Tag: Jędrzej Pasierski

  • Przedpremierowy fragment „Martwego klifu” Jędrzeja Pasierskiego

    Do książek Jędrzeja Pasierskiego specjalnie przekonywać mnie nie trzeba, bo uważam go za dobrego pisarza. Jednak na „Martwy klif” czekam szczególnie, bo miejsce akcji, czyli brzegi Karsiboru, Świnoujście i wyspę Wolin znam, ze względów rodzinnych, dość dobrze. Na razie musi wystarczyć mnie i Państwu fragment, bo premiera na początku kwietnia. Poniżej przedsmak.

    W końcu to dostrzegł. Coś bardzo białego, kołyszącego się delikatnie na wodzie, jakby przytrzymywanego przez sitowie. Ciało.
    – Stop – powiedział. – Proszę mnie przepuścić. Mijając Rogoszę, Kacperski usłyszał, jak stary odetchnął z ulgą. Jego rola odkrywcy już się skończyła. Gdyby nie znalazł tego ciała, nie ma gwarancji, że kiedykolwiek by je odkryto. O tej porze roku nie było turystów. Powracały już powoli ptaki z rezerwatu po stronie Karsiboru, wśród nich i te drapieżne. Niewątpliwie nadmorska policja stała się dłużnikiem starego rybaka.
    Denat był wysoki. Jego długie nogi zaplątały się w sitowie, jakby kępa walczyła o swoje i sama chciała zagarnąć ciało. Przydługie siwe włosy unosiły się na wodzie. Kacperski się nachylił. W okolicach żeber mężczyzna miał głęboką ranę. Ten człowiek był za lekko ubrany jak na połowę marca. Miał na sobie tylko spodnie i podartą, zakrwawioną koszulę. Zsiniałe stopy wystawały z nogawek. Umarłby przez hipotermię; zwłaszcza że wydawał się bardzo stary.


    Kacperski nagle się zachwiał. – Ostrożnie – rzekł Rogosza za jego plecami. – Tu jest grząsko, muliście i może wciągnąć.
    Odruchowo sprawdzając słowa starego, poruszył butem. Nogi utknęły mu solidnie w mule. Wyrwał je z trudem. Z kieszeni wyjął lateksowe rękawiczki i zbliżył się do ciała.
    Kiedy ten człowiek zmarł? Jeszcze relatywnie mało cech rozkładu. A jeśli ciało wydawało jakąś woń, to zapach traw, mułu, a także wiatr skutecznie ją zabijały. Stary człowiek. Kolejne ciało, jakby wyspa Wolin i zalew robiły tu swoje porządki.
    Na twarzy zmarłego malował się spokój. Kacperski sięgnął do koszuli denata, tam gdzie Rogosza już zaglądał. Policji w Świnoujściu rybak powiedział, że chciał sprawdzić, kim jest zmarły człowiek. Gdyby coś ukradł, toby się nie przyznawał, prawda? Myśli przepływały przez głowę Kacperskiego z dużą szybkością, jakby napędzał je dodatkowo wiatr znad zalewu.


    Chwilę szperał i w końcu dotknął małego przemokniętego przedmiotu.
    Portfel. Szkoda, że stary zostawił ślady, i to być może na całym ciele. Można je wykluczyć, ale to dodatkowa komplikacja. Dlaczego morderca akurat tutaj przywiózł ofiarę? Kacperski jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Morze traw, a pora roku nieprzychylna. Przystanie kajakowe, żeglarskie świeciły pustkami. A mimo to z pewnością pojawiali się amatorzy, nieustraszeni kajakarze, no i rybacy, jak Adam Rogosza…
    Może morderca po prostu potrzebował czasu?
    Czuł na plecach spojrzenia pozostałych. Ostrożnie wyjął z portfela przedmioty i kartę kredytową do banku, prawo jazdy oraz jakąś legitymację parkingową i bon do supermarketu. A przede wszystkim dowód osobisty.
    Michał Góralski.
    Chwilę obracał je w dłoni.
    Następnie odwrócił się i kiwnął głową.
    – Sprawdź wszystkie numery z dowodu – polecił funkcjonariuszowi z Kamienia. – Nazwisko nie jest bardzo rzadkie. Wciąż mogło dojść do pomyłki, prawda?
    Tamten pokiwał głową, choć bez przekonania. Nie doszło; wszyscy o tym wiedzieli, choć Kacperski miał nadzieję, że to nie to. Myśli zaczęły krążyć mu pod czaszką jak rój much. Do buta wlało mu się trochę wody, była lodowata. Zaczynał marznąć.
    Czekali na jego znak. Przepuścił więc fotografa i techników. Mewy latały wokół nich zaniepokojone: skąd wzięło się to nagłe zbiorowisko na tym zgoła bezludnym terenie? Piszczały i wydawały z siebie odgłosy oburzenia. Świat tutaj nie należał do ludzi.
    – Podkomisarzu?
    – Tak? – ocknął się Kacperski.
    – Mam potwierdzenie. Krótka cisza, zwiastująca najgorsze.
    – To jest ten człowiek.
    – Więc już trzeci – powiedział Kacperski.
    – Zgadza się, podkomisarzu.
    – To już trzeci z nich – powtórzył mechanicznie.
    Fotograf robił zdjęcia, technicy zbierali odciski i badali ślady. Jeśli cokolwiek tu się zachowało. Policjanci ze Świnoujścia, teraz trochę bez zajęcia, kierowali na niego spojrzenia. Tak jakby znienacka miał udzielić im odpowiedzi. Wiedział i rozumiał tyle samo co pozostali. Czyli nic.
    Spojrzał na drugą, wschodnią stronę zalewu, tam gdzie rozciągał się Woliński Park Narodowy. I choć wysoka kępa traw przesłaniała mu widok, pomyślał o miejscu, które było po drugiej stronie wody.

