Tag: dziennik pandemiczny

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (58-61 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik roku pandemii cd.

    15 maja 2020 (18016 zarażonych, 907 zmarłych)

    Trochę się miotam w tym dzienniku. Od początku zgłaszałem problem z formą („Halo, Houston! Mamy problem z formą!”), której wymaga dobra narracja o epidemii, a której rzeczywistość nie chce podsunąć. Globalny dramat pandemiczny, wymagałby jednak patosu tragedii, tymczasem sprawnie acz niepostrzeżenie zmienił się on w polityczne farsy, operetki i dramaty absurdu. Na przykład organizuje się wybory, których nie ma, albo wypuszcza skazańca z więzienia, ponieważ koronawirus mu tam grozi (w USA właśnie wypuszczono Paula Manaforta, byłego doradcę prezydenta). Ludzkie osobiste tragedie również krążą wokół absurdów. Właśnie przeczytałem list Ślązaka chorego na COVID-19, któremu skończyła się kwarantanna i sanepid jej nie przedłużył. Czyli może iść na miasto, zrobić sobie zakupy w sklepie, zarazić pół dzielnicy i wrócić spokojnie do domu, a następnego dnia iść do pracy. Tam zarazi kolegów, po czym wyląduje w szpitalu, a tu wybór od oddziału zakaźnego, przez pulmonologiczny i ogólny oraz korytarze i klatki schodowe, aż do kostnicy. Co ma te pozytywne strony, że przynajmniej będzie ujęty w statystykach, czyli poprawi się relacja pomiędzy rzeczywistością a informacją o niej. Jednakże znając upór i niezależność duchową Ślązaków (facet twierdzi, że dzwonił do sanepidu 1743 razy!!!) należy raczej zakładać, że umrze w domu, wypinając się na cały ten pandemiczny hasiok. To jest tragedia, ale nie ma dla niej wysokiej formy. Satyra, ironia, dydaktyczna nowela, poemat heroikomiczny w najlepszym razie. A człowiek umrze naprawdę.

    U nas w zasadzie nie ma niczego innego poza polityczną jatką. Sam daję się w nią wciągnąć, gardłuję na to i tamto, trochę z obywatelskiego oburzenia, a trochę z bezradnej złości, ponieważ polityka niejako automatycznie przekierowuje mowę ku literackim gatunkom niższym. Śmieszność podszyta strasznością. Lub odwrotnie, co na jedno wychodzi, więc fraza godna uwagi. Płaskie, dlatego uciekam ku ptakom i psom, gwiazdom i wspomnieniom. Jednak i tu język niewiele głębszy, bo zmiękczony sentymentalizmem, osłabiony retoryką łatwej melancholii. Znowu utknąłem w kleszczach dychotomii: albo człowiek, czyli polityka – albo natura, czyli widoczki plus wspomnienia. Gdzie jest ten trzeci element? Gdzie synteza? Wejście w głąb?

    Zamiast syntezy, nieustanne analizy szczegółów i komentarze do ludzkiego targowiska próżności. Przez uchylone okienko internetu wpadają próbki z całego świata, bez umiaru i bez przerwy, a ty siedź, analizuj, składaj i komentuj do upadłego. No właśnie, upadłego, bo jest w tym jakiś upadek, regres, droga powrotna ludzkiego geniuszu ku debilizmowi. W opowiadaniu Kinga Telefon pana Harrigana jest takie fajne porównanie sieci do „pękniętej rury wodociągowej”, z której informacje „chlustają jak nieczystości”. Leci wszystko jak leci, cała rzeczywistość wpada w informacyjny wir i wylatuje z drugiej strony w postaci… no, wiadomo czego. Jak prymitywny beztlenowiec siedzę u wylotu rury i łykam to wszystko, próbując przetrawić.

    22 maja 2020 (20379 zarażonych, 973 zmarłych)

    Chyba to zbyt mętne ( z rury lecą substancje zasadniczo mętne), więc spieszę z przykładem. Obiegła media wypowiedź piosenkarki i celebrytki Edyty Górniak, że dopóki żyje, nie pozwoli się zaszczepić, ponieważ szczepionki są niepewne i w ogóle be. Nie dodała logicznie, że jak już nie będzie żyła, to również się nie zaszczepi, bo nie będzie po co. Cała wypowiedź pełna była bezsensów, ale za to zbudowanych na realnym odczuciu strachu, niepewności i podejrzliwości, że ktoś całym tym pandemicznym biznesem zarządza dla własnej korzyści. Tu również należałoby dodać logicznie, że podejrzany interes teorii spiskowej zawsze przynosi korzyści komuś innemu, bo gdyby przynosił mnie, nie byłoby spisku i wszystko byłoby w porządku. Wielu innych gigantów interpretacji wypowiadało się w podobnym duchu, na czele z naszymi antyszczepionkowcami. Kiedyś tu pisałem, że nieco przycichli, ale teraz, gdy poczucie zagrożenia osłabło, znowu podnieśli głowy i gardłują. Z faktami konfrontować się nie chcą, ale gardłują. Z pękniętej rury znów wali na całego.

