Tag: John le Carré

  • Dziś John le Carré obchodziłby 91. urodziny. Z tej okazji fragment „Silverview”, jego ostatniej książki

    Silverview” ukaże się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga już na początku listopada w tłumaczeniu Jana Rybickiego. W ostatniej książce mistrza gatunku pierwsze skrzypce gra pewien księgarz, ale pojawia się także Edward, Polak mieszkający w dużej willi, który wie trochę za dużo…

    Poniżej fragment, a klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, na której możecie już zamówić swój egzemplarz.

    ***

    Tego samego ranka w małym nadmorskim miasteczku, uwieszonym u brzegów Anglii Wschodniej, trzydziestotrzyletni księgarz Julian Lawndsley wychynął z bocznego wyjścia swej nowiutkiej księgarni i zapinając pod szyją aksamitny kołnierz czarnego płaszcza – pozostałość po życiu biznesmena z londyńskiego City porzuconym dwa miesiące wcześniej – zaczął się przedzierać przez deszcz wzdłuż opustoszałej żwirowej plaży ku jedynej kawiarni w okolicy, w której o tej paskudnej porze roku można było zjeść śniadanie.

    Nie był w zbyt przyjaznym nastroju ani względem siebie, ani względem całego świata. Poprzedniego wieczoru, gdy po wielogodzinnym remanencie wspiął się schodami na swój świeżo zaadaptowany strych nad księgarnią, okazało się, że nie ma ani prądu, ani bieżącej wody. U fachowca oczywiście włączała się poczta głosowa. Zamiast szukać hotelu – o tej porze roku pewnie i tak wszystko było nieczynne – zapalił sobie cztery świeczki, otworzył butelkę czerwonego wina, rzucił na łóżko parę dodatkowych koców, położył się i zajął rachunkami.

    Ale nie dowiedział się z nich niczego nowego. Ucieczka z wyścigu szczurów, na którą zdecydował się tak nagle, nie przebiegała na razie zbyt pomyślnie. Zresztą wszystko, czego nie powiedziały mu rachunki, mógł dopowiedzieć sobie sam. Nie nadawał się do samotnego życia. Odległość od City nie stłumiła głosów niedalekiej przeszłości. A podstawowych braków w wiedzy o literaturze, jakiej wymaga się od porządnego księgarza, nie da się nadrobić w parę miesięcy.

    Ta jedyna kawiarnia była w rzeczywistości budą z dykty, wciśniętą w rządek przedwojennych domków przy plaży, nad którymi na tle poczerniałego nieba wydzierały się wniebogłosy morskie ptaki. Mijał tę budę podczas porannych przebieżek, ale dotąd nawet nie przyszło mu do głowy, by tam wstąpić. Niesprawny zielony neon błyskał napisem LOD, bo Y było całkiem popsute. Musiał się dobrze wysilić, by otworzyć drzwi i powstrzymać napór wiatru. Wszedł i starannie je zamknął.

    Dzień dobry kochanemu panu! – rozległ się z kuchni donośny kobiecy głos. – Pan siada, gdzie pan chce! Już lecę, okej?

    Dzień dobry, dzień dobry! – zawołał nieco mniej wylewnie w odpowiedzi.

    Jarzeniówki oświetlały kilkanaście pustych stolików nakrytych czerwoną kraciastą ceratą. Wybrał jeden i ostrożnie wyplątał jadłospis z gmatwaniny serwetek, sztućców, solniczek i flaszeczek z sosami. Przez otwarte drzwi kuchni płynął bełkot wiadomości w jakimś obcym języku. Trzask drzwi i ciężkie kroki oznajmiły pojawienie się kolejnego gościa. Spojrzawszy w lustro na ścianie, ze skrywanym rozbawieniem rozpoznał dziwaczną postać pana Edwarda Avona, natrętnego, ale sympatycznego klienta z poprzedniego wieczora – jeżeli można nazwać klientem kogoś, kto niczego nie kupił.

    Choć jeszcze nie widać było jego twarzy – bo Avon, ruchliwy jak fryga, był na razie zbyt zajęty umieszczaniem na wieszaku kapelusza z szerokim rondem i poprawianiem beżowego, ociekającego wodą prochowca na poręczy krzesła – o pomyłce nie mogło być mowy: niesforna siwa czupryna, zaskakująco delikatne palce wydobywające z fałd płaszcza zwinięty egzemplarz „Guardiana” i rozprostowujące go na blacie stolika.

