Tag: James Bond

  • „Obrazki z imprezy”, kolejny odcinek komiksowego cyklu Jakuba Ćwieka

    Mieliście kiedyś tak, że zaproszono was na przyjęcie kompletnie nie w waszych klimatach i nie z waszej bajki i wy najpierw się nieopatrznie zgodziliście, a potem usilnie staraliście się albo wymigać, albo chociaż dowiedzieć, czy będzie tam ktoś ze znajomych, ktoś do kogo będziecie się mogli przykleić?

    Jeżeli zdarzyło wam się to choć raz, myślę, że szybko zrozumiecie, na czym dokładnie polega mój kolejny pomysł na zachęcenie was do czytania komiksów. Chodzi o komiksowe kontynuacje czy adaptacje dzieł znanych z innych obszarów kultury.

    W Stanach jest to praktyka bardzo częsta. Jeżeli jakaś produkcja, czy to telewizyjna, czy filmowa, czy growa, zdoła zbudować sobie fandom – lub ma w sobie zalążki, potencjał na stanie się silnym, zgranym fandomem – wówczas któryś z mniejszych lub większych komiksowych graczy decyduje się wykupić licencję i albo zaadaptować już gotową historię, albo poszerzyć uniwersum danej postaci o komiks właśnie. Jeżeli spojrzeć z punktu widzenia wyłączenie ekonomicznego, przewaga komiksu nad książką jest jasna – komiks to w dużej mierze obrazy, a więc komunikacja wizualna. Dużo łatwiej zrobić gadżet w oparciu o postać, którą mamy skonkretyzowaną niż w oparciu o ogólne, nigdy nie doprecyzowane wyobrażenie na bazie książkowego opisu. Ale my nie o ekonomii i nie o materialnych zyskach będziemy tutaj mówić. Dużo bardziej interesować nas będzie to, jak wykorzystać ową sytuację dla pogłębienia zainteresowania komiksami.

    Zacznijmy od komiksowych kontynuacji bądź rozwinięć światów. Niezwykle popularny serial amerykańskiego scenarzysty Jossa Whedona (później reżysera dwóch pierwszych części Avengers) czyli „Buffy postrach wampirów” doczekał się siedmiu telewizyjnych sezonów. Byłoby więcej, ale koszty produkcji rosły, oglądalność malała, więc zdecydowano się zakończyć produkcję. Fani jednak domagali się dalszych przygód Buffy. Zdecydowano się na komiks i eksperyment zwany komiksem ruchomym, który jest czymś pośrednim między animacją a komiksem właśnie. I choć to drugie się nie przyjęło, dzięki komiksom fani Buffy poznali kolejne pięć sezonów jej przygód, a nowy wydawca, który właśnie odkupił licencję do pogromczyni wampirów, zapowiada kolejne zeszyty w styczniu 2019.

    Buffy jednak, choć mogliście się spotkać z tą postacią za sprawą Polsatu, TV4 czy kto tam ją jeszcze puszczał, to postać w Polsce raczej mało znana.

    Co więc powiecie na Wiedźmina? Ten sam komiksowy wydawca, który do niedawna odpowiadał za Buffy, czyli Dark Horse, wykupił licencję do opowieści o Białym Wilku i od tego czasu zdążył wypuścić szereg historii Geralta w tej formie. Swoją drogą warto tu wspomnieć, że jedna z tych komiksowych historii jest adaptacją jednego z wątków „Sezonu burz” czyli napisanej po latach powieści o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Warto się tym opowieściom przyjrzeć chociażby dlatego, że dadzą nam ogląd, jakie podejście do postaci mają Amerykanie, a więc w jakiś sposób czego – w kwestii klimatu, nastroju, akcentów, bo nie fabuły – możemy się spodziewać w serialu. Zwłaszcza, że nie musimy się męczyć sprowadzaniem tej historii, bo jest wydana w Polsce.

    Oba wspomniane powyżej przykłady, myślę, całkiem nieźle nadają się do podstawienia pod metaforę od której zacząłem. Przychodzimy na nieznaną nam imprezę – świat komiksowy – przyklejeni do znajomego (Wiedźmina) lub znajomej (Buffy). Dawno się nie widzieliśmy, wiemy, że generalnie z nim lub nią jest fajnie niezależnie od tego, dokąd pójdziemy, więc jesteśmy skłonni zaryzykować. Najwyżej nie będzie to najlepszy wieczór w życiu.

