Tag: co czytać
-
Które czerwcowe nowości zabrać na urlop? Doradzam
Urlopy i wakacyjne wyjazdy zbliżają się wielkimi krokami, więc czas na przegląd czerwcowych nowości. Okazuje się, że jest sporo ciekawych pozycji, na które warto zwrócić uwagę. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o interesującym Was tytule. Jeśli na coś się zdecydowaliście, napiszcie w komentarzu.
-
Osobista instrukcja czytania – felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Jako człowiek żyjący z pisania – w większym stopniu do gazety, w mniejszym książek – doskonale rozumiem, że czytelnik to mój pan, klient i chlebodawca. Ale gdyby tak spróbować trochę pogrzebać w jego guście?
Wielu autorów – w tym niżej podpisany – utrzymuje, że pisze takie książki, jakie sami chcieliby przeczytać. Oczywiście nie można tych deklaracji traktować zbyt dosłownie. Żaden z nas nie żyje w próżni. Tworzymy powieści, które są oceniane i recenzowane. Widzimy, co się czytelnikom podoba, a co ich odtrąca. Mamy osobistych recenzentów, obeznanych w literaturze wydawców i porządnych redaktorów, którzy weryfikują nasze fabularne i językowe fikołki, zanim trafią do druku. Więc choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli się wybić na niezależność, nigdy nie będzie dla nas w pełni osiągalna.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest wielu autorów, którzy chętnie tworzyliby inaczej – może wolniej, może bardziej wysublimowanie, może w ogóle dryfowaliby wokół innych tematów – ale prawa ekonomiczne są główną determinantą ich działań. Sprawiają, że piszą pod dyktando swojej bazy fanów albo grasujących tu i ówdzie trendów. Ale przyjmijmy na chwilę, że jednak większość autorów – w tym niżej podpisany – stara się pisać tak, żeby usatysfakcjonować przede wszystkim siebie, swojego najważniejszego czytelnika.
Z tej okazji przygotowałem ściągę – dla tych, którym nie chce się mnie czytać albo którzy z jakiegoś powodu są ciekawi, dlaczego piszę tak, a nie inaczej. Wyjaśniam pokrótce, jak wygląda mój czytelniczy – a więc też pisarski – świat. Co mi się podoba, a co mnie mierzi w kryminałach, które zabiegi fabularne kupuję, a przy których czuję się tak, jakby ktoś próbował wcisnąć mi odkurzacz przez telefon.

www.unsplash.com/Patrick Tomasso Być może odniesiecie wrażenie, że to rodzaj polemiki z niektórymi czytelnikami moich książek (zwłaszcza „Sprzedawcy”) i nie będę się tego wypierał. Być może uznacie, że wpisuję się tem tekstem w toczoną w mediach społecznościowych dyskusję o tym, czy autorzy powinni krytycznie oceniać innych autorów. Tego też się nie wyprę. Ale prawda jest taka, że podobnie jak każdy uważam, że moja racja jest mojsza niż twojsza. I jeżeli zdołam przekonać choćby jednego czytelnika do innego spojrzenia na niektóre elementy kryminalnej układanki, poczuję, że świat stał się ciut bliższy takiemu, w jakim chciałbym żyć.
Brutalność
W łódzkiej trylogii nie patyczkowałem się z czytelnikami. Sypałem brutalnymi zabójstwami, wątkami pedofilskimi, zoofilią. Nie było lekko. Było ciężko, gorzko, duszno, brzydko, ponuro. Momentami brutalnie, momentami obrzydliwie. Często strasznie. Ale zależało mi na tym, żeby tej traumatycznej rzeczywistości nie przedstawić aż nadto dosłownie. Żeby nie fruwały wszędzie flaki. Żeby – jak to określił redagujący moje powieści Mirosław Grabowski – powieść nie zamieniła się w poradnik dla zwyrodnialców. Nie mam pojęcia, czy to mi się w pełni udało, ale chęci miałem dobre.
Nie przepadam za lukrowaniem bohaterów i koloryzowaniem rzeczywistości. Podobają mi się dosadne kryminały, w których zniszczeni przez życie śledczy podejmują się spraw przerastających ich kondycję psychiczną. Ale lubię, gdy autor wie, w którym momencie należy postawić kropkę. Gdy przemoc opisana jest w sposób pobudzający wyobraźnię, a więc zawierający pewne niedopowiedzenia i zmuszający do wybiegania myślami poza to, co znajduje się na papierze. Nie w sposób anatomiczny, dosłowny, szokujący, efekciarski.
