Tęskniliście za Eduardo Mendozą? Ja bardzo, bo to mój ulubiony zagraniczny pisarz. Już 19 września ukaże się w Polsce jego najnowsza książka „Co z tą Katalonią?” Jeśli już zacieracie ręce na myśl o tym, że to kolejny doskonały kryminał z dużą dawką komedii, to muszę Was rozczarować. Będzie to esej polityczny, w którym Mendoza mierzy się z niepodległością Katalonii, a także stosunkiem do niej w stołecznym Madrycie. Nie oznacza to, że powinniście tę książkę opuścić, wręcz przeciwnie. Pamiętacie pewnie „Awanturę o pieniądze albo życie”, w której autor już poruszył wątki polityczne, czyli stworzony przez niego hiszpański fryzjer miał zapobiec zamachowi na Angelę Merkel. Tym razem będzie jednak dużo poważniej. Premierowo fragment książki możecie przeczytać poniżej.
WSTĘP
Od wielu lat zdecydowaną większość czasu spędzam poza Katalonią i Hiszpanią, dlatego chciałbym wierzyć, że odległość, znajomi oraz lektura prasy lokalnej i zagranicznej pozwalają mi śledzić bieżące wydarzenia z innej perspektywy. Będąc za granicą, kilkakrotnie byłem proszony o wyjaśnienie lub chociaż próbę zrelacjonowania, co się obecnie dzieje w Katalonii. Przy tych okazjach dostrzegałem nie tylko brak dostatecznej wiedzy na temat aktualnej sytuacji, ale również istnienie uprzedzeń obciążających wizerunek Katalonii i Hiszpanii – a co za tym idzie – mylne zrozumienie tego, co ma tutaj miejsce, przyczyn oraz sposobu, w jaki widzą i przeżywają obecne wydarzenia osoby zaangażowane w nie bezpośrednio – zarówno zwolennicy niepodległej Katalonii, jak i ci, którzy się jej sprzeciwiają. Odkryłem także, że wiele z tych uprzedzeń i fałszywych interpretacji podzielają również obywatele naszego kraju, co daje de factopoczątek wielu dominującym poglądom.
Przeświadczenie, że mogę udzielić pewnych wyjaśnień, skłoniło mnie do napisania poniższego tekstu. Nie zrobiłem tego, żeby opowiedzieć się po którejś ze stron. Osobiście nie jestem zwolennikiem żadnej z nich, chociaż przypisuję to swojemu temperamentowi, poglądom i życiowym doświadczeniom. Napisałem ten tekst, żeby spróbować zrozumieć, co się tak naprawdę dzieje.
Jednym z najczęściej podejmowanych tematów na spotkaniach z zagranicznymi czytelnikami jest reżim frankistowski. Wielu obcokrajowców doszukuje się przyczyn wszystkich bieżących wydarzeń w hiszpańskiej wojnie domowej i trwającej następnie wieloletniej dyktaturze. Takie przeświadczenie wynika z tego, że na szczęście od śmierci dyktatora nie wydarzyło się nic naprawdę traumatycznego i można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że Hiszpania po raz pierwszy weszła na drogę demokracji w tak spokojny i stabilny sposób. Od tamtej pory upłynęło dużo czasu i wydarzyło się wiele rzeczy. Być może najważniejszą z nich jest to, że większość obecnie żyjących Hiszpanów nie pamięta lat dyktatury ani nawet trudnego etapu transformacji, a ich nikła wiedza na temat frankizmu ożywiana jest poprzez wykorzystanie melodramatyzmu tego niefortunnego historycznego etapu zarówno w literaturze, filmie, teatrze, jak i telewizji. Istnieje mało etyczny przemysł eksploatujący okres dyktatury generała Franco i wiktymizm, który jest nieszkodliwy, dopóki te kwestie traktowane są jako element danej kreacji i nie podlegają instrumentalizacji.
Skoro to się dzieje w Hiszpanii, jest logiczne, że zdarza się również poza granicami naszego kraju. Są ludzie, którzy żyją i funkcjonują, jakby hiszpańska wojna domowa zakończyła się wczoraj, a Franco nadal decydował o losach Hiszpanii z pałacu El Pardo. Jedni robią to z niewiedzy, inni – po uważnym przestudiowaniu tematu.
