Tag: David Lagercrantz

  • Odnieś sukces lub idź na dno, mój chłopcze. Rozmowa z Davidem Lagercrantzem

    Z Davidem Lagercrantzem spotkaliśmy się chyba pięć razy. Wszystko zaczęło się w Warszawie przy okazji kontynuacji sagi „Millennium” – śpiewaliśmy wtedy nawet piosenkę, której bohaterem był Zlatan Ibrahimović, zresztą bohater jednej z jego książek. Tak na marginesie, to wspólne śpiewanie bardzo pomogło przy umawianiu kolejnych rozmów w Sztokholmie. Teraz pogadaliśmy o najnowszej książce „Post mortem”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Wielka Litera w tłumaczeniu Justyny Kwiatkowskiej. W teorii jest to opowieść o dwóch młodych mężczynach, którzy chcą zostać pisarzami. Wyjeżdżają w podróż samochodem po Europie, w trakcie której dochodzi do brutalnego morderstwa. W praktyce jednak, to książka mocno autobiograficzna. Właśnie biografia Lagercrantza, jej zakręty i komplikacje są tematem naszej rozmowy.

    Jest coś po śmierci?

    Oczywiście, że tak! Nie dla nas, ale dla innych. To już się wydarzyło, więc kiedy umieramy, zostawiamy coś dla świata. W pewnym sensie żyjemy ze śmiercią. Żyjemy ze starymi opowieściami, historiami o śmierci, żyjemy z budynkami, wybudowanymi sto lat temu, więc śmierć jest ciągle obecna w naszym życiu. To jest zawsze post mortem, to jest zawsze życie po śmierci, dla innych ludzi. Śmierć innych nas zmienia.

    Czyli dla zmarłych śmierć jest końcem wszystkiego?

    Obawiam się, że tak. Chciałbym myśleć, że istnieje jakieś niebo, ale to byłoby zbyt skomplikowane. Co by się działo z ciałem? Zbyt zagmatwane.

    W jednej z naszych rozmów powiedziałeś, że Twój bohater (Hans Rekke) jest geniuszem, chociaż o tym nie wie. Podtrzymujesz?

    Może w dobrych momentach wie, że jest bystry, a nawet trochę genialny, ale gdy jest w depresji, to niewątpliwie o tym nie wie. Na tym właśnie polega depresja. Gdy jesteśmy zdrowi, czujemy, że jesteśmy fantastyczni, inteligentni, ale gdy jesteśmy w depresji, widzimy samych siebie przez ciemne okulary.

    Zmagałeś się z depresją, więc gdybyś miał ją wytłumaczyć ludziom, którzy nigdy się z nią nie zetknęli, to co powinniśmy wiedzieć?

    Trudno jest mieć depresję. Nie tylko ty ją masz, wszystko co widzisz, ma ciemne barwy – twoja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Kiedy masz depresję trudno być kreatywnym, wszędzie widzisz zagrożenia. Nauka nam mówi, że ludzie w depresji postrzegają innych jako bardziej wrogich. Gdy jestem w dobrym nastroju i widzę Twoją twarz, myślę: utniemy sobie miłą pogawędkę, może pójdziemy na piwo, ale kiedy jestem bardziej depresyjny, wyczuwam coś wrogiego w Twojej twarzy. Nauczyła nas tego ewolucja. Kiedy jesteśmy w depresji, ciało czuje to tak, jakbyśmy byli zagrożeni, musimy cały czas być ostrożni, to straszne. Ale dobrą rzeczą jest to, że kiedy z niej wychodzisz, kiedy ci się poprawia, widzisz jak wraca ci życie, jak po burzy, i jest piękniejsze niż kiedykolwiek. To jak wynurzenie się z głębi oceanu, nagle oddychasz powietrzem.

    Były momenty, w których poczułeś, że dotknąłeś dna?

    Miałem mnóstwo takich chwil. Było wiele powodów, związanych z moją rodziną, ze mną, ale na początku pandemii zwątpiłem w siebie. Myślałem, że jestem fatalnym pisarzem, że już nie umiem pisać. Kiedy czytałem swoje stare książki, myślałem, że są do dupy. Potem to nagle zniknęło i byłem w stanie bliższym manii, tak jak Rekke, i myślałem, że jestem genialny, więc to się zmienia. Dla pisarza to czasem dobrze, że wątpi, czasem trzeba wątpić, trzeba zadawać sobie pytanie, czy to jest naprawdę dobre. Ale czasem dobrze jest wierzyć w siebie i pisać dalej, mieć ten kreatywny flow.

    Depresja jest bardzo demokratyczną chorobą. Nie jest ważne ile masz pieniędzy na koncie, ile samochodów, domów, może po prostu Cię dopaść.

    Prawdopodobnie najsławniejszy współczesny pisarz, który miał wiele kobiet, podbił Hollywood, Ernest Hemingway, miał tylko 61 lat – kiedyś myślałem, że był stary, teraz wiem, że 61 to tyle, co nic – kiedy strzelił sobie prosto w usta, więc to się może zdarzyć każdemu. To prawda, to może się zdarzyć każdemu.

    Miałeś myśli samobójcze?

    Nie, jednak nie, ale mogę je zrozumieć. Mam wielu przyjaciół, ale też osoby z rodziny, które popełniły samobójstwo, to temat dla mnie ważny. Albert Camus kiedyś powiedział, że to najważniejsze pytanie: czy powinniśmy żyć, czy jednak nie? Więc nie, nie miałem takich myśli. Lubię wierzyć, że jestem fighterem.

    A jesteś?

    Tak. I mam dzieci. Więc jest ok, zostaję tutaj.

    Pamiętam jeden z naszych wywiadów, siedzieliśmy przy tym samym biurku w Twoim mieszkaniu. Widzę ten obraz doskonale, miałeś wtedy bardzo smutne oczy.

    Możliwe, pewnie to było w tym najgorszym momencie. Zauważyłeś to w moich oczach? Chyba pamiętam. Trudno jest wtedy promować książkę, a zdarzyło mi się to przy jednym z pierwszych tytułów w serii. Musiałem być pełen energii, a nie byłem. I większość ludzi tego nie widziała. Ale ty popatrzyłeś bacznie i to zauważyłeś.

    Teraz masz jednak szczęśliwe oczy.

    Tak? To dobrze!

    Byłeś od czegoś uzależniony?

    Zadajesz bezpośrednie pytania. Mam osobowość podatną na uzależnienia, więc byłem uzależniony od wielu rzeczy: tabletek nasennych, w młodości za dużo piłem, a może teraz, gdy sytuacja jest tak niepokojąca, jestem uzależniony od newsów.