    www.unsplash.com/Dimitri Houtteman

    Różne wali z rury. Właśnie czytam o niejakim „Turku” z Zatoki Sztuki w Sopocie, którego nie można wsadzić do aresztu, choć jest hersztem bandy, ciężkim przestępcą i dowodów prokuratura ma aż nadto. Nic się nie da zrobić. Dla kontrastu burmistrz Szprotawy od siedmiu miesięcy siedzi w areszcie bez żadnych dowodów, w każdym razie nikt ich obronie ani sądowi nie przedstawił. Na jakiej podstawie sąd znowu przedłużył areszt o dwa miesiące – nie wiadomo. Ktoś kiedyś mnie pytał, dlaczego policja i sądy mają w moich powieściach takie ponure i nieprzyjemne oblicze. Właśnie dlatego. Andrzej Krzycki ma problem nie tylko ze sobą, ale i ze światem, i żadne tłumaczenia w rodzaju „chłopie, zawsze tak było” do niego nie przemawiają. Było i nie było. A nawet jeśli było, to nie powinno być. Możesz brać udział w zawodach nurkowania w szambie, ale możesz się odwrócić i odejść, wcześniej wziąwszy prysznic. Są ludzie, którym brud przeszkadza dosłownie, fizycznie, budzi najzwyczajniej wstręt. Krzycki do nich należy.

    Można prościej. Wkurza go, że się używa policjantów do karania garstki protestujących, a na szczytach lecą przekręty na gigantyczną skalę. Że jeden minister wyciska z publicznych środków ciężkie miliony dla własnej rodziny, a drugi minister wysyła policję przeciwko obrońcom porządku prawnego w Polsce. Zresztą minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Obaj z dostojnymi minami i bez żenady plotą dęte komunały do mikrofonów, jakoby państwo, naród, obywatele, społeczeństwo… Szukam iskierek pogardy w ich oczach (jedne zimne, drugie przekrwione) i niestety znajduję. To już nie jest zwykły przekręt, to urąganie elementarnemu odczuciu przyzwoitości i człowieczeństwa. Obaj są zdeklarowanymi katolikami, jakby co.

    Wiem, wiem, „chłopie, zawsze tak było”. Ale wkurza. I co mam zrobić? Wracam do szukania dystansu. Tropię myśl, której mógłbym zaufać. Znajomy przysłał mi filmik z fragmentem rozmowy z księdzem profesorem Józefem Tischnerem, bodajże w Telewizji Kraków. Początek lat dziewięćdziesiątych. Porażające trafnością słowa z ust jednego z nielicznych przedstawicieli polskiego Kościoła, do którego żywię wielki szacunek. Posłuchajcie:

    Dzisiaj podnosi głowę, daje o sobie znać terroryzm prawicowy. I uważam, że to jest jakieś niebezpieczeństwo, bo ten prawicowy terroryzm ma bardzo często gębę pełną religii. On się legitymizuje szlachetnymi, pięknymi wartościami chrześcijańskimi. I kusi Kościół. To jest wielka pokusa pod adresem Kościoła. Ma bardzo piękne obietnice, a pech chce, że ja znam trochę historię, a szczególnie ten okres „romansu” Kościoła z hitleryzmem w Niemczech. I ostrzegam, ale nie po to, żeby obrazić, tylko po to, żeby przemyśleć.

    Nie wygląda na to, żeby ktoś w polskim Kościele to przemyślał. Chyba tylko ci, którzy z niego odeszli. Natomiast mamy fenomenalną okazję obserwować, jak z mrocznej strefy wyłaniają się mechanizmy łączące prawicę, Kościół i przemoc. Ksiądz Tischner w zasadzie nie powiedział niczego odkrywczego; po prostu głośno nazwał to, co widział. A wgląd w sprawę miał od środka.