    *

    Poprzedni wieczór na pięć minut przed zamknięciem. W księgarni ani jednego klienta, podobnie jak przez prawie cały dzień. Julian stoi przy kasie i podlicza marny utarg. Już od kilku chwil jest świadomy obecności samotnej postaci w kapeluszu i beżowym prochowcu, zbrojnej w złożony parasol. Przez sześć tygodni prawie bez ruchu w interesie Julian stał się prawdziwym znawcą ludzi, którzy gapią się do środka, ale nie wchodzą. Powoli zaczynali grać mu na nerwach.

    Co się tamtemu nie podoba? Może ta wściekła zieleń na ścianach? Pewnie stary sąsiad, nie lubi jaskrawych kolorów? A może przeszkadzają mu piękne książki na wystawie, oferta specjalna, na każdą kieszeń? Albo Bella, dwudziestoletnia praktykantka ze Słowacji, która ku utrapieniu Juliana zbyt często siedzi w oknie, wypatrując swoich licznych absztyfikantów? Nie, Bella nie, bo Bella wyjątkowo udziela się na zapleczu, pakując niesprzedane książki, które trzeba odesłać do wydawcy. I nagle – dziw nad dziwy! – postać z naprzeciwka przechodzi przez jezdnię, zdejmuje kapelusz, drzwi się otwierają i spod siwej czupryny spogląda na Juliana około sześćdziesięcioletni człowiek.

    Pan już zamyka – informuje go zdecydowany głos. – Pan już zamyka, przyjdę kiedy indziej, nalegam. – Ale jeden zabłocony trzewik już wsuwa się przez drzwi, zaraz potem drugi, za nimi parasol. – Wcale nie, wcale nie – zapewnia Julian takim samym grzecznym tonem. – Oficjalnie zamykamy o siedemnastej trzydzieści, ale możemy się dostosować, proszę bardzo, bez pośpiechu. – Po czym powraca do rachunków, podczas gdy nieznajomy wstawia parasol w wiktoriański stojak na parasole i wiesza kapelusz na wiktoriańskim wieszaku na kapelusze, w ten sposób czyniąc ukłon pod adresem wystroju księgarni w stylu retro, wybranym specjalnie, żeby dogodzić starszej klienteli, której w takim miasteczku nigdy nie brakuje.

    Szuka pan czegoś konkretnego czy chce się pan rozglądnąć? – pyta Julian, włączając pełne oświetlenie półek. Ale klient jakby tego nie słyszał. Jego szeroka wygolona twarz, ruchliwa jak u aktora, wyraża niczym nieskrępowany podziw.

    Kompletnie nie miałem pojęcia! – wykrzykuje, wyjaśniając powód tego podziwu. – Nareszcie! Nareszcie mamy księgarnię z prawdziwego zdarzenia. Jestem zaskoczony, kompletnie zaskoczony.

    Wygłosiwszy to oświadczenie, rozpoczyna nabożny ogląd półek. Literatura piękna, reportaże, krajoznawstwo, podróże, klasyka, religia, sztuka, poezja – zatrzymuje się to tu, to tam, by sięgnąć po książkę i poddać ją niemal bibliofilskiej inspekcji: strona tytułowa, obwoluta, jakość papieru, obróbka introligatorska, waga, przyjazność w dotyku.

    Muszę to powiedzieć! – wykrzykuje znowu.

    Czy to tak do końca angielski głos? Jest głęboki, interesujący, przykuwa uwagę. Ale czy rytm nie jest odrobinę obcy?

    Musi pan powiedzieć? Co takiego? – woła Julian ze swojego maleńkiego biura, gdzie teraz czyta e-maile z całego dnia.

    Nieznajomy znów się odzywa, ale teraz innym, bardziej poufałym tonem.

    Proszę pana, domyślam się, że pana wspaniała księgarnia ma teraz nowy zarząd. Mam rację czy kompletnie się pomyliłem?

    Jak najbardziej, zarząd jest nowy. – Wciąż jeszcze mówi z biura, przez otwarte drzwi. O tak, niewątpliwie cudzoziemska nuta. Ledwo słyszalna, ale jest.

    I właściciel też nowy, jeśli wolno spytać?

    Wolno, wolno. I odpowiedź jest taka sama: jak najbardziej tak – potakuje wesoło Julian, powracając na swe stanowisko przy kasie.