W „Sprzedawcy” wspomnianą kropkę postawiłem jeszcze nieco wcześniej. I dostałem za to po uszach, ponieważ najczęstszym zarzutem padającym pod adresem książki jest ten, że nie dość szczegółowo opisałem, jak główny bohater maltretuje swoje ofiary… Chyba powinienem się cieszyć, że padło na niedostateczną brutalność, a nie, dajmy na to, koślawość fabularną, ale mimo wszystko jestem tym zaniepokojony. Znane z epatowania brutalnością filmy klasy B pozostały tam, gdzie ich miejsce – w niszy. Natomiast literatura klasy B niebezpiecznie wkracza do głównego nurtu.
Objętość
Jestem nieco oldschoolowym i pragmatycznym czytelnikiem. Po pierwsze: uwielbiam papier. Po ebooki sięgam w ostateczności, a audiobooki umilają mi głównie bieganie. A po drugie: zwykle sięgam po książki, które jestem w stanie względnie komfortowo czytać w zatłoczonym autobusie. Choć rzecz jasna zdarzają się wyjątki – „Terror” Simmonsa czy „Wyznaję” Cabré połknąłem w całości, kursując między domem a pracą.
Jednak objętość nigdy nie była dla mnie fabularnym problem. Także w przypadku literatury czysto rozrywkowej. Lubię dłuższe kryminały – liczące po 500, 600 stron. Takie, w których autor może się w pełni wypisać. W których przedstawia coś więcej niż zdawkowy rys charakterologiczny bohaterów. W których nie chodzi na fabularne skróty i nie narzuca rollercoasterowego tempa. W których od czasu do czasu wrzuci coś, co być może jest bez znaczenia dla głównego wątku, ale wnosi fajną niekryminalną wartość.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby obniżyć ocenę powieści kryminalnej ze względu na jej poważną objętości – chyba że byłaby fabularnie pusta i rozdmuchana jak niektóre seriale. Nie odrzuciłbym też książki przed lekturą z powodu jej grubości. I nie bałbym się tego, że poboczne wątki spowolnią tempo czytania – nie jestem zawodowym recenzentem, więc od szybkości mielenia utworów nie zależy mój dobrostan finansowy. Nie chodzi o to, żeby tygodniami łamać sobie głowę nad literaturą rozrywkową, ale miło jest czasem zwolnić, spojrzeć z szerszej perspektywy na postępowanie bohaterów, rozsmakować się w słowach albo pomysłach fabularnych. O ile, rzecz jasna, treść na to pozwala.
Realizm
Kiedy rozpoczynałem przygodę z literaturą Jørna Lier Horsta, sądziłem, że przeczytam kryminał inny niż wszystkie. W końcu facet przez połowę życia pracował w policji. Myślałem, że wreszcie się dowiem, jak naprawdę wygląda świat śledczych. I co? I nic. Przeczytałem kryminał (dobry, może nawet bardzo dobry), który pod względem opisu działań policyjnych niespecjalnie się różnił od innych tego typu utworów. Wtedy zrozumiałem, że powieściowy świat kryminalny musi być w mniejszym lub większym stopniu podkręcony. Że gdybym dostał utwór, w którym praca policyjna opisana jest z reporterską dokładnością, najpewniej potwornie bym się przy nim wynudził.
Oczywiście oczekuję, że kryminalna fabuła finalnie jakoś się zepnie. Że bohaterowie będą postępować logicznie. Że na koniec odniosę wrażenie, iż właśnie przeczytałam historię, która mogłaby się wydarzyć naprawdę – przy założeniu, że w życiu garstki osób skumulowałaby się masa przedziwnych zdarzeń. Ale nie fetyszyzuję realizmu, ponieważ wiem, że mógłby zdewastować odbiór powieści.
Kryminał to nie reportaż. Ale to także nie fantasy. Słabo, gdy bohater przyjmuje trzy kulki, a potem niczym John Rambo wycina w pień przeciwników. Równie słabo, gdy kryminał dostarcza emocje jak film o facecie w łódce. Tak więc: podkręcanie lub upraszczanie rzeczywistości – tak, niebezpieczne igranie z logiką – nie.