    Nina Warwiłow zanurzyła stopy w chłodnym jeziorze. Ciało zaprotestowało, ale szybko ogarnęła ją przyjemna błogość. Po rundce dookoła zbiornika woda wcale nie wydawała się taka zimna. Nina prawie nie czuła, że to połowa marca i że droga tutaj, na Pojezierze Lubuskie, już zdążyła ją wykończyć. A nawet nie były z Milą blisko celu. Być może chciała tu zostać, nie jechać dalej. I żeby wiecznie była szósta rano w tym przejściowym czasie między zimą a wiosną. Gdzieś pod niemiecką granicą, skąd prawie mogłaby dostrzec górującą nad światem sylwetkę Chrystusa ze Świebodzina.
    Rozpędzała się ostatnio. Dwa, trzy, pięć kilometrów. Wyszła z wody, już nie było jej tak gorąco. Rozejrzała się. Malowniczy Łagów spał. Był położony na czymś w rodzaju grobli między dwoma jeziorami i Nina miała wrażenie, że chłód ciągnie od obu naraz. Zimno stawało się dokuczliwe.
    Spojrzała na garmina, kosztowny zegarek, który sprawiła sobie w  prezencie na czterdzieste urodziny. Była czterdziestoletnią policjantką, matką niespełna czteroletniej dziewczynki. Wkraczała w wiek średni. Może powinna rozbudować profil w mediach społecznościowych i pokazywać, jak świetnie się trzyma. Chociaż w sprawach kobiecych ciało dawało jej znać, że nie jest młódką, fizycznie czuła się lepiej niż przedtem. Minęły migreny, które nękały ją regularnie w poprzednich latach. Skończyły się uciążliwe przeziębienia. Nie miała na nie ostatnio czasu: praca i praca, w przerwach czas dla dziecka. Bez dramatów, bez komplikacji i bez mężczyzn – przynajmniej przez ostatnie dwa i pół miesiąca.
    Odczuwała lekki niepokój przed tym, co było celem jej podróży. A przecież jechała na wakacje, a przynajmniej na coś, co miało pełnić z grubsza funkcję urlopu. Wstała i otrzepała się z czystego piasku. Chłodna plaża była kompletnie pusta i dzika. Minie jeszcze parę miesięcy, zanim zaczną ją oblegać tłumy. Słońce ledwo się rozgościło nad wodą, rozświetlając jezioro. Z żalem opuściła to miejsce.
    Godzinę później zjadły z Milą lekkie śniadanie złożone z owsianki (czysta dla Mili, z miodem i bakaliami dla niej). Następnie zapakowały się do pękającej już w szwach mazdy, w której niebezpiecznie mnożyły się książeczki w twardych okładkach, i ruszyły.
    Jej poranny prawie mistyczny nastrój oznaczał dobre złego początki. Zadbała o śniadanie, ale nie o lunch, a Mila, ciesząca się doskonałym apetytem, szybko zrobiła się głodna. Chwilę później, w kafejce na stacji benzynowej Lotosu, znalazły się w przedsionku piekła. Nawet w marcowy dzień stacja była oblężona. Skąd ci wszyscy ludzie się brali? Jechali tam, gdzie one? Podejrzenie absurdalne, a jednak bezsprzecznie tu były tłumy i wcale nie chciały rzednąć.
    Mila trzymała ją mocno za rękę, jakby ją również przestraszył ten ścisk. Obie odwykły od tego, żyjąc w dzikich ostępach Beskidu Niskiego, najbardziej pustego miejsca w Polsce. Udało im się w końcu zamówić i zjeść suchy wegański kotlet i całkiem dobre frytki. Właśnie: w kafejce serwowano bogatą ofertę wege, przy stolikach były kabelki do ładowania iPhone’ów, a na drodze minęły ją elektryczne tesle. Czuła się jak Rip Van Winkle. Przez ostatnie pół roku, które spędziły w Beskidzie Niskim – gdzie świat jesienią i zimą zamierał – dokonały się duże zmiany.

