Tag: dr Krzysztof Łęcki

  • „Literatura, krytyka i personalia”, dr Krzysztof Łęcki podsumowuje rok

    Kiedy czytelnik liczy sobie więcej niż pół wieku to zwykle niewiele go w świecie literatury jest w stanie zaskoczyć. W grę wchodzą co najwyżej niespodzianki. Przyjemne albo nieprzyjemne. Zanim jednak przejdę do niespodzianek podsumuję w jednym zdaniu moje rewizje klasyki – opowiadania Jorge Luisa Borgesa przetrwały próbę czasu, „Sto lat samotności” nie. „Proces” Franza Kafki – tak; „Dżuma” Alberta Camusa znudziła mnie raczej – mógłbym takie pary potwierdzeń i rozczarowań wyliczać. Ale przejdźmy od historii literatury do miłych i niemiłych literackich niespodzianek współczesności.

    Otóż taką miłą niespodzianką okazała się dla mnie powieść Laurenta Bineta „Siódma funkcja języka” (WL Kraków 2018). Na jej okładce znalazło się miejsce dla informacji, że książka została nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera 2018, a także intrygujące pytanie „Kto zabił Rolanda Barthesa?” (znanego semiologa i krytyka literackiego). Bookera 2018 przyznano, jak wiadomo, Oldze Tokarczuk, za powieść „Bieguni”, ale w przypadku świetnej skądinąd powieści Bineta zastanowiło mnie – paradoksalnie – jak w ogóle trafiła ona listę powieści nominowanych do tak prestiżowej nagrody? Bo, tak po prawdzie, dla kogo jest ta powieść? Kim jest jej wirtualny (w rozumieniu literaturoznawczym) czytelnik? Przez wiele lat prowadziłem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Śląskiego seminarium „Postmodernizm – kultura – społeczeństwo”, toteż, chociażby z tego powodu stosunkowo łatwo było mi bawić się parodiowaniem mód intelektualnych Paryża i okolic drugiej połowy XX wieku. Nie tylko dlatego, że czytałem napisane przez wyrosłe z tej mody teksty – ale, tuszę, także dlatego, iż mam do nich pewien szczególny dystans. Roland Barthes, Michel Foucault, Jacques Derrida, Umberto Eco, Jacques Lacan…

    To rzeczywiście był specyficzny (i wpływowy) „mały światek”. Pisząc o nim Alain Besancon tak wspomina seminarium Lacana: „Trzeba było przyjść dużo wcześniej, gdyż aula szybko się zapełniała. /…/ Zaczynał mówić. Z pewnością była w tym jakaś sztuczka, od dawna dopracowana, którą opanował do perfekcji, ale teraz wychodziło mu to już samo przez się, jak gdyby było jego naturalnym sposobem mówienia, i zresztą z czasem nim się stało. Melanż Mallarmego, Heideggera, żargonu khagn, przetykany zwrotami niemieckimi – w języku, którego nie znał, ale który służył do wypunktowania jego wykładu, podbudowania go wyższym autorytetem, przerywany także swojego rodzaju pochrząkiwaniem, które powracało niemal przy każdym zdaniu, płynął godzinami. Publiczność była zahipnotyzowana”. /…/ Obok mnie pewien psychoanalityk /…/ skonstruował specjalny tachigraf, aby zarejestrować każde słowo. >>Jeśli przeoczę choć słowo – mówił poważnie – ucierpi na tym moja praca z całego tygodnia<<”.

    Czy uczestnicy Lacanowskich seminariów (i w ogóle – czytelnicy Lacana) umieliby stawić czoła fragmentowi „Siódmej funkcji języka”? Sprawdźmy: oto ktoś „/…/ cytuje Lacana, który podobno gdzieś powiedział: – >>Nazwa jest czasem przedmiotu<<. /…/ czy nie można by równie dobrze powiedzieć, że >>czas jest nazwą przedmiotu<< albo >>czas jest przedmiotem nazwy<< czy wreszcie, albo po prostu >> nazwa jest przedmiotem czasu<<. Ja sam jestem przekonany, że tak. Umieliby.