    I książek?

    Książek i newsów – co dzieje się na świecie, co robią ci wszyscy szaleńcy.

    Temat depresji jest dla Ciebie trudny?

    Nie, uwielbiam ten temat, bo jest ciekawy. I interesujące, jak bardzo odmiennie postrzegasz życie w depresji i bez niej. I właśnie o tym jest literatura, sztuka, że widzisz świat w innym świetle. I sądzę, że ciekawe jest pisanie o człowieku na dnie i o tym, jak interpretuje świat.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Jedno z ważniejszych pytań pojawiających się w ”Post mortem” dotyczy tego, jak bardzo samotny może być człowiek.

    Nie ma na to odpowiedzi, ale jedna z postaci mówi, że bezdennie. To przerażająca myśl. Sądzę, że samotność jest w pewnym sensie niebezpieczna, mówi nam o tym nauka. Ciało cierpi, ale miejmy nadzieję, że są granice cierpienia. Ludzie są torturowani i, na szczęście, w końcu ciało się wyłącza. Ale to przerażająca myśl. Możemy wyobrazić sobie wiele samotnych miejsc daleko, w głębi oceanu, tam można czuć się niebywale samotnym. W każdym razie pomyślałem, że to dobry wątek do książki – jak samotnym można być? A to, jak wiesz, jest cytat z Cohena. Leonard Cohen o to pytał, „how lonely does it get? Hank Williams hasn’t answered yet” (Jak samotnym można być? Hank Williams jeszcze nie odpowiedział). Nie ma odpowiedzi na to pytanie, ale można zwrócić się wtedy o pomoc i to dobrze.

    W Twojej najnowszej książce jest podróż przez Europę, jest sporo klasyków literatury, są ludzie, którzy chcą zostać pisarzami.

    Książka jest częściowo autobiograficzna, bo zaczęło się od nowiutkiego auta, które miałem za młodu, i pojechałem z przyjacielem na południe. Coś się wówczas wydarzyło. Chwilami czułem, że to podróż w głąb mroku. Bo myślałem, że ten przyjaciel jest charyzmatyczny, świetny, ekstrawagancki, ale zauważyłem, że kiedy pił, robił się przerażający. Nic nie mogłem zrobić, to doświadczenie, które we mnie utkwiło. Dlaczego nic nie powiedziałem na temat jego zachowania? Byłem jak uwięziony w jego małej sekcie. Zawsze myślałem, że powinienem był co z tym zrobić. To była normalizacja destrukcyjnej relacji. Jechaliśmy w stronę Francji, pamiętam te fiesty, życie było jedną wielka imprezą, a może życie to nie impreza. Jest w tym smutek, gdy umierasz, a wokół trwa impreza. Mamy tu karnawał na Strandvägen. Wszyscy się bawili, aż musieliśmy się rozejść, bo jechała karetka. Myślałem o tej osobie leżącej w karetce, może umierającej, gdy wszyscy wokół się bawili. Ta myśl we mnie została.

    Sporo w tej książce też symboli, niczym u Dana Browna.

    To książka o seryjnym mordercy. Chce uchodzić za oczytanego i wykształconego. Umieszcza liczby na każdej zabitej ofierze, ale nie w oczywisty sposób. Zaczyna od pisma rzymskiego/cyfr rzymskich , a w przypadku piątej ofiary umieszcza Y, literę alfabetu greckiego, ale też liczbę. Rekke odkrywa, że ypsylon jest symbolem, w „Nowym wspaniałym świecie” Huxleya, symbolizuje ludzi na samym dole hierarchii. Alfa i beta rządzą, oczywiście, a ypsylon jest na samym dole, urodził się, by być posłusznym. Pomyślałem, że to przerażające, bo zabójca ma oczywiście poczucie wyższości, ma moc, uważa się za istotę boską, a swoją ofiarę widzi jako kogoś słabego. A może ten słaby jest mocniejszy, bardziej interesujący. Ten symbol przemawia do Micaeli, mojej bohaterki, która mieszka tutaj, w Östermalm, i ludzie patrzą na nią z góry. Więc gdy jej samoocena jest niska, myśli, że jest takim ypsylonem.

    Ludzie patrzą na nią z pogardą, a sama czuje, że nie pasuje do tej dzielnicy, będąc jednak policjantką.

    To przygnębiające, że tak jest. Kiedy mam taką postać – a jestem biały i pochodzę z uprzywilejowanej rodziny, więc kiedy pisałem o Micaeli zorientowałem się, że kiedy zauważasz osobę o innym kolorze skóry w tej dzielnicy, to są to osoby pracujące dla białych, przychodzą z wiadrami. Łatwo było zrozumieć, jak może czuć się młoda kobieta, która tutaj mieszka, a ludzie patrzą na nią, jakby przyszła posprzątać im mieszkanie. Czuje się odsłonięta, jest w tym dużo gniewu, myślę, że ciekawie się to zgłębia. Obawiam się, że mamy coraz większą segregację w szwedzkim społeczeństwie.

    Jest w „Post mortem” jeszcze coś biograficznego?

    Wiesz, że książka jest o dwóch osobach, które chcą zostać pisarzami i jedna nim zostaje. Dostaje się na ten rynek literacki, na którym jestem od 20 lat. Możesz wierzyć, że ludzie, którzy zajmują się literaturą są życzliwi, przepełnieni humanizmem – ale nie wszyscy. Są ludzie, którzy mnie demonizują przy pomocy słów. To dla mnie ciekawe, że można kogoś zabićsłowami, demonizować drugiego człowieka przy pomocy słów, nazwać go karaluchem. Mnie to się też przydarzyło, wiem, jak to wpływa na kogoś, kiedy słyszy, że jest okropnym człowiekiem. To ciekawe. W tej książce jest jedna osoba, która zaczyna wierzyć, że może faktycznie jest karaluchem, a może jest mordercą. Sądzę, że to naprawdę ciekawe, co mogą słowa. Gdy ludzie dokonują zabójstw lub czystek etnicznych, zawsze zaczyna się od słów. Zawsze zaczyna się od określania grup ludzi potwornymi określeniami, które odbierają im tożsamość, wtedy łatwiej ich zabić.

    Mam wrażenie, że wnętrze rynku książki jest identyczne wszędzie, bez względu na długość i szerokość geograficzną.

