Tag: Grzegorz Kalinowski

  • Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz. 2

    No i zaczęło się na dobre. Mundial. Baty z Senegalem, epickie żale, rozrywanie szat, płacz i zgrzytanie zębami. Tak reagują niedzielni kibice, którzy przez cały boży rok zasiadają przed telewizorem od święta, a raz na parę lat jadą na „reprę”. Co innego kibice notoryczni, zaprawieni w nieustannych bojach, przeżywający wzloty i upadki przez okrągły, jak futbolówka rok. Utracone mistrzostwa, haniebne derbowe porażki, monstrualne błędy sędziów, tragikomedie w wykonaniu własnych graczy, nasz środkowy napastnik, który jeśli nie jest niewidomy to z pewnością ma zeza, bramkarz o dziurawych dłoniach i wreszcie te przeklęte doliczone minuty, w który rywal pakuje piłkę do naszej siatki. Cierpiętnicze życie, w którym na głowy nieustannie spadają egipskie plagi i rzadko kiedy świeci słońce, syzyfowy wysiłek dopingowania swojej drużyny, pasmo wzlotów, a najczęściej upadków, codzienność po prostu. A nawet jak jest mistrzostwo, to nie takie jak być powinno bo nie tak wielkie jak euforia z początku sezonu. Tak zwani Janusze i Andrzeje, czyli sezonowcy i festyniarze, kibice niedzielni i od święta traktują futbol jak wakacje, które się odbywają raz na dwa lata, wyjazd integracyjny, karnawałową zabawę, wesele znajomych, jarmark czy odpust. To przychodzi i odchodzi, nie tkwi głęboko pod skórą, nie wypełnia głowy, nie jest stanem permanentnym, jak u nas, prawdziwych, pełnoetatowych kibiców, tematem numer jeden we wszystkich rozmowach między nami, opętanymi przez futbol. Nasz świat, nasze maniactwo, stan określany często przez profanów jako chorobowy, nienormalny i bliski dewiacji opisuje w swojej książce „Futbolowa gorączka” Nick Hornby. Już na pierwszych dwóch stronach nasz bohater, czyli sam autor, bo powieść jest formą autobiografii, wyłuszcza w czym tkwi problem. Leży w łóżku z dziewczyną, pije poranną kawę i myśli o… Arsenalu. Zapytany przez swoją partnerkę o czym myśli odpowiada że o literaturze, filmie i polityce, no bo przecież, nie powie, że o futbolu!