    A jak się to czyta (czytało) w Polsce? Jakoś przypomniało mi się to, co profesor Bronisław Łagowski pisał o „Archeologii wiedzy” Michela Foucaulta: „Z księgarń zniknęła błyskawicznie i jestem głęboko przekonany, że wszystkie te dziesięć tysięcy egzemplarzy będą dokładnie przeczytane, niektóre zapewne nawet po kilka razy. /…/ . Życie niejednokrotnie naśladuje literaturę i tak jest w tym wypadku. dziesięć tysięcy polskich inteligentów nad >>Archeologią wiedzy<< M. Foucaulta to tryumf groteskowych pomysłów Sławomira Mrożka nad rzeczywistością”.

    Powieść Bineta jest w pewnym sensie powieścią uniwersytecką, ale usytuowaną gdzieś na pograniczu jej postaci klasycznej [Kingsley Amies („Jim Szczęściarz”), Malcolm Bradbury („Homo historicus”), David Lodge („Zamiana”, „Mały światek”, „Fajna robota”)] i powieści sensacyjnej osadzonej w uniwersyteckich realiach (Robert Ludlum „Manuskrypt Chancellora”). Charakter pokazanych w niej tajnych stowarzyszeń nawiązuje do „Klubu Dumasa” Artura Perez-Reverte. Zresztą i w powieści hiszpańskiego powieściopisarza, i u Bineta ich członkiem okazuje się Umberto Eco; nawiązania do „Imienia róży” tego ostatniego znajdzie czytelnik w „Siódmej funkcji języka” („jego umysł błądzi przez chwilę nawiedzony wizją otrutego mnicha”, s.239). Inne odniesienia nie są może aż tak bardzo oczywiste – i tak pozytywne „oszczędzę wam całego tego >>kopiuj-wklej<< z Wikipedii: miejski pałacyk zaprojektowany przez takiego a takiego architekta włoskiego dla takiego a takiego biskupa z Bretanii itd.” s. 45 – zdaje się odsyłać wprost do pisarskich praktyk Dana Browna). Część odniesień ma charakter polityczny – jak choćby aluzja do przyszłego, jeśli idzie o czas powieściowy, zamachu na Jana Pawła II czy magiczno-językoznawczej pomocy udzielonej Barakowi Obamie, która umożliwiła mu zdobycie Białego Domu. Czytelnik skojarzy też pewnie paralele pomiędzy losami głównego bohatera powieści Bineta, młodego semiologa Simona z autorem „Don Kichota” Miguelem Cervantesem – obaj tracą rękę w dramatycznych okolicznościach… Takich literackich i politycznych śladów jest w książce Bineta znacznie więcej, a sama fabuła też jest warta uwagi. Nie tylko na swój sensacyjny wątek, ale także przez przenikanie się zdarzeń rzeczywistych (ot, choćby, wybory prezydenckie we Francji w roku 1981: Francois Mitterand i Giscard D’Estaing) i literackiej fikcji (dramatyczna śmierć Jacquesa Derridy w tymże 1981).

