Tag: felieton Piotra Borlika

  • „Inny, ale tak jakby podobny” – reakcja na styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    O ile w kilku kwestiach nie zgadzam się z Wojciechem Chmielarzem, tak tym razem muszę przyznać mu rację: zapowiada się rok bardzo fajnych kryminalnych premier. Szkoda jednak, że Wojtek w swoim cyklicznym felietonie (klik) ograniczył się do wąskiego grona autorek i autorów, których nazwiska przewijają się wszędzie, pomijając przy tym całą masę interesujących tytułów. Wymieniając Annę Kańtoch, Roberta Małeckiego, Jakuba Ćwieka czy Jędrzeja Pasierskiego, nijak nie potwierdza powyższej tezy, wszak ci sami autorzy w zeszłym roku wydali równie fajne książki. Czym więc ten rok różnić się będzie od nieszczęsnego 2020?

    Na szczęście Wojtek dodaje też Magdalenę Majcher, Bartosza Szczygielskiego (którego książkę niebawem skończę i przeczuwam, że zbierze bardzo dobre opinie) i Grzegorza Kalinowskiego, ale to jeszcze trochę mało, by snuć wizję, jakoby obecny rok w temacie kryminalnych premier był lepszy od ubiegłego. Na końcu swojego tekstu zaznaczył, że pewnie przegapił kilka tytułów, dlatego też spieszę uzupełnić listę, która dopiero w takiej formie pokaże, jak kryminalny czeka nas rok.

    Po pierwsze: Stuart Turton. Wydane w 2019 roku „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” uważam za najlepszą książkę kryminalną wydaną w tamtym roku. Tym bardziej nie mogę doczekać się zapowiedzianej na koniec marca powieści „Demon i mroczna toń”, która, mam nadzieję, będzie mroczna i ociekająca gęstym klimatem.

    Po drugie: Stefan Darda i wznowienie „Zabij mnie, tato”. Już sam tytuł zasługuje na uznanie. Kiedyś byłem fanem twórczości Stefana, teraz niestety skręcił w stronę, która mnie zwyczajnie nudzi, niemniej lekturę „Zabij mnie, tato” wspominam bardzo dobrze. Stefan ma gawędziarski dar, świetnie potrafi wodzić czytelnika za nos, jeśli ktoś jeszcze nie zna jego twórczości, to ma ku temu świetną okazję.

    Po trzecie: komedie kryminalne. Nie jestem fanem gatunku, ale omawiając premiery, nie można pominąć najnowszych powieści Jacka Galińskiego, Marty Matyszczak, Alka Rogozińskiego czy Marty Kisiel.

    Jacek Galiński na tle aresztu śledczego Warszawa – Grochów, fot: smakksiazki.pl

    Po czwarte: „Osadzony” Kingi Wójcik. Trzeci tom przygód Leny Rudnickiej i Marcela Wolskiego. Nie mam pojęcia, czemu o książkach Kingi mówi się tak mało. Mam wrażenie, że problemem Kingi jest dotarcie do większej rzeszy czytelników, bowiem ci, którzy dali jej szansę, raczej tego nie żałują.

    Po piąte: Marek Stelar, który na początku roku informował o zakończeniu prac nad swoją „Przemianą”, toteż należy jej się wkrótce spodziewać na księgarskich półkach. Nie wiem, dlaczego, ale gdybym miał wskazać trzech najsympatyczniejszych gości polskiego kryminału, to wytypowałbym Roberta Małeckiego, Bartosza Szczygielskiego i Marka. Nie miałem przyjemności zamienić z nimi choćby jednego słowa, więc mogę się mylić, ale każdy z panów wydaje się spoko gościem. Co ważniejsze, Marek tworzy świetne, dopracowane historie, o czym miałem okazję przekonać się już wiele lat temu, gdy zaczynał przygodę z wydawnictwem Videograf, w którym ja również stawiałem pierwsze kroki.

    Po szóste (będzie kontrowersyjnie): Nowe powieści Remigiusza Mroza i Maxa Czornyja. Obaj panowie piszą zupełnie inaczej, ale często wrzucani są do jednego wora z racji masowego wypluwania z siebie książek. Jak to często bywa, przy takim tempie zdarzają się potworki, ale seria z Sewerynem Zaorskim raczej do takowych się nie zalicza. Sam na półce mam dwie części i pewnie kupię trzecią.