Na próżno próbowałem ich przekonać, że ten etap historii mamy już za sobą i że od dłuższego czasu Hiszpania boryka się z nowymi problemami, do których rozumienia i postrzegania należy podejść zupełnie inaczej. Moje starania i dobre chęci okazały się w dużej mierze daremne ze względu na upór, z jakim w niektórych kręgach – szczególnie w Katalonii – postać Franco i jego dyktaturę wykorzystuje się do usprawiedliwienia swojego zachowania lub zdyskredytowania działań przeciwników.
Eduardo Mendoza, fot: smakksiazki.pl
Wbrew wszystkiemu nadal uważam, że sposób, w jaki obecnie przywołuje się reżim frankistowski, jest zwykłą, bardzo szeroko pojmowaną manipulacją. Na szczęście nie ma nic wspólnego z jego prawdziwą istotą.
Jeśli nawet reżim frankistowski w rozumieniu systemu władzy przeszedł do historii, to czas nie wymazał jednego z jego elementów. Mam na myśli mentalność polityczną, którą subtelnie dozowano przez lata dyktatury, aż w końcu przeniknęła do sposobu myślenia i postępowania Hiszpanów – w tym Katalończyków. To pewna metoda rozumienia władzy, a szczególnie – konfrontacji z nią, kiedy dochodzi do konfliktu interesów lub idei. W tym sensie moglibyśmy powiedzieć, że w czasach hiszpańskiej transformacji ustrojowej przeszli do rezerwy ludzie, którzy nauczyli się rządzić za czasów Franco, ale czynni pozostali ci, którzy nauczyli się podczas jego rządów posłuszeństwa i nieposłuszeństwa.
„Dar języków” ukaże się w Polsce w przyszłym tygodniu. Kilka dni przez premierą spotkałem się z Rosą Ribas, współautorką książki. Rozmawiamy o Barcelonie, dziennikarstwie, które odgrywa w książce bardzo ważną rolę, ale też Eduardo Mendozie czy sytuacji kobiet w czasach dyktatury Franco. Przygotujcie się na premierę jednego z najciekawszych tytułów tego lata, a kto wie, może i całego roku. Kubek herbaty w dłoń i smakujcie wywiad z Rosą Ribas.
Barcelona jest równie wdzięcznym miejscem do umiejscowienia w niej fabuły kryminału jak Sztokholm czy Berlin?
Uważam, że wszystkie miasta stanowią dobre miejsce dla umiejscowienia akcji kryminału, ponieważ każde miasto ma jakąś mroczną część. Barcelona to miejsce szczególnie atrakcyjne, ponieważ to miasto pełne kontrastów. Co więcej, to miasto portowe, a miasta portowe mają to do siebie, że życie płynie w nich w szczególny sposób. To miasto, w którym mieszkają ludzie bardzo bogaci i ludzie bardzo biedni. To miasto, w którym dużo się dzieje. I zarówno z dzielnicami bogatymi jak i biednymi związane są rozmaite mroczne historie, historie o przemilczanych zbrodniach. Z tego właśnie powodu uważam, że Barcelona mogłaby być wręcz hiszpańską stolicą powieści kryminalnej.
Ma Pani wrażenie, że Ana Martí jest takim brzydkim kaczątkiem? Na początku nikt jej nie docenia, koledzy z niej drwią, a potem pokazuje pełnie swoich umiejętności i bezbłędnie łączy fakty w trudnym śledztwie. Później dołącza do niej Beatriz, ale to jednak Ana jest główną bohaterką książki.
Bardzo podoba mi się porównanie z brzydkim kaczątkiem. Ana Martí jest kobietą żyjącą w latach 50. i z tego powodu musi borykać się z dominacją mężczyzn, przy czym mówimy tu o dominacji na wiele większą skalę, niż ta, z którą mamy do czynienia obecnie. Widzimy, że Ana Martí jest ambitna, inteligentna i wiele potrafi, ale żyje w epoce, w której popularny jest pogląd, że kobieta nie powinna wykorzystywać żadnej z tych cech. W momencie, kiedy Ana zaczyna pokazywać, na co ją stać, to rzuca się to jeszcze bardziej w oczy, bo do tej pory wiele osób starło się przeszkodzić jej zdobyciu jakiejkolwiek pozycji w dziennikarskim światku. Koniec końców udaje się jej dowieść swojej wartości, ale zdradzę, że poprowadziłyśmy fabułę w ten sposób, że w drugiej części, w momencie, kiedy udaje jej się rozwinąć skrzydła spotyka ją za to kara. Dopóki jej rola ogranicza się do relacjonowania towarzyskich błahostek wszystko jest w porządku, jednak w momencie, kiedy pokazuje, że jest równie dobra, a nawet lepsza od swoich współpracowników spotyka się z niechęcią. Ale bardzo podoba mi się porównanie bohaterki do brzydkiego kaczątka. Nawiąże do tego w kolejnych wywiadach.