    Tak, kiedyś byliśmy bardzo uprzejmi i grzeczni. Wszystko zmieniło się z komercjalizacją rynku książki, pojawiły się osoby odnoszące wielkie sukcesy. Nawet rynek książki ma swoich psychopatów. Psychopaci są wszędzie i są straszni, ale ciekawie się o nich pisze. Więc może jest w tej książce odrobina zemsty – zmienionej, fabularyzowanej, ale jednak zemsty.

    Zostając przy Twojej biografii, kilka lat temu wspominałeś, że planujesz napisać książkę o relacji z ojcem. Na jakim etapie jest ten projekt? Przyznam, że ta część Twojego życia bardzo mnie interesuje.

    Sytuacja wygląda tak, że być może napiszę o moim ojcu, ale w beletrystyce, bo mam umowę na pisanie kryminałów. To przydarza się pisarzom, a przynajmniej mnie, cały czas. Mam pomysł, muszę o tym napisać, a potem nie jestem już pewny, ludzie wciąż piszą o ojcach. A potem napisałem „Post mortem” i zorientowałem się, że dobrze jest wziąć wątki autobiograficzne i stworzyć z nich fabułę. Teraz próbuję zrobić to samo z moja czwartą książką o Rekkem. Bo ojciec Rekkego jest podobny do mojego. Więc trochę drążę temat, ale to będzie beletrystyka.

    A co z non-fiction?

    Może później, nie wiem. Sądzę, że wrócę do pisania non-fiction, jak skończę tę serię, napiszę cos autobiograficznego.

    Jak wspominasz ojca, Olofa Lagercrantza?

    Był dla mnie wzorem, ale był też swego rodzaju cieniem w moim życiu, podziwiałem go. Był pisarzem, bardzo słynnym, cenionym, redaktorem naczelnym najbardziej wpływowej gazety w Szwecji. W naszym domu zawsze bywali słynni ludzie, słynni pisarze, a ja byłem młody, nieśmiały i milczący, a chciałem być jak oni. Czasem mówię, że chciałem być pisarzem, zanim chciałem pisać. I kiedy dorosłem, miał wobec mnie pewne oczekiwania, widziałem po jego wyrazie twarzy, że był rozczarowany, że poszedłem w innym kierunku, a to zawsze drażliwy temat dla młodego mężczyzny. Był też pełen bólu, ale nie umiał o tym mówić. Zwracał uwagę na cierpienie. To na mnie wpłynęło. Wiedziałem, że mogę zwrócić jego uwagę, gdy będę nieszczęśliwy. Sądzę, że w ten sposób radził sobie z własnym bólem. Mówił, że jest specjalistą od pocieszania, był dobry w pocieszaniu ludzi. W naszej rodzinie było wiele osób odnoszących sukcesy, ale mamy też wiele osób kruchych, które odbierały sobie życie lub były hospitalizowane, więc gdy byłem młody uważałem, że w życiu są dwie opcje – albo odnieść sukces, albo pójść na dno. Miałem więc tytuł do swojej książki „Odnieś sukces lub idź na dno, mój chłopcze”. To jest historia, którą zawsze chciałem pisać, bo to jest moje życie, ale też siła, która popchnęła mnie do pisania, może widać to w książkach. Ale nawiązuję do tego tematu w mojej następnej powieści.

    Twój ojciec zmarł jeszcze przed publikacją Twoich książek.

    Tak, żadnej z nich nie widział.

    Byłby dumny?

    Myślę, że byłby dumny. Ale nigdy nie wiadomo. Nie można mówić w imieniu umarłych. Więc zawsze jest moim cieniem, zawsze chciałem być jak on, ale też się buntowałem, uważałem, że pisze za bardzo dla elity. Za bardzo do niej należał. Po książce o Zlatanie byłem zachwycony, gdy elicie podobała się moja książka, ale też, gdy czytały ją inne grupy społeczne. Jestem dumny, że próbuję pisać dla większej grupy odbiorców, niż on.

    Widzisz jakieś podobieństwa w tym, jaki był ojciec dla Ciebie, a tym, jakim jesteś ojcem dla swojego syna?

    Myślę o tym cały czas. W pewnym sensie jest podobnie – miałem sławnego ojca, on ma teraz sławnego ojca. Nie chcę przekazywać mu ran, które przekazał mi mój ojciec. Myślę więc o tym cały czas, ale czasem zachowujesz się w pewien sposób i stajesz się swoim ojcem, nawet jeśli nie chcesz. Mam nadzieję, że jestem lepszym ojcem, zobaczymy. Cieszę się, że nie pisze, tylko gra.

    Gra na pianinie, a Ty jeszcze używasz tego instrumentu?

    Już nie tak często, ale syn gra cały czas, ma na tym punkcie obsesję. To świetne dla mnie, i dla książki, bo mogę mu zadawać pytania. Gra te same utwory, co Victor (jeden z bohaterów książki). Nie wiedziałem, że będzie tyle grał, gdy tworzyłem postać Rekkego, który jest pianistą. Ja siedzę tutaj i piszę, a mój syn gra Chopina, Beethovena, głównie Chopina.

    Chciałbyś żeby został zawodowym pianistą?

    Nie, nie jestem mamą-tygrysicą, jak chińskie matki, zmuszające swoje dzieci. Chciałem, żeby był normalnym facetem, grającym w piłkę nożną, ale miał kontuzję, zaczął grać i teraz ma obsesję.

    Zamykając temat ojcostwa – na ile procent oceniasz szansę, że napiszesz książkę o relacjach z ojcem?

    90%. Nie wiem, może będzie głównie o mnie, ale moja historia jest też historią mojego ojca, więc sądzę, że ją napiszę. Ale zrobię z tego beletrystykę. Teraz w gruncie rzeczy czuję się szczęśliwy, pisząc, bo to jest łatwe. Czasem, gdy piszesz kryminał, opisujesz coś, czego nigdy nie doświadczyłeś, jak seryjni mordercy, coś, o czym tylko czytałeś. Ale gdy dotykasz czegoś, czego doświadczyłeś na własnej skórze, to twoje pisanie wyostrza się, staje się lepsze.

    Jesteś popularny w Szwecji, odbiła Ci kiedyś woda sodowa?

    Mamy w książce jedną postać wątpiącą w siebie, nieszczególnie w siebie wierzącą, ale mamy też tego pompatycznego bohatera. Jest wiele takich postaci, szczególnie wśród starszych pisarzy. Miałem podobne objawy. Tak jak on, wchodziłem do restauracji, ludzie mnie nie rozpoznawali, a ja mówiłem: jak tak można?! To ja! Trochę się obrażałem, gdy nie wiedzieli, kim jestem. Oczywiście to idiotyczne, ale miło się pisze o głupocie swojej i innych.