    Po siódme: Marcel Moss i jego „Wszyscy muszą zginąć”. Nie przypadły mi do gustu książki Marcela ani sposób ich promocji, ale nie mogę odmówić mu rzeszy czytelników, którzy z pewnością wyczekują zapowiedzianej na luty premiery.

    Po ósme: „Nabór” Vincenta V. Severskiego. Z zupełnie innych względów niż u Marcela, ale książki Severskiego również rozmijają się z moimi gustami, nie mogę jednak odmówić im wysokiej jakości. Sam raczej nie kupię, ale z pewnością wiele osób czeka na ten tytuł.

    Vincent V. Severski, fot: materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca

    Po dziewiąte: Borlik. 😉 Tak, tak, pewnie znajdzie się kilka osób, które stwierdzą, że napisałem ten tekst, bo się obraziłem, że Wojtek nie wspomniał o zapowiedzianej na początek marca premierze „Skłam, że mnie kochasz”. Pozdrawiam Was serdecznie. A poważnie mówiąc, nie dziwię się. Wydawcy mają różne strategie marketingowe. Niektórzy m.in. rozsyłają książki do poczytnych autorów w nadziei, że Ci przeczytają, być może opublikują zdjęcie i napiszą kilka miłych słów. Nie widzę w tym nic złego, ale trochę się boję, że niektórzy w ten sposób tracą z radarów pozostałe premiery.

    I wreszcie po dziesiąte: Wojciech Chmielarz. Po „Ranie”, która zupełnie mnie nie przekonała, zrobiłem sobie dłuższą przerwę od twórczości Wojtka, ograniczając się do jego felietonów i złośliwie mu się odgryzając. A poważnie mówiąc, zawsze podobał mi się warsztat Wojtka, dlatego po przerwie nabrałem apetytu na jego najnowszą powieść. Mam cichą nadzieję, że wróci do kryminału, ale czego by nie napisał, i tak wezmę w ciemno.

    Piotr Borlik

  • Jaka ze strzelby nauka, czyli refleksje po recenzji

    Zanim przejdę do meritum, w kilku słowach skąd się to wszystko wzięło.

    Wojtek Chmielarz napisał felieton, w którym podniósł sprawę recenzowania książek polskich autorów przez innych pisarzy (klik). A właściwie swoistej zmowy milczenia, która nieoficjalnie zabrania pisarzom nawzajem krytykować swoich książek, bo to rzekomo nieeleganckie.  Ja w tej kwestii podzielam zdanie Wojtka – wzajemne odnoszenie się do swoich książek przez zawodowców, mam za potencjalne źródło refleksji nad tekstem, możliwość doskonalenia warsztatu i nade wszystko szansę na danie odporu marketingowcom według których – co oczywiste – każda książka to czysty, nieskalany geniusz i arcydzieło gatunku.
    Felieton Wojtka rozwinął się w polemikę. Odpowiedział na niego Piotr Borlik (klik), mający zgoła odmienne zdanie, a następnie ja, który się do argumentów Piotra odniosłem (klik). Zaproponowałem mu też wzajemne wyzwanie – zrecenzujmy swoje książki, Ty moją, ja Twoją. Ot tak, na próbę, merytorycznie i konkretnie. Z racji tego, że mnie przypadła powieść Piotra, która dopiero się ukaże, na moją recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać, ale Piotr już wziął na warsztat mój „Szwindel”. Wypunktował go solidnie, a pod koniec tej złożonej, pełnej ciekawych spostrzeżeń recenzji zastanawia się co on by zrobił z taką recenzją jako autor. Czy by się odniósł publicznie?

    Ja uważam, że to kolejne tabu, które należy przełamać. Należy nauczyć autorów odnoszenia się do krytyki swoich dzieł. Stąd pozwalam sobie odpisać na recenzję Piotra.

    W pierwszej części recenzji Piotr dzieli swoją ocenę na opinię o warsztacie i o historii, bo to dwa czynniki, na które zwraca uwagę. Wyrażając opinię o tym pierwszym pisze o mojej sprawności stylistycznej, i o umiejętności posługiwania się słowem. Pisze, że widać po mnie doświadczenie, że książkę przeczytałby do końca nawet gdyby nie musiał i że właściwie sama się czyta. To miłe słowa i bardzo się cieszę, że padły – dziękuję, Piotrze!

    Dalej Borlik odnosi się do samej historii i jak sam zauważa, tu nie jest już tak kolorowo.

