Tag: dziennik czasów pandemii

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (21-25 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    4 kwietnia 2020 (3627 zarażonych, 79 zmarłych)

    Gry w durnia ciąg dalszy. Wicepremier postawił się i zagroził wyjściem z koalicji, jeśli PiS uprze się przy wyborach 10 maja, a Prezes na to zarządził głosowanie korespondencyjne i zmienił szefa Poczty Polskiej na jeszcze bardziej służalczego. Gowin na to stwierdził, że w takim razie popiera wybory na poczcie i pozostaje w koalicji. Inaczej mówiąc, wstał z progu, otrzepał spodnie i zapiął koszulę na piersi. Dosyć tego rejtanowania. Zresztą i tak niewielu się dało nabrać. Będziemy nadal grać w karty, tylko te do głosowania i z listonoszem z MON jako rozdającym.

    Gdyby komuś nie odpowiadała metafora gry karcianej, niech sobie wyobrazi grę w szachy, w której figury przestawia się kopniakami w zadek. Granic chamstwa i szulerstwa nie ma, a naród odwraca z zażenowaniem głowę i jednoczy się w walce z epidemią. Ten ich wielki Naród, który podobno tak ukochali i dla którego z takim poświęceniem przejęli w Polsce władzę. Żeby było lepiej. Okej. Niby rozumiem mechanizmy walki politycznej, niby wiem, że część ludzi woli taką władzę, która bierze za pysk, bo można na nią scedować trudne życiowe decyzje – ale jakoś przykro. Patrzę z bezradną złością i myślę, że wolałbym być ślepym głupcem, który nie widzi i nie rozumie, którego w ogóle nie ma. Podobno da się zrobić, tylko trzeba parę lat słuchać Radia Maryja. Chyba nie podołam.

    www.unsplash.com/Josh Calabrese

    Wyłączam i myślę o czym innym. Tak, myślę o śmierci. Widzę siebie na łóżku, z dłońmi splecionymi na brzuchu i wyciągniętymi nogami, z oczami w słup, ale już bez widoku na sufit. I zastanawiam się, czy zrobiłem to, co do mnie należało. „Do czego zostałem powołany”, jak lubił mówić Miłosz. Cofam się i myślę, skąd miałbym wiedzieć, kto i do czego mnie powołał. Gdzie jest ten zapis? Ten warunek dołączony do mojego aktu urodzenia, paragraf w umowie na życie? Dłuższy czas żyłem w przekonaniu, że tym zapisem jest mój uczuciowy elektrokardiogram; drgnienia duszy, od których serce szybciej bije i po krzyżu biegają dreszcze uniesienia. Że to są te szczególne momenty, ważne doznania, z którymi coś powinienem zrobić. I jeszcze pamięć – ciągłe oglądanie się za siebie, próba powrotu do czegoś, czego już nie ma i płacz, że to niesprawiedliwe. W tym widziałem istotne znaki mojego życia i kombinowałem, jak zmienić je w coś wartościowego. Jak stratę obrócić w zysk, minus zmienić na plus.

    Teraz już nie jestem pewien. To ślęczenie przed ekranem laptopa i pukanie palcami po klawiszach w poszukiwaniu właściwego słowa, godzinami, dniami, tygodniami, latami… czy na pewno o to chodziło? Nie miałem przypadkiem robić czegoś zupełnie innego, czego teraz brakło światu i dlatego upada? Bo że upada, raczej nie mam wątpliwości. Gdybym tak, nie wiem, został sekretarzem generalnym lub naczelnym dowódcą – może wtedy wszystko poszłoby lepiej i nie byłoby całej tej dzisiejszej katastrofy? Czyli to ja zawaliłem. No dobrze, ale jeśli tak, dlaczego nikt mi nie podpowiedział właściwego rozwiązania, tego mojego zaprogramowanego losu, od którego zależała nasza cywilizacja? Grecy mieli łatwiej: z ciemności wynurza się Fatum i po sprawie. Wszystko wiadomo. A nami rządzi przypadek, zbieg okoliczności i dojmująca niekonieczność istnienia. Jesteś i zaraz cię nie ma. Pstryk i świeci – pstryk i gaśnie.

    5 kwietnia 2020 (4102 zarażonych, 94 zmarłych)

    Niedziela Palmowa. Księża jeżdżą do wiernych samochodami, traktorami, furmankami, latają samolotami i pływają łódkami, żeby nieść swoją posługę. Z tyłu kościelny z tacą. Na Wielkanoc poluzowano obostrzenia antywirusowe i zezwolono na msze w głębokim przekonaniu, że wiernemu ludowi pod opieką Matki Boskiej Królowej Polski nic nie grozi. Zejdą się tłumy choćby z tego powodu, że ludzie wynudzili się w domach i potrzebują się przespacerować. Na ile znam elementarne mechanizmy rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, wirus nie przestraszy się tyrad z ambony i zaatakuje w dogodnym momencie, czego wierni nawet nie zauważą. Wśród statystyk i analiz powtarzano, że słabo zaludniona polska wieś w strefie B ma znacznie niższy procent zakażeń. Po Wielkanocy to się może zmienić.

    6 kwietnia 2020 (4413 zarażonych, 107 zmarłych)

    Mój minister od szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin, podał się do dymisji. W komentarzach powtarza się opinia, że został ograny przez własne stronnictwo, które za jego plecami dogadało się z partią rządzącą. Żeby przepchnąć swoją absurdalną ustawę o głosowaniu korespondencyjnym w czasie zarazy, PiS zarządził drugie głosowanie, bo pierwsze przegrał. Pod błyskawicznie przeformułowanym wnioskiem podpisali się również posłowie, których nie było w Warszawie. Na takim poziomie moralności i odpowiedzialności to się rozgrywa. Odrapany sufit, przyćmione światło, kłęby dymu i oklejone brudem karty z dziurami po nożu. Kto wygra, łupi państwo, przegrani na śmietnik. Tymczasem liczba zarażonych i zmarłych mocno rośnie, nie przejmując się etycznymi niuansami walki politycznej.

    Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wylądował ze swoim osobistym koronawirusem w szpitalu. Ten sam człowiek w pierwszej fazie epidemii lekceważył doniesienia i drwił z zagrożeń proponując Brytyjczykom powszechne zarażenie, które według jego prognoz szybko miało przejść w powszechną odporność. No to właśnie przechodzi. Po trupach.

    www.unsplash.com/Suzy Brooks

    Zoom w mapie google to jest fajna rzecz. Najeżdżasz na swój dom, sprawdzasz, czy rozkład roślin w ogródku i kształt podjazdu na zdjęciu odpowiadają tym prawdziwym (tak, tak, rzeczywistość potrzebuje oparcia w powtórzeniu), a potem leciutko paluszkiem cyk! – i odjeżdżasz w górę. Widać już cały Kraków i węzły komunikacyjne na obwodnicy, pasy lotniska w Balicach i dziwne podłużne baraki na miejscu dawnego kombinatu w Nowej Hucie, trochę jak teren dawnego obozu koncentracyjnego. Znowu cyk dwa razy paluszkiem i pojawia się pół Polski. Płasko w Łódzkiem i na Mazowszu, plama lasu między Starachowicami a Opocznem, wyrobisko w Kleszczowie większe od aglomeracji Częstochowy, zamglone zagłębie owocowe wokół Grójca. Warszawę tylko omiatam wzrokiem i dalej – cyk! – już Bory Tucholskie, moje ulubione Pomorze i Bałtyk. Jeszcze dwa razy i widzę całą Ziemię, z przewagą wody nad lądami, błękitną kulę rzuconą w puste czarne przestrzenie, które od wieków zapełniamy naszymi fanatazmatami, a od pół wieku również blaszanymi garnkami do przesyłania wiadomości. Sieć sygnałów, kokon upleciony z informacyjnych bitów; buczy toto i szumi, brzęczy, skrzeczy i mamrocze o miliardach spraw mających podobno dla nas jakieś znaczenie, a co poniektórzy twierdzą nawet, że zasadnicze. Patrzę na umęczoną ludzkim bzyczeniem planetę i myślę, czy to się da wyłączyć. Ostatnio jestem pod wrażeniem wizji zagłady z Bastionu, i wpadam w myślenie–niemyślenie, refleksję–nierefleksję, niekonstatującą konstatację, wniosek, który sam się siebie wstydzi – że może już dość tego człowieka.

    7 kwietnia 2020 (4848 zarażonych, 129 zmarłych)

    Wiosna się dzieje! Słońce daje na całego, niebo czyste i pastelowo błękitne jak maseczka antywirusowa, zero smutku i bólu! Wszystko stworzenie wyłazi z zimowych kryjówek, by zainicjować nowy rok według kalendarza natury. Tylko człowiek siedzi zamknięty w domu, z osobnym ludzkim kalendarzem, według którego za parę dni będzie świętował swoją ludzką śmierć. Ograniczony własnymi ograniczeniami, obostrzony własnymi obostrzeniami, spętany autozakazem, przestraszony uruchomionych przez siebie strachów i bojący się własnych lęków. Odizolowany. Ratujący się przed biologią opowieścią o Zmartwychwstaniu i jakby nie całkiem świadom, że w tej opowieści został również zdefiniowany jego koniec. A ściślej rzecz biorąc, faktyczny koniec i iluzoryczne życie wieczne. Fakt i urojenie. Bezlitosna śmierć i terapeutyczna wiara w działanie magicznych gestów. Pandemia i maseczka. Człowiek i Bóg.

    www.unsplash.com/Aniket Bhattacharya

    Forma się nie chce wykształcić. Styl niezdecydowany. W powietrzu wciąż wisi napięte oczekiwanie na coś, co dopiero ma przyjść. Wielki Tydzień również jest oczekiwaniem na wielkie Powtórzenie, Umocnienie i Potwierdzenie, że to Prawda. Nałożony na wypatrywanie czoła fali pandemicznego tsunami, nabiera nowych znaczeń. Przeczuwam, że namysł nad Jego śmiercią w piątkowy wieczór będzie miał w tym roku bogatszy i w jakimś sensie konkretniejszy charakter. Sprawdzian naszej wiary przyjmie kształt całkiem prostego pytania: czy On ma coś wspólnego z koronawirusem, czy nie? Dawniej epidemie, jak wszystkie kataklizmy, potęgowały nastroje apokaliptyczne, czyli religijne, zwłaszcza w ich proroczym i wróżbiarskim wymiarze, więc i tym razem powinny się pojawić okrzyki w rodzaju: „To kara za wasze grzechy! Żyliście w rozpuście i niecnocie, i myśleliście, że wam ujdzie na sucho? Deszcze ognia i siarki na was! Pan idzie sądzić żywych i umarłych! Drżyjcie władcy bez sumienia i politycy bez odpowiedzialności! Nierządnice bez wstydu i piosenkarki bez gustu! Bankierzy bez litości i dziennikarze bez oparcia w faktach! Kapłani bez Boga w sercu i sędziowie bez konstytucji! Idzie pomór na nieprawość i zło! A którzyście czekali przyjścia Zbawiciela, co oddzieli światło od ciemności, zajrzyjcie pierwej w serca wasze, czy się tam człowieczeństwa ostało choćby na pół arszyna. Inaczej zmiecie was z powierzchni karzące ramię Tego Który Jest”…

    Nie, Zajas, w takiej formie też nie pogadasz z czytelnikami. Dzisiaj proroctwo może być tylko zaprzeczone, a przewodnik chóru wiernych jest showmanem, za pomocą imienia Boga namawiającym do wpłaty na prywatne konto. To nie to, stary. Zostaje satyra, płaski dowcip, dożarty żart. Konwulsyjne wyrzucanie słów, by zaraz potem zamilknąć ze wstydem.