    To było po książce o Zlatanie?

    Po książce o Zlatanie i po „Millennium”, gdy moje nazwisko stało się powszechnie znane w Szwecji.

    Jakie jeszcze były objawy?

    Kiedy wydam książkę, a ktoś pyta: – To czym się teraz zajmujesz, Davidzie? Kiedyś miałbym ochotę mu przyłożyć. – Wydałem książkę, nie widziałeś, idioto?! Albo zazdrość o innych pisarzy, których nisko cenisz, ale odnoszą sukcesy – takie rzeczy się ciekawie zgłębia w książce. Potem dodajesz odrobinę siebie do takiej jaskrawej postaci, albo możesz wziąć swoje cechy, podkręcić je i nadać postaci.

    Wiedziałeś już wtedy, że to nie było najlepsze zachowanie?

    Cały czas mam tego świadomość. Robisz coś, chwalisz się, czy coś, a potem o 4 nad ranem myślisz: – Jak mogłem, ale to głupie, cały czas tak mam. Ale myślę, że teraz jest ze mną lepiej. Kiedy człowiek wstanie z dna, jest szczęśliwy, czasem zaczyna się przeceniać.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Ilu pisarek i pisarzy chce być jak David Lagercrantz?

    Nie wiem, nie wiem. Nie potrafię powiedzieć, może niektórzy. Ale nie wiem, czy chcą być jak ja, jestem zbyt neurotyczny. To wizerunek, który mam w Szwecji – neurotyczny i histeryczny. Ale mam nadzieję, że kilku chce być jak ja. Mam nadzieję, że ludzie chcą pisać, jak ja, bo dużo pracuję nad językiem. Może to zła odpowiedź na dobre pytanie, ale poczułem się zawstydzony.

    Wracając na moment do Zlatana, kumplujecie się?

    Nie, w sumie nie. Powód, dla którego książka była interesująca i, moim zdaniem, całkiem niezła, polega na tym, że tak bardzo się różnimy. Coś się wydarzyło, gdy się spotkaliśmy.

    Opowiadałeś o waszym pierwszym spotkaniu w Mediolanie, gdy powiedział Ci, że jeśli nie wierzysz w Boga, to nie wierzysz w Zlatana.

    Tak, dokładnie taki był. Był fantastyczny, ale pochodzimy z zupełnie różnych światów. Na początku chyba się nie rozumieliśmy. Do tego stopnia się różniliśmy. Ale nagle coś się stało, jakby runął mur, i spotkaliśmy się. Potrafiłem zrozumieć jego sytuację, zobaczyć go ze swojej perspektywy – miał dramatyczną historię ze swoim ojcem, był outsiderem, a ja też się czułem outsiderem, to było naprawdę ciekawe, że byliśmy sobie obcy i nagle złapaliśmy kontakt. Coś się wydarzyło i zaczął opowiadać swoją historię w inny sposób. A gdy opowiedział swoją historię, zacząłem widzieć moją historię w innym świetle. Zrozumiałem, że w jego świecie musisz być silny, powinieneś być twardym mężczyzną. Gdy mi to powiedział, nagle zrozumiałem, że w moim świecie to jest uznawane za wulgarne. W moim świecie wielbimy słabego i wrażliwego poetę, więc zobaczyłem moje życie w nowy sposób. Myślę, że to było bardzo ciekawe, ale jesteśmy różni. Nie jest człowiekiem literatury, jest człowiekiem akcji.

    Wyszła z tego bardzo szczera książka.

    Tak, jest bardzo szczera. Myślę, że to było jedno z moich najlepszych doświadczeń.. I piękne jest to, że zachęciła całe nowe pokolenie do czytania. Wszyscy ci ludzie, szczególnie na przedmieściach, którzy nigdy nie byli blisko księgarni czy biblioteki, nagle zaczęli czytać i to jest piękne. Niektórzy czytają dalej, inne książki. To zmieniło ich życie. Zawsze im mówiłem: – Oczywiście chcesz być Zlatanem, ale on jest jeden na dziesięć milionów, ale czytaj, to łatwiejszy sposób, by zmienić swoje życie.

    Post mortem” kończy się wątkiem rodzinnym, który sugeruje, że profesor Hans Rekke będzie w kolejnym tomie grzebał w swojej przeszłości.

    Pod koniec dowiadujemy się – i to nie spojler, bo zawsze kończę cliffhangerem nawiązującym do kolejnej książki – że ma siostrę. Jego ojciec zdradził jego matkę, a Rekke jest współczesnym Sherlockiem Holmesem, oczywiście, a tu siostra, ciekawe! Ale teraz zniknęła, a jego ojca przepełnia poczucie winy. Może gdzieś tam kryje się zbrodnia. Pokopiemy głęboko w rodzinie Rekkego.

    Powoli zbliżając się do końca naszej rozmowy nie mogę Cię nie spytać o to, co dzieje się na świecie. Śpisz spokojnie?

    Nie śpię dobrze, sytuacja jest okropna, oczywiście moje pokolenie nigdy nie widziało czegoś podobnego. Mamy zapaść demokracji w Stanach Zjednoczonych, autokratyczne wichury w wielu miejscach. Niedawno jeszcze myśleliśmy, że demokracja liberalna zwycięży. A teraz jest atakowana. Mamy wojny, a myśleliśmy, że należą do starego świata, gdy nie byliśmy jeszcze tak mądrzy, jak teraz, ale wróciły. To była tylko krótka, radosna przerwa po II Wojnie Światowej, gdzieś do 11 września 2001 roku, ale teraz wszystko wróciło i jest okropne. Agresja wobec Ukrainy – myśleliśmy, że będzie dobrze, bo mamy Stany Zjednoczone, które nas obronią, ale teraz już ich nie mamy. Społeczeństwo jest spolaryzowane. A najpoważniejszą rzeczą jest kryzys prawdy. Coraz mniej osób czyta mainstreamowe, czy dobre źródła wiadomości, a coraz więcej karmi się mediami społecznościowymi, które kłamią, i dostaje wypaczony obraz rzeczywistości. Kiedyś mieliśmy programy newsowe, które oglądali wszyscy – wtedy różniliśmy się poglądami, teraz podajemy inne fakty. Może być jeszcze gorzej przy AI. Więc bardzo się martwię. Jedyna nadzieja w tym, że historia jest dialektyczna, jest teza i antyteza, że dojdzie do reakcji na to, co jest. Mamy sytuację w Izraelu, ludzie giną w Gazie, jest strasznie. Czasem próbuję się od tego odciąć i uciekam w literaturę.