    Pierwszym i w zasadzie największym zarzutem jaki przedstawia, jest brak narastającego w książce napięcia. Piotr porównuje czytanie tej powieści do jazdy na tempomacie – wraz z komfortem jednostajności przychodzi znużenie. I cóż, nie mogę w tym miejscu zrobić niczego innego jak… zgodzić się z Piotrem. Rzeczywiście książka ma bardzo poważne braki w napięciu.

    Częściowo jest to autorskie założenie, ale sam po czasie widzę, że było ono niewłaściwe i wynikające nieco z asekuranctwa. Trzymałem się dwóch głównych założeń i pilnowałem, by w przedstawionych warunkach wybrzmiały możliwie wiarygodnie, a tym samym pozbawiłem się możliwości fabularnego podbijania bębenka.

    Tu warto zwrócić jeszcze uwagę na coś innego, co Piotr w swojej recenzji pominął – być może litościwie ;). Ja ten tempomat w pewnej chwili, pod sam koniec, zdejmuję. Wciśnięty do dechy gaz finału skonfundował niejednego odbiorcę i sprawił, że wiele osób miało wrażenie iż coś stało się za szybko. Zastanawiam się z perspektywy czasu, jakie byłoby moje podejście do tej książki, gdybym utrzymał owo jednostajne tempo konsekwentnie do ostatniej strony, czy to by coś zmieniło w odbiorze. Tego się już nie dowiemy, ale zaznaczam sobie wyraźnie, że tak, w tej książce częściowo świadomie, częściowo wynikiem asekuranctwa lub ulegnięcia magii tematu, napięcie wyregulowałem nieumiejętnie stawiając zainteresowaniu czytelnika bardzo wysoki próg wejścia. Plus mocno skrótowy finał.

    Z drugim dużym zarzutem – a tym samym szeregiem mniejszych – mam nieco większy problem. Oto bowiem Piotr w odniesieniu do „Szwindla” przywołuje strzelbę Czechowa czyli zabieg fabularny polegający na pilnowaniu, by elementy, które umieścisz na początku miały fabularny sens i swój finał. Pisze o tym, że jest to zabieg znany wszystkim autorom kryminału, a ja chętnie poszerzyłbym tę grupę o w zasadzie wszystkich świadomych swojego pisania autorów. Autor zwraca jednak uwagę, że w Szwindlu się do tej zasady nie stosuję. I tu… cóż, w zasadzie miałby rację w przynajmniej jednym przypadku, ale we wskazanych przykładach akurat, uważam, nie do końca trafia.

    Pisze bowiem: „Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.”

    www.unsplash.com/MILKOVÍ

    I tu, przyznaję, jestem szczerze zaskoczony. Jednym z najmocniej chwalonych do tej pory elementów w tej książce jest psychologia postaci uwięzionych w kłamstwie. Relacja trójkąta Anka-Bartek-Marta to wątek właśnie o braku zaufania, o próbie normalnego życia z oszustwem w tle. Bardzo duża część tej książki jest o relacjach międzyludzkich i to one są kluczem do obserwowania zależności między bohaterami. Czy to dobre podejście z mojej strony? Nie wiem, ale nie umiem się chyba zgodzić z zarzutem, że w tym wątku, którego głównym celem jest doprowadzenie Bartka do stanięcia w prawdzie, jakakolwiek strzelba nie wypala.

    Dalej Piotr zwraca uwagę na to, że mowa jest o dwóch skokach, których nie wprowadzam do fabuły szczegółowo, a jedynie pokazuję je w rozmowach i dialogach. Pytanie recenzenta brzmi: po co? I odpowiedź: to jest budowanie tła. Pokazanie, że konkretna grupa działa w konkretnej siatce. Że ten numer, w którym bierzemy udział jest jednym z wielu i że toczą się one nieustannie na zasadzie naczyń połączonych. Inaczej mówiąc, kładę zupełnie inne akcenty, inaczej rozkładam proporcje między budowaniem tła a główną linią fabularną. Mocno podbudowuję świat i szereg postaci epizodycznych jest tu potrzebnych. Tak jak ci podwykonawcy do zadań. Autor pyta po co. Odpowiedź brzmi, dla zachowania wiarygodności. Gdyby robili to sami, staliby się nadludźmi zdolnymi do każdego zadania. A to nie jest historia o nadludziach. Nie jestem też przekonany do stawiania znaku równości między książką kryminalną a książką akcji. To, mam wrażenie, bardzo mocne spłycenie gatunku. Tym samym nie umiem się zgodzić z rozpiską proporcji danego tytułu. Choć na pewno mocno go przemyślę, podobnie jak linię budowania napięcia. Myślę, że w którymś momencie mogę się do Ciebie zwrócić z koleżeńskim zapytaniem jak to działa w praktyce.