    Dobra, gdzie Paryż, Bolonia, Wenecja, Ithaca i gdzie Rzym, a gdzie Krym… Przejdźmy do Polski 2018. Nie będę pisał o książkach (choć kilka z nich rozczarowało mnie dotkliwie, jak chociażby „Państwo teoretyczne” Bartłomieja Sienkiewicza, to dość słaba publicystyka) ale o pewnej niemiłej przygodzie z literaturą związanej. Bo choć rzeczywistość literacka zaskakuje mnie, jako się rzekło, raczej rzadko, to tym razem jednak jakoś zaskoczyła. Nieprzyjemnie. Otóż latem tego roku miałem okazję przeczytać w „maszynopisie” świetne „Królestwo” Szczepana Twardocha. Jeszcze przed wydaniem powieści Twardocha wysłałem autorowi w formie żartu klisze dwu recenzji – pozytywnej i negatywnej jego powieści. Czytając później entuzjastyczne niemal recenzje w „Newsweeku” czy „Polityce” miałem okazję sprawdzić, jak niewiele się pomyliłem, gdy idzie o wychwycone przez recenzentów pozytywy. Co do recenzji negatywnych to operowały łatwo przewidzianymi przeze mnie argumentami. Przewidzianymi, bo krytycznoliteracka „zła wiara” operuje zwykle nader uproszczonym polem skojarzeń i dość skąpym pojęciowym instrumentarium. Niemniej jednak w dwu recenzjach uderzył mnie ton, którego na pewno ani nie przewidziałem, ani się nie spodziewałem. Jeden z recenzentów („Rzeczpospolita”) pisze z ostentacyjną bezradnością: „Tylko znawcy kobiecej duszy mogą powiedzieć, dlaczego czytelniczki przychodzące tłumnie na spotkania z pisarzem tolerują fakt, że kobiety u Twardocha robią wrażenie głupich i ograniczonych do roli seksualnego mięsa, które bije się i gwałci. To tak jakby – używając obrazowania z czasów, gdy rozgrywa się powieść – Żydzi pchali się na wiece Hitlera po wprowadzeniu ustaw norymberskich. Królestwo temu, kto wie, co sobie Twardoch wyobrażał, jakie świerszczyki i filmy oglądał /…/”. Cóż za układy odniesień… Doprawdy, nie wiem, co czyta (i ogląda) recenzent „Rzepy”. Tyle, że nawet najbardziej płytka psychoanaliza nie wydaje się tu specjalnie potrzebna. Drugi z recenzentów („dwutygodnik.com”) przedstawia się jako (w zamierzeniu pewnie kokieteryjnie, bo też i nie raz) „żerujący pasożyt literatury, który pisze jadem zawiści”… Tyle, że kokieterii w tekście nie staje, za to pasożyt strzykający jadem zawiści widoczny jest w każdym zdaniu.

    No właśnie – Roland Barthes przyrównał kiedyś w wywiadzie dla „Le Nouvel Obsevateur” funkcję intelektualisty do ludzkich odchodów. Nie śmiem podejrzewać recenzentów „Królestwa” o brak oczytania. Ale widać niektórzy z nich wzięli uwagę Barthesa chyba jednak zbyt dosłownie.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.

  • Literacki Nobel: Trzy razy „P” i niespodzianki

    Laureatem literackiego Nobla 2017’ został brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia Kazuo Ishiguro. Cóż powiedzieć? No właśnie… Zaryzykuję (niewiele) jeśli powiem, że choć pisarz to w Polsce publikowany, to na pewno o wiele mniej znany niż np. Haruki Murakami. Co więcej – na tegorocznej noblowskiej giełdzie brylowało wiele, wiele innych głośniejszych nazwisk – w tym Murakami, a także mój cichy faworyt David Grossman. Jako socjolog literatury zrobiłem szybką ankietę (próbka niereprezentatywna, ale dla mnie ważna) wśród moich oczytanych znajomych i okazało się, że oczytani znajomi znają twórczość Kazuo Ishiguro głównie z ekranu (laureat jest zresztą nie tylko pisarzem, także scenarzystą) – przy czym film „Okruchy dnia” oceniali wysoko, a „Nie opuszczaj mnie” komentowali bez specjalnych zachwytów. Czytane powieści też nie zapadły im w pamięć – to co w ich głowach pozostało, to motywy przypominające wizje Philipa K. Dicka. Zatem przyjąć można, że nagroda dla Kazuo Ishiguro to naprawdę duża niespodzianka. W przypadku noblowskiej nagrody literackiej nie pierwsza, rzecz jasna. I pewnie nie ostatnia. Warto więc może przy okazji tej kolejnej noblowskiej literackiej niespodzianki zarysować trzy noblowskie konteksty.