    Czy w takim razie… Bardzo przepraszam… – Urywa, ale zaraz znów mówi dalej, jakby bardziej wojskowym tonem: – Chodzi mi o to, czy to pan jest tym młodym marynarzem, bo bardzo mnie to ciekawi. A może tylko jego zastępcą? Przedstawicielem? Czy kimś tam jeszcze? – Po czym uznawszy nie wiadomo czemu, że Julian mógł poczuć się urażony tymi wszystkimi pytaniami, dodaje:

    Zapewniam pana, nie chodzi mi o żadną osobistą urazę. Chodzi tylko o to, że chociaż pana niezbyt wybitny poprzednik nazwał swój przybytek Sędziwym Marynarzem, jak u naszego wielkiego poety, pan jako młodszy i moim zdaniem o wiele bardziej akceptowalny następca…

    Teraz robi się z tego idiotyczny i prawdziwie angielski szlachetny wyścig, ale wreszcie wszystko się wyjaśnia. Julian przyznaje, że owszem, to on jest i właścicielem księgarni, i jej kierownikiem, a nieznajomy pyta:

    Czy to nie będzie za duży kłopot, jeżeli wezmę sobie jedną?

    I nie czekając na odpowiedź, długimi palcami zręcznie wydobywa wizytówkę księgarni z leżącego przy kasie pudełka, po czym przechyla ją do światła, by na własne oczy się przekonać, że Julian mówi prawdę.

    A więc, o ile się nie mylę, mam przyjemność z panem J.J. Lawndsleyem we własnej osobie, jedynym właścicielem i kierownikiem Lepszych Książek Lawndsleya – podsumowuje, teatralnie opuszczając rękę w dół. – Prawda czy fałsz? – I odwraca się, by zobaczyć reakcję Juliana.

    Prawda – potwierdza Julian. – Co oznacza pierwsze J., jeśli można spytać? – Można. Julian. – Wielki cesarz rzymski. A skoro tak, to może zapytam jeszcze o drugie J.? – Jeremy.

    Ale nie na odwrót? – Nie, w żadnym wypadku. – Czy w takim razie należy zwracać się do pana per Dżej-Dżej? – Osobiście wolę po prostu Julian. Nieznajomy zastanawia się nad tym ze zmarszczonymi brwiami. Są bujne, rudawe, przyprószone siwizną.

    A więc nazywa się pan Julian Lawndsley. Nie jest pan ani jego portretem, ani cieniem, tylko Julianem Lawndsleyem z krwi i kości. Ja zaś za moje grzechy nazywam się Edward Avon, tak jak rzeka, nad którą urodził się nasz wieszcz. Są tacy, którzy mówią do mnie „Ted” lub „Teddy”, ale wśród sobie równych jestem po prostu Edward. Jak się masz, Julianie? – Podaje dłoń ponad ladą. Mimo delikatnych palców ma zdumiewająco silny uścisk.

    Miło cię widzieć, Edwardzie – odpowiada dziarsko Julian i wyswobadzając własną dłoń najszybciej jak może, żeby nie urazić rozmówcy, czeka, by Edward Avon przestał udawać, że zastanawia się nad kolejnym zdaniem.

    Julianie, czy mogę pozwolić sobie na uwagę, która może ci się wydać zbyt osobista i nawet trochę cię urazić?

    Byle nie była zbyt osobista – odpowiada ostrożnie Julian, lecz równie swobodnym tonem.

    Czy będziesz miał mi za złe, jeżeli z całym szacunkiem podpowiem ci pewien absolutny drobiazg, o który mógłbyś powiększyć swój jakże wspaniały asortyment?

    Proszę mi podpowiedzieć tyle drobiazgów, ile pan chce – odpowiada Julian uprzejmie, rad, że nic gorszego mu nie grozi.

    To kwestia osobistych gustów i jest odzwierciedleniem jedynie mojego własnego poglądu. Czy to zrozumiałe? – Zrozumiałe. – A więc tak: jestem całkowicie przekonany, że żaden dział krajoznawczy w księgarniach tego pięknego hrabstwa, jak zresztą każdego innego też, nie może się obejść bez Pierścieni Saturna Sebalda. Ale widzę, że Sebald nie jest ci znany.

    John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010

    Gdzie „widzę?”, pomyślał Julian, choć musiał przyznać w duchu, że dźwięk tego nazwiska jest mu obcy – tym bardziej że Edward Avon wypowiedział je z niemiecka: „Zajbalt”.