    Jędrzej Pasierski, fot. Łukasz Giza


    Ruszyły i Mila wkrótce zasnęła. Gadająca zabawka, nazywana przez nie obie „komputerem” – aby mała nie zabierała się do tego prawdziwego – smętnie zwisała jej z paluszków. Plastikowe kartki coś jeszcze nawijały po angielsku („this is elephant, this is giraffe”); tak jakby Mila naprawdę mogła się w ten sposób nauczyć. Przez sen, jak ci maturzyści kładący podręczniki pod poduszkę. Spała jak zabita. A może również denerwowała się tym, co miało nastąpić.
    Jechały jeszcze parę godzin drogą S3, aż w końcu odsłoniła się przed nimi oszałamiająca perspektywa miasta Wolin, rozciągającego się za mostem oddzielającym wyspę od stałego lądu. Nina widziała czerwone dachówki i dużo wody; położenie „wartownika” – strażnika wyspy – było spektakularne. Znajdowały się już blisko celu, a mała dalej spała. Miks szumu autostrady, ględzącego „komputera”, ballad starej-nowej Nory Jones oraz Dawida Podsiadły wystarczył, żeby trzymać ją w uśpieniu.
    I wilk syty, i owca cała; lepsze to niż słuchowiska o Muminkach. Dobra muzyka, przy której w dodatku Mila od razu zasypiała – choć i tak Nina upewniła się, patrząc w lusterko, czy mała rzeczywiście śpi. Była jak każda matka w erze smartfonów. W pracy oglądała zdjęcia Mili i teraz też nie mogła się oprzeć pokusie, żeby na nią ciągle spoglądać. Na kędziorki, długie i gęste, opadające na równie długie rzęsy. Ta dziewczyna zawróci chłopcom w głowie prędzej niż później. Będzie miała swoje nastoletnie życie i nie było nikogo, kto mógłby wspomóc Ninę w trudnych decyzjach.
    Była tylko ona, w roli ojca i matki.

    Zasłuchała się w rzewne melodie – co teraz porabiała Jones? – i w ostatnim momencie zorientowała się, że nawigacja od dłuższego czasu awanturuje się o skręt. Zrobiła to zbyt gwałtownie i spojrzała w lusterko. Mila nie przebudziła się, choć niepokojąco się skrzywiła. Wyglądała teraz jak jeździec bez głowy. Czy Nina miała się zatrzymać? Jedna z setek sytuacji, kiedy zadawała sobie pytanie, jak powinien zachować się odpowiedzialny rodzic. Tak jakby sama nigdy nie spała ze spuszczoną głową. Nawigacja pokazywała jeszcze około piętnastu minut i sensowniej było pozwolić małej pospać, bo z pewnością czekały ją jeszcze emocje.

  • Na które kryminały czekam w 2022 roku? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kończy się ten rok 2021 (a może się już skończył, nie do końca jestem pewien, kiedy Adam wrzuci ten tekst), ale proszę nie martwić. Nie będę tutaj Państwa katował podsumowaniami. Wolę opowiedzieć o tym, na co czekam w roku 2022. I żeby była jasność, chodzi mi tutaj tylko i wyłącznie o książki. A jeszcze konkretniej, o kryminały.

    Z pierwszych zapowiedzi, wychodzi na to, że ten rok będzie na bogato. Ja mam tę uprzywilejowaną pozycję, że już kilka książek, które się mają dopiero ukazać, czytałem. Ale o nich opowiem może innym razem i dłużej. Tutaj skupię się na tych, które są dla mnie niewiadomymi. Zacznę od „Gniazda” Jędrzeja Pasierskiego. Kolejny tom znakomitego cyklu z Niną Warwiłow. Dzielna policjanta po raz kolejny będzie musiała rozwiązać zagadkę w Beskidzie Niskim. Dlaczego czekam? Bo Pasierski to jest znakomity pisarz, którego książki bardzo lubię i cenię. Fantastycznie operuje językiem, a jego fabuły są dobrze wymyślano i przemyślane. Do tego z opisu na stronie wydawnictwa wynika, że „Gniazdo” jest oparte na podobnym pomyśle, który mi kiedyś wpadł do głowy. Ja ten projekt akurat zarzuciłem. Nie wiedziałem, jak poprowadzić tę historię i jak ją potem rozwiązać. Jestem strasznie ciekaw, jak z tym poradził sobie Pasierski.