Nawiązała już Pani do kolejnego pytania, które chciałem zadać. Jak potoczą się dalsze losy Any i Beatriz? Planują Panie kontynuację?
Dar języków to pierwsza, niezależna część trylogii w całości osadzonej w Hiszpanii lat 50. W kolejnych tomach z jednej strony obserwujemy jak rozwija się sytuacja społeczna w kraju rządzonym przez Franco, a z drugiej strony śledzimy losy Any, początkowo debiutującej dziennikarki, która z biegiem czasu zdobywa uznanie i pozycję. Akcja drugiej powieści rozpoczyna się w roku 1956, Ana jest doświadczoną dziennikarką, z Barcelony przeniosłyśmy ją na wieś. Ana trafia do nowego środowiska, środowiska silnie religijnego i pełnego przesądów. Tym razem Ana jest sama w górskiej wiosce, nie może liczyć ani na pomoc Beatriz, ani Isidro. W ostatniej książce, której hiszpańska premiera planowana jest na wrzesień bieżącego roku, Ana powraca do Barcelony. Mamy rok 1959. W tej części ważną rolę odegrają przybywający do miasta amerykańscy marynarze i zderzenie zamkniętego hiszpańskiego społeczeństwa czasów dyktatury Franco ze tym, co trafiło do Hiszpanii na pokładach wielkich amerykańskich statków. I mam tu na myśli zarówno idee polityczne, jak i rzeczy trywialne takie jak guma do żucia czy coca-cola.
Są momenty w książce, które wywołają u czytelników uśmiech, np. historia Pepe Pająka oraz Carminy Orozco. Momentami ten humor przypominał mi styl pisania Eduardo Mendozy. Zgodzi się Pani?
Jestem wielką fanką Eduardo Mendozy, który reprezentuje to, z czego śmiejemy się w Barcelonie i faktycznie ten rodzaj humoru jest w jakiś sposób zaraźliwy. Napisałam książkę, która nosi tytuł La detective miope [Krótkowzroczna detektyw] i wiele osób zwróciło mi uwagę na to, że to jest Mendoza w kobiecym wydaniu. To dla mnie ogromne wyróżnienie. Trudno mi sobie wyobrazić literaturę, niezależnie od tego jak poważne porusza ona tematy, która byłaby całkowicie pozbawiona elementów humorystycznych, choćby czarnego humoru, najbardziej adekwatnego w przypadku Hiszpanii lat 50.
Czy zna Pani EM osobiście?
Tak, znamy się i nawet raz, w Frankfurcie, miałam przyjemność tłumaczyć jego wystąpienie. I choć było to bardzo trudne, bo przełożenie na inny język humoru Mendozy stanowi spore wyzwanie, to było to cudowne doświadczenie.
Czy rzeczywiście praca policjanta dochodzeniówki, „to jak praca szambiarza – prędzej czy później człowiek wyciągnie gówno”?
Dobrze pamiętam zdanie, do którego Pan nawiązuje. Podzielam tę opinię w stu procentach. Policjanci często badając jedną sprawę, natrafiają na okropności, rzeczy o wiele gorsze, niż te, które spodziewali się znaleźć. Ale nie podzielam opinii Isidro Castro, że każdy jest potencjalnym przestępcą, że wszyscy są źli, i wszystkich należy kontrolować.
Bardzo ważną rolę w książce odgrywa dziennikarstwo i media. Jak Pani ocenia kondycję prasy hiszpańskiej, niemieckiej, europejskiej?