    Muszę cię jednak uprzedzić, że Pierścienie Saturna to nie jest przewodnik turystyczny sensu stricto. Chyba zachowuję się okropnie pretensjonalnie. Wybaczysz?

    Wybaczy.

    Pierścienie Saturna to literacka mistyfikacja w najczystszej postaci. Pierścienie Saturna to duchowa podróż, która rozpoczyna się na bagnach Anglii Wschodniej, ale opowiada o dziedzictwie kulturowym całej Europy. Nawet o śmierci. Sebald W.G. – Tym razem wypowiada to po angielsku i czeka, by Julian zanotował. – Był profesorem literatury europejskiej na naszym uniwersytecie East Anglia, chorował na depresję jak my wszyscy. Niestety już nie żyje. Wypada zapłakać nad Sebaldem.

    Zapłaczę – obiecuje Julian, wciąż notując.

    Za długo już zabieram ci czas. W dodatku niczego nie kupiłem. Nicpoń ze mnie. Jestem pod wielkim wrażeniem. Dobranoc panu. Dobranoc, Julianie. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Ale chwileczkę! Czy dobrze widzę, że ty masz tu też piwnicę?

    Oczy Edwarda Avona roziskrzyły się na widok kręconych schodków prowadzących w dół obok regału z książkami przeznaczonymi na wyprzedaż i częściowo ukrytych za wiktoriańskim parawanem.

    Niestety, nic tam nie ma – mówi Julian, który zdążył już wrócić do rachunków.

    Jak to, Julianie? Nic tam nie ma? W księgarni? Przecież na pewno brakuje ci miejsca!

    Prawdę mówiąc, ciągle się zastanawiam. Może zrobię tam kiedyś część antykwaryczną. Zobaczymy. – Powoli zaczyna się niecierpliwić.

    A mogę zaglądnąć? – nalega niezrażony Edward Avon. – Z czystej bezwstydnej ciekawości? Pozwolisz?

    Cóż mógł Julian zrobić – musiał pozwolić.

    Światło jest trochę niżej, po lewej. Tylko trzeba patrzeć pod nogi.

    Z zaskakującą dla Juliana zwinnością Edward Avon znika w czeluści. Julian nasłuchuje, czeka, nic nie słyszy, sam się sobie dziwi. Dlaczego mu na to pozwalam? Przecież gość jest kopnięty, i to nieźle.

    Avon pojawia się z powrotem tak zwinnie, jak zniknął.

    Wspaniała piwnica – oświadcza z nabożeństwem. – Miejsce przyszłych rozkoszy. Gratuluję bez- warunkowo. Jeszcze raz życzę dobrej nocy.

    Czy mogę zapytać, czym się pan zajmuje? – woła za nim Julian, gdy gość już rusza w stronę wyjścia.

    Ja, Julianie?

    Tak, pan. Czy pan jest pisarzem? Artystą? Dziennikarzem? Uczonym? Powinienem to wiedzieć, oczywiście, ale jestem tu nowy.

    Pytanie to wydaje się dziwne nie tylko Edwardowi Avonowi, ale również samemu Julianowi.

    No cóż – odpowiada, najwyraźniej dobrze się nad tym zastanowiwszy. – Powiedzmy, że jestem takim brytyjskim mieszańcem, emerytem, byłym uczonym bez żadnych naukowych osiągnięć, jednym z tych ludzi, którzy robią nie wiadomo co. Czy to cię zadowala?

    No, chyba musi.

    Żegnam więc – oznajmia Edward Avon, rzucając spod drzwi ostatnie tęskne spojrzenie.

    I ja żegnam! – woła Julian wesoło w odpowiedzi.

    Na co Edward Avon, co nazywa się jak rzeka, nakłada kapelusz, przechyla go na bakier i z parasolem w dłoni dzielnie wyrusza w noc. Nie dość szybko jednak, by Julian nie wyczuł ciągnącej się za gościem silnej woni alkoholu.

    *

    Wie pan już, co pan dziś zje? – pytała Juliana właścicielka, mówiąc z tym samym silnym środkowoeuropejskim akcentem, z jakim go powitała. Ale nim zdążył odpowiedzieć, nad szumem morskiego wiatru i skrzypieniem rachitycznych ścian kawiarni wzbił się donośny głos Edwarda Avona: – Cóż za piękny poranek, Julianie. Mam nadzieję, że ten straszny hałas nie zakłócił ci nocnego odpoczynku. Gorąco cię namawiam na któryś ze wspaniałych omletów Adrianny. Są u niej wręcz przepyszne.