    Gdzie jest to jedno mocne, prawdziwe zdanie?

    8 kwietnia 2020 (5205 zarażonych, 159 zmarłych)

    Wróciła antyrowerowa obsesja policji. Oni mają jakiś problem z tym zakazem pedałowania. Zamknęli ścieżki rowerowe, parki, skwery i bulwary, i wzięli się do rozdzielania mandatów na prawo i lewo jak cepem. Ciężkie te razy, 12 tysięcy za jazdę krakowskim bulwarem wiślanym boli. Kierowców pełno, jeżdżą we wszystkie strony, motocykliści szaleją (dwóch się ostatnio rozfragmentowało na alei Powstania Warszawskiego, w środku nocy) – a ci łapią rowerzystów i wrotkarzy. Któryś z czytelników pytał mnie kiedyś, dlaczego w moich kryminałach policjanci są tacy niesympatyczni. No to tutaj ma jedną z odpowiedzi.

    Z polityki: posłowie głosują, a system informatyczny liczy głosy jak chce. Posłanka protestuje, ponieważ była przeciw, a maszyna uznała, że pani nie brała udziału w głosowaniu. Teraz nie ma nawet specjalnie na kogo zwalić, bo jak – na komputer? Że jest prorządowy i gardzi opozycją oraz demokracją? Nie, zwykła omyłka, zaraz wszystko wróci do normy. Jeszcze parę takich parodii parlamentaryzmu, a potem cofka do dziurawych pańszczyźnianych gaci. Nie ma co się obrażać na demokrację? Nie obrażam się, tylko pytam, gdzie w tym wszystkim w ogóle jest jeszcze jakaś demokracja.

    Demokracja, tromtadracja… Po grecku demokracja oznaczała władzę ludu, więc lud rządzi. A ponieważ lud nie ma swojej woli i nie tyle rządzi, co raczej jest rządzony – wszystko pasuje. Władza ludu polega na oddaniu władzy komu innemu. Nie ma się co pieklić.

    Słońce zaszło nad krainą pozoru. Wieczorny wiatr poruszał suchymi źdźbłami traw, nisko w dolinie szumiał wodospad. Ziemia stygła. Drogą od pól szedł człowiek zgarbiony pod ciężarem myśli, których nie umiał z siebie zrzucić, a które bardzo mu ciążyły. Z trudem podnosił stopy i potykał się o kamienie, ale szedł dalej, zamyślony i smutny. „Wszystko umarło, wszystko umarło”, powtarzał półgłosem. Nie patrzył w rozgwieżdżone niebo ani na trakt kamienisty pod nogami, tylko wbił wzrok w ciemność i szedł, ciężki od braku nadziei i bardzo niepewny miejsca do odpoczynku…

    Nie wiem, może tak?

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 8 oraz 9)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    22 marca 2020 (634 zarażonych, 7 zmarłych)

    Nadal nic nie wiem. Siedzenie w domu i czekanie na wiadomości. Ale jakie? Co miałoby się w nich pojawić takiego, co by zakończyło czekanie? Uświadomiłem sobie, że nie ma takiej informacji, po której moglibyśmy wstać od biurek, wyjść na zewnątrz, przeciągnąć się przeciągle i z ulgą stwierdzić: no, skończyło się, wracamy do normalności. Tej wiadomości wśród tysiąca doniesień nie znajdę, to jest po prostu niemożliwe. Zostaliśmy wkręceni w lawinę wydarzeń i emocji do tego stopnia, że nawet gdyby się taka wiadomość pojawiła, nikt by w nią nie uwierzył. Wykracza poza granice dopuszczalności. Jest niemożliwa, ponieważ nie mieści się w ramach globalnej narracji, w jakiej pławimy się od rana do nocy. Weszliśmy w coś, z czego nie możemy wyjść. W każdym razie nie dzisiaj. Musimy śledzić doniesienia, musimy się bać i żyć w niepewności, musimy ulegać liczbom, statystykom, wyliczeniom, musimy również budować wokół nich całe struktury emocji. Nie ma innego wyjścia. No więc siedzę i śledzę. I się boję. W zdalnej pracy to nie pomaga, ale trudno.

    Przestałem liczyć i zestawiać, bo to nie ma sensu. Wszelkie rachunki są oparte na tak nieprecyzyjnych danych, że równie dobrze mógłbym je sam wymyślać i układać w ciągi znaczeniowe. Bez znaczenia. I to nie jest brak zaufania do środków masowego przekazu, które wykonują gigantyczną i bardzo potrzebną robotę, ale do samej informacji. Ogrom danych przytłacza, jest nie do ogarnięcia. Bez przerwy ktoś coś mówi, wywodzi, udowadnia i prognozuje, a ty nie słyszysz, ślizgasz się po tym, węsząc za tą jedną ostateczną informacją, która ma wyjaśnić wszystko i zamknąć sprawę. Ale jej właśnie nie ma. To może mieć coś wspólnego z narkotycznym uzależnieniem, które podnieca i obiecuje, ale nigdy nie kończy. Wszyscy bez przerwy mówią i nic nie jest powiedziane.