Zakończenia
Jestem fanem Jo Nesbø. Uważam, że to najlepszy współczesny autor powieści kryminalnych. Porywa mnie swoimi historiami – nie tylko o Harrym Hole. Ale finały większości jego książek wydają mi się przekombinowane. Zbyt sensacyjne. Napakowane twistami. Nie jak filmy ze Stevenem Seagalem, ale jednak odbiegające od moich oczekiwań.

Jo Nesbø, fot: smakksiazki.pl Teoretycznie o to w kryminałach chodzi. Żeby przez całą książkę wpuszczać czytelnika w maliny, a potem go zaskoczyć. Tyle że ciężko wszystko zaaranżować tak, aby trzymało się kupy. Łatwo zgubić balans i popaść w przesadę. Znacznie trudniej zafiniszować tak, żeby się większości podobało. I to nie dlatego, że autorzy się spieszą, piszą końcówki na kolanie albo nie mają na nie pomysłu. Po prostu taki już urok finałów. Nie śmiem się dąsać na Nesbø za jego zakończenia.
Całkiem niedawno odkryłem, że najprzyjemniej czyta mi się kryminały, które są lustrzanym odbiciem treningu biegowego. Zwykle zaczynasz go trochę zbyt ostro, jakbyś był zaskoczony tym, że w ogóle zwlekłeś się z kanapy. Potem wyrównujesz tempo i starasz się utrzymać je na satysfakcjonującym poziomie. Na koniec decydujesz się na sprint w granicach swoich możliwości, żeby podkręcić wynik. A po ostrym finiszu pamiętasz o tym, żeby się rozbiegać, porozciągać, wyciszyć, nawodnić i nieinwazyjnie wrócić do rzeczywistości.
Krzysztof Domaradzki
-
Premiery pandemicznego kwietnia, czyli na które tytuły zwrócić uwagę
Miało być ich więcej, ale coś się jednak ostało. Część wydawców swoje kwietniowe premiery odwołała, część przesunęła, więc trochę poklikałem, pozwiedzałem ich strony, a poniżej macie efekt. Pocieszające jest to, że w maju premier będzie o wiele więcej, więc może ten czas pandemii minie nam o wiele przyjemniej. Jednak na ten moment łapcie książki, po które warto sięgnąć w kwietniu. Moim zdaniem. Klikając w okładkę przeniesiecie się (zazwyczaj) na stronę wydawcy, gdzie będziecie mogli kupić interesujący Was tytuł.
-
Które książki zaatakować w marcu? Podpowiadam
Gdy zbliża się nowy miesiąc, jestem trochę jak ten kot na zdjęciu. Czekam na premiery, a gdy już kurier wdrapie się na ostatnie piętro, to rozrywam kopertę i konsumuję. Okazuje się, że z marcowych premier kilka mam już za sobą, więc polecam je z czystym sumieniem. Przy innych jestem w trakcie czytania, a jeszcze inne dopiero przede mną, więc polecam trochę w ciemno, ale nie bez podstaw (przeczytanie fragmentu, szerszego opisu, wcześniejsze dokonania autorki/autora). Efektem tego przeglądu jest poniższa lista książek, do lektury których zachęcam. Reklamacje uwzględnia się, dawajcie znać. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się do sklepu, a tam przeczytacie zarówno więcej o książce, jak i będzie mogli kupić interesujący Was tytuł.
-
„Czytajmy, ale z głową”, styczniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Znajomi, którzy wiedzą, że zacząłem pisać książki, często zadają mi dwa pytania: „jak idzie sprzedaż?” oraz „czy już cię rozpoznają na ulicy?”. Oba w gruncie rzeczy dotyczą tego samego, choć padają z różnych perspektyw.
Pierwsze zadają koledzy, którzy coś tam wiedzą o rynku literackim. Że jest trudny, bo z czytelnictwem u Polaków na bakier. Że niełatwo wydać książkę, a co dopiero sensownie ją sprzedać. Że tak w ogóle to powinienem wziąć się za self-publishing, bo przecież ci wydawcy i księgarze zedrą ze mnie ostatni grosz.