    Doskonale. Dziękuję – odpowiedział Julian. Wciąż nie czuł się komfortowo, mówiąc mu na ty, ale się przemógł. – Skoro tak polecasz… – A zwracając się do kelnerki o obfitych kształtach, która właśnie stanęła u jego boku, rzekł: – A do tego poproszę wypieczone grzanki i dzbanek herbaty.

    Omlet puszysty, jak dla pana Edka?

    Niech będzie puszysty. – Domyślił się, o kogo chodzi. Potem z rezygnacją zwrócił się do „pana Edka”: – Czyżby to był twój ulubiony lokal?

    Bywam tu, gdy tylko mam ochotę. Adrianna to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic w naszym miasteczku, prawda, Adrianno?

    Mimo wszystkich wymyślnych zabiegów stylistycznych ten natrętny głos wydał się dziś Julianowi nieco mniej swobodny. Nic dziwnego – pamiętał przecież wczorajszy chuch.

    Adrianna radośnie poczłapała do kuchni. Zapanował kruchy rozejm. Tylko wiatr od morza wył nieprzerwanie, wątła buda gięła się pod jego naporem, a Edward Avon studiował „Guardiana”. Julian musiał się zadowolić wyglądaniem przez ociekające deszczem okno.

    Julianie? – Tak, Edwardzie? – Cóż za niespotykany zbieg okoliczności. Wyobraź sobie, że jestem przyjacielem twojego świętej pamięci ojca.

    Kolejne uderzenie deszczu.

    Doprawdy? To rzeczywiście niespotykane – odpowiedział Julian jak rasowy Anglik.

    Byliśmy uwięzieni w tej samej przerażającej szkole z internatem. Henry Kenneth Lawndsley. Ale szkolni koledzy wspominają go czule jako „Wielkiego H.K.”.

    Często mówił, że szkolne lata były najszczęśliwszymi w całym jego życiu – przyznał Julian, nie do końca jednak przekonany.

    I niestety znając jego życie, biedaka, trzeba przyznać ze smutkiem, że mówił prawdę i tylko prawdę – powiedział Avon.

    A potem znowu nic, tylko huk wiatru i dobiegający z kuchni bełkot obcojęzycznego radia. Julian poczuł nagłą potrzebę powrotu do swej pustej księgarni, w której jeszcze nie czuł się jak u siebie w domu.

    Owszem, trzeba – zgodził się ponuro i z ulgą zobaczył, że Adrianna niesie mu puszysty omlet i herbatę.

    Pozwolisz, że się przysiądę?

    Ale nie czekając, czy Julian pozwoli, czy nie, Avon już stał przy stoliku z filiżanką kawy w dłoni, a Julian sam nie wiedział, co bardziej go zdziwiło: że ten oryginał zna żałosne koleje życia jego ojca czy że ma oczy tak zaczerwienione i zapadłe w oczodołach i smutne zmarszczki na policzkach pokrytych szpakowatym zarostem. Jeżeli to tylko z kaca, to musiał wczoraj pić na umór.

    A czy twój drogi ojciec wspominał mnie kiedy? – zapytał, gdy już usiadł i pochylił się w przód z błagalnym spojrzeniem zmęczonych piwnych oczu. – O Avonie? O Edku Avonie?

    Julian nie przypominał sobie. Tak mu przykro.

    A o Klubie Patrycjuszy? Nie opowiadał ci o Klubie Patrycjuszy?

    Opowiadał. Jak najbardziej! – zawołał Julian, wyzbywszy się już wszelkich wątpliwości na dobre czy na złe. – O tym klubie dyskusyjnym, co nigdy nie powstał. Założonym przez ojca i zakazanym w połowie pierwszego spotkania. O mało nie wyrzucili go ze szkoły. Tak to było, zdaje się – dodał przezornie, bo opowieści zmarłego ojca nie zawsze odpowiadały prawdzie.

    H.K. by prezesem, ja jego zastępcą. Mnie też wtedy o mało nie wyrzucili. Teraz bardzo żałuję, że nie. – Łyk wystygłej już kawy. – Anarchizm, bolszewizm, trockizm… Wszystko nas pociągało, każda doktryna, której nienawidził establishment.