    Boisz się o Szwecję?

    Myślę, że w Szwecji jest w porządku. Mamy partię prawicową, z około 20% poparciem, ale raczej odizolowaną. Martwi mnie duże nasilenie przemocy ze strony gangów w Szwecji, to niepokojące. Ale bardziej niepokoi mnie to, co dzieje się wokół. Tak jak wy w Polsce, boimy się Rosji. Wiemy z historii, że kiedy jeden kraj wywołuje wojnę, to się nie zatrzymuje. Więc to najważniejszy temat w Europie – pomóc Ukrainie. Nie tylko dlatego, że chcemy być uprzejmi wobec Ukrainy, pomożemy samym sobie, pomagając Ukrainie.

    Wołodymyr Zełenski to dobry temat na książkę?

    Tak, doskonały. Dobrze mu życzę, bo ma teraz kłopoty, mieliśmy nadzieję, że uda mu się zakończyć tę wojnę w 2022 roku, a teraz sytuacja jest niepokojąca. Myśleliśmy, że jego przeznaczeniem jest być bohaterem, widzieliśmy w nim współczesnego Winstona Churchilla, i myśleliśmy, że ci źli, jak Putin, w końcu przegrają. To dlatego, że zaplątaliśmy się w narrację o II Wojnie Światowej. Myśleliśmy, że tak wyglądają wojny, jak w bajce, że dobrzy ostatecznie zwyciężą, ale nie ma żadnej pewności, że tak się stanie. I to martwi mnie najbardziej.

  • To nie jest nowe „Millennium”, felieton Rafała Chojnackiego

    Ile to już razy zdarzyło się, że jakiś pisarz został okrzyknięty „nowym Stiegiem Larssonem” albo książka przez wydawcę promowana była jako „nowe Millennium”? Pewnie trudno by to było policzyć, zwłaszcza w czasie największej popularności oryginalnej trylogii Larssona, kiedy to powstawały głośne filmy Nielsa Andrena Opleva i Davida Finchera. Nic dziwnego, seria przedwcześnie zmarłego pisarza stała się największym bestsellerem rodzącego się wówczas nurtu nordic noir. Dziś jednak chciałbym opowiedzieć o książce, która naprawdę na tą etykietkę zasługuje. Niewiele brakowało, a ujrzała by światło dzienne jako siódmy tom Millennium. Przypomnijmy sobie jednak najpierw skąd wzięło się całe zamieszanie wokół serii Stiega Larssona.

    Dziennikarz, który został pisarzem

    Zanim Stieg Larsson napisał pierwsze trzy tomy Millennium (książki pisane były niejako do szuflady, ponieważ autor dość długo szukał dla nich wydawcy), znany był przede wszystkim jako dziennikarz zaangażowany w sprawy społeczne. Jego publikacje dotyczyły głównie monitorowania zachowań skrajnej prawicy w Szwecji. Był jednym ze współtwórców czasopisma „Expo”, które publikowało regularnie informacje o ekscesach z udziałem faszystów. W 2001 roku wydał nawet (wspólnie z Mikaelem Ekmanem) książkę Sverigedemokraterna – Den nationella rörelsen (Szwedzcy Demokraci – Ruch narodowy), poświęconą ciemnej stronie prawicowej partii Szwedzkich Demokratów. Drugi temat, który go interesował, to przemoc wobec kobiet. Zainteresowanie to zaczęło się od tematu „zabójstw honorowych”, dokonywanych przez muzułmanów, na młodych dziewczynach, które, ich zdaniem, nie prowadzą się wystarczająco dobrze.

    Wcześniejsze próby literackie Larssona nie należały do udanych, opublikował jednak kilka opowiadań w fanzinach poświęconych literaturze science-fiction. Jedno z nich polscy czytelnicy mogą przeczytać w interesującej, choć nieco niedocenionej antologii Ciemna strona, której redaktorem jest John-Henri Holmberg, jeden z największych specjalistów od szwedzkiej literatury popularnej. Opowiadanie „Supermózg” nie jest szczytem literackiego wyrafinowania, ale daje jakieś pojęcie o poziomie pisarskim młodego Larssona. Wielu krytyków, a nawet dawnych znajomych Stiega, po lekturze pierwszego tomu Millennium, uznało, że nie mógł on napisać takiej książki. Podobnego zdania byli dziennikarze, z którymi młody Larsson pracował w agencji prasowej TT (coś w stylu PAP).

    Jako że pisarz zmarł niespodziewanie na zawał serca w listopadzie 2004 roku przed ukazaniem się powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, sprzyjało to powstaniu rozmaitych teorii spiskowych. Niektórzy uważali, że porządna forma opasłych tomów Millennium to zasługa redaktorów wydawnictwa Norstedts, które podpisało wreszcie umowę na wydanie serii Larssona. Spora część pracy nad tekstem mogła się przecież odbyć już po śmierci autora. Inni z kolei uważali, że współautorką powieści była jego wieloletnia partnerka, Eva Gabrielsson. Znajomi pisarza zgodnie twierdzili, że para nie tylko dyskutowała ze sobą o pisanych przez nich tekstach, ale też często dodawali sobie wzajemnie całe akapity, pomysły, a nawet całe gotowe fragmenty tekstu. Tyle tylko, że dotyczyło to artykułów i opracowań, nie literatury. Nieco światła na tę współpracę rzuca autobiograficzna książka Evy, zatytułowana „Millennium, Stieg i ja”, dostępna również po polsku.

    Bestseller, który wywołał aferę

    Ogromny sukces pierwszego tomu Millennium, zatytułowanego „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” został powtórzony przez dwa kolejne, które Larsson zdążył napisać przed śmiercią. Z korespondencji, którą prowadził ze znajomymi wiemy, że planował 10 tomów serii. Szybko też okazało się, że pokazywał różnym ludziom fragmenty kolejnej książki, przy czym prawdopodobnie mogło chodzić o tom piąty, czwarty miał dopiero powstać. Zdania na temat objętości tekstu były podzielone. Jedni mówili o kilkunastu, drudzy o ponad 100 stronach maszynopisu. Logika wskazywała na to, że fragmenty te muszą być w komputerze (prawdopodobnie w laptopie) Larssona. Cóż jednak zrobić, skoro laptop ten rozpłynął się w powietrzu?