    www.unsplash.com/Maxim Hopman

    Także w lutym (zresztą tego samego dnia) ukazuje się „„Dolina cieni” Bartosza Szczygielskiego. I tutaj już mocno przebieram nóżkami, bo opis (znajdziecie na stronie wydawnictwa) jest bardzo obiecujący. Szczygielskiego śledzę od jego pierwszej książki i od początku imponował mi tym, że nikogo nie próbował udawać, ale znalazł swój indywidualny styl i sposób opowiadania historii. Niektóre książki wychodziły mu lepiej, niektóre gorzej, ale jego dwie ostatnie pozycje to znaczna zwyżka formy. Dlatego jestem strasznie ciekaw „Doliny cieni”. Mam przeczucie, że to może być jedna z tych powieści, które rozbiją kryminalny bank.

    Czekam też na kolejne książki dwóch autorek. Mam na myśli Annę Kańtoch i Izabelę Janiszewską. Kańtoch już chyba na stałe przebiła się do kryminalnego topu. Podobnie jak Szczygielski, dorobiła się (a właściwie od początku go miała) indywidualnego stylu. Nikt w Polsce nie pisze tak jak Kańtoch. Nikt nie wymyśla takich historii. Ostatnia dała nam dwie mocne książki „Wiosnę zaginionych” i „Lato utraconych”. Jedna lepsza od drugiej. Teraz przyszedł czas na „Jesień…”. No właśne kogo? Czego? Ot, pierwsza zagadka z zapewne wielu. Jestem cholernie ciekaw, co tym razem spotka dzielną Krystynę. I w jakim wieku ją poznamy.

    fot: unsplash.com/Art Lasovsky

    „Niewybaczalne” Izabeli Janiszewskiej z kolei to była dla mnie największa kryminalna niespodzianka 2021 roku. Znałem autorkę. Wiedziałem, że jest dobra. Nie wiedziałem, że aż tak dobra. To była książka (a właściwie audiobook), od której nie mogłem się oderwać. Pamiętam, że przez ponad dwadzieścia minut siedziałem w samochodzie na parkingu, żeby dosłuchać ją do końca. Trochę kręciłem tam nosem nad początkiem, ale potem historia się rozkręciła. Działało tam wszystko. Gęsta atmosfera małego miasteczka, grzechy z przeszłości, mniejsze i większe tajemnice, kłamstwa, dwa plany czasowe, ciekawi bohaterowie. Do tego bardzo, ale to bardzo precyzyjna intryga. Świetnie poprowadzona i potem wyjaśniona czytelnikowi. Piszę o tym wszystkim, żebyście Państwo zrozumieli, dlaczego tak bardzo czekam na kolejną powieść Janiszewskiej. Czy utrzyma poziom? A może zaproponuje nam coś jeszcze lepszego?!

    I wreszcie. I wiem, jak to brzmi. Napisali wspólnie słuchowisko, znają się, kolegują, kumoterstwo i tak dalej. Ale ja naprawdę, ale to naprawdę bardzo czekam na kontynuację „Drelicha”! Kuba! Pisz!

    Wojciech Chmielarz

  • Zastanawiacie się nad styczniowymi zakupami? Podpowiadam

    Myślę, że pod koniec roku dzielimy się na dwie drużyny. Członkowie pierwszej wydali cały budżet książkowy na prezenty, także dla siebie, a drugiej chomikują i czekają na styczniowe nowości. Jest chyba też trzecia drużyna, która na książki wyda pieniądze otrzymane pod choinkę. Nie zmienia to faktu, że wchodzimy w nowy miesiąc, a co w styczniu warto przeczytać? Gdybym miał kupować, to pewnie wybrałbym coś z poniższej listy, bo te nowości zapowiadają się smakowicie. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule, ale też, jak to w sklepie, po prostu go kupić.

  • „Nie zdradzałem jeszcze tytułu nowej książki, ale teraz już mogę”. Jędrzej Pasierski z Wielkim Kalibrem

    Roztopy” Jędrzeja Pasierskiego zostały uhonorowane tegoroczną Nagrodą Wielkiego Kalibru, a nam udało się połączyć chwilę po internetowej gali. Autor zdradził jak świętuje ten gigantyczny sukces, opowiada też na co wyda część nagrody, ale przede wszystkim zdradza kilka szczegółów dotyczących swojej najnowszej książki, która ukaże się w styczniu. Tak, będzie Nina Warwiłow 🙂 Obejrzyjcie zapis naszej krótkiej rozmowy na żywo.