    On też dokładnie tak to przedstawiał – przyznał Julian. Potem czekał, podobnie jak Avon. Obaj czekali, by ten drugi zagrał następną kartę.

    A potem, o mój Boże, twój ojciec poszedł na studia. Oczywiście do Oksfordu – zaczął wreszcie Avon z przesadnym, niemal scenicznym drżeniem, zniżając już i tak cichy głos, jak klaun unosząc krzaczaste brwi, i zaraz popatrzył z ukosa, jak reaguje Julian. – A tam wpadł w łapy… – Tu gestem współczucia położył dłoń na przedramieniu rozmówcy. – Ale może ty też jesteś głęboko wierzący?

    Wcale nie – odpowiedział dobitnie Julian z narastającym gniewem.

    Więc mogę mówić dalej? Julian postanowił go wyręczyć: – Gdzie ojciec wpadł w łapy bandy finansowanych z Ameryki, ogolonych na jeża kaznodziejów w eleganckich krawatach, którzy namącili mu w głowie, wywlekli go na jakąś górę w Szwajcarii i zrobili z niego chrześcijańskiego oszołoma. To chciałeś powiedzieć?

    Może nie tak brutalnie, ale sam bym tego lepiej nie wyraził. Więc ty w rzeczy samej nie jesteś głęboko wierzący?

    W rzeczy samej.

    A więc jesteś na najlepszej drodze do prawdziwej mądrości. Wyobraź sobie tego biedaka w Oksfordzie, gdzie z początku „czuł się jak ryba w wodzie”, jak mi pisał, gdzie miał dziewczyn bez liku… A tak, miał do nich słabość, czemu nie?… I nagle pod koniec drugiego roku…

    Otumanili go. W porządku? – wtrącił Julian. – Ale w dziesięć lat po wyświęceniu na pastora świętego Kościoła anglikańskiego wyszedł przed ołtarz i w obecności całej swojej niedzielnej trzódki wyparł się wiary: ja, wielebny H.K. Lawndsley, wyświęcony kapłan naszego obrządku, oświadczam niniejszym, że Boga nie ma. Amen. To też chciałeś powiedzieć?

    Czy Edward Avon zamierzał teraz omawiać w szczegółach barwne życie seksualne ojca i jego inne wybryki, o których kiedyś tak chętnie rozpisywały się brukowce? Czy będzie wypytywał o sensacyjne szczegóły wyrzucenia niegdyś tak szanowanej rodziny Lawndsleyów na bruk bez pensa przy duszy? I o to, że z powodu przedwczesnej śmierci swego rodziciela Julian musiał porzucić nadzieję na studia i zatrudnić się w londyńskim City jako goniec w biurze maklerskim prowadzonym przez dalekiego krewnego, bo kto inny miał spłacać długi ojca i utrzymywać matkę? Bo jeżeli mamy o tym rozmawiać, to Julian bierze nogi za pas.

    Ale twarz Edwarda Avona nie wyrażała lubieżnej ciekawości, tylko czyste i najszczersze współczucie.

    A ty tam byłeś, Julianie? – Gdzie? – Wtedy w kościele? – Tak się składa, że owszem, byłem. A gdzie ty byłeś? – Żałowałem, że wtedy nie mogłem stanąć u jego boku. Gdy tylko się dowiedziałem, co mu się przytrafiło… Niestety było już za późno… Gdy tylko się dowiedziałem, natychmiast do niego napisałem, oferując wszelką pomoc. Oczywiście nie miałem mu wiele do zaoferowania… Tylko pomocną dłoń, może trochę pieniędzy…

    Teraz Julian nie śpieszył się z odpowiedzią.

    Pisałeś do niego – powtórzył z powątpiewaniem, czując nawrót wcześniejszej nieufności. – A doczekałeś się odpowiedzi?

    Nie doczekałem się odpowiedzi i nie zasługiwałem na nią. Przy naszym ostatnim spotkaniu nazwałem twego ojca religijnym maniakiem. Jak mogłem mieć mu za złe, że odrzucił moją pomoc? Niezależnie od wszystkiego nie wolno obrażać niczyich uczuć religijnych, choćby najbardziej absurdalnych. Zgadzasz się?

    Zapewne.

    No i naturalnie byłem z niego dumny, gdy wreszcie przejrzał na oczy. Zupełnie tak dumny, jak dumny, na pewno niezasłużenie, jestem z ciebie, Julianie.