To drugie zadają ludzie, którzy nie czytają, czytają mało albo po prostu kompletnie nie interesują się rynkiem wydawniczym, a wiedzę na temat literackiego świata czerpią głównie z moich kanałów społecznościowych. Nie prowadzę ich hiperaktywnie, ale co jakiś czas wrzucam zdjęcia z targów, recenzje z poważnych mediów albo nagrania wideo. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka może to wyglądać na szturm młodego autora na rynek. Ale jak się pewnie domyślacie, jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zaczepił mnie na ulicy w celu innym niż wydębienie piątaka.
Mam wrażenie, że przedstawicieli tej drugiej grupy jest więcej. Ludzi, którzy obserwują naszą literacką banieczkę z umiarkowanym zainteresowaniem i z bezpiecznej odległości. A przez to siłą rzeczy mających błędne wyobrażenie tego, jak ten świat wygląda. Idealizujących go. Lekką ręką wpychających raczkujących autorów do showbiznesowego mainstreamu. I trudno się temu dziwić. Przecież to wszystko tak ładnie wygląda na fejsie. Na imprezy literackie przychodzą tłumy. Co rusz ktoś kręci jakiś serial na podstawie powieści. Polka dopiero co dostała Nobla. Istne eldorado!
A my, budowniczy banieczki, starając się promować czytelnictwo (bynajmniej nie z altruistycznych pobudek), to wrażenie tylko podkręcamy. Kolejnymi zdjęciami stosów książkowych, choinek książkowych, wyliczeń książkowych i wszystkiego, co książkowe. Od pewnego czasu prześladują mnie memy, na których ludzie zapychają biblioteczki coraz to nowymi książkami, mimo że w ich domu piętrzy się góra nieprzeczytanych utworów. Chwalenie się czytelnictwem zaczęło niepokojąco pachnieć promowaniem nieumiarkowanej konsumpcji.
Być może trochę się w tym wszystkim zagalopowaliśmy. I wydawcy, którzy wydają na potęgę, i blogerzy oraz czytelnicy, którzy chwalą się setkami przeczytanych (a przynajmniej posiadanych) książek, i sami autorzy, którzy bazgrzą coraz więcej (dwie powieści w roku to już żaden wyczyn). W efekcie dzieje się to, o czym przed tygodniem pisał dla smakksiążki.pl Wojciech Chmielarz (klik). Mnóstwo książek zdycha w ciszy, przygniecionych kurzem albo setkami sobie podobnych, zakopanych w przepastnych magazynach hurtowni.

www.unsplash.com/Jan Mellström Niestety, na tych gigantycznych cmentarzyskach często chowane są dobre powieści, co jest wielką przykrością dla autorów i ich wydawców. Prawdziwy problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy do masowej świadomości przebijają się niewłaściwe „dzieła”. Pół biedy, jeśli to po prostu słabe powieści, napompowane potężnymi budżetami promocyjnymi, tanimi chwytami marketingowymi czy czymkolwiek innym. Gorzej, jeśli to książki sprzedające fałszywą wizję świata, promujące nieodpowiednie wartości albo stawiające na piedestale niewłaściwych ludzi.
Głęboko wierzę, że wieloletnia walka o czytelnictwo w końcu przyniesie efekt. Że noblowski sukces Olgi Tokarczuk popchnie rynek do przodu. Że grzmotnęliśmy już o dno i trochę się od niego odbijemy. Ale obawiam się, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, choćbyśmy przeszli samych siebie w zakrzywianiu rzeczywistości i pokazywaniu, że czytanie jest fajne. Rozwój – a może regres – cywilizacyjny sprawi, że czytelnictwo się nie obroni. Raczej nie umrze, ale z dużym prawdopodobieństwem zejdzie w niszę.
Dobitnie uświadomiła mi to analiza autorstwa prof. Jean Twenge. Psycholożka z San Diego State University dogłębnie przeanalizowała, w jaki sposób amerykańska młodzież spędzała wolny czas na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat (klik). Okazało się, że w 1980 roku 60 proc. nastolatków kończących szkołę średnią codziennie sięgało po książkę, gazetę czy magazyn – z własnej woli, nie w ramach obowiązków uczniowskich. Ale w 2016 r. ten wskaźnik spadł do 16 procent! A przecież pojawiły się smartfony, tablety czy czytniki ebooków, które dały nowe możliwości obcowania ze słowem.