Jak chodzi o sytuację w Hiszpanii, gdzie niedawno wprowadzono nowe ustawodawstwo, określane mianem ley de la mordaza – prawo do kneblowania, to przeraża mnie i martwi mnie fakt, że pomimo tego, że napisałyśmy powieść, której akcji osadzona jest w przeszłości, to porusza ona tematy, które nie straciły wcale na aktualności. Wielu dziennikarzy w Hiszpanii twierdzi, że niewiele się zmieniło. W pewnych sytuacjach dziennikarze poddawani są nie tyle naciskom politycznym, co naciskom ze strony grup biznesowych, do których należy gazeta, w której pracują. I nie mogą w związku z tym ujawniać określonych informacji czy pisać o pewnych skandalach. W Niemczech sytuacja wygląda inaczej, bo prasa jest bardziej niezależna i ma silniejszą pozycję, ale też zdarzają się sytuację, w których próbuje się prasę cenzurować czy nie dopuszczać do publikowania określonych treści, ale istnieje większe możliwość sprzeciwiania się temu. Obecnie w Hiszpanii wzrasta znaczenie się niezależnych mediów, niemających powiązań z biznesem, które dysponują własnymi dziennikarzami i starają się publikować nieocenzurowane informacje. W moim odczuciu ta niezależność pozwala na uprawianie prawdziwego dziennikarstwa, dziennikarstwa takiego, jakie powinno ono być.
Sabine Hofmann i Rosa Ribas
Jak to jest pisać książkę w parze? Gdy rozmawiałem z Monsem Kallentoftem, który pisze książki również z Markusem Luttemanem, to mówił, że współpraca, wbrew obawom, przebiegała perfekcyjnie. U Was jest jednak ta różnica, że Pani jest Hiszpanką, a Sabine Hofmann, Niemką.
Samo pisanie jest o wiele trudniejsze. Napisałyśmy trzy książki i w przypadku każdej z nich zastosowałyśmy inną metodologię. W Darze języków dzieliłyśmy się równo pracą w każdej fazie pisania, od nakreślenia zarysu fabuły i postaci, przez pisanie, korekty. Wszystko robiłyśmy obydwie. Z tego względu w powieści pojawia się wiele postaci mówiących własnym głosem, mających własny punkt widzenia. Dzięki temu mogłyśmy zadecydować, kto będzie zajmował się konkretnym rozdziałem. Ja pisałam po hiszpańsku, a Sabine po niemiecku. Potem gotowe rozdziały przesyłałyśmy sobie wzajemnie i każda z nas komentowała rozdziały przygotowane przez tę drugą, co oczywiście rodziło najwięcej konfliktów. Pisząc w ten sposób, koniec końców uzyskałyśmy cały tekst, który był częściowo po hiszpańsku, a częściowo po niemiecku, więc tak naprawdę była to książka dwujęzyczna. Następnie każda z nas przetłumaczyła fragmenty napisane przez tę drugą. Faza tłumaczenia była bardzo ciekawa, ponieważ w momencie, kiedy tłumaczy się książkę, jest się jej najbardziej krytycznym czytelnikiem, a tekst jest najmocniej filtrowany. Na tym etapie wiele rzeczy się eliminuje, wiele zmienia i wiele poprawia. Uzyskałyśmy tekst po hiszpańsku i po niemiecku. Nie można powiedzieć, że któryś z nich był oryginałem, drugi tłumaczeniem. Obydwa były oryginałami. Ostatnia faza polegała na tym, że ja wzięłam tekst hiszpański, zapomniałam o istnieniu Sabine i ponownie zajęłam się pracą nad tekstem, tak jakby wersja niemiecka nie istniała. Sabine zrobiła to samo. Wszystko po to, żeby czytelnik nie był w stanie powiedzieć, która część była napisana przez kogo. To oczywiście oznaczało ogrom pracy. Spędziłyśmy trzy i pół roku pisząc tę książkę, a po jej zakończeniu stwierdziłyśmy, że warto jednak zmienić metodę. Szukałyśmy rozwiązania najbardziej produktywnego. Skupiłyśmy się na części najbardziej abstrakcyjnej tzn. wymyślaniu fabuły. To robiłyśmy w dwójkę, samym pisaniem zajęłam się ja. Stąd Dar języków to książka na cztery ręce, natomiast druga część, El gran frío [Wielki chłód], to książka na dwie głowy. Tak jak mówiłam, ja napisałam prawie wszystko, Sabine jedynie parę rozdziałów po to, żeby być przez cały czas na bieżąco z naszą historią. Sabine była ze swojej strony przygotowała swoje uwagi do całego tekstu i odpowiednio go przeredagowała. To rozwiązanie okazało się o wiele szybsze. W przypadku ostatniej części plan nakreśliłyśmy wspólnie, ja napisałam wszystko, Sabine podobnie jak ostatnio zredagowała tekst. Pisanie w dwójkę jest doświadczeniem bardzo wzbogacającym, ale jednocześnie wymaga dużo więcej pracy niż pisanie samemu. Pisanie w dwójkę jest też procesem bardzo kreatywnym i w ten sposób rodzą się nowe pomysły. Przykładowo: ja miałam pomysł A, Sabine pomysł B, w ten sposób powstawał pomysł C, który nie zrodziłby się nigdy gdyby nie pierwsze dwa pomysły.
