Tag: Grzegorz Kalinowski

  • Łazarewicz, Audic, Kalinowski, SPT#3

    W trzecim odcinku Smacznego Przeglądu Tygodnia przenosimy się do Czarnobyla i Prypeci (Jakub Ćwiek, dzięki za ujęcia wideo z tamtych miejsc), pokażę Wam sklep, który jest dziadkiem dzisiejszych centrów handlowych, a także opowiem o kryminale, którego akcja toczy się w trakcie Powstania Warszawskiego. Partnerem cyklu jest Legimi, tam też znajdziecie większość omawianych przeze mnie książek – są oznaczone specjalną belką. Smacznego!

     

  • Warszawa w wersji retro, czyli śladami książek Grzegorza Kalinowskiego

    Jeśli jesteście ciekawi, co tam słychać u Kornela Strasburgera, to w końcu nadszedł dzień, w którym się tego dowiecie. Tym razem los, a właściwie Grzegorz Kalinowski, rzucił sympatycznego policjanta na odcinek filmowy. Spokojnie, spokojnie, Kornel nie zostanie gwiazdą kina, chociaż z drugiej strony… „Śmierć z ogłoszenia” to książka o tym, jak cienka jest granica między tym, co na ekranie, a prawdziwym życiem. Spotkacie tutaj Jana Kiepurę, Eugeniusza Bodo, Mieczysława Fogga, bez wstawania z fotela przeniesiecie się do Lwowa, Bukaresztu, a także, a może przede wszystkim, do przedwojennej Warszawy. Co z filmowym śledztwem mają wspólnego Żwirko i Wigura? Kto zagra prywatny koncert dla jednego z policjantów? I dlaczego ogromną rolę w książce odegra truskawka? „Śmierć z ogłoszenia” już w księgarniach, a my zapraszamy na spacer. Nie musicie się ciepło ubierać, wystarczy kubek gorącej herbaty. No to co, zaczynamy?

  • Przeczytajcie fragment „Śmierci z ogłoszenia” Grzegorza Kalinowskiego

    Warszawa 1664

    Nie miała to być zwykła niedziela, królowa pani postanowiła mieszkańcom Warszawy, dworzanom, wojskowym i kupcom, których były w mieście całe tłumy, dać trochę rozrywki. I to nie byle jakiej, nie prostych pokazów linoskoczków czy treserów ze zwierzętami, a prawdziwy teatr.

    Nie wszystkim przedstawienie było jednak w smak, bo szybko rozeszła się wieść, że będzie to popis gości królowej pani, jej francuskich faworytów, dworzan i innych obiboków, którzy panoszyli się nie tylko na dworze, ale i w mieście.

    Francuzi Marii Gonzagi wystawili opowieść o tym, jak ich król pokonał cesarza niemieckiego. Aktorzy szybko przekonali do siebie widzów, którym wydawało się, że oto na ich oczach najprawdziwszy król Francuzów odbiera hołd od pokonanego cesarza. Reagowano żywiołowo, krzyczano, klaskano, podpowiadano… Jeden z konnych wydarł się nawet: „Zabijcie tego takiego syna, kiedyście już porwali! Nie żywcie go, bo jak go wypuścicie, będzie się mścił, będzie wojnę mnożył, będzie krew ludzką rozlewał, a tak nie będzie nigdy miał świat pokoju; skoro zaś zabijecie, król jegomość francuski osiągnie imperium, będzie cesarzem, będzie, da Pan Bóg, i naszym królem Polskim

    […]. W ostatku, jeżeli wy go nie zabijecie, ja go zabiję!”1. To mówiąc, a widząc, że nikt na scenie nie ma zamiaru cesarza ani ścinać, ani też wtrącać do lochu, chwycił za łuk i wystrzelił. Strzała doszła celu, a posłana z całej siły, jaką miał łucznik, przeszyła aktora grającego cesarza na wylot. Widzowie wpadli w szał. Inni też sięgnęli po łuki i naszpikowali francuskich aktorów strzałami. Ci, co przeżyli, rzucili się do ucieczki, a po chwili zniknęli też strzelcy, którzy chcieli poprowadzić przedstawienie tak, jakby było dziejącą się na ich oczach prawdziwą historią.

    Mówiono później, że nic się nikomu nie pomieszało, bo każdy pretekst był dobry, by nielubianym Francuzom wy- rządzić jakąś krzywdę. Wyrządzono, i to wielu, i do tego najcięższą. Królowa pani, Maria Gonzaga, była wzburzona, lecz nawet rozkaz króla pana, Jana Kazimierza, nie pomógł. Pościg był bezowocny, żaden z zabójców nie został pojmany i ukarany, jakby zwyczajnym było, że widz może wejść w środek przedstawienia i urządzić je po swojemu.

    Warszawa 1931

    Siąpiło, wiał nieprzyjemny listopadowy wiatr i nawet na Marszałkowskiej, najgorętszej ulicy Warszawy, było nieprzyjemnie. Tajny ajent Jakub Bond postawił kołnierz prochowca i głębiej wcisnął kapelusz na głowę. Gdyby było lato i środek dnia, pewnie nie postawiłby kołnierza, za to mógłby założyć przeciwsłoneczne okulary. Dla niego każdy sposób, żeby być człowiekiem bez twarzy i wtopić się w tłum, był dobry. Co innego mężczyzna, za którym podążał. Ten wyróżniał się na tle innych przechodniów, było w nim coś wyjątkowego. Miał sprężysty chód, wyprostowaną sylwetkę, ubranie od góry do dołu świadczące o jego klasie i pozycji: dobre buty, pewnie od Hiszpańskiego, kapelusz, ani chybi z domu mody Hersego, i garnitur z bielskiej wełny, szyty na miarę podług najnowszych europejskich mód w pracowni Zaremby lub innego mistrza nożyc i igły.

    Emanujący szykiem i elegancją mężczyzna nazywał się Romuald Sarnicki i jeśliby zadać ludziom pytanie, kim jest, zapewne wielu odpowiedziałoby, że ziemianinem lub przemysłowcem. Równie wielu wzięłoby go za oficera w cywilu. Każda z tych odpowiedzi byłaby bliska prawdy, ponieważ Sarnicki pochodził z ziemiańskiej rodziny, miał dużo wspólnego z przemysłem, z wykształcenia był inżynierem, był też majorem Wojska Polskiego – osobą bardzo wpływową i znającą wiele tajemnic państwowych.