    Eva Gabrielsson, wieloletnia partnerka Larssona, nigdy nie miała z nim ślubu. Para nie miała też dzieci, dlatego cały spadek po Stiegu, a więc również pieniądze z honorariów za książki i prawa do ekranizacji, popłynęły szerokim strumieniem do ojca i brata pisarza. Czyli do osób, z którymi od lat, z różnych powodów, nie utrzymywał kontaktu. W sytuację zamieszali się prawnicy, jednak prawo jest w tej kwestii dość jednoznaczne, dlatego Gabrielsson została z niczym, musiała nawet opuścić zamieszkiwane ze Stiegiem mieszkanie. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nie mogła sobie przypomnieć, gdzie mógłby się znajdować słynny laptop Larssona.

    Kolejny rozdział do afery został dopisany, kiedy w 2014 roku Norstedts zapowiedział, że kontynuację „Millennium” napisze David Lagercrantz. Autor ten już wcześniej dał się poznać jako specjalista od „wchodzenia w czyjeś buty”. Najbardziej jaskrawym przykładem nadal pozostaje „autobiografia” piłkarza Zlatana Ibrahimovica. Lagercrantz zbliżył się tam do języka swojego bohatera na tyle, że książka zyskała aprobatę młodych fanów piłkarza, z miejsca stając się bestsellerem. Trzy tomy „Millennium”, na które zakontraktowano tego autora, sprzedały się wprawdzie bardzo dobrze, ale pisarz był są nie krytykowany, i to z różnych stron.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Od samego początku niektórzy nazywali kontynuację „tańcem na grobie Larssona”, zwłaszcza w kontekście niedawnego sporu z Evą Gabrielsson. Nie wszystkim też podobało się, że Lagercrantz nieco inaczej widział początkowo bohaterów Larssona. Kiedy jednak już nieco okrzepł w tej roli i poczuł się pewniej, napisał tak komiksowe zakończenie trzeciej z pisanych przez siebie książek, że nawet osoby, które chwaliły sensacyjną stronę oryginalnego „Millennium”, dostrzegły w nowym pomyśle sporą przesadę. Z krytyką spotkał się również brak głębszego zaangażowania w tematy społeczne. Owszem, Lagercrantz poruszał ciekawe i ważne tematy, takie choćby jak sawantyzm, nie miał w sobie jednak tych doświadczeń społecznika, które sprawiały, że Larsson był wiarygodny w tym, co pisał. Trzeba jednak oddać Lagercrantzowi jedno: sama fabuła nie odbiega zbytnio jakością od tego, co napisał twórca Millennium.

    Pisarz, który nie napisał Millennium

    W połowie 2022 roku gruchnęła wieść, że powstaną kolejne trzy tomy, a ich autorką będzie Karin Smirnoff, kojarzona dotąd głównie z powieścią obyczajową i psychologiczną. W cieniu tej informacji pozostaje pytanie dotyczące jednak zupełnie innej książki. Można by się bowiem zastanawiać, dlaczego tyle czasu minęło od premiery powieści Lagercrantza „Ta, która musi umrzeć” (Hon som måste dö, 2019), do czasu ogłoszenia nowego nazwiska.

    Karin Smirnoff, fot: smakksiazki.pl

    Okazuje się, że Smirnoff nie była pierwszą osobą, która miała już w ręku podpisany gotowy kontrakt na nowe Millennium. W kolejce przed nią stał pisarz, nazywany „szwedzkim Stephenem Kingiem”.

    John Ajvide Lindqvist, o nim bowiem mowa, jest autorem najbardziej znanego horroru z kraju Trzech Koron, powieści „Wpuść mnie” (Låt den rätte komma in, 2004), która została dwukrotnie zekranizowana. Najpierw w 2008 roku podjął się tego Thomas Alfredson (ten sam, który reżyserował szwedzkie adaptacje drugiego i trzeciego tomu „Millennium”), następnie amerykańską wersję w roku 2010 nakręcił Matt Reeves.

    Lindqvist napisał scenariusz swojej nowej książki i najprawdopodobniej obszerne fragmenty gotowego tekstu, po czym wysłał je do wydawcy. I wtedy zaczął się proces, którego się nie spodziewał. Przepychanka między szwedzkim wydawcą, agentem i zagranicznymi wydawcami trwała pełne 18 miesięcy. Po tym czasie przyszła do niego informacja odmowna. W międzyczasie Lindqvist otrzymywał jedynie mgliste uwagi, z których wynikało, że powieść jest trochę za wesoła, a w ogóle to może lepiej gdyby miała inną fabułę.

    Autor uznał, że szkoda mu pracy włożonej w stworzenie nowej powieści, dodatkowo w gatunku, w którym wcześniej nie próbował swych sił. Dlatego też wykreował nowych bohaterów, przepisał powieść tak, by usunąć z niej niektóre wątki, wiążące je z „Millennium”. W ten sposób powstała całkiem nowa książka, choć jej fabuła w pełni opiera się na tym, co miało przydarzyć się Salander i Blomkvistowi. Jako że pomysł na kontynuację serii Larssona zakładał napisanie trzech kolejnych tomów, wiadomo już, że autor ma pomysły na co najmniej dwa kolejne.

    Powstająca w ten sposób nowa seria nosi tytuł „Blodstormen” (Krwawy sztorm), a pierwszy tom zatytułowany jest „Skriften i vattnet” (Pismo w wodzie). Bohaterami są autorka kryminałów Julia Malmros i informatyczny geniusz Kim Ribbing. Julia dostaje zlecenie – ma napisać… kolejny tom znanej na całym świecie serii kryminalnej. Wydawca jednak odrzuca jej projekt, a pisarka postanawia zaszyć się w domku na jednej z wysepek Archipelagu Sztokholmskiego, by ochłonąć. Wkrótce odnajduje ją tam Kim. W samą porę, oto bowiem w Midsommar na sąsiedniej wysepce należącej do przyjaciela Julii z dzieciństwa, zostaje popełniona okrutna zbrodnia, którą przeżywa jedynie 14-letnia dziewczynka.

    Lindqvist znany jest nie tylko z umiejętnie budowanego nastroju grozy, który sprawiał, że jego powieści były czymś więcej, niż tylko kolejnymi krwawymi horrorami. Jego specjalnością są też wnikliwie sportretowani bohaterowie których cechy charakteru nie pozostają bez wpływu na fabułę. Tak jest i tym razem. Nowym elementem są za to charakterystyczne dla kryminału fabularne twisty, które zmuszają szare komórki czytelnika do wytężonej pracy.

    Z małej wysepki na Bałtyku zostajemy rzuceni w wielki świat, oto bowiem dawny przyjaciel Julii stał się w międzyczasie bogaczem, a rozwiązanie zagadki jego śmierci może tkwić w którymś z nielegalnych interesów, które prowadził równolegle do jawnie działającej firmy.