Dar języków”, pod takim tytułem została w Polsce wydana książka. To wskazówka dla czytelnika…właśnie, jaka?
Dar języków to książka, w której bohaterki to kobiety słowa. Słowa stanowią ich jedyną broń. Język i literatura to narzędzia, dzięki którym są w stanie odkryć, co się właściwie dzieje, i które są ich ratunkiem w momencie, gdy zagrożone jest ich życie. Można powiedzieć, że powieść zawiera w tle przesłanie, a tym przesłaniem jest konieczność przywrócenia znaczenia literatury i języka. Powieść opowiada o dwóch kobietach, które posiadają dar słowa, dar języków i to stanowi ich super moc. I jednocześnie dar języków to coś, co napędza tę powieść.
Jak podoba się Pani okładka polskiego wydania?
Bardzo mi się podoba, jest jednocześnie i tajemnicza i glamour. Ma w sobie tę mroczność Barcelony lat 50. Podoba mi się, że na pierwszym planie znajduje się kobieta, bo książka opowiada o dwóch silnych kobietach. I chociaż bohaterki żyją w latach 50., nie są anachroniczne, są niezwykłe, a kobieta na okładce sugeruje, że książka jest o kobietach niezwykłych i silnych. Chyba widać, że mi się podoba!
Dziękuję!
Tłumaczyła z hiszpańskiego: Anna Slotorsz
Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga.
Specjalne podziękowania dla Art Hotel Wrocław za udostępnienie pomieszczeń do zrealizowania wywiadu.
Barcelona, maj 1888. W przededniu rozpoczęcia Wystawy Światowej miastem wstrząsa seria przerażających wydarzeń, które stawiają pod znakiem zapytania powodzenie całego przedsięwzięcia. Pojawiają się zmasakrowane ciała młodych kobiet, a ich rany z mroków zapomnienia wydobywają prastarą klątwę ciążącą nad miastem… Tak w skrócie można opisać fabułę „Sekretu Wesaliusza”, książki, którą Jordi Llobregat zadebiutował na literackim rynku. Rozmawiam z nim o Barcelonie, o recepcie na dobry kryminał, ale też o sposobach na podniesienie poziomu czytelnictwa. Miłej lektury.
Jordi, „Sekret Wesaliusza” to Twój debiut. Od zawsze chciałeś pisać?
Niezupełnie. To co zawsze mnie interesowało, to opowiadanie. Już kiedy byłem dzieckiem rysowałem, komponowałem piosenki lub pisałem opowiadania. W mojej rodzinie to powszechne. Zawsze tłumaczę, że mając dwanaście lat, spędziłem letnie wakacje z rodziną we Francji pisząc nonstop. Pamiętam iluzję, nerwowość, podniecenie przed rozpoczęciem pisania … Niesamowite jest odkryć, że te uczucia są identyczne trzydzieści lat później.
Jaka jest różnica między Barceloną z Twojej książki, a Barceloną obecnie? Można te miasta ze sobą w ogóle porównać?
To zupełnie inna Barcelona, oczywiście. Jest możliwe przejść tymi samymi ulicami i odwiedzić stare budynki, które wtedy istniały. To co jest naprawdę inne to, ponad wszystko, ludzie. Obywatel Barcelony z roku 1888 nie ma nic wspólnego z nami. Jeśli na moment moglibyśmy cofnąć się w czasie i pojawilibyśmy się w tamtej Barcelonie, to byłoby tak, jakby wsród nas pojawiło się UFO. Wtedy nie było samochodów, radia, telewizji, telefonów. Czas płynął inaczej, nawyki, odzież, odpoczynek, miłość, śmierć … wszystko jest inne. Barcelona była także miastem bardziej niebezpiecznym, nie przetrwalibyśmy tygodnia.