  • „Pochodzę w prostej linii od Agathy Christie”. Rozmowa z Jędrzejem Pasierskim

    Wspólne oglądanie zaćmienia Słońca kończy się tragicznie dla Sary Kosowskiej – bardzo popularnej aktorki młodego pokolenia, która po wypiciu kawy zasypia, a finalnie umiera. Wszystko wskazuje na to, że ktoś zatruł napój, a mogli to zrobić tylko przyjaciele Sary, z którymi oglądała zaćmienie. No, może nie tylko, bo w apartamencie była też zupełnie obca dziewczyna. Może to ona miała powód do zabicia aktorki? Poczujcie się jak w kryminale Agathy Christie – ograniczona przestrzeń, ograniczona liczba potencjalnych winnych, ale nieograniczone możliwości i powody. Kto stoi za śmiercią Sary? Ktoś zazdrościł jej sławy, pieniędzy, a może powód leży zupełnie gdzie indziej? Ile warta jest przyjaźń i czy jest na sprzedaż? Z Jędrzejem Pasierskim spotkałem się na warszawskiej Pradze, bo właśnie tam, w jednym z apartamentów dochodzi do tragedii. Z racji tego, że wszystko działo się na żywym organizmie, to w pewnym momencie w kadr wjeżdża nam ciężarówka i zasłania wszystko. Obejrzyjcie rozmowę, a potem łapcie za „Czerwony świt”, bo warto.

     

  • „Czerwony świt”- fragment najnowszej książki Jędrzeja Pasierskiego

    Nina Warwiłow powróci już 26 lutego, ale zanim to nastąpi, przeczytajcie fragment „Czerwonego świtu”, najnowszej książki Jędrzeja Pasierskiego. Co wydarzyło się tym razem? Gdy 20 marca 2015 roku Polacy oglądają zaćmienie słońca, to w lofcie na warszawskiej Pradze umiera wzięta aktorka młodego pokolenia. Okazuje się, że w momencie śmierci Sary Kosowskiej w mieszkaniu było kilka bliskich jej osób. Czy na pewno tylko oni?. Każdy krok komisarz Warwiłow śledzą wszędobylskie media. Czy uda się rozwikłać tę sprawę? Poniżej macie fragment, a jeśli klikniecie w okładkę, to będziecie sobie mogli książkę już zamówić.

     

    Zimno kawy podrapało Pawłowi gardło, było jednak orzeźwiające. – Robi się już jaśniej – zauważył z rozczarowaniem Lutek.

    Nie przejmuj się – skomentowała Karolina. – Zobaczysz jeszcze zaćmienie.

    Takie za pięć lat – powiedział Borewicz.

    Mogę nie dożyć – zaśmiał się Lutek.

    Jesteś chory? – zapytał Paweł.

    Nie.

    To po co tak chrzanisz? – powiedział Paweł, a potem podszedł do telefonu i zmienił w nim muzykę. Poleciały dźwięki Syren Artura Rojka. Lutek wzruszył ramionami, a Bartek złożył palce w prostokąt i mrużąc oczy, skierował dłonie w stronę słońca.

    Do czegoś cię to inspiruje? – zapytała Karolina.

    Być może – odparł, mrugając. – Jeszcze nie wiem.

    Paweł rozejrzał się.

    Gdzie jest Sara? – zapytał.

    Lutek spojrzał na tackę z tektury, stał tam jeszcze jeden kubek z frappé. Nie był to jednak kubek z owcą.

    Pewnie wyszła – skomentował.

    Karolina rzuciła Pawłowi pytające spojrzenie. Poczuł instynktowny niepokój.

    Sprawdzę, co u niej – powiedział.

    W mieszkaniu, w którym zdążyli zapalić wszystkie światła, panowała teraz jasność jak na zewnątrz. Pół górnego salonu zajmowała gigantyczna, pachnąca jeszcze nowością kanapa. Paweł przyjrzał się leżącej na niej postaci. W rzeczywistości Sara była drobniejsza niż na ekranie. Obydwoje byli mali. Sara mierzyła niewiele ponad metr sześćdziesiąt, telewizja dodawała jej wzrostu. Niedawno obcięte krótkie blond włosy opadły jego siostrze na oczy, nie poruszała się.

    Do pokoju weszła Karolina, za nią reszta. Paweł wyczuwał zapach spirytusu w powietrzu.

    Co z nią? – zapytał Lutek. – Jakoś dziwnie wygląda.