    Chyba nie jestem prawdziwym ateistą. Gdybym był, sprawy Kościoła katolickiego w Polsce aż tak by mnie nie obchodziły. Jego brudne interesy wrzuciłbym w pojemny dyskurs polityki, władzy i żądzy posiadania, czym łatwiej uwolniłbym się od niego uciekając, dajmy na to, w dobrą literaturę. Niewierzącego nie denerwują przekręty kleru bardziej niż przekręty gangsterów, czy ministrów zdemoralizowanej władzy. Ale mnie obchodzą głębiej, do bólu, aż do rdzenia najprostszych odruchów moralnych, jak uczciwość, przyzwoitość, prawdomówność, szczerość. Tak jak to czuje człowiek oszukany przez przyjaciela, któremu zaufał. Chyba to boli najbardziej – że czuję się oszukany w całej tej pokrętnej gadce o Bogu i religii, która sprowadza się do gadki o pieniądzach i wpływach. Nie tak miało być. Kapłan to pośrednik w rytuale, przewodnik i pomocnik, a nie sprytny agent od nieruchomości. Dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której aby wytrzymać z polskim Kościołem, musisz pozbyć się pewnych odruchów moralnych, stępieć, znieczulić się na hipokryzję i cynizm specjalistów od wyłudzeń majątkowych, przebranych za kapłanów. Do tego dochodzi jeszcze głupota głoszonych poglądów i wtedy już jest całkiem rozpaczliwie. Boli mnie to okropnie, bo wychowałem się na polskiej wsi i niedzielna msza w kościele była dla mnie bardzo ważna.

    No i proszę, przez Tischnera wylądowałem w środku Opowieści o Wielkim Inkwizytorze Iwana Karamazowa…

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Skarżą się Czytelniczki, że ponurak jestem w tym dzienniku i wszystko widzę czarno. Optymizm, człowieku, optymizm! Rafał Trzaskowski zastąpił Małgorzatę Kidawę Błońską na pozycji kandydatki/ta KO na prezydentkę/ta! Nie znam gościa specjalnie, nie wiem, co właściwie wielkiego zrobił i w czym przebija Dudę, ale wygląda atrakcyjnie. Nienagannie. Tak nienagannie, że przypomina trochę lustrzane odbicie Morawieckiego. Oraz Dudy. Nosi identyczne garnitury i dłonie do zdjęć układa tak samo. I dobrze, bo znaczy że może zdoła dotrzymać pola. Ale i niedobrze, bo prosty lud będzie miał kłopot z odróżnieniem. Nie takie trudności nasz lud rozwiązywał przez zaniechanie myślenia i zdawanie się na odruch (bynajmniej nie moralny), więc i tu może machnąć ręką. Świadomy wybór zdecydowanie przekracza kompetencje intelektualne post-pańszczyźnianego narodu, w czym dostrzegam mur nie do przebicia dla demokracji obywatelskiej. Ten najbliższy wybór również będzie pozbawiony świadomości i zdany na odruchy. Wiem co mówię, wychowałem się na polskiej wsi. A jeśli tak, to podobieństwo kandydatów działa na korzyść Trzaskowskiego. Zatem – optymizm!

    23 maja (20838 zarażonych, 990 zmarłych)

    Komentowanie tekstów dziennikarskich nie należy do szczególnie wystrzałowych inicjatyw intelektualnych, na co sam tu nieraz burczę. Tym razem jednak jestem pod wrażeniem. Stanisław Skarżyński w „Wyborczej” porażająco trafnie zdiagnozował istotę problemu naszego kraju pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, a zwłaszcza Prezesa. Rzecz nie w błędnym rozpoznaniu takiego czy innego faktu, czyli w zwykłej niedoskonałości, ale w ignorowaniu faktów w ogóle. Rzeczywistości zewnętrznej można nie widzieć, nawet z niechęcią odwracać od niej głowę, wielu tak czyni. Do konfrontacji jednak prędzej czy później musi dojść. Jeśli pędząc samochodem ignorujesz mur, który przed tobą wyrasta, to się o niego rozwalisz. Proste do bólu. A mimo to psychotyk w rodzaju Kaczyńskiego zajadle broni się przed logiką faktów i pal licho, gdyby to były jego prywatne sprawy. Facet rządzi Polską, czyli nami. Wszyscy ponosimy konsekwencje jego urojeń, czego przykładem katastrofa smoleńska oraz ostatnie wybory/niewybory. Skarżyński przenikliwie łączy je w jedno:

    To, że 10 maja w Polsce były wybory, których tak naprawdę nie było, to dla Polski jako demokratycznego państwa prawa kompromitacja tego samego rzędu, co katastrofa smoleńska – oznaczają bowiem te niewybory, że w Polsce nie działają żadne bezpieczniki i że jako państwo nie jesteśmy w stanie reagować na rzeczywistość na poziomie najważniejszych jego instytucji. Rząd, Sejm, prezydent, większość parlamentarna – to są wszystko wydmuszki, skoro żadna z tych instancji nie ma punktu styku z rzeczywistością. W efekcie te miliony wydrukowanych bez żadnej podstawy prawnej kart wyborczych, na których jest wymyślona przez kogoś pieczęć, a które zalegają w jakimś magazynie Jacka Sasina, to jest część tej samej kolekcji polskiej głupoty, co leżące od dekady na lotnisku w Smoleńsku szczątki tupolewa.