„Sekret Wesaliusza” to Twój debiut. Co było najtrudniejszego w pisaniu tej książki?
Czas. Mieć czas to jest największa trudność. Podczas pisania zachowłem swoją pracę – prowadziłem firmę, ucierpiałem podczas kryzysu ekonomicznego, który wszyscy odczuli, rozpocząłęm festiwal kulturalny i wiele innych podobnych rzeczy.
Co jest niezbędne do napisania dobrego kryminału?
Iluzja. Upór. Wyobraźnia. Zachowanie równowagi, nie zawsze łatwe, pomiędzy wielkim ego a wielką pokorą. I praca, ciężka praca.
Możesz porównać siebie z którymś z hiszpańskich pisarzy?
Nie jest łatwo mi powiedzieć. Zresztą, nie bardzo wierzę w porównania. Rozumiem, że czytelnikowi łatwiej kiedy ma odniesienie. Ja sam tak robię. Ale zwykle każdy pisarz jest wyjątkowy.
Sądzisz, że „Sekret Wesaliusza” jest dobrym scenariuszem filmowym?
Tak, wierzę w to. Byłoby wspaniale zobaczyć to w formie filmu, wiem, że jest takie zainteresowanie. Byłaby to artystyczna wizja innej osoby i jestem bardzo ciekawy jaka byłaby ta wizja. Jednakże, film jest, jak już mówiłem, jedną wizją podczas gdy czytelników jest tysiące, miliony róznych wizji powieści. I to jest dla mnie bardziej atrakcyjne. Nie sądzisz?
Z pewnością. Bo każdy przecież odbiera książkę po swojemu. Jakie jest Twoje ulubione miejsce w Barcelonie?
Ups! Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wymienię trzy: Mała księgarnia na starym mieście gdzie zwykle zaszywam się z kawą i komputerem. Prosektorium Królewskiego Kolegium Chirurgów, bardzo ważne dla „Sekretu Wesaliusza” oraz Labirynt w Parku Desvall, gdzie naprawdę się zgubiłem. Moja czteroletnia córka mnie uratowała.
Dlaczego zdecydowałeś się napisać o Wesaliuszu. Ta postać jest dla Ciebie ważna?
Wesaliusz objawił mi się kiedy dokumentowałem temat medyczny. Grafiki jego wielkich dzieł były brakujacym elementem układanki, którą tworzyłem. Objawieniem było odkrycie, że jest nieznany szerokiej publiczności, a jego prace są niezwykle istotne dla historii medycyny, a tym samym dla nas wszystkich. Wielu czytelników pisze, że dzięki książce go odkryli i przeczytali wiecej na jego temat. To napawa mnie radością, naprawdę.
9. Macie w Hiszpanii problem z czytelnictwem? W Polsce, w zeszłym roku, ponad 63% społeczeństwa nie przeczytało ani jednej książki.
W Hiszpanii w 2015 trochę ponad 35% populacji nie przeczytało żadnej książki w ciągu roku. To już wydaje sie katastrofą. Stopniowo pozyskuje sie nowych czytelników ale niestety zbyt wolno. Tak naprawdę nasz rząd nie dba o to. Na pewno to samo dzieje się w Twoim kraju. Ignorancja to siła. Im więcej ludzi odchodzi od kultury, tym więcej jest osób bez zdolności krytycznego myślenia lub zdolności osądu. W skróce: ludźmi można manipulować.
Jakie są Twoje najbliższe plany ?
Przyszłe projekty pisarza są bardziej tajne niż Archiwa Watykańskie. Mogę tylko powiedzieć, że prowadzę kilka projektów jednocześnie. Niektóre fazy projektu, które mają szansę ujrzeć światło dzienne są wyjątkowe I nieprzewidywalne. Mam nadzieję zbudować dobrą historię, która czytelnicy polubią tak jak „Sekret Wesaliusza”.
Zdjęcie autora: Wydawnictwo Sonia Draga
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.