na konwencie miłośników fantastyki Polcon 2007 odbywającym się tamtego roku w Warszawie – Polcon to konwent wędrujący – rozmawiałem z moim przyjacielem, wybitnym tłumaczem Piotrem W. Cholewą na temat nominacji książki „Lux Perpetua” Sapkowskiego do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Przyznaję, nie jestem miłośnikiem tak zwanej trylogii husyckiej i dałem temu wyraz, a wtedy Piotr powiedział: Może i nie jest to najlepsza rzecz Andrzeja, fakt. Ale biorąc pod uwagę jego erudycję, warsztat, język, w swojej kategorii – w domyśle, gatunku – ściga się on w zasadzie tylko sam ze sobą.

    I trudno było nie przyznać wtedy Piotrowi racji. Od tamtej pory minęła przeszło dekada, zdarzyło nam się kilka dobrych czy nawet bardzo dobrych polskich powieści fantasy, ale AS to nadal As. I nawet wyjątkowo nieudana „Żmija” nie była w stanie strącić Sapkowskiego z piedestału. Co najwyżej fani zauważyli, że czasem trzeba czegoś więcej niż wspomnianych erudycji i warsztatu i nawet ten pisarz nie da sobie rady bez dobrej historii.

    To, czego Sapkowskiemu zazdroszczę najbardziej, to oczywiście stworzenia czegoś znacznie większego niż on sam. W jego przypadku jest to Wiedźmin, postać, która w tyle zostawia nazwisko autora, śmiało przekracza granice gatunków i mediów i prze tak długo, aż staje się ikoną. I owszem, ten czy ów, zachwycając się dziełem, wspomni twórcę tak, jak przy Bondzie wspomina się Iana Fleminga, przy Conanie Roberta Howarda a przy Batmanie – Boba Kane’a i ostatnio – oddając mu wreszcie sprawiedliwość – również Billa Fingera. Te wspomniane postaci jednak, niczym monstrum Frankensteina, żyją w naszej zbiorczej świadomości własnym życiem i dawno się uniezależniły. Teraz mogą już tylko rosnąć i się zmieniać, pozbawione wszelkich ludzkich ograniczeń.

    Zazdroszczę Sapkowskiemu zadowolenia z tego, co posiada. To bowiem, czego absolutnie nie zrozumieli sieciowi pyskacze, zarzucający autorowi sfrajerowanie się przy podpisaniu umowy na prawa autorskie, to to, że autor tych kokosów z medium innego niż książkowe specjalnie nie potrzebował, w swoim mniemaniu zarabiał i zarabia dość. Mógłby więcej, owszem, ale to wymagałoby od niego zmian w podejściu, w sposobie życia. Pożegnania się z wydawcą, z którym był od początku, zatrudnienia agentów, którzy wymagaliby pokazywania się częściej w kolorowej prasie i telewizji, zmian wizerunkowych czy porzucenia jednego czy drugiego sezonu wędkarskiego na rzecz ważnego wydarzenia kulturalnego. A dla Sapkowskiego ważne było to, że jego książki odniosły sukces na świecie i dostaje za nie godne wynagrodzenie. A pieniądze? Dużo większym problemem, czego wielu nie zrozumiało, było to, że tak a nie inaczej skonstruowany marketing gry sprawił, że książki, już w jakiś sposób obecne na rynku, z mniej znanych, ale pełnoprawnych pozycji, stały się popularniejszymi, ale tylko okołogrowymi gadżetami.

    Zresztą, wracając jeszcze do tego rzekomego sfrajerowania się, wystarczy spojrzeć szerzej, by spokojnie dostrzec, że Sapkowski finansowo wcale na tych swoich decyzjach licencyjnych źle nie wyszedł. Nie zaszkodził mu – a gdzieniegdzie wręcz pomógł, chociażby na rynkach azjatyckich – serial sygnowany nazwiskami Rywina, Brodzkiego i Szczerbica. Potem przyszedł czas na gry, akurat, gdy branża parła do przodu jak buldożer, a do kierowniczych stołków dotarli miłośnicy talentu Sapkowskiego. Zgrało się, twórcy podeszli do oryginału z szacunkiem i pomysłem i reszta jest historią. Dziś, podczas kolejnej wielkiej rewolucji serialowej, Wiedźmin wykluwa się spod skrzydeł jednego z największych i najważniejszych graczy. Trzeba było do tego wszystkiego czasu, ale Sapkowski czas miał i nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. I tego czasu też mu zazdroszczę.

    A, no i jeszcze czytelników, z tym, że tu muszę zaznaczyć, tylko niektórych. Zazdroszczę tych, którzy wychowani na Wiedźminie snują dalej opowieści czy to swoje własne – poszukajcie ilu twórców fantastyki i nie tylko przyznaje się do fascynacji twórczością Sapkowskiego – czy związane z uniwersum. Twórcy gier komputerowych, planszówek, karcianek, LARPów na wielką skalę jak chociażby „The Witcher School”, RPGów, filmików fanowskich, piosenek – posłuchajcie tych ludzi, jak mówią o swojej pracy, o Białym Wilku, o znakach, potworach. Zobaczcie jak przy tym wszystkim świecą im się oczy.

    Oczywiście, rozwijając myśl z poprzedniego akapitu, nie da się zazdrościć tych bezmózgich oszołomów, którzy nie potrafią przeczytać książki ze zrozumieniem i potem atakują showrunnerkę nadchodzącego serialu za panujące w pokoju scenarzystów zróżnicowanie kulturowe i płciowe. To, że nad produkcją pracować będą ludzie związani z różnymi kulturami i środowiskami ma rzekomo, według nich, zabić kulturową, słowiańską jednolitość pierwowzoru, a także zrobić z niej kolejną opowieść o nietolerancji pełną odniesień do rasizmu, feminizmu i wszelkich innych izmów. Jakby ten cykl, pełnymi garściami czerpiący z większości europejskich mitologii, podań i baśni, kiedykolwiek był o czym innym!

    Nie, tych czytelników Andrzejowi Sapkowskiemu nie tylko nie zazdroszczę, a wręcz współczuję. I przyznaję, jestem ciekaw, jak dzisiejszy masowy czytelnik odbierze zapowiadanego, nowego „Wiedźmina”. Od premiery „Sezonu burz” pięć lat temu wiele się wszak na rynku zmieniło i dziś panuje przekonanie, że dziury logiczne w fabule nie mają znaczenia, byleby się łatwo i lekko czytało. A w tym względzie, mimo swoich pojedynczych wtop, Sapkowski jest jednak starą szkołą…

    I jeszcze jedno, nie wiem, czy moja zazdrość jest uczuciem dobrym czy złym, nie wiem, czy mi pomaga czy przeszkadza. Wiem natomiast, że w kontekście Sapkowskiego nieodmiennie motywuje mnie jedno. Miał trzydzieści osiem lat, gdy stworzył postać, która stała się ikoną. Ja i spore grono moich koleżanek i kolegów po piórze wciąż mamy czas…