    Trochę inaczej ma się sprawa z komiksowymi adaptacjami. Tu częstym argumentem przeciwników jest stwierdzenie: po co mam czytać komiks, skoro mogę książkę? Nie jestem w ogólniaku, nie potrzebuję streszczeń. I owszem, takie komiksy będące niepotrzebnymi streszczeniami się zdarzają. Są nim chociażby komiksowy „Percy Jackson” Riordana czy… Biblia w wersji komiksowej. Rysowane przeciętnie, niewnoszące do opowieści niczego od siebie – ot gadżety.

    Ale inaczej sprawa ma się na przykład z wyśmienitymi, wydanymi w Polsce opowieściami o Parkerze Richarda Starka zaadaptowanymi na komiks przez świetnego artystę Darwyna Cooke’a.

    Polski odbiorca nie miał zbyt wielu okazji, by poznać postać Parkera. Mógł go zobaczyć pod zmienionym nazwiskiem w kilku filmach z których najbardziej znane są dwie adaptacje powieści „The Hunter”: w „Zbiegu z Alcatraz” miał twarz Lee Marvina a w „Godzinie zemsty” wcielił się w niego Mel Gibson.

    Pod swoim nazwiskiem bezwzględny złodziej kierujący się nade wszystko bandyckim honorem pojawił się na ekranie raz, w filmie „Parker” (adaptacja powieści „Flashfire”) i zagrał go wtedy Jason Statham.

    Dlaczego piszę najpierw o filmach? Powód jest prozaiczny. W Polsce, jeśli się nie mylę – a mylić się mogę, nie czuję się na tym polu ekspertem i bardzo proszę o korektę jeśli rozmijam się tu z prawdą – wydano tylko jedną książkę Starka o Parkerze czyli wspomnianą już „The Hunter”. W antykwariatach szukajcie filmowej okładki i tytułu „Godzina zemsty”. Albo…

    I tu wracamy do komiksu. Wyśmienita adaptacja Cooke’a to cztery książki Starka. Pierwsza to znany nam już „Łowca”, a kolejne to dalsze losy Parkera. Pierwszym co rzuca się w oczy to dominujący kolor, inny dla każdego tomu. Drugim, że planszami z tego komiksu chciałoby się wyklejać ściany. To niezwykłe jak, wydawać by się mogło, łagodną, trochę karykaturalną kreską artysta buduje solidny, gęsty nastrój opowieści z gatunku hard boiled. Zaskakujące jest też to, jak bardzo to medium pasuje do małomównego Parkera. Kadr komiksu łatwiej jest uczynić nieprzegadanym, zwłaszcza jeśli ma się pomysły na to, jak w nietuzinkowy sposób przedstawiać sceny. Cooke miał tych pomysłów sporo, przez co jego wersje wychodzą daleko poza ramy obrazkowo-słownego streszczenia dzieła. I dlatego tę opowieść czyta się tak wyjątkowo, niezależnie od tego czy zna się książkowy pierwowzór, czy nie.

    A może zamiast ze złodziejem, chcielibyście na przyjęcie wejść z… agentem Jej Królewskiej Mości? Jeśli tak, również macie taką możliwość, bo Bond w wydaniu komiksowym to historia nie tylko dobra, ale wręcz dużo lepsza niż ta z ostatnich kilku filmów. W dwóch wydanych w Polsce tomach jest i dobrze prowadzona narracja, i świetne dialogi, a ponadto wszystko to, co lubicie w Bondzie i kilka nowych pomysłów. Nazwisko odpowiedzialnego za scenariusz Warrena Ellisa może wam jeszcze nic nie mówić, ale pozwólcie, że 007 zapozna was ze sobą, a myślę, że przypadniecie sobie do gustu. Zwłaszcza jeśli w pobliżu kręcić się będzie Spider Jerusalem, sztandarowa postać Ellisa z jego komiksu „Transmetropolitan”.

    Przykłady można by mnożyć, a ja pozwolę sobie na to, by wśród tych wszystkich wyśmienitych tytułów wspomnieć o historii komiksowej, którą sam napisałem czyli „Kłamcy Viva l’Arte”. O ile wiem, komiks nie jest już dostępny w sprzedaży, więc nie traktujcie tego proszę jako reklamy. Wspominam o tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, jak wiele moja historyjka zyskała na rozbieżności początkowej wizji mojej i Dawida Pochopienia, który ją zilustrował. Groteskowa oniryczność jego kreski nadała tej opowiastce złowieszczości i mroku, o której bym nawet nie pomyślał, a która była jej bardzo potrzebna. Gdy potem, na kolejnym etapie, doszedł do nas Grzegorz Nita z paletą kolorów, nastrój komiksu znowu zmienił się całkowicie. Niesamowite było patrzeć na ten kalejdoskop i powiem wam, nie byłbym w stanie, na tamtym etapie mojego pisania, osiągnąć takiego nastroju, klimatu samym tylko słowem. Nie wiem czy dzisiaj bym umiał.