    Kazuki Ishiguro, fot: Jeff Cottenden / www.nobelprize.org

    To trzy „p” – polityka, popularność i pamięć. Zacznijmy od polityki. Oto kilka dni temu opuścił więzienie najsłynniejszy więzień USA – O. J. Simpson, gwiazda futbolu (amerykańskiego), przygodny aktor („Naga broń”). Odsiadywał wyrok za napad z bronią w ręku. Wiele lat temu oskarżono go o morderstwo byłej żony i jej kochanka. W wytoczonym mu głośnym procesie karnym futbolistę uniewinniono, choć, według prokuratury, dowody były mocne. Niedługo później sąd cywilny zasądził od Simpsona odszkodowanie w wysokości 33,5 miliona dolarów. Coś dodać? Co Simpson ma wspólnego z Noblem? On sam niewiele, ale już tzw. sprawa Simpsona jakiś związek z Noblem ma. Oto zapomniana już laureatka literackiej nagrody Nobla poetka, afroamerykanka Toni Morrison analizując postawę mediów wobec procesu O. J. Simpsona pisała o – cytuję – „scenariuszu winy” stworzonym przez „białą kulturę” przez czytelne aluzje do „kryminalności” czarnych mężczyzn i bogactwa Simpsona – który według noblistki – „stał się symbolem całej czarnej rasy, którą białe społeczeństwo chce skorygować, uwięzić, ocenzurować, której chce odebrać głos”… No cóż, wielu sądziło, że Toni Morrison otrzymała literacką nagrodę Nobla właśnie jako symbol czarnej rasy, której białe społeczeństwo już nie chce korygować, więzić, cenzurować, której chce dać głos. Oczywiście podać można wiele innych, bardziej wyrazistych ilustracji niebezpiecznych związków literackiego Nobla z polityką. Są wśród nich przypadki dramatyczne – jak Nobel dla Borysa Pasternaka, są zabawne – jak Dario Fo. Przypomniałem przypadek Morrison, bo dobrze obrazuje on uwikłanie literatury w polityczne konteksty i spory ideologiczne drążące każdą współczesność, także naszą.

    Nagrody literackie w naturalny sposób zwiększają popularność pisarza, w tym także pokupność jego dzieł. Literacki Nobel ma tu, rzecz jasna, największą silę przebicia. Nie trzeba się na ten temat szerzej rozpisywać. Niemniej warto zauważyć, że są także pisarze popularni i pokupni, którzy w kontekście literackich nagród nie są postrzegani jako „piękni wygrani” (zob. Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Michał Sowiński [red.] „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu. Podręcznik”). Ta sama uwaga dotyczy pisarzy wybitnych. I mam tu na uwadze nie tylko twórców rangi Marcela Prousta, Jamesa Joyce’a, Jorge Luisa Borgesa czy Witolda Gombrowicza. Tak, Nobel w dziedzinie literatury nie załatwia wszystkiego. Można się założyć, że niewielu pamięta norweskiego laureata tej nagrody Bjørnstjerne Bjørnsona, a ciągle jeszcze na scenach teatrów całego świata wystawiane są dramaty jego nienagrodzonego Noblem konkurenta – Henrika Ibsena. Listę takich pozornych paradoksów można by spisywać bardzo długo. Interesujące zdaje się tu jeszcze jedno socjoliterackie zjawisko. Amerykańskie biblioteki publiczne od jakiegoś czasu zaczynają usuwać, ze swoich zbiorów dzieła laureatów nagrody Nobla, Ernesta Hemingwaya czy Williama Faulknera. Powodem jest brak zainteresowania książkami klasyków, niektóre z nich nie były wypożyczane już od lat. Amerykańscy czytelnicy sięgają za to chętnie po dzieła np. Johna Grishama. Książki Grishama cieszą się i w Polsce sporym powodzeniem, podobnie jak nakręcone na ich podstawie filmy – „Raport Pelikana” z Julią Roberts i Denzellem Washingtonem czy „Firma” z Tomem Cruisem. I nie byłoby może nad czym się głowić, gdyby nie pewien paradoks. Paradoks polega na tym, że choć czytelnicy wolą Grishama od Faulknera, to sam Grisham wyznał w jednym z wywiadów, że dałby bardzo, bardzo wiele, żeby choć jedna z pisanych przez niego książek zbliżyła się do ideału prozy, który dla Grishama reprezentuje właśnie… słuchajcie, słuchajcie odrzucany przez szarych czytelników Faulkner. Innymi słowy, Grisham chciałby pisać tak jak Faulkner, choć czytelnicy chcą by Grisham pisał jak Grisham. Nazwano to kiedyś „kompleksem Salieriego”, popularnego w swoim czasie muzyka, który wiedział (to oczywiście tylko wersja filmowa Miloša Formana) że tak naprawdę wielką muzykę tworzy Mozart.