    www.unsplash.com/John O’Nolan

    Gdybyśmy za każdym razem mówili prawdę, nie potrafilibyśmy stworzyć związku nikim ze świata realnego”. Dobry początek? Jak dla mnie okey, bo prawdziwy, oddający skalę problemu, nakreślający ją w sposób mistrzowski. Później jest jeszcze lepiej, bo każdy kolejny etap życia bohatera to… mecz Arsenalu? Cześć z czytających rozumie i kiwa głowami, ale większość już szykuje się do wpisania „Futbolowej gorączki” do swojego prywatnego indeksu ksiąg zakazanych. Stop! To trzeba przeczytać, żeby zrozumieć, nas kibiców, maniaków, wariatów, hobbystów i pasjonatów. Nazywajcie nas jak chcecie, ale dajcie szansę i spróbujcie wniknąć w nasze dusze. Są między nami ludzie każdego autoramentu, prości i wykształceni, faszyści i geje, kapłani i ateiści, furiaci i romantycy, młodzi i starzy, weseli i smutni, przedstawiciele każdej z ras i religii oraz profesji. Życie każdego z nas kroczy od meczu do meczu i każdy z nas może o tym opowiedzieć, ale tylko Nick Hornby ma taki talent (w końcu nie uznający żadnych świętości Paweł Zarzeczny powiedział o nim, że można mu buty czyścić) a może po prostu za sprawą patrona piłkarstwa, świętego Luigiego Scrosoppiego doznał iluminacji i popełnił dzieło wnikające w duszę futbolowego kibica. „Futbolowa gorączka” to literatura obowiązkowa dla każdego kto chce nas poznać, dzięki niej można zrozumieć dlaczego w 2002 roku tuż przed Mundialem w Azji profesor Miodek zapytany czego by bardziej chciał, mistrzostwa świata dla Polski czy mistrzostwa Polski dla Ruchu, odparł że to drugie! Łatwiej też będzie pojąć wyniki badań, które przeprowadzono w Anglii, z których wyszło, że zdecydowana większość kibiców potrafi wytrwać przez całe życie z jednym klubem niż z tą samą kobietą. To lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy zagłębią się egzotyczną umysłowość kibica i będą chłonąć lekturę jak opowieści Tony Halika czy „Życie seksualne dzikich” Bronisława Malinowskiego, także dla każdego z nas, prawdziwego kibica, by przekonać się jak pięknie, uczciwie, z pasją i poczuciem humoru opisać nasz futbolowy zakon. Oczywiście nie każdy z nas jest taki sam, bo oprócz tego, że chorujemy na futbol to często mamy także inne schorzenia, które z zapałem w sobie pielęgnujemy. Na moim egzemplarzu „Futbolowej gorączki” jest dopisek „nic nie ma znaczenia poza piłką nożną”. To nie do końca prawda, bo jest jeszcze miłość, przyjaźń i rock and roll. Hornby opisuje nie tylko pasję kibicowską, ale także swoje muzyczne fascynacje. Dla mnie, człowieka, który przez 20 lat zawodowo zajmował się piłką, a niezawodowo ogląda w roku setki spotkań z czego kilkadziesiąt na stadionie, a w garażu trzyma około trzech tysięcy płyt „Futbolowa gorączka” ma na półce swoje honorowe miejsce. Najlepiej kupić ją z powieścią „Miłość w stereo”, w której Hornby opisuje świat kolekcjonerów płyt i Piotrusiów Panów. Tak, Piotrusiów Panów, bo my, faceci, bardzo często najlepiej czujemy się w krótkich spodenkach, a Hornby opisuje nas jak nikt inny, a jeśli sama pisana rekomendacja nie wystarczy, przypomnijcie sobie nakręcony według jego powieści film „Był sobie chłopiec” z Hugh Grantem.

  • Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz.1

    Jest takie powiedzenie; „aktualne jak wczorajsze gazety”, przed Mundialem w Rosji warto je przypomnieć, bo odnosi się ono także do książek o sporcie. Kiedyś żeby się dorobić biografii sportowiec, i to wielki sportowiec musiał umrzeć albo przynajmniej zakończyć karierę, przynajmniej zaliczyć jakiś kamień milowy, a teraz wystarczy potrzymanie pucharu, dobry sezon, często nawet sama zapowiedź triumfu lub choćby startu. Bo nie czarujmy się, nasza kadra Mundialu w Rosji nie wygra! A jeśli wygra… Jeśli wygra to ogolę się na łyso i nawet zapisałem się do grupy na FB „Jeśli Polska awansuje do finału to ogolę się na Pazdana”. Podchodzę do sprawy sceptycznie i z przymrużeniem oka, ale jakby co to jak to mówili w Misiu „zrobię się na Amerykańca” i będę świecił glacą jak Kojak, Collina i Pazdan. Zrobię to z radością bo chcę tego finału, ale zdaje sobie sprawę, że byłaby to sensacja na miarę tej z EURO 2004, kiedy to na boiskach Portugalii wygrała reprezentacja Grecji. Ale pomarzyć można. Albo ponarzekać. Albo poczytać. Dlatego przed mistrzostwami w Rosji półki uginają się pod książkami o futbolu. Wiele z nich z pewnością ciekawa, ale większość będzie za parę tygodni warta tyle ile wspomniane wczorajsze gazety. Wszystkie tajemnice i sekrety kadr oraz trenerów staną się w czasie rosyjskiego mundialu sprawą nieistotną, zresztą i tak wiele z nich to czyste spekulacje, albo najzwyklejsze plotki. Lepiej sięgnąć po coś ponadczasowego, coś co się nie zestarzeje, na przykład po powieści ;Do przerwy 0:1, 90 minut i Futbolowa gorączka. Na początek parę słów o tych dwóch pierwszych.