    Powód drugi to wspomniane przyjęcie. Choć wielu moich czytelników odbiło się czy to od samego medium, czy też od specyficznej, charakterystycznej kreski Dawida, to kilkakrotnie spotkałem się już z takimi, co właśnie z Kłamcą wybrali się na nasze przyjęcie. I nie żałują. Bo dzięki temu, że się odważyli, poznali mnóstwo fantastycznych historii skrojonych pod opowieści obrazkowe.

    Bardzo jestem ciekaw z kim wy postanowicie się wybrać…

    PS. Wielkim nieobecnym tego felietonu jest dla mnie Conan Barbarzyńca. Pierwotnie chciałem go tu umieścić, ale raz, że w połączeniu z Wiedźminem zdominowaliby imprezę, a dwa, że jest to postać tak dla mnie ważna, a przy okazji z takimi komiksowymi tradycjami (i przyszłością), że pozwolę sobie poświęcić mu w przyszłości cały tekst.

    Jakub Ćwiek

  • „Jak James Bond zaliczył Odlot”, felieton Przemysława Semczuka

    Pamiętacie film animowany „Odlot”? To pełnometrażowa kreskówka studia Disney Pixar. Ci, którzy mają dzieci, z pewnością oglądali. Pozostałym polecam i to z kilku powodów. Po pierwsze, jest to doskonały film, który bawi i wzrusza do łez. Po drugie, bo coś go łączy z… Zacznijmy od fabuły „Odlotu”.

    Pan Carl Fredricksen zostaje zmuszony przez zachłannego dewelopera by opuścić swój domek i zamieszkać w domu spokojnej starości. Staruszek ma jednak inny plan. Gdy pojawiają się pielęgniarze, wypuszcza przygotowane wcześniej balony i ucieka porywając dom. Celem podróży Carla jest wodospad przy Podniebnych Źródłach. Dżungla w Ameryce Południowej. Przez całe życie marzyli z żoną by tam dotrze. Niestety Eli odeszła, a Carl stał się samotnym złośliwym staruszkiem.

    Przez przypadek do wyprawy dołącza skaut Russell, który wchodzi na ganek domu w chwili gdy ten odrywa się od ziemi. Latający dom szczęśliwie dociera do celu, lądując gdzieś w Ameryce Południowej. Tam uciekinierzy spotykają zaginionego przed laty podróżnika, Charlesa Muntza. Carl jest zachwycony, Muntz od dawna był jego idolem. Oboje z żoną marzyli by go poznać. Muntz zaginął szukając ostatniego żyjącego ptaka z gatunku Dropów. Musiał znaleźć dowody na jego istnienie, bo oskarżono go o kłamstwo. Przez lata wiódł życie w dżungli, gdzie ukrył swój sterowiec.

    Kadr z filmu „Odlot”

    Jeśli chcecie dowiedzieć się co było dalej, musicie obejrzeć „Odlot”. Koniecznie. Film był ogromnym sukcesem studia. Wystarczy wyliczyć. Pięć nominacji do Oscara – otrzymał dwie statuetki, za najlepszy animowany film pełnometrażowy i fenomenalną muzykę Michaela Giacchino. Dwa Złote Globy. Cztery nominacje i dwie nagrody BAFTA. To dowód, że film jest doskonały. Ale moją uwagę przykuł scenariusz. Właściwie postać zaginionego podróżnika Charlesa Muntza. Gdzieś już o tym czytałem. Nie, nie chodzi o Tonyego Halika. A tak, chyba kojarzę. James Bond?

    Pamiętacie pierwszą powieść Iana Fleminga, „Casino Royale”? Z pewnością. Ale bardziej zapadł Wam w pamięć film z Danielem Craigiem. W tym wypadku chodzi jednak o książkę. Fleming w czasie wojny pracował w wywiadzie marynarki wojennej. Sam nie był szpiegiem, ale to on przygotowywał plany operacji szpiegowskich. Po wojnie przeszedł do cywila i zaczął pracę w gazecie. Nudę zabijał licznymi romansami. Wśród jego kochanek znalazła się także Kristina Granville vel Krystyna Skarbek, agentka Secret Intelligence Service. To ona posłużyła jako pierwowzór partnerującej Bondowi Vesper Lynd.