    www.nobelprize.org

    Dalej. Są nazwiska, które pojawiają się na giełdzie kandydatów niemal co roku, wielu po długim oczekiwaniu przeszło już do wieczności. W zeszłym roku literacka nagroda Nobla przyznana Bobowi Dylanowi dla wielu moich oczytanych znajomych była i sensacją, i – by tak rzec – pewnego rodzaju nieporozumieniem, nietaktem. Bo jakże to tak – szacowna nagroda i utalentowany, bo utalentowany, ale jednak przede wszystkim piosenkarz, piosenkarz, który co prawda coś tam pisał, ale żeby Nobel? No nie… Dla mnie decyzja o uhonorowaniu Boba Dylana literacką nagrodą Nobla była wyborem takim sobie. Ani specjalnie trafionym, ani specjalnie kontrowersyjnym. Polacy mają do nagrody Nobla stosunek prawie-że nabożny, gdzieś w głowie mi kołaczą takie wersy (cytuję z pamięci): „Sartre nie przyjął nagrody Nobla? Horrendalne! Ja takiego głupstwa nie palnę!”.

    Jak w tym wszystkim znajdzie się Kazuo Ishiguro i jego twórczość? Pokochają go nagle masowo polscy (i nie tylko polscy) czytelnicy? Skoczą do góry nakłady? Odbiorcy przejmą się zawartą w powieściach Ishiguro krytyką ludzkiej kondycji? Czy wezmą ją tylko za popularny intelektualny bilon? A może tegoroczny laureat literackiego Nobla podzieli los Bjørnstjerne Bjørnsona? Czy też pozostanie w historii literatury na dłużej? Próba odpowiedzi na te pytania to tylko wróżenie z fusów. Na gorąco powiedzieć można tylko tyle, że dziś na obiad była potrawka z kury.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.

  • „Lekcja Janusza Głowackiego”, felieton dr. Krzysztofa Łęckiego

    Odszedł Janusz Głowacki, dramaturg, prozaik, scenarzysta, felietonista… A w tym wszystkim i przede wszystkim – mistrz słowa. To banał, że mistrzowie pióra czytającą publiczność nie tylko zabawiają, ale i czegoś od niej wymagają, bo – tak czy inaczej, bardziej czy mniej świadomie – czegoś jej uczą. Jeśli nawet nie wszystkich swoich czytelników i czytelniczki, to przynajmniej część z nich. Wreszcie, cóż, czytać każdy może, jeden trochę lepiej, drugi – nieco gorzej.

    I nie idzie tylko o to czy jest ten ktoś zagorzałym wielbicielem, literackim malkontentem czy krytycznym krytykiem. Wiedział o tym doskonale Janusz Głowacki. I był mistrzem – z tych wymagających. Słyszę Antoniego Słonimskiego w tym co pisał Głowacki przed laty – kiedy najpierw podzielił swoich czytelników na tych, którzy go nie zrozumieli, ale się z nim zgadzają, tych, którzy go nie zrozumieli, ale się z nim nie zgadzają, dalej tych, którzy go zrozumieli, i się z nim zgadzają bądź (to inna grupa) nie zgadzają, wreszcie tych, którzy w trakcie komentowania jego tekstów w ogóle zapomnieli, o co im samym szło. Głowacki podobne nieporozumienia z odbiorcami skomentował w sposób dla siebie charakterystyczny: „Zrobienie kariery w oparciu o czytelników, którzy mnie cenią, gdyż wszystko co piszę, zrozumieli odwrotnie, wydaje mi się propozycją świeżą i zbyt kuszącą, abym z niej łatwo zrezygnował”.