    Krytycy nie szczędzą tej powieści pochwał, wskazując jako jeden z jej atutów charakterystyczny dla kryminału czarny humor. Znany choćby z powieści Larssona…

    W chwili gdy kończę piać ten tekst, na stronie agenta literackiego Johna Ajvide Lindqvista nie znajdziemy żadnej informacji na temat sprzedaży praw do tej powieści któremukolwiek z polskich wydawców.

    Rafał Chojnacki

  • „Mój bohater jest geniuszem, chociaż o tym nie wie”. David Lagercrantz o „Memorii”

    Gdzie mieszka Hans Rekke, główny bohater „Memorii”? Dlaczego książkowa imigrantka nie czuje się za dobrze w jednej z dzielnic Sztokholmu? Czy David Lagercrantz woli grać w szachy, a może jednak na pianinie?

    To tylko część pytań, na które znajdziecie odpowiedź w materiale śladami najnowszej książki Davida Lagercrantza. „Memoria” ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Wielka Litera w tłumaczeniu Justyny Kwiatkowskiej. Będzie o Sherlocku Holmesie, słynnej partii szachowej z 1974 roku, demonach w głowie pisarza oraz głównego bohatera książki, ale też o relacjach między rodzeństwem i o tym, czy można zostać pochowanym za życia, a potem się zmartwychwstać w zupełnie innym miejscu. Zapraszam do Sztokholmu śladami Hansa Rekkego i Micaeli Vargas.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Wielka Litera.

  • Czy ktoś pisze książki za Camillę Läckberg? Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Tuż przed Targami Książki w Göteborgu, które odbywają się pod koniec września i są najważniejszym wydarzeniem literackim w Szwecji – poza Noblem oczywiście – w szwedzkim świecie kultury zawrzało. No może nie do końca zawrzało, bo oburzenie z powodu skandalu było zaskakująco słabe, ale przez chwilę zapowiadało się na mega eksplozję. Taki był też plan. Świetne pismo „Kvartal” opublikowało poprzedzony długim researchem obszerny artykuł autorstwa pana Lapo Lappina ujawniający, że królowa szwedzkiego kryminału Camilla Läckberg ma …ghost writera. Jest w nim dodatku inny autor kryminałów Pascal Engman, który oficjalnie występuje także jako redaktor kilku powieści Läckberg.

    Według Lappina to Engman napisał „Kobiety bez litości”, a „Idziesz do więzienia” też zostało napisane nie przez królową, choć trudno orzec przez kogo. Do tych druzgoczących wniosków Lappin doszedł dzięki sztucznej inteligencji. Dokładniej było tak, że przeanalizował wszystkie książki Läckberg za pomocą programu Stylo, który służy do przeprowadzania analiz stylometrycznych tekstów. Mamy tu zresztą polski wątek, bo w stworzeniu programu Stylo brało udział dwóch Polaków: Maciej Eder i Jan Rybicki. W przypływie patriotycznego szału można by więc stwierdzić, że Polacy złamali najpierw szyfr Enigmy, a potem przyczynili się (niebezpośrednio, ale zawsze) do złamania tajemnicy Camilli. A może nawet do upadku królowej? Wow!

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Dogłębna analiza słownictwa i stylistyki kryminałów Läckberg nie pozostawia złudzeń, dwie z nich napisał ktoś inny. W sumie nic dziwnego, Läckberg poza byciem odnoszącą niezwykłe sukcesy komercyjne pisarką jest bizneswomen inwestującą w najprzeróżniejsze firmy i projekty, instagramerką, influencerką, mamą czwórki dzieci, trendsetterką i bywalczynią wszelkich możliwych imprez. Od dawna zastanawiam się nad tym: jak ta kobieta znajduje czas na pisanie?! Sama należę do osób grzebiących się z każdą książką, a dziś, żeby odnosić sukcesy finansowe z publikowania książek, trzeba je z siebie wyrzucać w tempie Remigiusza Mroza. Taki świat. I Läckberg jakimś cudem daje radę.

    Wróćmy do naszej historii. Lapo Lappin przekonany, że znajduje się w przedsionku czyśćca, które zafundował właśnie królowej, próbował się  z nią przed publikacją artykułu skontaktować. Oczywiście mu się to nie udało, Läckberg, jak każda kobieta sukcesu, jest zajęta. Na uporczywe maile dziennikarza odpowiedziała jej agentka Paulina L . Oskarżenia określiła mianem bezzasadnych i dodała, że „35 milionów sprzedanych książek autorki mówi samo za siebie”. Pascal Engman zdecydowanie zaprzeczył, jakoby robił coś więcej niż redagował książki Läckberg. W końcu sama Camilla napisała w mediach społecznościowych, że wszyscy pisarze mają redaktorów i to właśnie redaktorzy pozwalają im się w pełni rozwinąć. Myśl tę podchwyciła gazeta „Sydsvenskan”, której dziennikarz dowodził, iż bycie pisarzem jest tak naprawdę procesem kolektywnym i zawsze jest tak, że jedną książkę pisze wiele osób. Nie dodał, czy oznacza to, że Nagroda Nobla powinna być przyznawana autorom i ich redaktorom. A byłaby to myśl frapująca i nowa!

    W poświęconych kulturze podcastach dziennikarze i krytycy dyskutujący o skandalu dawali do zrozumienia, że w zasadzie nie ma co przesadzać z tymi potępieniami, bo Camilla Läckberg to silna marka, a z silnymi markami jest tak, że poszukują nowych dróg, żeby się rozwijać. Następnie jeden z najbardziej zarozumiałych i irytujących pisarzy starszego pokolenia, Jan Guillou zapytany podczas Targów Książki, co sądzi o ghost writer-gate odparł z przekąsem, że widzi w tym biznesową logikę.

    W sumie jest to ekscytujący pomysł. Dla przemysłów literackich tego typu, samo napisanie książki jest czymś, co zajmuje najwięcej czasu i ma najmniejsze znaczenie z finansowego punktu widzenia. Gdyby na przykład książkę mogła napisać maszyna, a autorka zamiast pisania zajmowała się tym, co najważniejsze, czyli promocją, to byłoby to jeszcze bardziej korzystne dla ekonomii.