    Romuald Sarnicki szedł Marszałkowską od Pięknej w kierunku Alej Jerozolimskich, zbliżając się do centrum miasta, które kwadrans na dziesiątą wieczorem dawało wiele możliwości. Mógł iść do któregoś z kin, do hotelu Polonia Palace, baru Pod Setką albo do teatrzyku Ananas. A może po prostu spieszył się na Dworzec Główny? Idący za nim tajny ajent nie musiał się zastanawiać. Był pewny, że Sarnicki nie dojdzie do Alej Jerozolimskich, tylko skręci w lewo, w Nowogrodzką, że jego celem będzie skrzyżowanie ulic Świętej Barbary i Poznańskiej.

    Zaokrąglony róg kamienicy pod numerem czterdziestym mieścił szerokie szklane drzwi z pełniącymi funkcję latarni kolumienkami podtrzymującymi daszek. Wymarzone miejsce na restaurację, szynk albo sklep! Ale jak raz była tam poczekalnia oraz kasa Elektrycznej Kolei Dojazdowej, o czym informował pokaźnych rozmiarów szyld i zapalające się nocą litery „EKD” na kolumnach. Ajent znał rozkład zajęć Sarnickiego tak dobrze, jak zawiadowcy stacji kolejowych rozkład jazdy pociągów, mógł więc tam na niego czekać jak pasażer na pociąg. Bond był jednak zawodowcem i wiedział, że życie, tak jak rozkłady jazdy nawet najdosko- nalszych towarzystw kolejowych, robi czasem niespodzianki. Drobny szczegół może wpłynąć na powodzenie lub klęskę przedsięwzięcia, które jego szefowie określali jako jedno z kluczowych w walce z wrogim wywiadem.

    Sarnickiego rozpracowywano przez wiele tygodni, czyniąc to z największą starannością i dyskrecją. Plan jego zajęć, zwyczaje i nawyki były doskonale znane i życie inżyniera majora było dla ludzi tajnej służby jak otwarta księga. Romuald Sarnicki mógł jednak, niczym kursowy pociąg, wykoleić się lub spóźnić o parę minut. A wykolejenia, jeśli tak można było nazwać epizody z jego życia, którymi raczej nie lubił się chwalić, zdarzały mu się niezbyt często, za to regularnie, więc w raportach ujęte były niczym świąteczne odstępstwa od codziennego rozkładu jazdy. W tym przypadku jednak notatki ajentów wywiadu nie tyczyły się niedziel, świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, lecz dnia w środku tygodnia. Dokładny zapis brzmiał: Środowe wizyty w instytucie przy ulicy Lwowskiej.

    W eleganckiej kamienicy niedaleko gmachu Politechniki mieścił się Instytut Dla Zdrowia i Witalności D. Błaszczyńskiej, organizujący „indywidualne seanse”, podczas których za pomocą naparów ziołowych i masaży „zdejmowano z pacjentów ciężary dnia codziennego i otwierano ich umysły”. A wszystko to podług najnowszych mód, zrodzonych z fascynacji wschodnimi naukami i tradycyjną medycyną. Takie miejsca przyciągały zwykle panie z towarzystwa, w instytucie jednak próżno było ich szukać, bowiem spotykali się tam tylko dżentelmeni. Instytut Błaszczyńskiej był ni mniej, ni więcej tylko domem publicznym dla najlepszej klienteli.

    Przybytek ów zajmował dwa połączone lokale, do których nie wchodziło się z tej samej klatki schodowej: jedną klatką się wchodziło, a drugą wychodziło. Do tego, aby uniknąć nieporozumień towarzyskich i zachować jak największą dyskrecję, w użyciu były jeszcze dwa wyjścia kuchenne, także na osobne klatki schodowe.

    Instytut mieścił się – a jakże! – w pierwszorzędnej kamienicy, w której znajdował się gabinet wybitnego profesora ratującego pacjentów z najcięższych przypadków chorób płucnych oraz wzięta kancelaria prawna. Dobrze poinformowani wiedzieli, że w każdym z tych miejsc świadczono usługi najwyższej próby, jednak najbardziej ekskluzywnym i drogim miejscem był Instytut Dominiki Błaszczyńskiej. Jego właścicielka, i zarazem kierowniczka, lubiła mówić o swoich zagranicznych kursach, naukach pobieranych u wielkich mistrzów filozofii i literatury, szlacheckim pochodzeniu i koneksjach. Bywalcy jej lokalu chcieli w to wierzyć i przychodziło im to o tyle łatwiej, że gospodyni biegle władała kilkoma językami, jej erudycja była wprost ujmująca, a jakość świadczonych usług oszałamiająca. Jakkolwiek by na to patrzeć, nazywanie jej ciocią – tak jak w przypadku innych kobiet prowadzących podobne przybytki – byłoby dalece niestosowne, zatem zwracano się do niej madame Dominika. A wypowiadali te słowa nie byle jacy ludzie! Oficerowie, przemysłowcy, ziemianie, politycy i artyści. Krótko mówiąc, był to tajny salon stolicy, klub towarzyski, do którego wstęp mieli tylko nieliczni. Niektórzy przychodzili z gronem przyjaciół, inni, jak Sarnicki, strzegli anonimowo- ści. Każdy dostawał to, co chciał, bywalcy niewiele o sobie wiedzieli, choć oczywiście madame wiedziała sporo o każdym z nich, a na pewno więcej niż ich matki, żony, przełożeni i najbliżsi przyjaciele. Z tego też powodu szefowie Jakuba Bonda od kilku już lat myśleli, by otoczyć instytut patronatem, zasilić jego działalność pieniędzmi i mówić do Błaszczyńskiej „wspólniczko”. Stało się więc rzeczą oczywistą, że choć Sarnickiego łatwo można było dopaść w tym miejscu, nie chciano zamykać sobie drogi do przejęcia eleganckiego bajzlu i uczynienia go swoją agenturą. Po morderstwie przybytek madame Dominiki byłby spalony, postanowiono więc zgładzić Sarnickiego w jakimś miejscu publicznym. W związku z tymi planami nie można było dopuścić, by działo się tam cokolwiek podejrzanego. Na miejsce akcji wybrano zatem krańcowy przystanek kolei EKD – tam Sarnicki stawiał się w każdy wtorek, by pojechać do domu, eleganckiej willi w Podkowie Leśnej. Mieszkał w niej z piękną żoną i trojgiem dzieci: Piotrem, Pawłem i Cecylią.