    Janusz Głowacki, fot: www.smakksiazki.pl

    Sarkazm, subtelna ironia i nieodzowna autoironia, wreszcie – specyficzny typ poczucia humoru, który dzisiaj młodzież nazwałaby może – ale jeśli tak miałoby być, to przecież stanowczo zbyt grubo – „wkręcaniem”, tak, to był znak rozpoznawczy pisania Głowackiego. Przyjemność lektury jego tekstów wiązała się z koniecznością staranności, uważności czytania. Prześlizgiwanie się po tekście, nie, to nie wchodziło w rachubę – w ten sposób łatwo było trafić do grona tych, którzy się z Głowackim zgadzają, choć go nie zrozumieli, albo nie zgadzają – z tego samego powodu. Czy też znaleźć się w gromadzie tych, którzy w trakcie komentowania jego tekstów w ogóle zapomnieli, o co im samym szło. Wiązało się to, w oczywisty sposób, z wyrafinowanym stylem pisania Głowackiego. Tyle, że często było to u niego wyrafinowanie przebrane w pozornie bardzo siermiężne szaty. Przykład? „Szekspira nie stać było na obiektywizm, wobec tego, co widział na dworze i wobec własnych bohaterów. No cóż, to dobre prawo każdego pisarza, którego nie zawsze można mu w pełni odmówić” – pisał Janusz Głowacki w felietonie „Obrona Poloniusza”. Zaryzykuję, że Głowackiego stać było na obiektywizm, którego też „nie zawsze można było mu w pełni odmówić”. Na marginesie: kiedyś użyłem w oczywistej, jak mi się zdawało intencji, frazy („nie zawsze można było mu w pełni odmówić”) w jednym z moich tekstów i… Redakcja była pewna, że to językowa niezręczność. Nic dziwnego zresztą – wreszcie nie każdego trzeba czytać tak starannie jak Głowackiego.

    Usłyszałem niedawno, że czasy dzisiejsze „to nie są czasy na subtelny humor z podtekstem…”. Przyznam, że zastanowiłem się nad tą kwestią nieco dłużej niż chwilę. Czy rzeczywiście to nie są czasy na subtelny humor z podtekstem? Przypomniał mi się znany esej Leo Straussa „Prześladowanie i sztuka pisania”. Pisze Strauss, że pewne cechy nieco bardziej wyrafinowanego pisarstwa „nie pobudzą z drzemki tych, którzy nie są w stanie dostrzec lasu pomiędzy drzewami, ale zadziałają jako rozbudzające problemy dla tych, którzy są w stanie las zobaczyć”. Żyjemy dzisiaj znowu (może zresztą – jak zawsze) w czasach, w których słowa znaczą nie przez to co znaczą ale przeciw komu zostały użyte. Tyle, że dzisiaj to zwykle słowa mocne, ostre, wulgarne, masakryczne słowa, słowa które mają zaorać oponenta, przeciwnika czy po prostu wroga, no jeszcze i nieznośna dla nielicznych wszechobecność powtarzanych bez końca frazesów („retoryka aż nazbyt parciana, parę pojęć jak cepy” – pisał Zbigniew Herbert); otóż właśnie takie prostackie, obelżywe słowa stają się obecnie najpewniejszą przepustką do publicznej debaty. Niech przywilejem felietonisty – a niewielu dzisiaj felietonistów, choć tak wielu sądzi, że pisuje felietony – pozostanie „subtelny humor z podtekstem”. Ten rodzaj humoru, którego sporą dawkę na najwyższym światowym poziomie pozostawił nam po sobie Janusz Głowacki, który, jak doprawdy niewielu innych, umiał „głęboką treść oddać w mistrzowskiej formie” 😉

    Janusz Głowacki, fot: www.smakksiazki.pl

    Janusza Głowackiego miałem okazję poznać osobiście ponad dziesięć lat temu. Prowadziliśmy, ja i moja żona Gabriela (tak, tak, też od razu mam skojarzenia z „Rejsem”…) spotkanie z autorem „Antygony w Nowym Jorku”. Ponad 150 osobowa sala była wypełniona po brzegi, spotkanie bardzo, bardzo udane. Po spotkaniu żona wręczyła Głowackiemu wydaną przez WAB i tygodnik „Polityka” książkę „Salon literacki. Z polskimi pisarzami rozmawia Gabriela Łęcka”, sumitując się przy tym, że to wielka szkoda, iż z rożnych powodów nie zdołała takiej rozmowy przeprowadzić z nim. Głowacki zrewanżował się Gabrysi egzemplarzem „Z głowy” z taką oto dedykacją „Gabrieli Łęckiej w ramach wymiany za >>Salon Literacki<<, no i bardzo serdecznie, Katowice 2006”. Oczywiście, mieliśmy tę książkę w domowej biblioteczce, ale otrzymany „w ramach wymiany” egzemplarz zachowujemy jako dowód niejakiej rozrzutności prawdziwego mistrza pióra – Janusza Głowackiego.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.