    Dodałbym: i tej samej głupoty, która już nieraz doprowadziła Rzeczpospolitą do upadku. W tym sensie szczątki tupolewa to metafora dramatyczniejsza, niż się wydaje.

    Państwo-wydmuszka. Twoja ojczyzna. Czy może coś boleć bardziej? Zafundowaliśmy sobie kraj pozorny, iluzję państwa, którego władza wszelkimi sposobami dąży do wyeliminowania z jego mechanizmów wszelkiej normalności. I skuteczności, bo oni są rozpaczliwie nieskuteczni. Zwyczajnie nie umieją, choć krzyczą bez przerwy, że są we wszystkim najlepsi, a poprzednicy byli gorsi. Sorry, nie byli. Widać gołym okiem.

    Dalej Skarżyński:

    …nie ma takiej filozofii politycznej, która opiera się na ignorowaniu rzeczywistości jako całości. A to właśnie pokazały wybory 10 maja: prezes PiS-u nie ignoruje wybranych aspektów rzeczywistości, ale świat faktów w ogóle, jako taki: czy jest to Konstytucja RP, czy kodeks wyborczy, czy aerodynamika lotnicza, czy działanie takich instytucji jak Poczta Polska.

    Zderzenie ze światem należy do arsenału doświadczeń psychotyka. Nie widzi on różnicy między realnym a urojonym, co zakłóca mu odbiór podstawowych sygnałów napływających z zewnątrz. Jego rzeczywistość ograniczona jest do wewnętrznego monologu, niekończącej się, zapętlonej narracji: ja, moje, według mnie, o mnie, ja, dla mnie, uważam że, ja, moim zdaniem, mnie się wydaje – ja, ja, ja… Paniczny lęk przed konfrontacją z faktami daje poczucie złudnego komfortu. Mówiąc bez przerwy, nie muszę słuchać. Nie powinienem słuchać, bo mi zewnętrze jeszcze powie prawdę i będzie katastrofa. Gadać i gadać, starając się za wszelką cenę nie spojrzeć w lustro. A katastrofa i tak będzie, bo fakty do głosu dojść muszą. Samochód się roztrzaska o ścianę.

    Proste. I jednocześnie takie trudne! Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Kaczyńskiemu tak skutecznie udaje się rozsiewać tę paranoję i zyskiwać poklask, doszedłem do wniosku jeszcze bardziej porażającego: ponieważ on nie jest sam. Wspieramy go wszyscy! Fakty w ogóle są w odwrocie. Króluje narracja wsobna typu „ja, ja, ja”, a media społecznościowe ciężko pracują na to, by jak najdłużej nie następowała konfrontacja z faktami (co jest zaprzeczeniem uczciwej informacji, nawiasem mówiąc). Każde najbardziej żenujące głupstwo i najwredniejsze kłamstwo są wygłaszane na równi z wiadomościami „normalnymi” (jest jeszcze coś takiego?) oraz wszelkiego rodzaju promocjami i reklamami. Twierdzenia rzeczowe i mądre przemykają gdzieś opłotkami jak nielegalni imigranci. Nowy Świat internetu – imperium współczesności! – jest królestwem bredni i bełkotu, gdzie wielkość mierzy się stopniem zbiorowej fascynacji, a nie stopniem logiki czy innej „zgodności rzeczy z intelektem”. Sprawdzamy internet nie po to, by się czegoś nauczyć, dostrzec zgodność, trafnie zinterpretować, ale by poszukać opinii podobnych do naszych i natychmiast się dołączyć. Gadać. Jarać. Ja, mnie, moje, według mnie. Nieważne, czy to prawda, czy sobie uroiłem, ważne, że inni podchwycili. Jeśli tak wygląda internetowość nasza codzienna, to dlaczego mielibyśmy nie podziwiać Kaczyńskiego, który jej podstawowe wyznaczniki opanował do perfekcji? On jest taki jak my wszyscy, tylko wyciągnął dalekosiężne wnioski. Nie ma nic, tylko ja! Ja! JA! Gadać, gadać, byle nie słuchać. Jak my wszyscy, którzy żyjemy w wirtualnej rzeczywistości psychotycznej i czerpiemy satysfakcję z bezkarności wobec faktów. A ściana coraz bliżej, i bliżej, i bliżej…