    Ale wracając w obu wskazanych przykładach nie widzę tych strzelb, które nie wypalają. To znaczy w pierwszym wątek mam za kompletny (co nie znaczy, że bez wad, żebyśmy mieli jasność. Mam wrażenie, że w kilku miejscach mógł nieco dosadniej wybrzmieć), w drugim to raczej doszukiwanie się strzelby w tle obrazka.

    Żeby jednak nie było wątpliwości. Jest w „Szwindlu” przynajmniej jedna strzelba Czechowa, która miała wypalić, ale całkowicie ją położyłem. To postać „faceta z Glockiem”. Bezimiennego typa, który dostaje zadanie wytropienia kręgu. Widzimy jego, to bardzo ciekawa postać, a potem nam znika i działają już tylko jego ludzie. To jest strzelba, której nie użyłem i której obecność, takiej naładowanej, bardzo mnie uwiera.

    Gdybym miał wskazać na coś jeszcze, w kontekście rzeczonych strzelb, to trochę za mało jest tam zahaczek pod finał. Za mało wskazówek do czego to wszystko może prowadzić. Jakbym za mocno trzymał z bohaterem, żeby numer na pewno mu się udał, a za mało czytelnikiem. No cóż, mimo lat doświadczenia, „a rookie mistake”. Postaram się nie powtórzyć.

    Jeszcze jedna taka refleksja mi się nasunęła w kontekście recenzji Piotra, dość interesująca. W pewnej chwili w zasadzie krok po kroku dostajemy sugestię recenzenta jak on by taką książkę napisał. Na wielu poziomach. Od proporcji, przez rozłożenie akcentów, przez skupienie się na wątku głównym etc. Od pewnego momentu trudno mi się było odnieść do poruszonych kwestii, bo bardziej niż zarzutami do książki były deklaracjami, że autor zrobiłby to inaczej. I nie wiem czy taki był zamiar Piotra, ale doprowadził do tego, że… chętnie bym takie coś przeczytał. W sensie nie „Szwindel” w jego wersji, a caper story, historię złodziejską, widzianą jego oczami. To mogłoby się nawet sprawdzić, choć oczywiście dając zupełnie inną książkę! I nie odbierzcie tego, proszę, jak „jak taki cwany jesteś, to sam napisz lepszą”. Po prostu w pewnym momencie recenzja Piotra obudziła we mnie fana gatunku, który coś by w temacie poczytał, a nie tylko popisał.

    Dwie rzeczy mnie natomiast w recenzji zabolały. Pierwsza to sugestia, że moi bohaterowie są do siebie podobni (bo, że mętlik imion i możliwość pogubienia się, jasne. Wiele osób zarzucało) bo mocno stawiałem tu na psychologię postaci uwięzionych w takim życiu i mam wrażenie, że to się akurat udało. Widać, że nie jest to tak oczywiste.

    Druga to pozytywne w założeniu zdanie, że książka nadaje się do wyzwań czytelniczych typu „52 książki w roku”. Ale to osobista niechęć do tego akurat wyzwania, które mam za szkodliwe 😉

    Tyle ode mnie. Chciałbym ci jeszcze raz, Piotrze, podziękować za tę recenzję. Dziękuję za merytoryczność i skrupulatne podejście do tematu. I za pomoc, bo taka recenzja to pomoc. Cieszę się, że się zdecydowałeś na tę zabawę i parafrazując jeden z ostatnich polskich filmowych przebojów: cokolwiek będą o Tobie mówili na mieście, zyskałeś właśnie sporo mojego szacunku.

    Jakub Ćwiek

  • „Bo książki są jak dzieci”, reakcja Piotra Borlika na felieton Wojciecha Chmielarza

    Czy możemy porozmawiać o książkach? – pyta Wojciech Chmielarz w swoim felietonie, choć dalsza część tekstu sugeruje, że pytanie powinno brzmieć: „Czy możemy publicznie krytykować książki?”. Odpowiedź wydaje się oczywista: Tak, możemy, a nawet powinniśmy krytykować książki, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”.