    Żeby podsumować, cytuję słowa Bertolta Brechta o radiu: „Pojawiła się możliwość powiedzenia wszystkiego wszystkim, ale po zastanowieniu nie było nic do powiedzenia”.

    www.unsplash.com/Firdaus Roslan

    Jednakowoż są przypadki poszczególne. Uderzyła mnie historia kierowcy tira z Głogowa, który wrócił z podróży służbowej do Niemiec i tydzień temu w poniedziałek zgłosił się do sanepidu, bo kaszlał i gorączkował. Polecono mu kwarantannę domową i czekanie, aż przyjedzie „koronabus” i pobierze próbki. Człowiek posłusznie zamknął się w domu, nie wychodził, pogrążał się w chorobie aż umarł. Nie doczekał się, ponieważ przez pięć dni pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Może jakby wysłali kulawego psa, byłoby więcej pożytku. Oczywiście, facet miał koronawirusa. Znalazła go straż miejska, samotnego i martwego, we własnym mieszkaniu, gdzie jak odpowiedzialny obywatel wypełniał polecenia odpowiednich służb i dostosowywał się do surowo powtarzanych przez władze zarządzeń. Miał kwarantannę, więc nie wychodził z domu. Miał koronawirusa i zgłosił się, gdzie trzeba. Otrzymał polecenie i je wykonał. Gdyby przeżył, powinien by dostać medal od miasta za obywatelską postawę. Zamiast tego został porzucony i zapomniany. Przysłali nie ekipę do zbadania chorego, tylko straż miejską do kontrolowania podejrzanego. A nuż go nie ma i się wlepi mandat. 30 tysięcy piechotą nie chodzi.

    Nie piszę, by się oburzać na to czy tamto (choć i nie zabraniam), tylko żeby trochę jak Pan Cogito zastanowić się nad arytmetyką współczucia. Tu siedem miliardów w strachu, a tu samotna śmierć jednego kierowcy. Poczciwiec latami wykonywał swoją robotę, wożąc nam do kraju tony naszych konsumenckich przyjemnostek, tyrał jak każdy z nas, a kiedy w tej robocie zaraził się niejako dla naszego dobra (dla naszych dóbr) – zastosował zalecenia stanu epidemicznego i umarł, nie doczekawszy pomocy. Tu solidarność, akcje wsparcia i zbiorowe klaskania na balkonach, a tam samotna śmierć na podłodze własnego mieszkania. Bo koronabus nie dojechał. Bo co innego było ważniejsze. Bo zwyczajnie zapomniano w ferworze walki z pandemią.

    Dla porównania. Podhalański poseł Solidarnej Polski (to ta od Ziobry) też się źle poczuł. Szybko go zbadano i wynik miał pozytywny, więc natychmiast hospitalizowano w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie i poddano leczeniu. Jak donoszą media, czuje się dobrze. Pikanterii dodaje fakt, że w Krakowie nie robiono testów, ponieważ – budynek sanepidu jest w remoncie. Próbki wożono do Świętokrzyskiego. Dopiero kilka dni temu dwa szpitale uruchomiły własne laboratoria, by coś w ogóle robić. Wykonują 60 i 100 próbek dziennie. Przy okazji – to odpowiedź na moje pytanie sprzed tygodnia, dlaczego w Krakowie jest tak mało przypadków. Bo nie robili testów! Ale posłowi zrobili. Życzymy zdrowia, panie pośle!

    Wiem, nie powinienem porównywać. Każdy człowiek jest inny i los ma inny. Chyba jednak się trochę oburzam, choć jak poucza Poeta, „gniew i litość szkodzą równowadze stylu”.

    23 marca 2020 (749 zarażonych, 8 zmarłych)

    To się rozgrywa gdzieś bardzo głęboko w nas, na poziomie komórek, w najciemniejszych zakamarkach naszych ciał. Uzbrojony w wypustki drobny cwaniak pakuje się w krwiobieg, przepycha się do strategicznych rejonów, wczepia w zdrowe komórki i otwiera je chwytakiem jak kluczem do konserw. Następnie włazi tam i rozmnaża się, korzystając z naszego materiału genetycznego. To trochę tak, jakby ktoś włamał się do twojego domu i w sypialni zajął się prokreacją, wykorzystując do tego twoją żonę lub córkę. W obu przypadkach dochodzi do zrujnowania komórki, biologicznej czy społecznej. A ty nic nie możesz, bo dom jest obstawiony gangsterami, którzy cię izolują od normalnych funkcji życiowych i przy okazji stoją w kolejce, by też się trochę porozmnażać.

    www.unsplash.com/CDC

    Wirus to taki dziwny twór, który nie tyle żyje, ile pozoruje życie, korzystając z naszych funkcji witalnych. Kłębek kodu genetycznego, włamujący się do nas by sobie poużywać, ponieważ nasz organizm jest rozbudowany, bogaty i życiodajny, trudno się więc dziwić, że budzi takie zainteresowanie różnych darmozjadów, włamywaczy, rabusiów i gangsterów od przejmowania cudzego biznesu. Odwieczna walka dobra (ja) ze złem (on). Widzę koronawirusa jako dobrze zorganizowaną, agresywną mafię paliwową, która napada i przechwytuje całe koncerny z polami naftowymi i rafineriami. A kiedy jej się uda przejąć władzę nad którymś państwem, osadza na tronie jednego ze swoich i składa mu hołdy, bezwzględnie przy tym pilnując własnych przywilejów. Państwo zdycha, ale mafia kwitnie. A jak już przeżre, przepije i przekopuluje wszystko, porzuca martwe ciało i szuka nowego.