Zostałem wychowany w przekonaniu, że książki to najlepsze źródło wiedzy o świecie (dziś już nieaktualnym, bo mamy internet). W wierze, że czytać po prostu trzeba, aby nie być bałwanem. I to czytać cokolwiek. Byle czytać. Pochłaniać informacje z książek. Bo nawet z najgorszej szmiry zostanie w głowie coś cennego. Ale mając na uwadze całkiem prawdopodobny zmierzch czytelnictwa jako zajęcia masowego, może należy zmienić paradygmat. Może najwyższy czas postawić nie na ilość, ale na jakość. Skoro rynek się kurczy, może warto zadbać o tego, aby ograniczył się do literatury najwartościowszej, stanowiącej najlepsze źródło wiedzy lub rozrywki.
Dlatego choć to pewnie ryzykowny zabieg w przypadku autora, którego nikt nie zaczepia na ulicy, życzę Wam, abyście w 2020 roku czytali mniej – za to mądrzej. Abyście starannie selekcjonowali lektury i poddawali je należytej refleksji. Chciałbym na koniec roku zobaczyć w sieci przynajmniej jeden wpis, w którym autor pochwali się, że zamiast przeczytać bimbalion książek, połknął ledwie dziesięć (bo był zarobiony, bo Netflix, bo nie miał czytelniczej weny), ale za to z każdej wyciągnął coś cennego – albo przynajmniej setnie się przy nich wybawił.
Pamiętacie „Poranek kojota”? Jest tam scena, w której jeden z bohaterów wyznaje swojemu zaczytanemu w coachingowej literaturze przeciwnikowi, że w życiu przeczytał tylko dwie książki. Jedna z nich to „Ojciec chrzestny” „Gdybyś ją przeczytał” – mówi – „to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon. Ale niestety ty zapchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych”. Cóż, to dość osobliwy przykład na potwierdzenie tezy, że przy obcowaniu z literaturą więcej nie zawsze znaczy lepiej. Ale w końcu – tu spoiler – facet od „Ojca chrzestnego” skończył lepiej niż ten od coachingu.
Krzysztof Domaradzki
-
Wiosna, ach to ty! Co przeczytać w marcu?
Wiosna (nie łączyć z polityką) zbliża się wielkimi krokami, w końcu będzie można czytać w plenerze. Może jeszcze nie w marcu, chociaż pewnie będą takie dni, że usiądziemy z lekturą na ławce. Co przeczytać? Co wybrać? Na co wydać pieniądze? Serwuję Wam listę książek, które bym kupił w ciemno. Czy skorzystacie, to już zależy od Was, ale polecam. Smacznego! Aha, klikając na okładki, przeniesiecie się na stronę ze szczegółami dotyczącymi danej książki.
-
Potencjalne petardy marca. Co warto przeczytać w nowym miesiącu?
Marzec już jutro, chociaż powinien być już dziś. Pogoda za oknem sprzyja czytaniu, więc zapraszam na przegląd potencjalnych hitów marca. Wybrałem książki, tradycyjnie subiektywnie, które według mnie warto przeczytać w nowym miesiącu. Tradycyjnie, po kliknięciu w okładkę, przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie można książkę kupić. Smacznego.
-
Co przeczytać na początku 2016 roku?
Okolice nowego roku to moment, w którym podejmujemy różnorakie postanowienia. Siłownia, dieta, zmiana pracy. To tylko niektóre z nich. Nie brakuje też takich, którzy chcą przeczytać ileś książek rocznie. Dla mnie nie liczy się ich liczba, a jakość. Przedstawiam tytuły, które według mnie warto przeczytać na początku nowego roku. Większość ma premierę w styczniu, niektóre w lutym. Co ważne, po kliknięciu na okładkę, przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie książka jest szczegółowo opisana. Kolejność jest przypadkowa, wszystkie tytuły polecam.







































































