    Wygląda więc na to, że królowa jest naga i nikogo to nie obchodzi, bo we wspomnianym przemyśle literackim nie chodzi o książki, ale o markę. A marką jest postać autorki. I o swoją markę Camilla Läckberg dba,  jak nikt inny, nieustannie mieszając doniesienia o swoich sukcesach (ostatnio jej „Księżniczka z lodu” znalazła się na liście 100 najsłynniejszych kryminałów świata „The Time” (klik) z płaczliwymi informacjami o upadkach i o tym, że tak naprawdę królową nie jest. Ludzie lubią takie klimaty, poczucie, że ktoś jest wielki, a jednak i tak ma pod górkę, jak każdy. Tego lata furorę zrobił program radiowy, w którym Camilla płakała opowiadając, że zawsze czuła się gruba, nawet wtedy, gdy była chuda, a teraz to już naprawdę jest gruba i bardzo cierpi, ale zarazem walczy, by pokochać swoje krągłości. Bo to się należy wszystkim kobietom. 35 milionów sprzedanych książek i miłość do własnych krągłości.

    No cóż, Camilla jest po prostu mistrzynią publicity. Dobrze to rozumie David Lagercrantz, którego najnowsza seria kryminałów za nic nie chce powtórzyć sprzedażowych sukcesów ”Millennium”. W trakcie Targów Książki w Göteborgu Lagercrantz opublikował więc felieton w ”Expressen”, w którym narzekał na to, że autorzy kryminałów są beznadziejni i nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Interesuje ich tylko sprzedaż własnych tytułów i nowe umowy oraz to, czy dobrze wyglądają na Instagramie. ”Jeśli kiedykolwiek tak się zachowywałem, możecie mnie od razu zastrzelić” – pisał. Na koniec dodał, że podczas Targów ucieka gdzie pieprz rośnie, jak tylko zobaczy, że zbliża się do niego Läckberg. Plotki mówią, że po publikacji felietonu Läckberg przyszła na spotkanie autorskie Lagercrantza na nadal trwających Targach i zaczęła machać rękami krzycząc „możesz już zwiewać, zbliżam się!” A kiedy z dumnie podniesioną głową zaczęła się oddalać, Lagercrantz wrzasnął „Mogę zostać twoim ghost writer’em!”. Założę się, że akcja ta podniesie im sprzedaż!

    Katarzyna Tubylewicz

    Nie da się ukryć, że pisarze o nazwiskach na L wydają się najlepiej rozumieć, jakie są potrzeby dzisiejszego rynku oraz czytelników. Zastanawiam się, czy nie zacząć poważnie pracować nad moją nową strategią marketingową i nie zacząć od małej zmiany pierwszej litery. Lubylewicz: to byłby dobry początek.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Chcę wprowadzić przestępstwa do powieści, a nie powieść do przestępstw. Karin Smirnoff o kontynuacji „Millennium”

    Stieg Larsson, David Lagercrantz, a teraz pałeczkę przejmuje Karin Smirnoff. Za dwa miesiące ma oddać swoją pierwszą, czyli siódmą w serii książkę z Lisbeth Salander i Mikaelem Blomqvistem w rolach głównych. Roboczy tytuł to „Havsörnens skrik”, czyli „Krzyk orła bielika”. Premiera w Szwecji już w listopadzie. Jak Karin chce poprowadzić bohaterki i bohaterów? Które tematy wpleść w swoją historię? Posłuchajcie i obejrzyjcie.

     

  • David Lagercrantz zapowiada kolejną trylogię!

    Ledwo David Lagercrantz zakończył jedną serię (trzy części kontynuacji „Millennium” Stiega Larssona), a już zapowiada książkową ofensywę. Co tym razem? Szwedzki pisarz pracuje nad trzema thrillerami, z których pierwszy ma się ukazać już za dwa lata. Kim będą bohaterowie? O tym opowie Wam już David.

  • Czy to koniec przygód Mikaela Blomqvista i Lisbeth Salander?

    Czternaście lat temu ukazała się pierwsza książka z przygodami Blomqvista i Salander. Od tego czasu na całym świecie sprzedało się ponad sto milionów egzemplarzy sagi, z czego w Polsce – dwa miliony. Dziś na księgarskich półkach pojawiła się „Ta, która musi umrzeć”, czyli, przynajmniej w teorii, ostatnia część sagi Millennium. David Lagergcrantz kategorycznie zaprzecza, że będzie pisał kolejne książki cyklu, bo teraz zajmie się wykreowaniem nowego literackiego świata. Czy to oznacza, że to absolutny koniec serii? Oficjalna wersja jest taka, że owszem, jednak gdy przyłożyć ucho tu i tam, w Polsce i w Szwecji, to okazuje się, że kto wie, kto wie. Nie chcę tutaj napisać za dużo, ale sam Lagercrantz przyznaje, że ma nadzieję na powrót Mikaela i Lisbeth. Kiedy? Czy w ogóle? Kto miałby być autorem?

    W poniższym materiale David pokazuje miejsca, w których toczy się fabuła trylogii, opowiada o internetowych trollach, a także o Janku Kowalskim – byłym polskim szpiegu, który pojawia się w najnowszej książce. Wątków jest sporo, więc łapcie materiał ze Sztokholmu.

  • Sierpniowe zapowiedzi, czyli bida z nędzą

    Oczywiście jeśli chodzi o liczbę sensownych zapowiedzi, bo jakościowo sprawa powinna wyglądać zupełnie inaczej. Umówmy się, że w sierpniu to rodacy skupiają się na wbijaniu parawanów w piasek, a nie na buszowaniu po księgarniach. Nie zmienia to faktu, że Wasz portfel nie zostanie za bardzo obciążony. Gdybym miał coś w sierpniu kupić, to pewnie bym zainwestował w poniższe zestawienie. Część z tych pozycji już czytałem, reszta przede mną.

  • „Nawet Lisbeth Salander nie włamie się do mojego komputera”, rozmowa z Dawidem Lagercrantzem [wideo]

    Czy David Lagercrantz powiedział trochę za dużo i zdradził wątek z książki, która jeszcze nie powstała? Co ma wspólnego szwedzki pisarz z Danem Brownem, a także jak dba o bezpieczeństwo w trakcie pisania? Co wydarzy się w „Mężczyźnie, który gonił swój cień”? Jest też historia pewnego zakładu o butelkę wina. Pamiętajcie, dziś premiera najnowszej książki Lagercratnza. Weźcie pod uwagę, że rozmawialiśmy w maju, bo może Was zdziwić pogoda za oknem 😉 Ujęcia miasta, które pojawiają się w trakcie rozmowy, to oczywiście Sztokholm, zrobiłem je w trakcie ostatniej wizyty w stolicy Szwecji.