    Próbuję to sobie zwizualizować:

    Eskadra niebieskich kuleczek z czerwonymi trąbkami, o numerze bojowym dajmy na to CV 5312, leci nad Grobianami i mikroradarem namierza potencjalne ofiary. W pewnej chwili zataczają koło i zniżają lot. Jeden z nich mówi:

    O, tam siedzi gostek przy biurku i główkuje. Co wymyśli, wklepuje zaraz do lapka. Intelektualista w maseczkę kichany.

    Chyba nas właśnie obraził – dodaje drugi i pokazuje palcem to, co przed chwilą napisałem o mafii.

    Zarazimy go?

    No ba, ale jak? Zamknął się i nawet nosa nie wychynie na zewnątrz. Był niedawno na łąkach, ale się trzymał kilometr od innych.

    Poczekajmy, musi wyjść, skuryjer sterylizowany – dodaje trzeci, mniejszy i dlatego bardziej nerwowy. – Chociażby po jakąś przesyłkę z poczty czy co.

    Dobry pomysł, Dropsik. Weź się skontaktuj z centralą i dowiedz, czy czego ostatnio nie zamawiał.

    Dropsik robi odejście w górę, by złapać kontakt z dyspozytornią ruchu, reszta kołuje nad okolicą.

    Kurde, szefie, musimy coś znaleźć. Zaraz nam baterie padną – ośmiela się jeden z nich.

    Nażarłeś się rano w Świątnikach, na dzisiaj wystarczy. Nie czytałeś gazet? W powietrzu możemy przetrwać do kilku godzin.

    Fakt – potwierdza tamten i kuli się, by ukryć drżenie z zimna. – Tak tylko mówię.

    Po chwili Dropsik wraca z wieściami.

    Chupa Chups mówi, że ten papuć zamawiał jakąś ławeczkę do ćwiczeń – donosi z przekąsem. – Słyszeliście? Taka guma od majtek, syrop klanowy, przeterminowane nadzienie z zozola, i ćwiczył będzie! Jak mu wlezę w płuca, to se poćwiczy – chyba przewracanie oczami, hehe!

    Klonowy – rzuca dowódca eskadry.

    Co?

    Syrop klonowy, a nie klanowy, idioto! I przestań się zapluwać, tylko do roboty! Chłopaki słabną. Gdzie ta przesyłka?

    No, tego, przyjedzie kurierem.

    Dobra, zawracamy.

    Ostro zakręcają i tną morowe powietrze nad Grobianami w kierunku zachodnim, gdzie magazyny i biuro poczty. Dowódca rozdziela grupę na tych, co mają zająć paczkę oraz tych, co postarają się przemycić na „powierzchnię docelową” przez ubranie kuriera lub pokwitowanie do podpisu. Każdy z wirusów na własną rękę wybiera sposób na realizację zadania bojowego, więc po wylądowaniu i przedostaniu się do magazynu jedni wciskają się pod taśmy paczki, inni przełażą do pudła i szukają najcieplejszego miejsca, by przetrwać zimne godziny (na zewnątrz zero stopni i popaduje śnieg), jeszcze inni przywierają do kartki z potwierdzeniem odbioru. Dropsik przygląda się im i kombinuje. Przydzielono go do drugiej grupy, więc lustruje dokładnie postać kuriera (czapeczka z daszkiem, okulary, gruba kurtka zapięta pod szyję, z jednej kieszeni na piersi wystaje długopis, z drugiej komórka) i już ma pomysł. Może i jest idiotą, ale nie aż takim. Trzeba się znać na psychice ludzkiej. A on się zna.

    Dzwoni dzwonek do bramy, wyglądam przez okno, bus dostawczy z poczty. Zbiegam szybko na dół, wkładam kurtkę i buty, a na ręce foliowe rękawiczki.

    Dzień dobry! Pan Krzysztof?

    Dzień dobry. Tak, Zajas.

    Przesyłka do pana.

    Kurier wytaszcza z samochodu podłużne pudło spięte białymi taśmami i podsuwa mi karteluszek z potwierdzeniem.

    Podpisze mi pan? Wystarczy jakiś taki zawijas na dole.

    Aha, zawijas.

    W porządku – mówię sprawdzając, czy odległość prawidłowa i rękawiczki szczelnie przylegają. – Ale czym?

    Dropsik, przytwierdzony do końcówki wkładu długopisu, chichocze w kułak. Zna się na ludziach. Wie, że jak kurier dzwoni, to każdy szybko coś wrzuca na siebie, czasem porwie z szuflady portfel, ale na pewno nie będzie pamiętał o długopisie.

    Przez furtkę biorę od kuriera pisidło w dwa palce, kładę pokwitowanie na podjeździe i nisko się pochylając, naciskam sprężynkę, żeby podpisać. Dropsik w tym momencie wyskakuje i kiedy wciągam powietrze, katapultuje się do mojego nosa. Oddaję długopis sympatycznemu panu w okularach i czapeczce, biorę paczkę za białe taśmy i kładę na tarasie na całodobową kwarantannę. Może nawet otworzę dopiero pojutrze, na wszelki wypadek. Wyrzucam jednorazowe rękawiczki do kosza, przez minutę myję ręce, potem jeszcze dezynfekuję spirytusem ubranie, i dopiero wtedy oddycham z ulgą. Dropsik tymczasem wygodnie lokuje się w moich oskrzelach.