    Powieść powstała podczas wakacji na Jamajce, gdzie Fleming posiadał dom. Nomen omen, noszący nazwę Golden Eye. Miał tam służącą Many Peny. Ciekawe, ale pewnie niecierpliwicie się, co z tym „Odlotem”. Jeszcze chwilka. Po powrocie do Wielkiej Brytanii, Fleming rozesłał „Casino Royale” do wydawców. Większość nawet nie odpowiedziała. Skąd ja to znam drodzy Wydawcy? Jonathan Cape, który od 1921 roku prowadził w Londynie duże wydawnictwo, odrzucił książkę, twierdząc, że fabuła jest zbyt przewidywalna a postać głównego bohatera mało wiarygodna. Musze dodać, że Bond jest zlepkiem kilku szpiegów, których Fleming poznał w czasie wojny. Wtedy za Ianem wstawił się jego starszy brat, Peter.

    Peter Fleming był nie tylko starszym bratem, ale i tym lepszym. Oczkiem w głowie matki , która zresztą stała się pierwowzorem matki Bonda, Moique Delacroix (imię Monique pochodzi od narzeczonej Iana, a nazwisko jest panieńskim nazwiskiem jego matki). W czasie gdy Iana wyrzucano z kolejnych szkół, a romanse z mężatkami doprowadzały do kolejnych skandali, Peter robił karierę. Był oficerem, podróżnikiem, członkiem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Jeszcze przed wojną wydał trzy książki podróżniczo-reporterskie. Po wybuchu wojny, trafił na pierwszą linię jako komandos. Nie przeszkadzało mu to w pisaniu. Już w 1940 roku wydał humorystyczną powieść o Adolfie Hitlerze oraz zbiór opowiadań. W chwili gdy Ian pukał do drzwi wydawców z powieścią o agencie 007, Peter był uznanym autorem. I to uratowało Jamesa Bonda. Peter wstawił się za młodszym bratem i wyprosił u Jonathana Capea aby wydał powieść „Casino Royale”. Cape zgodził się, ale aby obniżyć koszty nakazał Ianowi, aby sam zaprojektował okładkę.

    fot: oficjalny profil Jamesa Bonda na Facebooku/ @JamesBond007

    Książka odniosła zaskakujący sukces. W ciągu miesiąca sprzedano blisko osiem tysięcy egzemplarzy. Kolejne dwa dodruki sprzedały się na pniu. Cape zrozumiał, że trafił na żyłę złota i podpisał umowę na kolejne trzy części. W międzyczasie sprzedał prawa Amerykanom, którzy lekceważąc propozycję autora odrzucili tytuł The Deadly Gamble, nadając własny – You Asked for It. Co więcej, James Bond stał się Jimmym Bondem. Profanacja. Amerykanie jednak nie polubili Jimmyego. Bond, James Bond, podbił ich serca dopiero za sprawą Hollywoodzkich ekranizacji. Które z kolei nie podobały się Flemingowi. Ian kręcił nosem na Seana Conneryego, który jego zdaniem nie przypominał agenta 007. Widzowie mieli odmienne zdanie.

    Znowu zapytacie, co to ma wspólnego z „Odlotem”? Chodzi o pierwszą książkę Petera Fleminga (w sumie wydał ich kilkanaście, a Wy nawet nie widzieliście o jego istnieniu). W 1932 roku Peter uczestniczył w wyprawie do Brazylii. Oficjalnie była to ekspedycja kartograficzna. Ale przy okazji postanowiono odnaleźć, zaginionego brytyjskiego oficera Percyego Fawcetta. Fawcett owładnięty obsesją odnalezienia zaginionego miasta, które miało znajdować się gdzieś w okolicach Mato Grosso, kilkakrotnie wyruszał na wyprawy poszukiwawcze. W 1925 roku podczas kolejnej wyprawy, jego ekspedycja została prawdopodobnie wymordowana, a być może zjedzona, przez dzikich Indian. I właśnie Percy Fawcett posłużył scenarzystom do stworzenia postaci Charlesa Muntza. Zaginione miasto zmieniono na wymarły gatunek ptaka. Ptak był po prostu fajniejszy. Można mu było nadać cechy i zachowania, które sprawiły, że dzieci natychmiast go polubiły. Niestety Muntz został czarnym charakterem. Ktoś musiał, bo w każdym scenariuszu jest protagonista i antagonista.

    Przemysław Semczuk, fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport

    I tak drodzy Czytelnicy James Bond zaliczył Odlot. Uwielbiam odnajdywać podobne tropy, łączące bohaterów z książek i filmów, i ich przygody, z prawdziwymi wydarzeniami. Za miesiąc opowiem Wam co łączy Sherlocka Holmesa z… Niech to będzie niespodzianką.

    Przemysław Semczuk