    Paweł wzruszył ramionami, czując w mięśniach lekki paraliż. Minął go Lutek, usiadł na brzegu kanapy i położył dłoń na czole Sary. Obserwowali go, kiedy nachylił się nad jej ustami. Przystawił dwa palce do szyi dziewczyny, usiłując chyba znaleźć tętno, a potem spojrzał w ich stronę. Wyglądał na przestraszonego.

    Kurwa, nie oddycha – powiedział.

    Nikt nie skomentował. Czas zatrzymał się w miejscu.

    Chyba musimy wezwać lekarza – dodał.

    Ciszę przerwał zduszony krzyk Karoliny.

    Był 20 marca, pierwszy dzień wiosny i policja powinna zajmować się tym, żeby nikt dzisiaj nie wpadł do Wisły. Tymczasem Nina Warwiłow czuła się, jakby ktoś pomylił tygodnie i tak naprawdę był piątek trzynastego. Dochodziła dwunasta i od pół godziny wiedziała, że nie żyje Sara Kosowska, primadonna telewizji i kina, co dla Warwiłow oznaczało jedno: strumień szlamu. Prasa nie zdążyła jeszcze wyniuchać tematu, ale stanowiło to kwestię minut.

    Technicy zabezpieczyli pomieszczenia, zwłoki Kosowskiej odjechały już do prosektorium na Oczki, wraz z nimi zaś prokurator Maciej Stassberg, pozostawiając Warwiłow nadzór nad śledztwem. I patrzyła teraz na jedno z lepszych mieszkań, jakie widziała w tym mieście: dwupiętrowy loft z oknami na całą wysokość ścian, wykończony w klasycznym, ale niezłym stylu.

    Podłogi wyłożono dębowym parkietem, kuchnię umeblowano mnóstwem lakierowanych białych szafek, ładnie kontrastujących z blatami z czarnego marmuru. Nawet kominek tutaj się znalazł, w rogu przepastnego salonu. Jednego z dwóch: ten wyższy, sąsiadujący z tarasem, umieszczono na antresoli. Cała ta chata musiała kosztować majątek.

    Przy tym wszystko wyglądało jak wyjęte prosto z pudełka i tak samo pachniało: świeżą farbą, tekstyliami, plastikiem. Ani śladu woni człowieka, w ogóle jego obecności. Jedynym w miarę zamieszkałym miejscem wydawała się sypialnia Sary Kosowskiej. Bluzki i bielizna walały się po podłodze obszernej garderoby, na toaletce stało kilkanaście kosmetyków i nawet pachniało tutaj trochę kobiecymi perfumami.

    Warwiłow z zadowoleniem odnotowała jednak, że biała toaletka, służąca wyraźnie także za biurko, jest dosyć zaśmiecona. Leżały tutaj kluczyki do samochodu marki Audi, poza tym ołówek, przewrócona butelka po wodzie i kalendarz, do którego przyklejono szereg karteczek. Nie był zbyt skrupulatnie prowadzony. Komisarz przewróciła parę stron, a potem wróciła do pierwszej.

    Kilka razy pojawia się nazwisko Stern. Sprawdź to – poleciła Chodkowskiemu, który pojawił się w sypialni niedługo po niej.

    W porządku. Zatrzymujemy też kluczyki do samochodu?

    Starszy aspirant zakręcił je sobie na palcu. – Chyba dobry wózek.

    Zabezpiecz. I sporządź mi notatkę o naszych świadkach.

    Za pięć minut zaczynamy przesłuchania.

    Tutaj?

    Tak.

    Kogo pierwszego?

    Tego, kto znalazł zwłoki. – A po chwili namysłu dodała:

    Albo nie. Przepytam wszystkich naraz. Sprawdźmy zbiorowe oko. Co o nich wiesz?

    Brat Kosowskiej, jego dziewczyna i dwóch facetów. Podobno wszyscy są bardzo blisko. Przyjaźnią się od zawsze.

    Skąd wiesz?

    Nie ukrywali tego przede mną.

    Tym lepiej. Zbierz ich, zaraz do ciebie przyjdę.

    Minąwszy ekipę techniczną skupioną wokół kanapy, na której znaleziono Sarę Kosowską, Warwiłow wyszła na zewnątrz. Zmrużyła oczy od słońca, które po zaćmieniu wydawało się atakować ze zdwojoną siłą.

    Powierzchniowo taras korespondował z resztą apartamentu; wyglądał tak, jakby można było na nim zagrać w golfa. I nikt by się nie dowiedział, co się tutaj wyprawia.

    Biała, wysoka i gruba szyba osłaniała flanki tarasu, a betonowa ściana – jego przód. Tutaj człowiek mógł swobodnie opalać się nago. Od kiedy takie mieszkania powstawały w Warszawie? I to dwieście metrów od Ząbkowskiej, dawniej najniebezpieczniejszej ulicy w mieście, i trzysta metrów od królestwa bloków spółdzielni RSM Praga. Tego samego, na którym Nina się wychowywała.