    Takie sobie, nie jakaś rewelacja. W każdym razie raczej na pewno nie jest to trafienie w odpowiedni ton, którego poszukuję od tygodnia, gdy zacząłem pisać ten dziennik. Patrzę za okno, słońce zza granatowych chmur przebija na czerwono tuż nad ziemią. Sceneria jest, ale wymiaru jakby ciągle nie dostawało. Tragedia, romans, farsa, ironia – czym to właściwie ma być?

    Idę na dół, bo żona mnie woła. Chyba przyjechał kurier z ławeczką do ćwiczeń.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 6 oraz 7)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 marca 2020 (425 zarażonych, 5 zmarłych)

    Wsłuchuję się w ciszę. Czy usłyszę szum niewidzialnych skrzydeł? Świst powietrza przecinanego koszącym lotem śmierci? Szatańskiego wirusa w masce Jokera i rozpostartym na wietrze wampirzym płaszczu? Chyba nie. Fascynuje mnie jego niewidzialność i bezgłośność. Jest wszędzie i nie ma go nigdzie. Przeniknął nas do szpiku kości i staje się nami, stąd wrażenie, jakby go wcale nie było. I w jakimś sensie nie ma, ponieważ do większości z nas docierają tylko doniesienia medialne. Ogólnoplanetarne larum, podszyte nieco perwersyjnym podnieceniem, że wreszcie się dzieje i że ten zmanierowany, do cna zepsuty komfortem świat dostaje zasłużonego kopa w tyłek. Nieco zapomnieliśmy o takich tworach metafizycznych jak Duch Ziemi i Duch Dziejów, kto by tam dzisiaj czytał Fausta Goethego czy Wykłady o filozofii dziejów Hegla, a tu proszę. Przyszła Natura i solidnie przytarła nam nosa. Bo przecież ten wirus, słońce, wiatr i moje ptaszki za oknem należą do tego samego porządku.

    Nie, ona się nie mści. Jest neutralna i wykonuje swoje obowiązki z całkowitą, nieludzką obojętnością. To my chcemy w tym widzieć jakiś palec: boży, losu czy innej nadnaturalnej interwencji, ponieważ już dawno uwierzyliśmy, że nic nie dzieje się bez celu i sensu. Zatem wojny, zarazy i katastrofy również. Sens jako przekleństwo – niezłe. Prawie filozoficzne.

    Liczba ofiar w Polsce spadła, ponieważ szósta osoba wprawdzie była zarażona koronawirusem, zmarła jednak na sepsę. Nie wiem, jak oni to rozróżniają, skoro kłopot pojawia się już na poziomie wykrycia wirusa, no ale takie są oficjalne ustalenia. Wprawdzie niczego w tych oficjalnych ustaleniach nie ma poza czyjąś stanowczą deklaracją, niemniej dostosowujemy się i redukujemy liczbę ofiar do 5. Ulga. Częściowa.

    Z drugiej strony, wszyscy prześcigają się w poszukiwaniu ogólnoludzkiej tragedii. W zasadzie ja też. Chcemy głębszego wymiaru, szerszej perspektywy, apokalipsy naszych czasów, nie do końca zdając sobie sprawę, czym to naprawdę będzie. Byle coś było, byleśmy na jeszcze jeden sposób poczuli metafizyczny dreszcz Dziwności Istnienia, jak mawiał Witkacy. Dawki muszą być coraz większe, wstrząs coraz silniejszy, jeśli w ogóle ma wstrząsnąć, zwykła zbrodnia już nie wystarczy. Jako autor powieści kryminalnych należę do grona tych, którzy takiego zwiększania dawek ciągle poszukują. Czym by tu jeszcze oszołomić, jaką oryginalną masakrę jeszcze opisać, żeby czytelnik w ogóle zechciał się zainteresować? A teraz proszę, pandemia z wizją zagłady całej ludzkości. Nic, tylko pisać.

    Zamiast pisać, znowu liczę. Ilu ludzi umiera rocznie i na co? Wychodzi mi, że boimy się nie tego, co jest, ale tego, co dopiero ma nadejść. W tej chwili koronawirus na liście zabójców lokuje się na szarym końcu, przodują choroby serca, nowotwory, głód, a w takich krajach jak Polska również – alkohol. No i oczywiście wojny. Ich ofiary liczy się w wielu milionach rocznie. Jednakże w zwalczanie tamtych źródeł masowej śmierci wkładamy – mam wrażenie – znacznie mniej serca, energii i środków, niż w zagłuszanie szumu skrzydeł lecącej zarazy. Czyli jednak głównie strach. I medialna podjarka. Wokół nich kręci się nasza pandemiczna uwaga, co mnie utwierdza w przekonaniu o zupełnie subiektywnych miarach przykładanych do globalnych zjawisk.

    www.unsplash.com/Fey Marin

    Może jeszcze pamięć genetyczna. Mamy w niej odciśnięty strach przodków przed dżumą, cholerą i czarną ospą, które dziesiątkowały Europę w poprzednich wiekach. Atawistyczny lęk przed bezosobowym zabójcą, który co jakiś czas przychodzi znikąd i pobiera swój śmiertelny haracz. Dawno nie płaciliśmy i wyglądamy tego rachunku trochę już niecierpliwie. Wyczuwałem tę niecierpliwość wśród tłumów zwiedzających Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jądro perwersji: bać się czegoś i zarazem bardzo tego pragnąć.