    Do przerwy 0:1 Adama Bahdaja znają niemal wszyscy, przynajmniej ze słyszenia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że książka, a później telewizyjna adaptacja to młodzieżowa historyjka o sporcie. Paczka kumpli, niepowodzenia, praca i talent, wreszcie sukces, jakby to powiedział Jan Hochwander z Misia „dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem”. Ale powieść Bahdaja to nie tylko sportowa dydaktyka, nie tylko schemat znany z dziesiątek innych książek, to także niezwykłe smaczki, zapis, niemal dokumentalny tamtych czasów, obraz powojennej Warszawy. Nie chodzi wyłącznie o Stolicę w gruzach, ale także o to, że wciąż Polonia, a nie Legia jest popularniejszym klubem, że zdobycie piłki, takiej prawdziwej, skórzanej futbolówki graniczy z cudem, a jak już cud się zdarza, to okazuje się być zwykłym złodziejstwem. Najciekawsze jest to co dzieje się za kulisami; kaperowanie zawodników wszelkimi metodami; pieniędzmi i szantażem oraz szemrane postacie „sponsorów” drużyny Huragan. Klasyka gatunku, dla ludzi intersujących się piłką, coś co się działo, ale o czym mówiono po cichu, co głośniej huknęło dopiero w latach osiemdziesiątych, a eksplodowało tak naprawdę w XXI wieku. Piłka nadal nie jest czysta, bo gdyby taką była, to oznaczałoby, że czysty jest także biznes, giełda wolna od tajemniczych wahnięć, pracę zdobywa się wyłącznie dzięki kwalifikacjom, politycy realizują obietnice, a kapłani otrzymują drogie limuzyny od bezdomnych. Do przerwy 0:1 to powieść nie tylko dla młodzieży, ale i dla kibiców, którzy czytając książkę o chłopakach grających w turnieju dla dzikich drużyn mają te same problemy co dorosłe gwiazdy polskiej ligi.

    www.unsplash.com/Fauzan Saari

    Zupełnie inaczej ma się sprawa z powieścią 90 minut, Antala Vegha. To już kawa na ławę, hardkorowe starcie, w którym nie trzeba zachęty redaktora Rymanowskiego aby goście w studiu, a my wraz z nimi przeżywali prawdziwe emocje. 90 minut to książka, która wstrząsnęła Węgrami. Jej autor szykował się do jej napisania przez lata, bo Vehg był nie tylko literatem i publicystą, ale także przez sześć lat pracował jako trener piłkarski. Pierwszy krok zrobił w roku 1974 publikując esej „Dlaczego węgierski futbol jest chory?”. To już było tąpnięcie, a prawdziwy wstrząs wywołała wydana pięć lat później powieść 90 minut. Czytając książkę uczestniczymy w meczu drugiej ligi węgierskiej, którego stawką jest awans do I ligi. Gospodarze muszą ograć słabeusza by spełnić marzenia kibiców i… Chyba tylko kibiców, bo na pewno nie wszystkich piłkarzy i działaczy. Na boiskowe i pozaboiskowe wydarzenia spoglądamy z perspektywy Gabora, stopera drużyny gospodarzy. Dla jednych było to potwierdzenie przypuszczeń, dla innych odarcie z marzeń, a dla działaczy piłkarskich i funkcjonariuszy partyjnych potwarz i skandal. Ta książka nie pozostawia obojętnym żadnego kibica, wciąż jest aktualna, wciąż tłumaczy wiele zachowań i dziwnych sytuacji. Przy okazji dodam, że Vegh był opozycjonistą, działaczem zdelagalizowanego Towarzystwa Przyjaźni Polsko Wegierskiej i miał w Polsce wielu przyjaciół, z kolei Adam Bahdaj prawie całą wojnę spędził na Węgrzech. Prawie całą, bo jeździł do Polski jako kurier tatrzański, stąd Trzecia granica, książka o kurierach, ale to już zupełnie inna historia.