    Część tygodnia inżynier major spędzał w Warszawie, gdzie pracował, dysponując dwupokojowym mieszkaniem. Piątkowe, wieczorne odjazdy do Podkowy i poranne, poniedziałkowe powroty stały się rytuałem, o którym wiedzieli wszyscy, a zatem i wrogi wywiad. W raportach ajentów wszystko było opisane i uporządkowane: w dziewięciu przypadkach na dziesięć inżynier major kwadrans po dwudziestej drugiej lądował w domu, witał się z dziatkami, jadł z żoną kolację, wypijali wspólnie lampkę wina albo dwie, a następnie znikali w sypialni.

    Tego dnia doszło jednak do nieplanowanego „wykolejenia” i wszystko przesunęło się aż o trzy godziny – spotkanie, w którym brał udział, przedłużyło się i jego pociąg odszedł. Jak i kolejne.

    Następny kurs kolejki miał być o dwudziestej drugiej jedenaście, zatem Romuald Sarnicki usiadł na ławce w poczekalni, wyjął z kieszeni płaszcza książkę i zagłębił się w lekturze. Śledzący go tajny ajent stanął pod ścianą, rozpostarł gazetę i ukry- ty za wielką, papierową płachtą czekał na otwarcie ciągu zdarzeń, które miały doprowadzić do tego, co nieuchronne.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, Grzegorz Kalinowski, fot: smakksiazki.pl

    Pierwszym zwiastunem było przybycie kolejki, która nadjechała od strony Emilii Plater i Ogrodu Pomologicznego. Zanim się pojawiła, siedzący w poczekalni przyszli pasażerowie usłyszeli jej elektryczny brzęczek oraz zobaczyli snop światła reflektorów. Dwuwagonowy skład nie zdążył wjechać na przystanek i wypuścić pasażerów na peron, gdy ludzie z poczekalni ruszyli tak, jakby miało zabraknąć dla nich miejsc. Sarnicki szedł spokojnie, jako jeden z ostatnich, nie przepychał się, po prostu, jak przystało na majora Wojska Polskiego, wolno i dystyngowanie przesuwał się w kierunku drzwi. Okazało się jednak, że i tak za szybko, bo idąca przed nim para szła jeszcze wolniej. Stanęli w drzwiach poczekalni, jakby nie mieli pokonać progu, a skoczyć w przepaść. Sarnicki czekał cierpliwie. W tym momencie pojawił się za nim tajny ajent. Zrobił się sztuczny tłok, a Jakub Bond jakby przypadkiem wpadł na jego plecy. Najpierw poczuł klepnięcie, później zaskakująco przeszywający ból, a po chwili nie czuł już nic. Bond szybko i dyskretnie wyciągnął sztylet, który przed chwilą wbił po lewej stronie pleców Sarnickiego. Było to pchnięcie tak precyzyjne, jak ruchy operującego lancetem chirurga albo posługującego się nożem sprężynowym zawodowego mordercy. Jakub Bond był tym drugim typem człowieka, a jako tajny ajent specjalizował się w najkrwawszych i najtrudniejszych zadaniach. Dlatego teraz, zachowując zimną krew, chwycił osuwającego się na posadzkę Sarnickiego i krzyknął dramatycznym głosem:

    Ratunku!Pomocy!Człowiek mdleje,czy jest tulekarz?!

    Para, która przed chwilą robiła sztuczny tłok, pierwsza zareagowała na jego wezwanie: mężczyzna podtrzymywał Romualda Sarnickiego, a kobieta darła się wniebogłosy. Zanim położyli rannego na posadzce, Bond wyjął z jego kieszeni oprawiony w jasnobrązową skórę notes. Kobieta wciąż zawodziła, a jej towarzysz wołał o lekarza. Ludzie tłoczyli się i patrzyli, jak z Sarnickiego uchodzi życie. Lekarza nie było.

    Korzystając z zamieszania, para, która z początku tak przejęła się losem rannego, ruszyła w stronę pociągu, nie wsiadła jednak do niego, a zdecydowanym krokiem poszła za wagony kolejki. Kiedy nikt ich już nie widział, przestali się obejmować i niemal biegiem ruszyli w stronę Marszałkowskiej. W tym samym czasie ajent zmierzał na Poznańską numer piętnaście, gdzie mieściła się sowiecka ambasada. Nie był bowiem, jak stało napisane w dokumentach, kupcem Jakubem Bondem. Nazywał się Wsiewołod Władimirowicz Isajew, miał stopień komandira i był sowieckim szpiegiem!

     

  • Co wyłowić z listopadowych nowości?

    Październik prawie za nami, więc można złapać trochę oddechu, bo w listopadzie mniej premier. Nie oznacza to, że będą gorsze, co to, to nie. Przejrzałem strony wydawców, a efekt widzicie poniżej. Nie muszę Wam mówić, że lista jest subiektywna, a to znaczy, że Wy możecie czekać na coś zupełnie innego. Ja jednak pójdę w te książki, do czego również zachęcam 😉 Jeśli klikniecie w okładkę, to przeniesiecie się na stronę empik.com. Tam możecie przeczytać więcej o danym tytule, jest też opcja zakupu 😉

  • Śmiertelna „Gra w oczko”

    MZKS-u Czarnocin nie szukajcie na piłkarskiej mapie Polski, jest fikcyjny. Jednak problemy i patologie w nim występujące – jak najbardziej realne. Już jutro premiera najnowszej książki Grzegorza Kalinowskiego. Jest sporo o hazardzie wśród piłkarzy, są kulisy świata telewizji, a także wielkiej polityki. Z rozmowy dowiecie się, że początek książki autor zawdzięcza opowieści Mateusza Borka, ile Kalinowskiego w książkowym dziennikarzu sportowym – Miśku, ale też o butach Moniki Olejnik. Zapraszam(y).

     

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz

  • „Gra w oczko”, fragment najnowszej książki Grzegorza Kalinowskiego

    W mediach spędził 25 lat, więc więc, co pisze. W „Grze w oczko” odsłania kulisy telewizji i jej pracowników. Do tego piłka nożna, agencje modelek, lewe interesy, gangsterzy oraz policjanci. W książce znajdziecie gwiazdy z pierwszych stron gazet, wystarczy tylko pogłówkować, piłkarzy, ale też ustawione mecze. Dajcie się porwać Grzegorzowi Kalinowskiemu w podróż, po której inaczej spojrzycie na to wszystko to, co widzicie na ekranie. Premiera „Gry w oczko” już 30 stycznia. Smakksiazki.pl jest jednym z jej patronów medialnych. Zanim jednak rozmowa z autorem, łapcie fragment.

    Policja poinformowana, teraz firma. Joanna wybrała numer wydawcy newsów w jej stacji.

    Tu Aśka, przyślijcie kogoś, ale nie jakiegoś rysia, tylko samodzielnego reportera, mój sąsiad został zamordowany, to ten piłkarz Dawid Błochowiak.

    Było jeszcze gorzej niż pod alarmowym i na policji.

    Joanna! Fajnie, że dzwonisz! Takie gwiazdy rzadko zaszczycają nas telefonami. To miłe, że nie robi tego twój wydawca albo asystentka, tylko ty osobiście – ucieszył się wydawca Robert Gołębiewski. Znali się od dawna, pracowali kiedyś w radiu. – Co słychać?

    Gołąb… – podniosła głos. – Dawid Błochowiak leży w kałuży krwi, w głowie ma dziurę po kuli!

    Dzwoni Aśka Becker i mówi, że ma temat dla sportu!

    Błochowiak nie tylko nie ma już lewej nogi, ale i głowy! – Usłyszała, jak Gołąb drze się do załogi newsroomu.

    W tle nastąpił wybuch śmiechu.

    Kurwa mać, Robert, ja nie żartuję! Kurwa, do kogo mam zadzwonić? – krzyczała tak, jakby wszystkie stoły telewizyjnego świata pokrywała warstwa centymetrowego brudu. – Kurwa! Gołąb! Dotarło to do ciebie, czy mam dzwonić do Bożka?

    To, że wyszła z siebie i dodatkowo zagroziła telefonem do programowego sieci Waldemara Jaszczołta, którego nazywano Bożkiem Telewizji, natychmiast przyśpieszyło procedury. W dwie minuty później zdziwiony poseł Alfred Burczyk dowiedział się, że reporter nie przeprowadzi z nim umówionego wywiadu. Polityk nie mógł uwierzyć, że ekipa tak po prostu zawinęła się w okamgnieniu i wybiegła z sejmu. Po prostu ten reporter i ta kamera byli najbliżej domu Aśki Becker, ale Alfred Burczyk lider nowego, trzyosobowego koła poselskiego Rodło nie mógł tego wiedzieć.

    Reporter i operator z kamerą to za mało, żeby przykryć wszystkich. Efekt pełnej dominacji może dać tylko lajf, dlatego wóz satelitarny porzucił rysia i kamerę w sali konferencyjnej Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu na Bagateli. Organizatorzy konferencji, której tematem miała być sprzedaż do Afryki stu dwudziestu polskich kombajnów, byli niepocieszeni, przecież obiecano im lajfa! Starannie dobrali termin, a ich grupa kapitałowa, do której należeli, wykupiła reklamy przy magazynach biznesowych – to nie tak miało być! Rzecznik prasowy zbierał właśnie zjebkę od swoich szefów. Odwrotu nie było, ważni ludzie w telewizji, ci, z którymi się umawiali, powiedzieli twardo, że teraz na antenę wejdzie coś bardzo ważnego.

    www.unsplash.com/Jovaughn Stephens

    Wóz z czaszą satelitarną grzał na Powiśle, a ryś, czyli młody reporter będący asystentem redaktora, oraz operator mieli grać materiał „do puszki”. Poseł Burczyk, sprzedawcy rolniczych cudów, ekspert z zakresu drogownictwa, oraz medycyny, prawa i bankowości, który miał w studiu mówić o opóźnieniach w budowie autostrad, a i tak skończyć na programie swojej nacjonalistycznej partyjki, stadko polityków, które miało się rytualnie poobrzucać błotem – wszyscy oni spadli z anteny.

    Będą spadać też kolejni goście oraz programy i transmisje, było już jasne, że na jakiś czas przestanie obowiązywać ramówka programu. Liczono się nie tylko z łączeniami spod budynku, w którym doszło do zbrodni, ale także z konferencjami PZPN i policji.

    W telewizyjnej armii nastąpiła pełna mobilizacja i przegrupowanie wojsk. Główne siły koncentrowano teraz na temacie śmierci Dawida Błochowiaka, z telewizyjnego parkingu wyruszały dwie dodatkowe ekipy, a w newsroomie pisano wiadomość na czerwony pasek i szykowano się do wydania specjalnego. Grafik szukał zdjęcia Błochowiaka w koszulce z numerem 21, a sam szef wszystkich szefów Valdi Jaszczołt wymyślił tytuł do czołówki: ZAMORDOWANA NADZIEJA, bo przecież nestor polskich trenerów mówił o Oczku nie inaczej, jak tylko „nadzieja polskiej piłki”.

    Waldemar Jaszczołt był programowym całego holdingu, który w swoim kosmicznym, niedostępnym dla telewizyjnej gawiedzi gabinecie, przyjmował wielkich tego świata, czyli całą plejadę twarzy z okładek kolorowych czasopism. Serialowe aktorki, strongmanów, amantów prowadzących telewizyjne konkursy, wokalistki znane z jednego przeboju, a także tych, którzy byli znani z tego, że byli znani, chociaż nikt za cholerę nie mógł sobie przypomnieć z czego. Ze zwykłym personelem spotykał się w telewizyjnym barze, co miało podkreślać, że pępowina łączącą go z dziennikarskim dziedzictwem nie została jeszcze przecięta. W newsy angażował się na żywo tylko przy okazji zamachów i wojen, wielkich katastrof, konklawe oraz wyborów, czyli średnio raz na rok. Dzisiaj był właśnie ten dzień! Młodsi, którzy nie widzieli go w akcji, zrozumieli, dlaczego mówiono o nim „Bożek Telewizji”. Jaszczołt panował nad wszystkim jak dyrygent nad orkiestrą albo pilot wielkiego pasażerskiego samolotu nad pełną instrumentów pokładowych tablicą rozdzielczą. Był w swoim żywiole, wydawał rozkazy.

    Oczywiście już zadzwoniono do słynnego szkoleniowca, wybierano także numery innych ważnych ludzi futbolu oraz do znanych kibiców, aktorów, muzyków, literatów i – ma się rozumieć – polityków. Najpierw się ich nagra przez telefon, a później wymagluje w studiu. Jeden komunikat i nastąpiło przebudzenie mocy, zupełnie jak pod numerem 112, gdzie ruszył łańcuch: patrol policji, zgłoszenie na pogotowie, kryminalni…

    Machiny policji i telewizji pędziły jak TGV i wiadomo było, że wkrótce wejdą na kurs kolizyjny. Funkcjonariusze zaraz będą w mieszkaniu Joanny, to były ostatnie chwile, żeby sfilmować miejsce zbrodni. Nawet gdyby o tym zapomniała, to i tak przypomniał jej o tym wydawca.

    Grzegorz Kalinowski, fot: Skarpa Warszawska

    Wszystko się kręci – powiedział przez słuchawkę Robert Gołębiewski. – Wszyscy zapierdalają jak złoto, procedura odpalona, ruch, jakiego chyba nie było od czasu jedenastego września, papieża i Smoleńska, tylko teraz wszystko idzie znacznie sprawniej. Bożek wziął się za wszystko osobiście, na pewno będzie do ciebie dzwonił. Raz jeszcze sorry za ten słaby początek.

    OK, nie ma sprawy – odpowiedziała wydawcy głosem, który raczej nie był pojednawczy.

    A teraz posłuchaj, uspokoiłaś się? – Gołąb starał się być delikatny.

    Jestem, kurwa, spokojna, czas leciał, a ty…

    OK, raz jeszcze przepraszam, wiem, że jesteś na mnie wkurwiona, masz prawo. – Westchnął ciężko. – To oczywiste, nie ma o co pytać… – Po krótkiej pauzie wydawca ciągnął dalej: – Chodziło mi o całą resztę, o trupa i tak dalej. Masz telefon z nagrywaniem?

    Mam.

    Od pewnego czasu wszyscy mieli, każdy pracownik stacji włącznie z reklamą, księgowością i kierowcami. Kilkaset osób uzbrojonych w urządzenie do nagrywania filmów to potężna armia, było więcej niż pewne, że prędzej czy później coś się trafi. I trafiali, ale nie taki hit jak zabójstwo reprezentanta Polski.

    Gdybyś tyle nie gadał, już bym kręciła.

    OK, to oczywiste, ale pamiętaj, żeby pierwszych paręnaście sekund wysłać przy pomocy naszej aplikacji alarm. Tylko… błagam, nie filmuj w pionie! Sorry, że przypominam, ale wiesz, odruch.

    No to teraz mnie wkurwiłeś naprawdę” – pomyślała Joanna, ale nie powtórzyła tego na głos, powiedziała za to: – OK, Robert, ja też nie cierpię takich filmików.

    Włączyła nagrywanie. Najpierw plan ogólny, wytrzymać przez parę sekund nie wiercić się jak cholerni amatorzy, którzy majstrują przy zoomie i robią klipy à la MTV. OK, jest pokój z leżącym

    Błochowiakiem, kadr utrzymany przez prawie dziesięć sekund. Wystarczy. Teraz zaczęła się przesuwać w jego kierunku, aż dojechała do sylwetki. Leżał z kończynami porozrzucanymi na boki, ale nie wyglądało to przerażająco, tylko zabawnie. Trochę jak napastnik, który, trącony w polu karnym przeciwnika, wykonał teatralny pad. Ale nawet prawdziwe faule, i to te najbrutalniejsze, nie kończą się tym, że poszkodowany ma dziurę w czole, z której wypływają mózg i krew. Zrobiła zbliżenie na resztki głowy. To pójdzie na wizji wyblurowane albo z mozaiką, ale liczy się, że mają TE ZDJĘCIA. Teraz jeszcze raz ogólny, bardzo szeroko z maksymalnego oddalenia – te plany przejdą bez autocenzury. Teraz trochę sztuki, fotka przez szybę z balkonu, jeszcze jedno ujęcie i gotowe! Wtedy usłyszała tupot na klatce schodowej. Skończyła nagrywać, nacisnęła ikonkę aplikacjialarm i wysłała trzy ujęcia, które wydawały się jej najciekawsze, resztę wyślą z wozu albo po prostu zawiozą telefon do stacji. Smartfon był połączony z jej szybkim Wi-Fi, więc za parę minut film trafi na telewizyjny serwer. Schowała telefon do kieszeni spodni i czekała. Do mieszkania wbiegło dwóch policjantów w mundurach oraz ochroniarz. Wtedy przypomniała sobie, że nie zadzwoniła na ochronę.

    Zaczął się młyn. Uliczka na Powiślu szybko została zakorkowana. Zaraz za policją przyjechała karetka pogotowia oraz dwa wozy telewizji. Potem jeszcze kilka oznakowanych i nieoznakowanych pojazdów; policyjnych wysypali się z nich mundurowi i tajniacy. Kolejne fale przynosiły zastępy dziennikarzy, techników kryminalnych i wszystkich tych, których zawodowo przyciągają miejsca zbrodni.

    W tym zamieszaniu Aśka zdążyła jeszcze zrobić wejście na żywo przez telefon. Temat był u nich grany na antenie od pół godziny, gdy inni dopiero grzali się w blokach. Kiedy konkurencja była jeszcze w drodze, ich reporter i wóz satelitarny zaczęli nadawanie. Prawa można było wykupić na ligę piłkarską, mecze reprezentacji lub kolejną bokserską walkę stulecia, ale nie na głośną zbrodnię. Do dzisiaj. To słodkie uczucie, gdy się jest monopolistą… To był ich dzień, a także następne, bo rzadko się zdarza, by osoba, która odkryła zbrodnię, pracowała na wyłączność tylko dla jednej stacji. Telefon z nagraniem Joanna przekazała chłopakom z telewizji, dała krótką setkę, ale nie chciała wystąpić na żywo, nie miała do powiedzenia nic ponad to, co powiedziała w nagraniu, uszanowali to, i tak zrobiła więcej w kilkanaście minut niż wielu przez całą reporterską karierę.

  • Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz.4

    Mam w ręku pozycję unikatową, książkę Michała Okońskiego „Futbol jest okrutny”. Została wydana pięć lat temu, ale nadal jest w dystrybucji, więc nie chodzi o jakiś szczególny wysiłek związany z jej zakupem. W tym przypadku chodzi o to, co w literaturze najważniejsze, a nie jest nią ani dystrybucja, ani reklama, ani okładka tylko zawartość, zawartość rozumiana jako treść, styl i przesłanie.

    W przypadku pisania o futbolu to rzecz doprawdy unikatowa, bo trudno dzisiaj przeczytać coś, co nie jest podane w sposób inny niż skrótowy, coraz mniej miejsca dla prawdziwych erudytów, ludzi których wiedza i horyzont życiowe nie kończy się na wysokości linii boiska czy drzwi do szatni. Współczesny czytelnik żąda konkretu, esencji, a najczęściej po prostu sensacji, a rzadko kiedy zmuszenia go do wysiłku. Rynek zalewają powiastki o herosach, których sława przebrzmi za miesiąc oraz o tych, którzy gdyby nie a) kasyno, b) alkohol, c) menedżer, d) dziewczyny, e) niezależność, bo jakiś trener nie będzie mu mówił co ma robić i f) przypadek (niepotrzebne skreślić, choć najczęściej występuje cała paleta) zrobiłby światową karierę. Rozprawki o celebrytach oraz miernotach napisane najczęściej nieporadnie i zredagowane pospiesznie. Ale chwała Panu na niebiosach, że obdarzył kilku ludzi znających się na futbolu także darem posługiwania się słowem pisanym, umiejętnością obserwowania świata oraz wiedzą wykraczającą poza sferę gry i statystyk. I cierpliwością oraz konsekwencją, bo to jest teraz niezwykle ważne. Może dlatego coraz trudniej przeczytać o piłce coś co wyszło spod pióra Jerzego Pilcha, Tomasza Wołka czy Wojtka Kuczoka? Szkoda, bo brakuje ich tekstów, pewności że któryś z nich skomentuje to co dzieje się na piłkarskich boiskach w sposób odbiegający od sztampy i dysponując szerszym niż sportowe, zestawem narzędzi. Nie znaczy to, że czytelnik oczekujący czegoś więcej niż analizę gry lewą nogą napastnika X, informacji o taktyce zespołu Y oraz nowym aucie pomocnika Z jest zdany na archiwalne numery Sportowca, Piłki Nożnej, Przeglądu Sportowego czy Gazety Wyborczej. W Rzeczpospolitej wciąż pisze dziarski emeryt Stefan Szczepłek, jego wychowanek, Michał Kołodziejczyk działa z wielkim smakiem i wyczuciem w Wirtualnej Polsce, nie ma jeszcze dość Darek Tuzimek publikujący na swoim portalu futbolfejs.pl, jest zacna ekipa Kopalni Futbolu. I jest także, a może przede wszystkim Michał Okoński, który podobnie jak wyżej wymienieni nie zważa na nieustannie postępującą pauperyzacją rzemiosła felietonisty sportowego, do której prowadzi wysyp internetowych witryn celujących w przepisywaniu z błędami i bez zrozumienia.

    W świecie coraz bardziej barbarzyńskim i nieskomplikowanym, miejscami wręcz prymitywnym, autor bloga Futbol jest okrutny i publicysta Tygodnika Powszechnego wyróżnia się pisząc o piłce pięknie i z pasją, mając do tego szeroką wiedzę o świecie. Gdyby chciał, to ze swoim znakomitym piórem, otwartą głową i inteligencją mógłby poświęcić się całkowicie czemuś innemu, skupić się na czymś, jak to ujmują ludzie pasji futbolowej nierozumiejący, poważnym. Na szczęście dla czytelników udawało mu się i wciąż udaje łączyć obowiązki dziennikarza i pisarza „poważnego” publikując – zamknięte w książkach rozmowy z siostrą Małgorzatą Chmielewską (Wszystko, co uczyniliście…) i z księdzem Tomaszem Węcławskim (Pascha Jezusa) oraz redagując wybór publicystyki Jerzego Turowicza (Bilet do raju), a także pisząc w Tygodniku Powszechnym o stosunkach polsko-żydowskich. Krótko mówiąc zawodnik wagi ciężkiej, który ma nieustający romans z czymś tak niepoważnym i wulgarnym jak piłka nożna. I nic dziwnego, bo w tym pospolitym świecie, w którym wszystko obraca się nie wokół słońca lecz kawałka powietrza zaszytego w skórze pławili się bądź jeszcze pławią; Jan Paweł II, Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Wiktor Osiatyński, Jan Miodek, Jerzy Pilch, Jo Nesbo, Milan Kundera, Vladimir Nabokov, Paulo Coelho, Henry Kissinger i Albert Camus. Ten ostatni powiedział prawie wszystko, co wiem o obowiązkach i moralności, zawdzięczam uprawianiu sportu i temu, czego się nauczyłem, stojąc na bramce w RUA” (RUA – klub piłkarski Racing Universitaire d’Alger). Bo futbol, mimo że jest rozrywką plebejską, to także część kultury wyższej i sam w sobie niesie ze sobą wartości te same, które leżą u podstaw spraw uznawanych za najważniejsze i niepodważalne. Czytając książkę Michała Okońskiego Futbol jest okrutny przypomnimy sobie, że piłka nożna to stan nie tylko najprostszych emocji i złej energii, ale także wzruszeń, najwyższych doznań i wręcz filozoficznej zadumy. Brzmi to jak pocałunek śmierci, że to przeintelektualizowana nuda? Otóż nie, autor posługuje się słowem płynnie, zdania i rozdziały skonstruowane są kunsztownie, ale bez niepotrzebnych fajerwerków, bez samozachwytu nad swoją erudycją, wiedzą o futbolu i znajomością efektownych sformułowań. Zamiast popisów jest za humor, lekkość jaką znają czytelnicy Nicka Hornby, którego rzecz jasna Okoński przywołuje w swojej książce. Inny jest gatunek literacki, ale narracja podobna, obaj panowie brną przez trudne życie fanów londyńskich zespołów, Hornby Arsenalu, którego grę opisywał jeszcze przed epoką Wengera, a Okoński Tottenhamu, co Jerzy Pilch, kibic okrutnie doświadczanej Cracovii podsumował „nie przypuszczałem, że Tottenham jest aż taką Cracovią”.

     

    www.unsplash.com/Rémi Jacquaint

    Futbol jest okrutny czyta się znakomicie, bo autor pisze zgodnie z tym jak zatytułował jeden z rozdziałów – Piłka jest opowiadaniem. Książka zawiera opowiadania o meczach, dziesiątkach spotkań, znajdujemy w niej liczne anegdoty i cytaty. Nie trzeba być znawcą futbolu by się w to wszystko wciągnąć, bo Okoński pisze na co dzień nie dla sportowej gawiedzi, a dla wyrobionego czytelnika Tygodnika Powszechnego, a książka wydana została przez wydawnictwo Czarne, które nie kojarzy się zbyt nachalnie z futbolem. Mając świadomość, że będzie czytana przez profanów, autor umieścił przypisy tłumaczące niektóre pojęcia i wyjaśniające konteksty. Swoją drogą jest to także pożyteczne dla tych, którzy uchodzą za wyjadaczy, ale jak przychodzi co do czego, to nie do końca wiedzą czym się różni menedżer od trenera. No i PESEL! młodsi nie że zawsze wiedzą, że Arsenal miał przed Emirates jakiś inny stadion, a starsi… Wiadomo, sentymenty i wspomnienia działają jak balsam. Może dlatego Okoński kupił mnie także wspomnieniami z lat przełomu oraz (czy ktoś jeszcze pamięta?), zeszytem ze Strzegomia i… Garrym Mabbuttem. Tak, był taki piłkarz, który grał w ulubionym klubie Michała Okońskiego.

    Futbol Okońskiego jest okrutny i romantyczny, brutalny i piękny, finezyjny, pełen strategii niczym z najbardziej wyrafinowanej polityki czy kampanii wojennej, prosty jak przystało na najprostszą grę. I zabawny. Przypomnienie piżamowego protestu kibiców Malagi, którzy przyszli ubrani jak do sypialni, a nie jak na mecz, by zaprotestować przeciwko później porze rozegrania spotkania, przypowieść o nadawaniu dziecku imienia, które by korespondowało z piłką nożną. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo któż potrafi uciec przed niemożliwym, czyli gdybaniem, co by było gdyby trafił, gdyby nie skiksował, gdyby nie dostał kartki. Jest niewidomych kibicach, o tym jak w północnym Londynie można z Niemca przeistoczyć się w Żyda, ale także jak pieniądze mogą zabić ukochaną dyscyplinę sportu, a kibole zohydzić uczestniczenie w meczu, który z misterium staje się seansem nienawiści.

    Pojawiło się już nazwisko Nicka Hornby, autora Futbolowej gorączki, i nie jest to jedyne nazwisko spoza świata piłkarzy, trenerów i prezesów. W książce Futbol jest okrutny występują także Martin Luther King, bo właśnie jego słowami „miałem sen” autor komentuje problem rasizmu na stadionach i wyraża nadzieję, że piłka nożna da z tym sobie radę. Są liczne nawiązania do twórczości Karola Maya (mnie jego książki nie porwały, zostałem na etapie niemieckich filmów), pojawia się Jorge Luisa Borges. Argentyński poeta piłki nie znosił, ale fascynowali się nią Ken Loach, Salman Rashdi, Marek Bieńczyk i Albert Camus, ich słowa znajdziemy w książce Michała Okońskiego. Mocną pozycję w bibliografii mają dwie książki; Postfutbol, wspólne dzieło Mariusza Czubaja (tak, tak tego od kryminałów), Jacka Drozdy i Jakuba Myszkorowskiego oraz Jak futbol wyjaśnia świat Franklina Foera. Przychylam się także do opinii Michała Okońskiego, że książka Rafała Steca Piłka sss…..kopana była niesłusznie niezauważona i że warto po nią sięgnąć aby zrozumieć co się stało z polskim futbolem, jak nisko w pewnym momencie upadł. To wspaniałe lektury, dla tych kibiców i czytelników, który wyszli już z grupy dla poczatkujących i trafili do tej zrzeszających mocno zaawansowanych zwolenników doskonałego futbolu i równie dobrych lektur. Jako, że Futbol jest okrutny skonstruowany jest jako rozgrzewka, pierwsza połowa, druga połowa, dogrywka i zamiast rzutów karnych, to czekam na to co powinno być w tej sytuacji nieuniknione, na rewanż, czyli na Futbol jest okrutny II. Oczywiście można, a nawet nie trzeba czekać, tylko od razu kliknąć i wejść na blog Michała Okońskiego, który na bieżąco komentuje to dzieje się w futbolowym świecie.

    Grzegorz Kalinowski

    https://okonski.blog.tygodnikpowszechny.pl/

  • „Panowie, szanujmy wspomnienia i…klasykę”, lektury mundialowe, cz.3

    Książki na mundial, część trzecia. Dużo ich. Oddajmy głos autorytetowi i dżentelmenowi, co wielokrotnie, w tym także w kontaktach z paniami udowadniał, prezesowi PZPN, Zbigniewowi Bońkowi „Przed mundialem powstają tysiące książek, książeczek o reprezentacji. Niektóre przeczytałem i muszę ogłosić krótką recenzję: „To gówienko”. Podniecanie się błahymi rzeczami.” Tak oto wielki Zibi, w rozmowie z dziennikarzem Przeglądu Sportowego, z właściwą sobie delikatnością i taktem zachwalał pisane lub wznawiane z myślą o mistrzostwach świata książkowe pozycje dotyczące futbolu. Aż się boję pomyśleć jak Wielki Rzymianin z Bydgoszczy ocenia grę naszej kadry na rosyjskich mistrzostwach, w każdym razie ja się także nie podniecam książkami i książeczkami, które jeśli się nie sprzedały przed meczem z Senegalem, to tym bardziej nie sprzedadzą się po przesławnych batach z Kolumbią. Najpierw zostaną przecenione, a następnie znikną z lad księgarskich i półek w tempie w jakim chcielibyśmy zapomnieć o występie polskiej reprezentacji. Za to na pewno odżyją wspomnienia, i z pewnością niejeden powie, kiedyś to nasi grali… Na pewno też, znów tu i ówdzie padnie magiczne hasło Wembley. A jak Wembley i słynny remis 1:1 w roku 1973, to tylko jedna książka, niezwykły reportaż… Wiktora Osiatyńskiego. Profesor zanim został profesorem, zanim zaczęto go kojarzyć z walką o prawa człowieka, Fundacją Helsińską, pracami na temat alkoholizmu, analizami i opracowaniami dotyczącymi USA, był także reporterem i to reporterem sportowym. W 1974 wyszła jego książka Przez Wembley do Monachium, a w pięć lat później Wimbledon’79. Oba reportaże wznowiło przed rokiem wydawnictwo Dowody na Istnienie, umieszczając je w zbiorze Wembley, Wimbledon. Czy warto czytać o czymś co zdarzyło się czterdzieści i więcej lat temu?

    fot: Grzegorz Kalinowski

     

    Przecież od tego czasu byli nowi mistrzowie, przecież stare Wembley nie istnieje, a na Wimbledonie, w roku 2009 kort centralny zadaszono, a wcześniej wybudowano Court One mieszczący jedenaście tysięcy miejsc. Warto, i to jak! To nie relacja w stylu; podał, strzelił, wygrał przegrał, to absolutne wyżyny reportażu, zapis emocji, nastrojów, sportowego misterium, zarówno jego wielkości, jak i ciemnych mocy mu towarzyszących. To ponadczasowy, nie starzejący się opis dwóch sportowych wydarzeń, wciąż aktualny, bo pokazujący je od podszewki, bo opisujące człowieka, a nie wyniki i trofea, do tego podane w mistrzowski sposób. Wstęp do książki napisał jeden z najlepszych publicystów piłkarskich Michał Okoński. Autor fantastycznego cyklu felietonów, bloga i książki „Futbol jest okrutny”, tak zachęca do lektury Wembley, Wimbledon; Nikt nie pisał o sporcie tak jak Osiatyński. I pewnie dlatego, że w gruncie rzeczy nie o sporcie on pisał, a o ludzkich sprawach, jego pisanie przetrwało. Zgoda, ale ujął bym to trochę inaczej, Osiatyński pisał nie tylko o sporcie, ale także o jego otoczce, o kibicach, prasie, pieniądzach. Pisał o tym, co wtedy dla nas było egzotyką, czymś niezrozumiałym, może wręcz cyrkiem zza Żelaznej Kurtyny. Nie była ona już tak szczelna i opresyjna jak tuż po wojnie, ale wciąż dzieliła Europę na dwie części, czyniąc ją zupełnie odmiennymi bytami politycznymi, społecznymi, kulturowymi, a także sportowymi.

    Grzegorz Kalinowski, fot: Piotr Wachnik i Damian Deja

    Niezwykłe są opisy reakcji naszych piłkarzy na angielskie brukowce. Tak, brukowce, bo to brukowce, tylko że jakieś ćwierć wieku sami zaczęliśmy je produkować i ich wydawcy zaczęli je dumnie nazywać bulwarówkami i tabloidami. Wiktor Osiatyński pisał o sensacyjnej, szczującej ludzi przeciwko sobie prasie czterdzieści cztery lata temu, ale jej istota się nie zmieniła, warto się więc zapoznać z jego obserwacjami. Wystarczy otworzyć Jego książkę na chybił i trafić na piękne zdanie Lepsi, gorsi. Jak to jest z tym sportem? Kto jest lepszy, a kto gorszy? Czym lepszym nie jest z natury rzeczy ten, kto wygrywa?, te pytania postawił Osiatyński tym, którzy pisali po meczu na Wembley, że sukces był po stronie zespołu gorszego, czyli Polski. Albo cytowane przez Niego uwagi fachowców przed meczem, na przykład ta z The Peolple Domarski nie nadaje się do występowania w takiej drużynie jak polska, która stała się groteskową i kompromitującą, bo to właśnie Jan Domarski strzelił gola Anglikom i stał się obok Tomaszewskiego bohaterem polskiej drużyny. Do tego fantastyczne rozmowy z Deyną, który uchodził za niemowę, krótka historia brytyjskiego futbolu wraz z jej tłem społecznym i bezcenne obserwacja zza kulis tego co działo się podczas zgrupowania polskiej kadry oraz na i po Wembley. Przeczytałem to po raz pierwszy jak miałem osiem lat, bo dostałem Wembley za dobre wyniki w pierwszej klasie podstawówki. Wiedziałem już wtedy, że piłka będzie ze mną przez całe życie, ale nie miałem pojęcia, że kiedyś będę dziennikarzem, komentatorem, pisarzem, że spotkam kiedyś Wiktora Osiatyńskiego, a on wpisze mi się w następujący sposób;

    Panu Grzegorzowi Kalinowskiemu – za zdanie na piątkę do drugiej klasy – też, oraz za to że z tymi piątkami zrobił Pan coś sensownego, no i z wdzięcznością za pamięć

    Wiktor Osiatyński

    16 X 2003

    fot: Grzegorz Kalinowski

    Mam zatem do tej książki stosunek niezwykle osobisty, to fakt któremu nie da się zaprzeczyć, ale nie dlatego sięgam po nią od czasu do czasu, by mieć jeszcze raz osiem lat i przeczytać miłe słowa Wiktora Osiatyńskiego na mój temat. To arcydzieło, podobnie jak i Wimbledon, który zacząłem czytać. Idzie szybko, także na pewno zdążę przed niedzielą 15 lipca, czyli dniem w którym odbędą się dwa wielkie, sportowe wydarzenia; w Londynie finał największego tenisowego turnieju, a w Moskwie mecz kończący piłkarski mundial.