    Teraz trochę poważnie. Chylmy głowy przed naszą polską służbą zdrowia. Armia cichych bohaterów, do których teraz wszyscy się uciekamy z błaganiami o pomoc i wytrwałość, choć jeszcze niedawno psy na nich wieszaliśmy. Nie znam nikogo, kto by nie marudził na polską służbę zdrowia. Ze mną włącznie. Poczekalnie w publicznych lecznicach od lat stanowią wielki zdrowotny Hyde Park, gdzie każdy pacjent – mając mnóstwo wolnego czasu w kolejce i audytorium obok siebie – wygaduje co mu ślina na obolały z przeziębienia język przyniesie, byle sobie ulżyć. Zauważyłem, że nawet nie bardzo ten katastrofalny stan naszego lecznictwa lud kojarzy z decyzjami polityków. Bardziej skupia się na tych, którzy są pod ręką: lekarzach, pielęgniarkach, ratownikach medycznych. Tak działa ludowa sprawiedliwość. Może teraz coś się zmieni i zaczniemy na nich patrzeć uważniej, z większym szacunkiem, bo wykonują bardzo ciężką pracę – zawsze, nie tylko dzisiaj – a otrzymują od nas wdzięczności jak na lekarstwo. To wśród nich jest największy procent zarażonych! Nie dlatego, że są nieodpowiedzialni, ale przeciwnie – ponieważ odpowiedzialnie wykonują nadal swoje obowiązki. Politycy, którzy przez lata ignorowali ich potrzeby, nagle zaczęli ich dostrzegać i wychwalać pod niebiosa. Niedawne strajki w służbie zdrowia, które organizowano w imieniu nas wszystkich i dla naszego dobra, władze konsekwentnie ignorowały. A teraz – pracujcie, poświęcajcie się, ratujcie nasze tyłki!

    Ratują. Robią co mogą. Jednakże wieloletniego rujnowania całego systemu lecznictwa w Polsce (niedoinwestowanie, umowy śmieciowe, roczne kolejki do specjalistów itd.) nie da się tak nagle z dnia na dzień załatać ludzką ofiarnością. Mądrzy ostrzegali, głupi ignorowali – cierpią wszyscy.

    Za to antyszczepionkowcy coś przycichli. Trochę spuścili z tonu i udają, że wcale nie są antyszczepionkowcami, tylko zwolennikami wolności wyboru. Każdy szwindlarz przepycha swoje szwindle powołując się na wolność. Rzuciłem okiem na ich strony i profile fb – ani słowa o szkodliwości szczepionek. Apelują, żeby myć ręce, nie wychodzić z domu (chociaż organizują jakąś demonstrację w Warszawie), słuchać zaleceń służb i w ogóle być ostrożnym i rozsądnym. No to bądźcie!

    Ksiądz Rydzyk z kolei apeluje na twitterze o niezwlekanie z wpłatami na Radio Maryja i TV Trwam, ponieważ dotychczas „ofiary składane na te media, przy bardzo oszczędnym gospodarowaniu starczały skromnie od pierwszego do pierwszego”. Proboszcz parafii św. Jacka w Legnicy w ramach walki z epidemią codziennie z grupką wiernych obnosi po ulicach monstrancję. Jakiś radny zaleca wystawianie w oknach obrazków świętych. Postrzegam te działania jako zasadniczo trafnie ukierunkowane, ponieważ w obliczu zagrożenia jakiś przesąd jest potrzebny, jednak niewystarczające. Mam lepszy pomysł. W estońskim filmie Listopad (reż. Rainer Sarnet, polecam) w obliczu zbliżającej się zarazy starszy wioski zarządza: „Naciągnijmy wszyscy portki na głowy. Zaraza pomyśli, że mamy dwie dupy i nas ominie”. Gmin posłusznie wykonuje polecenie i zalega w stodole, stodoła bowiem to tradycyjny w tej części Europy obiekt do organizowania zbiorowych performansów. Jakoż istotnie, zaraza wchodzi, wolnym i uważnym krokiem przemierza klepisko wyłożone ludzkimi ciałami z portkami po obu stronach tułowi, i wychodzi. Po przejmującej chwili ciszy (zarazie nieodłącznie towarzyszy cisza) wszyscy wstają, otrzepują się z kurzu i z ulgą ściągają ineksprymable z mrocznych łbów. Zatem, Drodzy Wierni, do dzieła! Wpłata na Radio, procesja z monstrancją, a potem gacie na głowę i kładziemy się!

    21 marca 2020 (536 zarażonych, 5 zmarło)

    Sobota. Pierwszy dzień wiosny. Media trochę się uspokoiły i wyluzowały w pogoni za widmowym potworem. Może dlatego, że weekend i nawet takiemu celebrycie jak wirus należy się odpoczynek, a może z powodu zbyt wolno nadciągającej apokalipsy. Dudni po polach, grzmi za lasem, pohukuje opłotkami, ale u nas ciągle spokój i bzyczenie obudzonych wczorajszym słońcem owadów. Sielsko. Wprawdzie premier Morawiecki wspomina coś o czekającym nas trzęsieniu ziemi, ale po angielsku i tylko do Amerykanów, czyli całkiem daleko.

    Rano dzięcioł narobił hałasu jakimiś swoimi robotami stolarskimi na dębie. Kosy przetrząsają ogródek w poszukiwaniu ciekawostek i przekomarzają się z sikorkami, nic sobie nie robiąc z kwarantanny. Zaczął padać deszcz. Dobrze, bo ziemia sucha, a ja muszę posadzić róże na skarpie. Pachnie pękającymi pączkami na gałęziach i wschodzącą trawą. „Szepcze wiosna kropelkami deszczu” – pisałem w wierszu dokładnie czterdzieści jeden lat temu. Tak mi się przypomniało…

    Wielki Prezes dał głos. Jest bardzo niebezpiecznie, wszyscy surowej poddani kwarantannie, ale wybory się odbędą w wyznaczonym terminie 10 maja. Nie ma dyskusji. Czyli jest źle, ale i bardzo dobrze. Interes polityczny przecież jest ważniejszy od interesu publicznego, ta władza nigdy nie pozostawiała złudzeń co do swoich motywów, więc nie powinniśmy się dziwić. Kalkulacja jest prosta. Ludzie bardziej rozgarnięci, odpowiedzialni i świadomi zagrożeń zostaną w domach, a ludek boży pójdzie i zagłosuje na PiS. Przewaga ze znacznej zmieni się w miażdżącą. Nie ma w tym żadnej odpowiedzialności za państwo, nie ma w tym krztyny zrozumienia dla epidemicznych zagrożeń społeczeństwa, ale jest polityczny zysk. Jak podczas głosowania w sali kolumnowej sejmu, po uprzednim wykluczeniu opozycji. Zamiast demokracji – odgrywanie jej pozorów.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Piszą, że przez polskie sieci handlowe idzie tsunami. Upadnie wiele polskich (i nie tylko) marek odzieżowych, trzeba się liczyć ze zniknięciem z rynku Croppa, Reserved, CCC, Sinsay i czegoś tam jeszcze. Liczę się i jakoś mnie to nawet specjalnie nie boli. Sądząc z zawartości szaf jeszcze przez długi czas będę miał co na siebie włożyć, donoszę trochę starych i całkiem dobrych ubrań, przeproszę się z wyekspediowanymi na strych kurtkami, marynarkami i butami. Na pewno znajdą się i jakieś portki do wciągania na głowę, na wszelki wypadek. Będzie ekologicznie, recyklingowo i do tego fajnie, bo wiele z tych ciuchów lubiłem. Same korzyści. Upadek jako początek wzlotu. Zawsze jest coś za coś. „Jedno drugiemu płaci karą i pokutą za niesprawiedliwość w porządku czasu” – Anaksymander.

    Szukam jakichś pewniejszych informacji, ale wszędzie tylko gdybania i powtarzanie w kółko, że sytuacja jest nie do przewidzenia. Fajne słowo: nieprzewidywalność. Przywraca odpowiednie proporcje między tym, co wiemy, i tym, o czym nie mamy pojęcia. A tego drugiego jest znacznie więcej, niż nam się na co dzień wydaje, a o czym z lubą beztroską zapominamy. Chcemy wszystko przewidzieć dla samej egoistycznej potrzeby utwierdzania się w przewadze nad resztą Stworzenia. Damy radę. Przetworzymy wszystko na nasze doczesne przyjemności, a jak już zmienimy Ziemię w jedno wielkie pobojowisko po globalnym karnawale, to polecimy na Marsa i zabawa zacznie się na nowo. Elon Musk już szykuje rakiety.

    Niewykluczone, że nadepnęliśmy Naturze zbyt mocno na odcisk i postanowiła nam przypomnieć, żebyśmy nie przeginali, bo nie jesteśmy tu sami. Ten i owa próbowali ostrzegać, wrzucano do sieci zdjęcia uduszonych plastikiem kormoranów, ale niespecjalne to na władcach świata robiło wrażenie. Nie? Tacy jesteście mądrzy i pewni siebie? No to macie wirusa, królewskiego, w koronie. Kombinujcie.

    Kombinujemy. Laboratoria idą pełną parą. Równolegle do działań zbożnych podejmowane są działania dyskretne i znacznie mniej zbożne, choć zrozumiałe z rynkowego punktu widzenia. Cztery dni temu nasi strategiczni sojusznicy Amerykanie kupili od Włochów pół miliona testów na koronawirusa, nocnym samolotem przetransportowali do Memphis i z zadowoleniem mówią o międzynarodowej solidarności. Włoskie społeczeństwo rzęzi pod naporem epidemii, a Jankesi obkupują ich z testów, żeby badać własne wydepilowane tyłki, które mają być great again. Jakby dotychczas były za małe. Postrzegam to jako kolejny odcinek serialu o przywracaniu Ameryce należnego jej miejsca. Poprzedni był, jak pamiętacie, o wykupywaniu laboratoriów firmy CureVac od Niemców. Te sytuacje nieco bardziej realistycznie ilustrują wartość militarnych sojuszy na wypadek zagrożenia. „Każdy sobie rzepkę skrobie” w tym kontekście ujmuje rzecz delikatnie. Niemal sympatycznie. Podobnie jak uśmiechnięty Wielki Prezydent W Czasie Wojny, który musi teraz codziennie wydawać Ogromne Rozkazy. Za rogiem czai się stara dobra walka o byt. Wygra najsilniejszy. Bezwzględnie. Twarz Trumpa mówi to całemu światu codziennie, kiedy się nie uśmiecha.

    Wciąż nie czuję tej formy. Ciągle nie tak. Ślizgam się po łatwych skojarzeniach, a w środku drąży mnie poczucie mijania się z tym, co naprawdę ważne. Zauważyłem, że uciekam w liczbę mnogą, czyli tchórzę i udaję, że mówię o sprawach ważnych, bo dotyczących nas wszystkich. Nie, to nie tak. Łatwo, zbyt łatwo. Aksa milczy i patrzy z wyrzutem, bo dzisiaj znowu nie poszliśmy na łąki. Padał deszcz, a samiec alfa z palcami na czarnej płytce znowu ma migrenę. Nudno i depresyjnie. Można pogonić dzikie gołębie z drutów elektrycznych, ale to też głupie. No nic, przedrzemię jakoś tę noc, a jutro może będzie lepiej.