    Wróciła do środka. Czworo świadków już zajęło miejsca przy stole prezydialnym. Słyszała szelest folii, którą pokryte były jeszcze krzesła. Sama usiadła u szczytu, jak gdyby właśnie rozpoczynali obiad rodzinny.

    Trzech mężczyzn i kobieta. Tuż po trzydziestce albo nawet młodsi, bo byli wyraźnie szarzy, zmarniali i to mogło ich postarzać. W każdym razie bez dwóch zdań przedstawiciele generacji Y, czyli pokolenia, które komunizm pamiętało przez pryzmat pewexów. Wydawali się otępiali i wyczuwała w powietrzu dość nieprzyjemny zapach przetrawianego alkoholu.

    Skoro ofiara była kobietą, to była – dawniej – grupa dwa plus trzy. Jaką rządziła się dynamiką? Jeden z mężczyzn podobno był bratem Kosowskiej. Który?

    Na oko odpadał zupełnie niepodobny do ofiary brunet o semickim typie urody, równie ładny, co brzydki. Bo czy przystojnym można nazwać faceta z nosem jak lotniskowiec, o twarzy pozbawionej wszelkich obłości? A jednak Warwiłow nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to jeden z atrakcyjniejszych mężczyzn, jakich ostatnio spotkała. Nawet pasowała mu trupia bladość twarzy. Pozostali mężczyźni nie byli tak charakterystyczni: mocno zbudowany ciemny blondyn z wysokim czołem i lekko postawionymi włosami i drugi, drobny blady szatyn o zmierzwionej fryzurze a la młody Brando. Dziewczyna zaś miała krótkie włosy, wydatną brodę i była pięknie zbudowana, wąskie biodra i szerokie barki. Androgeniczna, ale bardzo atrakcyjna.

    Chodkowski usiadł na krześle obok i wręczył Warwiłow ściągę. Zerknęła na nią, zadowolona z metodyczności podwładnego i jego zdrowego rozsądku. Imiona i nazwiska świadków zapisane były w takim samym układzie, jak siedzieli przy stole, i zagadka brata szybko się rozwiązała.

    Mamy do państwa kilka pytań – oznajmiła, przesuwając spojrzenie z twarzy na twarz.

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl
  • Bukowce, czyli miejsce, które nie istnieje

    Pojechaliśmy do miasta, którego próżno szukać na mapie, ale dzięki wskazówkom Jędrzeja Pasierskiego, trafiliśmy. Znaleźliśmy też dom, który w „Roztopach” odgrywa bardzo ważną rolę. W tych wyjątkowych okolicznościach przyrody porozmawialiśmy o Beskidzie Niskim i Łemkach, lokalnym policjancie, zwanym Kojakiem, ale też o umieszczaniu akcji książki w bardzo małych miejscowościach. Nie zabrakło tematu Niny Warwiłow, która stara się rozwiązać kolejną skomplikowaną zagadkę oraz tajemniczego pana Pajdzika, który zimą jest królem okolicy.

    Jednak przede wszystkim, „Roztopy” to kryminał o samotności, miłości i przeszłości. Uważajcie, komu ufacie, bo niektórzy bohaterowie mogą Was zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie.

  • „Roztopy”, fragment powieści Jędrzeja Pasierskiego

    Wczoraj w swoim felietonie (klik) „Roztopy” chwalił Wojciech Chmielarz, że tak powiem, nie po próżnicy, bo to naprawdę dobra rzecz. Dziś łapcie fragment, a w środę (w dniu premiery) będzie rozmowa z Jędrzejem Pasierskim. Aha, będzie też książka do wygrania. Smacznego!

    Przez kilka następnych dni starała się o tym nie myśleć, lecz teraz, kiedy miała perspektywę nowego domu, stary stał się całkiem nie do zniesienia. Latem wszystko wyglądało korzystniej i ładniej pachniało. Teraz spróchniałe ściany waliły stęchlizną i z dnia na dzień robiło się coraz zimniej. Mogła wynająć znowu pokój w pensjonacie, może Łowiccy daliby jej żebraczą zniżkę. Hotel albo mieszkanie w Gorlicach stanowiły ostateczność: w krótkim czasie miasto zaczęło ją irytować tym, że wszyscy wszystko wiedzieli. W Gorlicach miała tylko zarabiać pieniądze, taki od początku był plan. Ale może ten plan nie był taki dobry.