    Dlatego, Zajas, masz problem z formą. Chciałbyś się wyrwać z tej pajęczej sieci, ale tylko się szamoczesz i grzebiesz w niej jak menel w kontenerze. Natura? Owszem, to jakieś rozwiązanie, ale nie tak łatwe, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Literatura? Sięgam, czytam i odkładam. A natura i literatura razem? Na przykład Na wysokiej połoninie Vincenza, co zalecał Miłosz w sytuacjach podobnych do mojej. „Nie patrz tam, patrz tu”. Próbowaliście kiedyś? Jeśli nie, to poczytajcie na chwilę ze mną:

    Od pierwowieku, w wyroków noc. Piorun, las i wodospad, trzej szumni posłańcy, radeczkę radzą, jak począć trembitę. W rewaszach starowieku przekazane tak:

    Weź na trembitę suchar ze smereki, zdartej przez piorun, skruszonej piorunem. Wydrąż go w trąbę, szczelnie spleć i ściśnij łykiem z brzeziny spod wodospadu, z piany, z szumu”.

    (…)

    Z takim zamysłem sporządzona trembita, wyrzutnia dla grotów, co mają przeciąć dal, wyciąga się niezmiernie długo: trzy metry przeszło. A zbiera się, ściska w przekrój znikomy: w ustniku niespełna cal, w wydechu zaledwie trzy cale. Sucha, gładko spleciona łykiem, aż błyszcząca, leciutka, choć długa. Wytworna jak dziewczyna górska, a oporna jak gdyby niema. Człek nieświadomy gry nie wie co z nią począć, dopiero dla piersi mistrza, dla tchu wataha dostępna.

    (…)

    Gdy tam na górze, na dnie kotła skalnego, wyścielonego mchami, watah wymota z trembity nutę, co oplata dychanie jak pępowina, ogłaszając tym pierwszy wypęd na pastwiska, własność jest zawieszona. Kto dotknął trembity, ten oczyszczony, nie chce zagarnąć świata, ni mieć go dla siebie. Połonina czyja? Boga i owiec, Bóg i owce karmią wataha, pasterzy, gazdów. Watah czyj? Własny watah owiec, należą wzajemnie do siebie, boteje do wataha, watah do botejów. Wszystko wiąże trembita, ściąga struną wiatrową od nieba do ziemi.

    Trudne. Czytam jeszcze raz i wydaje mi się, że coś zaczyna się z czymś łączyć, jedno wskazywać zwiewną dłonią na drugie, jakbym był na niewyraźnym tropie do zrozumienia. Gra na trembicie jako metafora twórczości? Natchnienia? Innej ziemi, do której daremnie tęsknimy? Znowu czytam. „Oczyszczony, nie chce zagarnąć świata”. Pokora. Dystans. Powoli. Myśl i czucie w jednym, a razem z nimi słowo. Wąska, górska ścieżka ku formie innej – czystszej i trwalszej – jaką jest starożytna huculska epopeja.

    Proste, a tak cholernie trudne!

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (49-52 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    5 maja 2020 (14431 zarażonych, 716 zmarłych)

    Pandemia koronawirusa w zastanawiający sposób połączyła kilka aktualnych tematów w jeden. Ekologia, zmiany klimatyczne, rabunkowa eksploatacja planety, kryzys ekonomiczny, nadmierny przyrost populacji ludzi, migracje, podbój kosmosu – wszystko to zbiegło się w jedną solidną opozycję: człowiek – natura. Trochę zapomnieliśmy o tym fundamentalnym przeciwstawieniu, skupieni na podboju, postępie technologicznym i mnożeniem prywatnych stref komfortu, choć jest on mocno wpisany w założycielski tekst naszej cywilizacji zachodniej, czyli Biblię. Wydawało się, że trochę ruchów ekologicznych plus doraźne zbiórki na ratowanie ginących gatunków i protesty w obronie lasów wystarczą. Nie wystarczą. Natura to nie parę drzew i siedzących tam wśród gałęzi zwierzątek, tylko system. Zniszczenie ram zapewniających jego równowagę prowadzi do zmiany nieodwracalnej, a więc i dotychczas nieznanej. Stąd zaskoczenie z powodu przebiegłości koronawirusów, choć powinniśmy być na nie przygotowani od dawna, skoro pierwsze szczepy zostały opisane w latach 60. XX wieku. Zaskoczyła nas nie sama epidemia, tylko poczucie niepewności i braku rozeznania w czymś, co wydawało się już znajdować pod naszą całkowitą kontrolą.