    Dla wielu autorów książki są niczym dzieci. Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów? Co im do tego, o której nasze dziecko idzie spać, co je na śniadanie i ile czasu spędza przed komputerem.

    Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku. Gorzej jednak radzimy sobie z opinią osób z naszego bezpośredniego otoczenia: sąsiadów, rodziców innych dzieci w szkole, czy w przypadku książek: innych autorek i autorów.

    To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek. Pisząc, zostawiają w nich serce, zarywają nocki, zaniedbują rodzinę, a także pracę, gdy ukradkiem pracują nad tekstem. Pozostając przy analogii rodziców, warto zauważyć, że z każdym kolejnym dzieckiem nasze przewrażliwienie maleje. Na pierwszą pociechę chuchamy i dmuchamy, robimy tysiące zdjęć, zachowujemy pierwszy kocyk, śpioszki, opaskę ze szpitala, czepek, a niektórzy nawet pierwsze paznokcie. Przy drugim dziecku nie mamy na to wszystko czasu, a przy trzecim i czwartym nawet nie mamy kiedy zrobić fajnego zdjęcia. Nic więc dziwnego, że na krytykę najbardziej wrażliwi są młodzi twórcy, którzy z wypiekami na policzkach czytają każdą opinię, co rano śledzą miejsce na liście sprzedaży w największych księgarniach, sprawdzają grupy tematyczne, a ci o najmniejszym progu wstydu decydują się reklamować tam własne książki.

    O ile w przypadku rodzicielstwa poziom przewrażliwienia maleje proporcjonalnie do liczby dzieci, tak przy książkach ma to większy związek z liczbą sprzedanych egzemplarzy. Mówiąc prościej: syty głodnego nie zrozumie. Wojciech Chmielarz zapracował na swoją pozycję świetnymi książkami. Ma ogromną rzeszę czytelników, nic więc dziwnego, że wydawnictwa i autorzy chętnie proszą go o napisanie kilku pochlebnych słów. Sami z wydawnictwem rozpatrujemy taką ewentualność, ale nie w tym rzecz. Pytanie brzmi, czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę? Czy nie bolałyby go słowa bardziej doświadczonych kolegów, którzy odradzaliby zakup jego książek? Ciężko ocenić to z perspektywy czasu, niemniej mając ugruntowaną pozycję na rynku, łatwo zapomnieć, jak było wcześniej. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym, czym jest „dobra książka”, którą prędzej czy później ktoś spuentuje znienawidzonym przeze mnie określeniem: „o gustach się nie dyskutuje”.

    Nie porównuję się do Chmielarza. Jestem dopiero na początku swojej literackiej drogi, ale od początku postanowiłem, że nie będę krytykował innych książek. Czytam dużo, niestety większość rzeczy mi się nie podoba, ale zachowuję tę opinię dla siebie. Publicznie wypowiadam się jedynie o książkach, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Może to głaskanie po plecach, może asekuranctwo, ale też po części lenistwo. Niestety, o ile jestem w stanie zrozumieć przewrażliwionych autorów, tak nie pojmuję armii wiernych fanów broniących swoich ulubionych autorów. Nie spodobało ci się? Idź poczytaj Mroza. Uważasz, że w pewnym momencie historia zrobiła się rozlazła, a autor zgubił wątki? Nie znasz się, nie zawsze krew musi lać się litrami. A może było za dużo bezsensownej przemocy? To specyfika mrocznego klimatu, nie znasz się, idź poczytaj Mroza.

    www.unsplash.com/Andrew Seaman

    Kusząc się na podsumowanie: żyjemy w czasach, w których każda opinia niebędąca laurką od razu traktowana jest jako hejt. O książkach rozmawiać trzeba, ale czy profile autorskie są dobrym do tego miejscem? Czy nie lepiej napisać kilka szczerych słów autorowi w prywatnej wiadomości albo pójść na piwo podczas festiwalu kryminalnego lub targów książki?

    Z drugiej strony, czy fakt napisania kilku wartościowych książek czyni z nas ekspertów? Czy nasze zdanie jest ważniejsze od zdania innych czytelników? Czy mamy wypowiadać się, choć nikt nie prosił nas o opinię? Wojtek posłużył się analogiami piłkarskimi, pytam więc, ilu byłych piłkarzy stało się rzetelnymi ekspertami, a ilu potrafi tylko wyrecytować skład Kaiserslautern z meczu z Bayernem?

    Piotr Borlik