    Wkrótce na tapecie znajdzie się Futbolowa gorączka Nicka Hornby’ego, która w raz inną pozycją tego autora Wierność w stereo tłumaczy nasze męskie obsesje, pasje i szajby.

    W ofercie księgarń i domów sprzedaży wysyłkowej nie ma książki 90 minut, można ją znaleźć w bibliotekach, na Allegro lub w antykwariatach. Podobnie jest z Do przerwy 0-1, w bieżącej sprzedaży jest tylko audiobook oraz serial telewizyjny nakręcony na podstawie powieści.

     

     

  • „Co robić, żeby nie robić?”, lutowy felieton Sylwii Chutnik

    Wielką radość i wzruszenie wywołała we mnie lektura styczniowego felietonu Bartka Szczygielskiego (klik). Ach, słodka i przebiegła bogini Prokrastynacja! Znam ją nie od dziś, oddaję pokłony a w ciszy planuję zabójstwo. Kiedy wspominam o tym publicznie, to widzę na twarzach ludzi ulgę. Że nie tylko oni tak mają, że ktoś też walczy z niemocą. W czasie rozmawiania o sposobach na miganie się od pisania tworzy się niewidzialna nić porozumienia. Jak w jakiejś szajce, tajemnej grupie osób przepuszczających czas przez palce. I jeszcze się do tego przyznających. Już widzę te wszystkie zbiorowe terapie, Kluby Anonimowych Prokrastynatorów. „Cześć, jestem Sylwia, trzeci dzień nie napisałam tego, co powinnam”. Oczywiście, aby rozładować atmosferę zaraz byśmy wszyscy zaczęli śmieszkować:

    Po czym poznać, że piszę książkę? Po wysprzątanym mieszkaniu.

    Po czym poznać, że zaraz zawalę termin? Po dwustu słoikach przetworów. 

    Czemu dzieło życia nadal przede mną? Bo posegregowałam książki kolorami. 

    Prokrastynacja oznacza, że masz coś zrobić i robisz w związku z tym coś innego. Odkładasz na magiczne później. Markujesz robotę, kiedy w rzeczywistości przeglądasz fejsa, skubiesz róg obrusa lub liczysz plamy na ścianie. Uważasz, że skoro przed tobą cały dzień, to dasz radę. Jednocześnie masz świadomość, jak bardzo się mylisz i jak będziesz żałować, że nie sadzasz tyłka przy stole tylko pucujesz strych lub dzwonisz do chrzestnej, co to widziałaś ją trzydzieści lat temu.

    Wyższą szkołą jazdy jest pisanie zamiast pisania. Czyli mamy stworzyć na przykład naukowy tekst, przy którym zasypiamy od nadmiaru trudnych słów. I wtedy ochoczo bierzemy się za zgrabny felietonik. Szach mat – nikt nam nie udowodni, że nie pracujemy. Bo przecież piszemy, proszę bardzo, są efekty. A że nie to, co powinniśmy to już mniejsza z tym i nie drążmy tematu. 

    Sama dość często przyznaję się do ściemniania. Ludzie dziwią się, że tak wiele piszę i „och, jak ty to robisz, że tyle robisz?” Zwykle nie wiedzą jednak, co kryje się za procesem twórczym i jak wiele półek trzeba posprzątać, aby napisać esej. „Dobra Bozia z góry zerka, jak nam w dłoniach tańczy ścierka”. Mogłabym zostać Perfekcyjną Panią Domu, serio. Zwłaszcza w okolicach terminu oddania tekstu.

    Nie było trudno naciągnąć na zwierzenia innych pisarzy. Początkowo myślałam, że może będą się wstydzić tego, że wymyślają różne sprawy i sprawki zamiast wziąć się w garść i tworzyć. Ale nie: to nie były wymuszone coming outy z ich strony, raczej odczuwałam rodzaj – bo ja wiem – cichego pogodzenia się z sytuacją. A może nawet czegoś w rodzaju dumy? Na pewno wyliczanie, co się zrobiło, żeby czegoś nie robić jest jedną z moich ulubionych gier towarzyskich (tuż za kultową „Kto ma gorzej”).

    www.unsplash.com/Alyson McPhee

    Pisarka i dziennikarka Ania Dziewit-Meller wyraźnie ucieszyła się, że chcę z nią porozmawiać o prokrastynacji:

    No pytasz mistrzynię! A zatem: przede wszystkim pranie – uprać, opróżnić pralkę, rozwieszać, wreszcie układać ubrania – najlepiej w jakimś systemie – kolorami, funkcjami. Po drugie – myjnia, czas na porządne mycie auta, a wiadomo- najpierw trzeba opróżnić je ze zgromadzonego syfu, zabawek, ubrań, książek – to trwa! Gotowanie – buliony do słoików i do zamrażarki! Wreszcie – wracam do odłożonej na takie okazje nauki gry na ukulele. Niedługo będę wirtuozem!

    Reporterkę i dziennikarkę Magdalenę Kicińską zainspirowałam do głębszych refleksji nie tylko na temat odkładania pracy, ale i podejścia do samego procesu pisania. 

    Wydaję mi się, że prokrastynacja, przynajmniej w moim przypadku, jest o tym, jak sobie radzić ze strachem przed pisaniem. Kiedy muszę napisać, zwłaszcza coś trudnego, muszę się zamknąć, odizolować od świata. Nie mogę wyskoczyć na miasto załatwić sprawy, choćby to miało trwać tylko godzinę ani z nikim się spotkać. To już by wpuściło do mnie świat zewnętrzny, a tego nie mogę zrobić. Muszę być skupiona i bardzo wsobna. Ale nadal się boję „zasiąść”, więc szukam sobie różnych zajęć, nad którymi mogę mieć kontrolę i które przynoszą efekty (żeby się upewnić, że jednak jestem w stanie coś ZROBIĆ, dokończyć). To bardzo rzadko jest oglądanie seriali (choć niedawno był wyłom, ale nie na żadne netfliksy, tylko na reality show nakręcony z rodziną Whitney Houston niedługo po jej śmierci), raczej prace krzątackie. Ostatnio na przykład wyszorowałam garnki tak, jak nigdy nie były wyszorowane. Można się przejrzeć. Kiedyś już- już miałam zasiąść do pisania, kiedy przypomniało mi się, że w bagażniku samochodu mam komplet sztućców, który dostałam i uznałam, że to idealny moment, żeby je wyczyścić. Wstawiłam pranie i patrzyłam, jak się robi. Odkurzałam ksiażki. Więcej niż dwa razy ustawiałam kolorami serię reporterską Czarnego. Wyjęłam kiedyś wszystkie foliówki z kosza, prasowałam je ręką i ułożyłam w kosteczkę. A, i jeszcze zakupy (antyki, stare talerze, lampy z PRL, dodaje do koszyka, bo „jak napiszę to zapłacą a wtedy kupię” albo wysyłam sama do siebie linki). Oraz zabiegi pielęgnacyjne (to się zaczęło w czasie sesji na studiach, nigdy nie mam tak nabalsamowanego, opeelingowanego ciała jak wtedy – również dlatego, że krem, balsam potrzebuje czasu, żeby się wchłonąć, peeling – czasu i energicznych ruchów, żeby go wetrzeć a potem pozwolić stopom odpocząć).

    W przypadku reportera Mariusza Szczygła odpowiedź brzmi krótko i na temat.

    Dla odbiorców dosłownych: oglądam porno ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla miłośników literatury: szukam w internecie piątej strony świata.

    Na kwestie związane z dostępem do sieci, o których wspominał głównie Bartek Szczygielski w swoim felietonie, zwraca również uwagę pisarz Grzegorz Kalinowski:

    W dobie internetu uprawianie prokastrynacji to banał, a czasach fb oddawania się tej praktyce może tak zaburzać porządek, że niekiedy praca i obowiązki zdają się być ucieczką od odbywającego się w sieci maglowiecu. Bo prokastrynacja to odwrotność tego co musimy, a dla osoby kreatywnej może przybrać najbardziej zadziwiające formy. Otóż znam dziewczynę, która miała wymyć okna, czego wprost nie lubiła. Przygotowywała zatem pieczołowicie stanowisko katorżniczej pracy zaczynając od wyłożenia podłogi gazetami. To były jakieś stare wydania, sprzed lat, nieaktualne i nic nie znaczące, ale nagle kucnęła i zaczęła chłonąć pradawne artykuły z Expressu Wieczornego. Sczytała całą podłogę. Mniej wyszukane formy.

    Nie cierpisz sprzątać, ale jak masz pisać pedantycznie sprzątasz biurko. Powinieneś sprzątnąć biurko, to wtedy, mimo warstw grubszych niż geologia przewiduje piszesz, mimo że dłonie nie mieszczą się na blacie. Pomocny jest telewizor i mania futbolowa. Gdy masz zrobić coś naprawdę pilnego okazuje się, że odżywa porzucone dwa temu zainteresowanie II ligą angielską oraz rozgrywkami Taca de Portugal między Sportingiem de Covilha i Vitorią Guimaraes. Szczytem jest to, że mając na gardle tnący skórę nóż deadlinu zamiast pisać powieść staram się w epicki sposób opisać przypadki prokrastynacji.

    www.unsplash.com/Jahanzaib .

    Najbardziej moim pytaniem o odkładanie obowiązków oburzyła się pisarka Zośka Papużanka:

    Ależ ja robię to, co trzeba! Prokrastynacja to bujda. Ja po prostu zmieniam aktywność. Nie nazywam sobie pięknym słowem tego, że mi się nie chce, tylko jak mi się nie chcę, robię coś innego, co jest równie potrzebne. A w życiu mi się nie zdarzyło nie dotrzymać terminu.

    Nie jestem prokrastynantką Jak nie mogę, to nie mogę i tyle. A w sprawie pisania nigdy się nie umawiam z nikim na termin, dlatego też nie mam prokrastynacji. Oddaję, jak jest gotowe i tyle.

    W życiu nie podpisałam umowy, jeśli nie byłam już w pracy na tyle zaawansowana, że nie wiedziałam sama precyzyjnie, na kiedy skończę.

    Po tej wypowiedzi nabrałam podejrzeń, że Zośka jest jednak wyjątkowa – ale wiedziałam to już wcześniej, więc tylko z zazdrością pokiwałam głową.

    Robienie czegoś innego niż to, co się powinno ma wielu zwolenników. Nie mówię o tych chorobliwie zawalających terminy, nieogarniętych i wpadających w doły przy każdej książce. Raczej o tych, którzy żyją z pisania, więc prędzej czy później muszą zrobić coś konstruktywnego. To właśnie oni są cichymi bohaterami, bo mimo wielkich pokus wyczyszczenia paneli szczoteczką do zębów jednak piszą swoje bestsellery, nagradzane reportaże i artykuły. Zdobywają tytuły naukowe, regularnie oddają felietony do gazet a wydawcy nie ganiają ich z siekierami (zazwyczaj).

    Dla wszystkich ofiar prokrastynacji – szacunek. Jesteśmy dzielni i przynajmniej mamy lepiej posprzątane domy niż reszta. Phi!

    Przed oraz w trakcie pracy nad niniejszym tekstem autorka:

    dwa razy obejrzała filmik, jak Kardashianki rozmawiają o wyjściu do kosmetyczki, ugotowała trzydaniowy obiad, wysprzątała kącik z papeterią oraz zapatrzyła się z zadumą na około pół godziny (że niby myśli o felietonie, ale to była nieprawda). 