    A kiedy w pewien deszczowy październikowy czwartek wróciła z pracy, obiecując sobie, że podejmie decyzję w weekend, przed domem i na schodkach prowadzących do drzwi zauważyła ślady. Męski rozmiar podeszwy z protektorem bardzo dobrze odciśniętej na błocie. Serce podeszło jej do gardła i przypomniała sobie o tym dziwnym czymś na tle lasu. Pchnęła drzwi: były otwarte. Zalała ją fala gorąca. Wycofała się na podwórze i wyrwała siekierę z pieńka, na którym rozrąbywała szczapy, kiedy jeszcze chciało jej się palić w piecu. Weszła do domu i zapaliła światło.

    Ktoś tu jest?! – zawołała.

    Ślad urywał się na klepisku w przedpokoju. A drewniana podłoga w kuchni była czysta. Joanna szła dalej, siekierę trzymała przed sobą.

    Obeszła dom, zaglądając też do ostatniego pokoju. Cokolwiek miała cennego, zostało na miejscu. Jeśli grasował tu złodziej, mógł połasić się na telewizor, na który przerzucała sobie filmy z laptopa. I sam komputer. Ale ten stał na miejscu, tak jak wieża wifi i drobny sprzęt kuchenny.

    Jednak ktoś wysunął szufladę biurka, papiery wyglądały na przetrząśnięte. A może zostawiła je w takim bałaganie? Gapiła się chwilę na wybebeszone biurko, usiłując sobie przypomnieć ostatnie dni, ale wspomnienia przysłaniała biała mgiełka. Zdenerwowana zanurkowała pod stół kuchenny, gdzie pod ruchomą klepką trzymała saszetkę z gotówką na zakupy dla Fuszary. Leżała na swoim miejscu.

    Joanna odetchnęła, a zaraz potem strasznie rozbolała ją głowa. Usiadła na krześle, dopiero po chwili przypominając sobie o strychu. Nie miała schodów, używała zwykłej drabiny. Poddasze było tak wilgotne i zakurzone, że weszła tam tylko raz.

    Wahała się. Mogła przecież pójść do Anety i Rafała. Albo pozostałych sąsiadów, których jeszcze nie poznała, choć wiedziała już, kto gdzie mieszka.

    A może to ktoś z nich do niej „zajrzał”? Na oko węszący, nieco obleśny Styczko pasował na włamywacza, ale tak samo pasował siwy rzeźbiarz, znajomy Łowickich. Na razie widziała go tylko z daleka. I co właściwie miała im powiedzieć? Czy drzwi stanowiły dowód włamania? Może zwyczajnie zapomniała zamknąć jena klucz? A ślady mogły należeć do każdego, nawet zbłąkanego turysty.

    Spoglądała w górę, jakby przeciekający strop miał odpowiedzieć, czy kogoś nad sobą kryje. Potem po prostu wstała i wspięła się po drabinie. Serce podchodziło jej do gardła, kiedy podniosła klapę strychu i wgramoliła się na podłogę. Pachniało tu mokrym sianem. Zapaliła latarkę w telefonie.

    Halo! – krzyknęła, kierując ostrze siekiery w stronę wyimaginowanego przeciwnika.

    Usłyszała trzepot albo tylko jej się zdawało, że coś przeleciało tuż koło głowy, muskając włosy. Odgarnęła je, omal nie raniąc się głowicą, a kiedy opanowała nerwy, zbadała każdy kąt przepastnego poddasza. Jeśli ktoś zakradł się do domu, musiał wyjść przed jej powrotem.

    Na dole wyjęła saszetkę z pieniędzmi i wrzuciła do torebki. Uznała, że bezpieczniej już będzie trzymać je w Karamedzie, nosić przy sobie lub oddać do banku.

    Wyszła na ganek. Noc była ciemna, cicha, wilgotna po deszczu. Zatrzasnęła skobel, zastanawiając się, czy zaśnie.

    Nie zasnęła.

    Tak samo jak następnej nocy, aż w końcu sięgnęła po nitrazepam i pogrążyła się w głębokim, choć krótkim śnie. A potem jechała już na lekach aż do 27 października. Kiedy półżywa ze zmęczenia wróciła z pracy, pod domem ktoś na nią czekał.

    Facet palił papierosa i oglądał budowany dom, jakby chciał go kupić. Ubrany w nieco brudną kurtkę i kalosze, spojrzał na nią i dostrzegła chytre oczka pośrodku czerwonej, zapuchniętej twarzy. Twarzy o bardzo niezdrowym odcieniu. Niski, mocno zbudowany mężczyzna miał w sobie coś dzikiego i małpiego i wcale jej się nie spodobał. Głos, którym przemówił, był jednak jedwabiście miękki.

    Mariusz Niciński – przedstawił się. – Słyszałem, że szuka pani majstra.

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz