Tag: Jakub Szamałek

  • „Stacja” – książka nie z tej Ziemi. Rozmowa z Jakubem Szamałkiem

    Ta książka miała mieć tytuł „Tarcia”, co po przeczytaniu wyda się Wam ciekawym rozwiązaniem. Została „Stacja”, w której Jakub Szamałek zabiera nas na stację kosmiczną, gdzie dzieją się rzeczy nieprawdopodobne. Jak wyglądało przygotowanie do napisania książki w miejscu, w którym było tak mało osób? Czy kosmos będzie zawsze najbardziej demokratycznym miejscem we wszechświecie, czy zostanie przez kogoś zajęty? No i czy można poświęcić wszystko dla swoich marzeń? Łapcie rozmowę z Kubą, która powstała przy współpracy z Wydawnictwem W.A.B.

  • Sztuczna inteligencja w kryminale – październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W zeszłym tygodniu spotkałem się (wirtualnie) z Zygmuntem Miłoszewskim oraz Jakubem Szamałkiem, żeby pogadać trochę o wpływie nowych technologii na pisarską robotę. Rozmowę prowadził Kubę Szamałek i chyba wypadła dość interesująco (przynajmniej tak mi donosili czytelnicy). Mieliśmy jednak jeszcze poruszyć jeden temat, na który nie starczyło czasu. Czy kryminały będzie w przyszłości pisać za nas sztuczna inteligencja?

    No więc jestem przekonany, że to technicznie jak najbardziej możliwe. Już powstają pierwsze powieści napisane przez sztuczną inteligencję, jak „1 the road”, o której jeden z krytyków napisał, że nie ma tam żadnej fabuły, ale znalazło się w niej kilka uderzających i zapadających w pamięć akapitów. Z kolei firma ScriptBook chwali się, że w przeciągu pięciu lat opracuje program do pisania scenariuszy, którego dzieła będą lepsze od tych napisanych przez człowieka. Wierzę w te zapewnienia, bo na jakimś poziomie literatura to zbiór reguł, motywów, pomysłów, którymi można mniej lub bardziej swobodnie żonglować i układać z nich kolejne fabuły. Trudno wymyślić coś absolutnie nowego. Wszyscy mniej lub bardziej odbijamy się chociażby od campbellowskiej drogi bohatera, szukamy pierwszego i drugiego zwrotu akcji, skupiamy się na strukturze trzech aktów i tak dalej. Wszyscy też wiemy, że 99 proc. kryminałów zaczyna się od sceny, w której ktoś kogoś morduje, potem pojawia się śledczy, śledczy zabiera się za rozwiązywanie sprawy, po drodze ginie od pięciu do dziesięciu osób, a na końcu winny zostaje ukarany. Nie wygląda to jak coś, czego nie mogłaby napisać sztuczna inteligencja.

    www.unsplash.com/Michael Dziedzic

    Moim zdaniem jednak samo pytanie powinno być zadane inaczej. Czy ludzie będą chcieli czytać teksty napisane przez sztuczną inteligencję? No więc moim zdaniem, nie.

    Dlaczego? W klasycznej powieści „O czym śnią elektryczne owce” (na podstawie której potem Ridley Scott nakręcił kultowego „Blade Runnera”) Philip K. Dick zadaje pytanie, co różni człowieka od androida? I daje odpowiedź – empatia. To właśnie empatia, zdolność wczuwania się w drugiego człowieka, odróżnia nas od najbardziej inteligentnej nawet maszyny. Gdybym był złośliwy… Cholera, nie – po prostu, będę złośliwy i powiem, że już teraz niektóre powieści, nawet uznanych polskich autorów, wyglądają tak, jakby były napisane przez sztuczną inteligencję. Brakuje w nich po prostu empatii dla postaci. Czytam to i kręcę głową z niedowierzaniem i chcę raz po raz krzyczeć, że ludzie po prostu się tak nie zachowują! I nie chodzi mi o to poczucie, że JA zachowałbym się inaczej. Nie. Żadna żywa istota postawiona w takiej sytuacji nie zrobiłaby tego, co postać w tej powieści.

    No, ale takie książki też się sprzedają. Ku mojemu zaskoczeniu, mają też spore grono wielbicieli. I nie będę udawał, że to rozumiem. Gusta czytelnicze kilka razy mnie już zaskoczyły i zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

    Wciąż jednak uważam, że książka to miejsce spotkania dwóch istot ludzkich – czytelnika i pisarza. I w pewien sposób wspólnie tworzymy tę opowieść. Wspólnie ją przeżywamy. Ja, bo ją napisałem. Państwo, bo ją czytacie. A czytając, uruchomiacie swoją wyobraźnię. Przefiltrowujecie mojej słowa przez waszą wrażliwość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Czytanie, które wydaje się być czynnością bardzo pasywną, jest w tym ujęciu czynnością wymagającą wielkiej aktywności. To wielka rozmowa. W książce szukam (i wierzę, że nie tylko ja) drugiego człowieka. Jego uczuć, jego przemyśleń, jego marzeń i obaw.

    I w tym upatruję nadzieję. Bo sztuczna inteligencja, zgodnie z zapowiedziami ScriptBook, może będzie pisała rzeczy lepsze od ludzi. Może będzie pisała od nas szybciej (nawet od Remigiusza Mroza) i może będzie żądała niższych honorariów.

    Ale czy będzie miała cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

    Wojciech Chmielarz

  • Czego warto wypatrywać w październiku?

    Październik równie obfity jak wrzesień, ale nie może być inaczej, bo przecież dziesiąty miesiąc roku to zawsze gwarant sporej liczby premier. Poklikałem, poszukałem, a efekty widzicie poniżej. Gdybym miał wydawać pieniądze na nowości, to z dużym prawdopodobieństwiem wybierałbym z tej listy. Macie swoich faworytów? Jest też kilka ciekawych wznowień, ale jednak to zestawienie dotyczy tylko nowości. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się do sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule, a także zamówić książkę.

  • Podcast smakksiazki.pl nadaje! W najnowszym odcinku Guzowska, Jakimowicz, Szamałek

    Pociąg TLK „Gwarek” ze Słupska do Katowic, planowy przyjazd 18:24, przyjedzie z opóźnieniem około dziesięciu minut. Co to ma wspólnego z tym odcinku podcastu? Ano to, że też się delikatnie spóźnił. Wicie, rozumicie, wszystko przez krakowskie targi, ale już wszystko jest, wszystko gotowe, podcast wjeżdża na Wasz peron. Jeśli zrobicie sobie do słuchania herbatę, to będziecie się czuli jak w wagonie WARS 😉

    W tym odcinku pogadaliśmy o technologiach, które coraz bardziej wpływają na nasze życie, o czym pisze w swojej najnowszej książce „Kimkolwiek jesteś” Jakub Szamałek. Wpływają tak bardzo, że Jarek Jakimowicz pogubił się przy kasie bezobsługowej w Lidlu, a ja na lotnisku we Frankfurcie. Jest też oczywiście o archeologii, w tym specjalistką jest Marta Guzowska, której „Rok szczura” chwilę temu wylądował na księgarskich półkach. Jarek Jakimowicz, którego znacie pewnie przede wszystkim z „Młodych wilków” opowiada o swojej autobiografii, w której jest wobec siebie bardzo szczery. Opowiada o wychowaniu przez dziadków, wyskokach za zachodnią granicą, ale też o tym, że oddał synowi część swojej wątroby. Momentami jest wesoło, a chwilami wzruszająco. Smacznego!

    Podcast nagrywaliśmy tradycyjnie w Antykwariacie Kwadryga, za co wielkie dzięki, po raz kolejny. 

     

     

  • „Kimkolwiek jesteś” – fragment najnowszej książki Jakuba Szamałka

    Aneta była sfrustrowana. Uważała się za inteligentną dziewczynę – i miała ku temu podstawy. Studia ukończone z wyróżnieniem. Świetne wyniki w pracy. Testy IQ, które kwalifikowałyby ją do Mensy. Ale jak obsługiwać klimatyzator w partyjnym biurze – tego za cholerę nie potrafiła rozgryźć. Był tu już, kiedy się wprowadzili do lokalu. Białe blaszane pudło podwieszone pod sufitem, pilot z wytartymi guzikami. Instrukcja oczywiście gdzieś się zgubiła, więc trzeba było to ustrojstwo rozpracować metodą prób i błędów. Na razie Anecie udało się odkryć dwa tryby: dmuchanie gorącym powietrzem oraz dmuchanie gorącym powietrzem i kapanie.

    Jak tam? – Artur wszedł do pokoju konferencyjnego, zamknął za sobą drzwi. – Gotowa?

    Tak, tylko… Cholera jasna… – Wciskała wszystkie guziki po kolei. – Wiesz, którym się ustawia temperaturę?

    Myślałem, że tym z góry? W kształcie strzałki?

    Nie, to regulacja kąta nawiewu…

    Dobra, nieważne. – Artur zdjął marynarkę, podwinął rękawy. Powyżej prawego nadgarstka miał tatuaż z wilczycą karmiącą Romulusa i Remusa. – Jakoś przeżyjemy. Pokaż, co tam dla mnie masz.

    A może otworzymy okno?

    Nie, nie, jest okej. Nie przejmuj się. No, lecisz, bo za godzinę muszę wychodzić.

    Aneta włączyła projektor: przynajmniej on działał bez zarzutu. Na ścianie naprzeciwko stołu wyświetlił się pierwszy slajd prezentacji. Był na nim człowiek gapiący się tępo w ekran.

    Zacznijmy od dobrych wieści – powiedziała. – Około osiemdziesiąt procent internautów czerpie wiadomości z mediów społecznościowych i na ich podstawie wyrabia sobie zdanie o bieżących wydarzeniach. Ponad dziewięćdziesiąt procent nie weryfikuje tych informacji. Jak możemy to wykorzystać? – Klik, następny slajd. – Zacznijmy od podstaw. Po pierwsze: wynajmuje się studenciaków, żeby pisali w sieci pochlebne komentarze i atakowali przeciwników. Widać to było podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Warszawie, podczas których najaktywniej udzielali się internauci z Sanoka. Po drugie: kupuje się followerów i fanów, żeby sztucznie podbić sobie statystyki. No i po trzecie: płaci się Facebookowi za wyświetlanie materiałów promocyjnych, używając podstawowego mikrotargetowania. Z tych metod korzystali wszyscy już w dwa tysiące szesnastym, w trakcie kampanii przed wcześniejszymi wyborami.

    Klimatyzator, nie wiedzieć czemu, zaczął nagle dmuchać lodowatym powietrzem, od którego cierpła skóra na karku. Aneta przeszła na drugą stronę pokoju.

    Oczywiście, my też to będziemy robić, tylko że lepiej. Jak wynajmiemy farmę trolli, to będziemy wymagali od nich maskowania adresu IP, żeby nie było widać, skąd piszą. Jak kupimy followerów, to nie z Indii i Bangladeszu. A jak będziemy robili mikrotarget, to z głową, nie tylko w oparciu o geografię. Ale, tak jak mówiłam, to absolutne podstawy. Przejdźmy do ciekawszych rozwiązań.

    Klik. Następny slajd. Polak przy grillu. Skwierczą kiełbaski, na stole puszki z piwem.

    Jak wiesz, nam, Polakom, nie chce się głosować. Przekonywać ludzi, którzy nie uczestniczą w życiu politycznym, żeby jednak poszli do urn, to orka na ugorze. Dużo łatwiej jest przekonać elektorat przeciwnika, żeby sobie odpuścił. To możemy osiągnąć niewielkimi kosztami, za pomocą tych trzech zagrań.

    Aneta rzuciła okiem na Artura. Siedział w skupieniu, nie wyjął nawet telefonu. Dobrze.

    Metoda pierwsza – ciągnęła – negatywne targetowanie. Do perfekcji opanował to sztab Trumpa w dwa tysiące szesnastym. Wiedzieli, że Afroamerykanie nigdy go nie poprą, więc zamiast przekonywać ich do siebie, zniechęcili ich do oddania głosu na Clinton. Jak? Zidentyfikowali czarnoskórych wyborców na Facebooku i przez cały miesiąc przed wyborami bombardowali ich nagraniami sprzed dwudziestu lat, gdzie Clinton mówi, że czarni to przestępcy. W Polsce używa się tej metody od jakichś dwóch lat, ale w ograniczonym stopniu, my możemy zrobić to lepiej: przypominać wyborcom PO o ośmiorniczkach, a zwolennikom PiS do znudzenia puszczać taśmy o Srebrnej. W efekcie i jedni, i drudzy będą mniej skłonni pofatygować się do urn.

    Metoda druga. – Aneta przewinęła slajd. – Wykolejenie debaty. Popularne na Zachodzie, ale na krajowym rynku się z tym jeszcze nie spotkałam. Kupujemy kilka tysięcy sztucznych profili na Facebooku, ale takich dobrze utuczonych, założonych kilka lat temu, aktywnych, ze zdjęciami i znajomymi. Na miesiąc przed wyborami nakładamy im na zdjęcie profilowe partyjną ramkę, a potem wrzucamy prowokacyjne wpisy. Na przykład fejkowy profil przypisany do Razem proponuje legalizację zoofilii, inny, z logo PiS, nawołuje do wyjścia z Unii Europejskiej, a ten od PO dowodzi, że eksmitowanie ludzi na bruk jest okej, bo służy gospodarce. W efekcie robi się gównoburza, ludzie skaczą sobie do oczu, a wyborcy danej partii mają problem, bo czują, że powinni jej bronić, ale nie zgadzają się z ekstremalnymi poglądami głoszonymi przez rzekomego współtowarzysza. Wtedy słabnie identyfikacja z własnym obozem politycznym i spada motywacja do jego poparcia.

    Metoda trzecia. – Robiło się coraz zimniej. Aneta próbowała wyłączyć klimatyzator, ale bez skutku, pilot chyba się zepsuł. No nic, pomyślała, rozcierając zgrabiałe palce, jakoś wytrzymam. – Fake newsy. Badania pokazują, że ludzie lajkują i udostępniają artykuły bez czytania treści, na podstawie samego nagłówka. A tam można wsadzić wszystko, największą bzdurę. Tak długo, jak długo będzie rezonować z poglądami użytkownika, będzie skłonny w nią uwierzyć. Przykład: parę lat temu ktoś założył fejkowy profil Morawieckiego, a potem wypisał peany na cześć premiera z tego samego konta. Wyglądało to tak, jakby Morawiecki sam siebie wychwalał, bo zapomniał się przelogować między profilami. Ściema ewidentna, ale to nikomu nie przeszkadzało, dziesiątki tysięcy ludzi dało się nabrać, bo chcieli w to wierzyć. Kancelaria premiera oczywiście wydała dementi, ale sprostowania docierają do jednej setnej odbiorców fałszywej wiadomości, no bo, umówmy się, są nudne. Więc co robimy? Zakładamy pięć portali informacyjnych, za kilka stów sztuka, i każdego dnia wypuszczamy jakiegoś fejka. A to, że prezydent wysłał swoje nagie zdjęcia Ruchadełku Leśnemu na Twitterze, a to, że prezes nie jest wcale chory, tylko przechodzi operację zmiany płci. Najlepsze jest to, że nawet jeśli ktoś się domyśli, że to wyssane z palca, to podminuje to jego zaufanie do mediów w ogóle, więc kiedy później pojawi się jakaś niekorzystna dla nas historia, zawsze możemy ją podważać jako…

    Oj, Aneta, Aneta… – Artur pokręcił głową, wstał od stołu.

    Tak?

    To wszystko jest bardzo ciekawe, no i jestem pod wielkim wrażeniem twojego otrzaskania w temacie, ale… Nie o to chodziło.

    Aneta skrzyżowała ręce na piersiach. Po trochu dlatego, że była urażona. A po trochu dlatego, że było jej cholernie zimno.

    Nie będziemy tak robić polityki – ciągnął. – To jest walenie się pałami po łbach.

    Do tego właśnie służy internet. I ten, kto wali mocniej, wygrywa.

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz

  • Mróz w czerwcu? Nominacje do Nagrody Wielkiego Kalibru.

    25 tysięcy złotych. Tyle otrzyma autor/autorka książki, która zdobędzie Nagrodę Wielkiego Kalibru 2016. Właśnie ogłoszono nominacje, a ogłoszenie wyników nastąpi 4 czerwca. 

    Warto przypomnieć, że zarówno Wojciech Chmielarz jak i Mariusz Czubaj, byli już nagradzani. Z czego ten pierwszy, w zeszłym roku. W historii NWK nie zdarzyło się jeszcze, żeby jeden autor wygrywał rok po roku. Przyznam, że nie do końca rozumiem „mrozomanię”, ale Remigiusz Mróz ma w finałowej siódemce aż dwie książki. Ze wszystkich nominowanych,  najbardziej podobał się „Piąty Beatles”, ale i tak pewnie wygra Remigiusz Mróz.  Poniżej okładki nominowanych książek.

    wampir-b-iext30265711

    piaty-beatles-b-iext28376074zbrodnia-w-szkarlacie-b-iext28711098kasacja-b-iext28183379zaginiecie-b-iext30355947czytanie-z-kosci-b-iext30642732gwiazdozbior-b-iext30121110

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdjęcie główne: freeimages.com/melodi2