    Kiedy o tym rozmyślam, wciąż dochodzę do tego samego wniosku, że problemem tu jest człowiek. Nie wiem za bardzo, co z tym wnioskiem zrobić, bo trudno apelować o globalne samobójstwo człowieka dla ratowania natury, trudno też stawiać na dalsze mordowanie natury w imię postępu człowieka. Trzeciego wyjścia nie widzę, bo pokojowe współistnienie nie wchodzi w grę. Z pokojowym współistnieniem zrobiliśmy mniej więcej to, co PiS z demokracją: wykorzystaliśmy dla zdobycia i utrzymania władzy. Tymczasem okazało się, że władza nad Ziemią wiąże się nie tylko z przyjemnością używania, ale i z odpowiedzialnością. Inaczej mówiąc, poszaleliśmy w knajpie, teraz trzeba zapłacić.

    7 maja 2020 (15047 zarażonych, 755 zmarłych)

    Obiecywałem sobie, że dam spokój, ale co się dzisiaj wydarzyło w polskiej polityce, jest ponad wszelką miarę. Porozumienie Gowina z Kaczyńskim w sprawie przesunięcia wyborów na lipiec wieńczy dzieło ośmieszania demokracji i praworządności w Polsce. Dwóch szeregowych posłów decyduje o całym porządku prawno-konstytucyjnym państwa, umawiając się jak mafiosi przy kolacji, rytualnie przy tym zwalając winę za wszystko na opozycję. Za pomocą prywatnego komunikatu dyktują, co mają robić najwyższe organy władzy państwowej: marszałek Sejmu RP, Sąd Najwyższy oraz rząd. Łojenie w meliniarskiego dupniaka trwa, noże latają, co uczciwsi chcieliby opuścić spelunę, ale wciągnięto ich w grę i siedzą z minami obrażonych ofiar (Kidawa-Błońska). Ścierają się ze sobą takie, śmakie i owakie interesy – brane są pod uwagę wszystkie, oprócz interesu publicznego. Bo koronawirus do lipca nie zniknie, groźba zarażenia przy powszechnym głosowaniu korespondencyjnym pozostanie, a twierdzenie, że Andrzej Duda musi zostać prezydentem na drugą kadencję, brzmi jak parodia interesu publicznego. Jakiś czas temu pisałem w tym dzienniku, że nie mam zaufania do teatralnego rozdzierania szat przez Gowina, który zaliczy parę lajków, a potem wstanie, zapnie guziki na piersi, otrzepie spodnie z kurzu i wszystko wróci do normy. Właśnie wraca. Przy czym tą normą jest dyktatura jednego narcystycznego psychola.

    Zapewnieniami o nieuchronności wyborów majowych władza zrobiła z siebie – całkiem zasłużenie – zespołowego kompletnego durnia. Marszałek Sejmu rozgląda się z lękiem, kogo by tu spytać, co ma robić. Prezydent (Prezydent RP!) o niczym nie wie i w pseudopublicznej pseudotelewizji bierze udział w pseudodebacie pseudokandydatów, którzy nie mają pojęcia, czy i kiedy wybory się odbędą. Premier rządu w ogóle udaje, że to nie jego interes i ma ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli ktoś wciąż jeszcze będzie przywiązywał wagę do deklaracji i decyzji tej władzy, również wyjdzie na durnia i to na własne życzenie. Kompromitacja poszła na cały świat. Polska ma teraz gębę Sasina z fryzurą Witek. Ciekawi mnie, jak oni to wpiszą w narrację o wstawaniu z kolan. Proponuję następujący sylogizm: osioł, kiedy wstanie z kolan, nadal jest osłem, tylko jego ośle uszy lepiej widać.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Jakiś poseł od Gowina krzyczał, że „zwyciężyła Polska” i on chciałby za to podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu. A opozycja jego zdaniem znowu nie chciała przyłożyć ręki do jedynego dobrego rozwiązania, jakim będą „wolne i demokratyczne” wybory. Nie wiem, czy to bardziej bezwstydne lizusostwo, czy bezwstydna propaganda zidiocenia. Skąd on to w ogóle wie? Przecież wszystkie prawnicze autorytety głośno powtarzają, że jest dokładnie odwrotnie: takie wybory nie będą ani wolne, ani demokratyczne, ani powszechne. W ogóle nie będą wyborami. A konstytucja właśnie została po raz kolejny sponiewierana. Na jakiej podstawie on wygłasza takie twierdzenia? Czy bezwstyd władzy naprawdę już nie ma granic? Może coś tłumaczy fakt, że ten poseł nazywa się Wypij.

    Powszechne odchodzenie od rozsądku i krytycznego myślenia to klęska całego systemu edukacji w tym kraju, a więc i moja własna. Tak przynajmniej powinienem uważać, skoro zaliczam się do grupy zawodowej nauczycieli akademickich. Cóż, kiedy procesy erozji zachodzą w samej relacji nauczyciel – uczeń, która od sytuacji: ja mówię, ty słuchasz ewoluuje do sytuacji: ja mówię, ty dajesz lajka. Albo nie. Z punktu widzenia efektów dydaktycznych to niesłychanie trudna sprawa! Jesteś lajkowany nie za mądrość swoich twierdzeń, lecz za rodzaj i diapazon emocji, jakie twoje mówienie wywołuje. Uau, super! Błee, nuda. To są dwie podstawowe reakcje uczniów na płynącą do nich wiedzę. Dokładnie takie same, jakimi posługują się na co dzień w internecie. Ach, jeszcze lol. Czyli beka, polew, śmieszki heheszki, bo przecież życie to kupa śmiechu i odjazd total. Jak ktoś chce się posługiwać rozumem, to proszę bardzo, jego sprawa. Ja nie muszę, bo jest wolność. I proszę mi nie mówić, co jest mądre, a co głupie, bo mam internet i łatwo mogę sprawdzić. Uau, super! Błee, nuda.

    Tu wyczuwam jądro katastrofy, która nadchodzi.

    To wszystko się jakoś ze sobą łączy: pogarda władzy dla obywateli, pogarda obywateli dla myślenia, pogarda internautów dla realnego świata. Promowanie – w ramach swobody wypowiedzi – bezczelnej ignorancji, która ma tyle ważyć, co rozsądek i wiedza. Oddawanie pola durniowi tylko dlatego, że każdy ma prawo do swojego zdania. Samobójczo zupełnie brzmi niby-wolnościowa teza, że nie ma żadnych obowiązujących kryteriów prawdy, w związku z czym głupota stoi na równi z mądrością. Że nieuk ma tyle samo do powiedzenia, co intelektualista. Że bałwan może rządzić tylko dlatego, że się dorwał. A w tle to najgorsze: że chamowi trzeba się usunąć z drogi, bo może przywalić. Za tolerowanie takiej rzeczywistości politycznej się płaci. Właśnie dostajemy rachunek.

    W powieści Zdobycie władzy Czesław Miłosz umieścił postać profesora Gila, który na najkrwawszą wojnę w historii ludzkości reaguje tłumaczeniem Wojny peloponeskiej Tukidydesa. Przeżył osobisty dramat, apokalipsa wojenna odebrała mu najbliższych, został sam na gruzach byłego życia. Zamyka się w gabinecie i ślęczy nad starym greckim tekstem. Kiedyś nie rozumiałem tego pomysłu, wydawał mi się trochę sztuczny i taki artystowski. Poza intelektualisty wobec minionego i nadchodzącego barbarzyństwa. Teraz rozumiem to trochę lepiej – ten odruch dystansu, odsunięcia się gdzieś dalej, poza doraźność, na drugą stronę szerokiej doliny. Wytłumić jazgot aktualności i odejść w ciszę, gdzie będzie słychać dawne głosy, mądrzejsze od nas o śmierć i już dokonaną katastrofę. Stąd Grecy. Słowo odległe, oczyszczone przez dwa tysiąclecia wichrów, deszczów i pożóg, które tylko co najważniejsze ocalają w kamieniu. Biblioteki spłonęły, popioły po pergaminach rozproszył wiatr, piasek zasypał jaskinie przekształcone w skryptoria – a słowo zostało. Myśl wyskrobana na tabliczce i przemycona do następnej kultury, ponieważ dla jakiegoś arabskiego czy wizygockiego mędrca była ważna. Wydobył ją ze zmurszałej skrzyni, zdmuchnął kurz, przeczytał i przepisał po swojemu. Po nim następny i następny, a wszyscy oni widzieli w myśli coś znamienitszego od tego, co ich otaczało. Wszyscy oni uznali jej wyższość nad codziennością. I ja uznaję. Do niej, tej starej i sprawdzonej myśli, uciekam przed doraźnymi popisami rzezimieszków i błaznów dzisiejszych stolicy. Na nic mi nauka z ich bezeceństw płynąca. Tyle o ludziach już wiem. Wiem aż za dobrze.