  • W podróż do Warszawy z 1930 roku zabiera Was Grzegorz Kalinowski

    Moi drodzy, nie trzeba być z Warszawy, żeby zafascynować się tą książką. Dziś premiera „Pogromcy grzeszników”, dajcie się więc zabrać w przeszłość, a konkretnie ponad 80 lat wstecz. Poczujcie klimat warszawskich uliczek, tropcie przestępców, poznajcie miasto od zupełnie innej strony. Grzegorz Kalinowski zdradza, że pisanie było terapią w trakcie choroby, wyjaśnia dlaczego w jego książkach pojawiają się prowadzący „Milionerów”, „Familiadę”, czy „Jeden z dziesięciu”. Obejrzyjcie do końca, a dowiecie się, gdzie będziecie mogli spotkać autora w najbliższym czasie.

  • O komentatorze, który stał się pisarzem

    Fani piłki nożnej ten głos znają doskonale. Komentował przecież finały Ligi Mistrzów, potyczki reprezentacji Polski, a także naszą krajową kopaninę. Grzegorz Kalinowski powiesił jednak mikrofon na kołku i zajął się pisaniem. Od piłki nożnej stara się odpoczywać, chociaż na stadion go jeszcze ciągnie, więc możecie go spotkać na meczach warszawskiej Legii. W roli kibica, oczywiście. Rozmawiamy trochę o sporcie, trochę o Heńku Wciśle, a trochę o nowym bohaterze, który nazwisko ma takie, jak prowadzący program „Familiada”.

  • Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, sprzedane! Świat literatury gra z WOŚP.

    Idei Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pomocy przedstawiać nikomu nie trzeba. Przypomnę tylko, ze dziś gra po raz 25. Oprócz tego, że możecie wrzucić pieniądze do puszek, możecie też wziąć udział w ciekawych licytacjach, również książkowych. 

     

    Najciekawiej wygląda inicjatywa Katarzyny Bondy. Chcielibyście zobaczyć swoje nazwisko w jej książce? Nic prostszego. Kasia zadeklarowała, że jedna z postaci w „Czerwonym pająku” będzie się nazywała tak jak wy. Na ten moment ktoś zaproponował już ponad 2 tysiące złotych. 

    Oto bezpośredni link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/twoje-imie-i-nazwisko-w-ksiazce-katarzyny-bondy-i4098585

    Równie ciekawą inicjatywą wykazał się Grzegorz Kalinowski, który proponuje oprowadzenie po Warszawie. Jeśli jesteście fanami przygód Heńka Wcisło i chcecie zobaczyć stolicę od innej strony niż zazwyczaj, to czym prędzej licytujcie. Przeczytajcie też książki Grzegorza, bo naprawdę fajnie pisze. 

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/zwiedz-warszawe-z-grzegorzem-kalinowskim-i4098852

    Z Wielką Orkiestrą gra również Jakub Żulczyk, który przeznaczył na aukcję unikatowy egzemplarz swojej pierwszej książki, czyli „Zrób mi jakąś krzywdę”. Dlaczego unikatowy? Powodów jest kilka. Odręczne notatki autora, zupełni inny tytuł (został zmieniony przed wydaniem), powstała ograniczona liczba egzemplarzy, bo ta wersja została wysłana tylko do krytyków. Jakub Żulczyk napisze wam specjalną dedykację, więc nie czekajcie, tylko klik,klik i licytujcie. 

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/zrob-mi-jakas-krzywde-unikatowy-egzemplarz-i4056949

    Nie zapomnijcie też o książce z 20 opowiadaniami, które powstały na zeszłoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Profesor Jerzy Bralczyk, Jakub Ćwiek, Marta Guzowska, Sylwia Chutnik, Tomasz Kowalski, Janusz Majewski…W książce znajdziecie też autografy większości autorów. Patronem medialnym opowiadań jest smakksiazki.pl.

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/wyjatkowy-jesienny-mglisty-poranek-w-galicji-i4022907