    8 maja 2020 (15366 zarażonych, 776 zmarłych)

    Wczoraj wieczorem księżyc. Początek maja, chłodna i bezchmurna noc, pachną zioła. Tak było 41 lat temu, kiedy nagrałem z radiowej Trójki płytę Ricka Wrighta Wet Dream i z jej fragmentami w uszach poszedłem na wieczorny spacer na stawy. Brnąłem przez mokrą trawę i wdychałem trącone stopą kwiaty. Odurzały. To było jeszcze przed wielką przebudową zbiorników i mały staw był płytki, błotnisty, a starą groblę porastały drzewa, których gałęzie schodziły aż do wody. Pod księżycowym światłem tworzyły ciemny tunel. Na gładkiej powierzchni wody wił się złoty warkocz rusałki, wabiąc siedemnastolatka. Stałem na grobli w blasku mojej prywatnej magii – jakże sentymentalnej i lichej! A jednak tkwi we mnie do dzisiaj tamto, jak pieczęć i dowód na młodość. Na sens, który się później rozwiał.

    www.unsplash.com/Alex Blăjan

    Teraz będzie nieprawdopodobne, czyli literacko słabe, ale prawdziwe. Kiedy tak stałem na grobli zahipnotyzowany chwilą, w księżycowej ciszy i blasku złotego warkocza, z szuwarów wypłynęła łódka. Powolutku, majestatycznie, jakby czekała na widza, by wyjść z cienia na mdłe światło. Pusta. Czarna. W milczeniu sunęła przez staw, popychana nie wiem czym, ponieważ wiatru nie było. Usiadłem z wrażenia i śledziłem ją w napięciu godnym poetyckiego natchnienia, dopóki nie przemierzyła całego stawka i nie znikła wśród trzcin po przeciwnej stronie. Trwało to ze trzy kwadranse. Sam przedmiot nie był niczym dziwnym – takich smołowanych łódek używano tutaj do karmienia ryb – natomiast zdumiała mnie ostentacyjność tej parady. Performansu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Wyruszyła z niewiadomych powodów właśnie wtedy, gdy przyszedłem i usiadłem, jakbym ją wywołał, a ona koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Obszedłem staw, chciałem do niej wsiąść, ale od tamtej strony zejście do wody było płaskie i okropnie błotniste. Poza tym była noc, a ja miałem siedemnaście lat i męska dzielność przegrywała z dziecięcym lękiem. Wracałem do domu późno i całą drogę myślałem, co łódka chciała mi przekazać. Myślę do dzisiaj. W pokoju przed zaśnięciem puściłem płytę jeszcze raz (miałem kaseciaka Thomsona i własny pokój!) i po chwili znalazłem się tam z powrotem, tylko już nie na grobli, a w łódce. Płynąłem przez staw w świetle księżyca. Obraz był mdły, blady, niewyraźny, ale widziałem – na brzegu siedział chłopiec.

    Moja angielszczyzna była wtedy bardzo słaba i nie wiedziałem, że „wet dream” można przetłumaczyć na polski jako „nocna polucja”.

    Richard Wright, legendarny klawiszowiec Pink Floyd, zmarł 15 września 2008 roku, w trzydzieści lat po premierze płyty Wet Dream. Dokładnie, co do dnia. Godna pozazdroszczenia synchronizacja. A ja od 41 lat staram się słuchać tej płyty dwa razy w roku: na początku maja i właśnie 15 września. Najlepiej kiedy w obu przypadkach świeci księżyc i jest ciepło, żebym mógł pójść gdzieś w pola po mokrej trawie, usiąść na odludziu i nałożyć słuchawki na uszy. Wrócić na łódkę zaplątaną w złoty warkocz rusałki i przepłynąć na drugi brzeg, gdzie zniknę wśród młodych trzcin. Tak po prostu.

    Chcecie morał? W 2014 roku Gilmour i Mason wydali „pośmiertną” płytę Pink Floyd pod tytułem Endless River. Takie różne ścinki z przeszłości, w tym kilka naprawdę fajnych kawałków Ricka na klawiszach. Na okładce jest chłopiec płynący łódką po morzu chmur, przed nim zachodzące słońce. Obejrzyjcie oficjalny teledysk Louder Than Words, gdzie można zobaczyć parę ujęć Wrighta. Na ostatnim macha do nas ręką na pożegnanie. Znika w trzcinach.