    Ze mnie?! – wykrzyknął Julian, nie mogąc powstrzymać śmiechu. – Jesteś dumny z tego, że jestem synem swojego ojca i że otwarłem księgarnię?

    Ale Edwardowi Avonowi wcale nie było do śmiechu.

    Jestem dumny z tego, że podobnie jak twój ojciec miałeś dość odwagi, by się czegoś wyprzeć: on Boga, ty mamony.

    A cóż to ma znaczyć?

    O ile wiem, świetnie sobie radziłeś jako makler w City.

    Kto ci to powiedział? – Julian wciąż wypytywał.

    Wczoraj wieczorem po wizycie w twojej księgarni ubłagałem Celię, by użyczyła mi swego komputera, i wszystko natychmiast stało się jasne ku mojej rozpaczy, oczywiście. Twój biedny ojciec zmarł w wieku pięćdziesięciu lat. Miał jednego syna, Juliana Jeremy’ego.

    Jaką Celię? Swoją żonę?

    Celia ma sklep z antykami o dźwięcznej nazwie Dawne Czasy Celii. To twoja sąsiadka z tej samej ulicy, znasz ją przecież. Jej salon jest ulubionym miejscem spotkań bogatych londyńczyków, którzy spędzają tutaj weekendy, a których niestety mamy coraz więcej.

    Po to chodziłeś aż do Celii? Nie mogłeś zapytać mnie od razu, u mnie w księgarni?

    Nie wiedziałem, czy wypada. Ty też byś nie wiedział. Miałem nadzieję, że wypada, ale nie byłem pewny.

    W dodatku, o ile dobrze pamiętam, byłeś nieźle podchmielony.

    Avon jakby tego nie usłyszał.

    Natychmiast zwróciłem uwagę na twoje nazwisko. Niestety wiedziałem aż za dobrze, że był skandal. Natomiast nie miałem pojęcia ani jak to się wszystko skończyło, ani o śmierci twojego ojca. Ale wiedziałem, jak bardzo musiałeś cierpieć, jeśli byłeś synem H.K.

    A skąd wiesz, że uciekłem z City? – zapytał wciąż nieufny Julian.

    Celia wspomniała, że ni stąd, ni zowąd porzuciłeś wielki biznes, i bardzo się dziwiła.

    W tym miejscu Julian miał jeszcze wielką ochotę powrócić do twierdzenia Edwarda Avona, jakoby zamierzał finansowo wspomóc ojca w potrzebie, ale Edward Avon co innego planował. Wyraźnie się ożywił, w oczach na nowo pojawił mu się błysk, jego mowa odzyskała kwiecistość, a głos głębię:

    Julianie, mówię do ciebie teraz w imieniu twojego kochanego ojca oraz dlatego, że za sprawą opatrzności spotkaliśmy się dwukrotnie w ciągu ostatnich kilku godzin. Chodzi mi o twoją wielką a piękną piwnicę. Czy zastanawiałeś się, jakie skarby można by tam zgromadzić, jakie mogą dziać się tam cuda?

    No cóż, szczerze mówiąc, nie bardzo, Edwardzie – odpowiedział Julian. – A ty się zastanawiałeś?

    Właściwie o niczym innym nie myślę, od kiedy cię poznałem.

    Miło mi to słyszeć – powiedział Julian nie bez powątpiewania.

    Bo pomyśl: a gdyby tak udało ci się stworzyć w tych czterech ścianach, w tej dziewiczej jeszcze przestrzeni coś, co dotąd nie udało się nikomu, coś tak pociągającego i oryginalnego, że będą o tym mówić wszyscy obecni i przyszli konsumenci dobrej literatury z całej okolicy?

    Czy ja wiem…

    Ale niech to nie będzie byle księgarnia. Ani pozbawiony charakteru przypadkowy księgozbiór, tylko starannie dobrana kolekcja dzieł najwybitniejszych umysłów naszych czasów i innych czasów też. Miejsce, gdzie może trafić z ulicy dowolna kobieta i dowolny mężczyzna, i opuścić je, będąc lepszym, mądrzejszym, pragnącym dowiedzieć się jeszcze więcej. Czemu się uśmiechasz?

    Aha. Miejsce – pomyślał złośliwie Julian – gdzie facet, który dopiero co ogłosił się księgarzem i poniewczasie się zorientował, że i ten zawód wymaga odpowiednich umiejętności i wiedzy, mógłby nabyć je niepostrzeżenie i łatwo, równocześnie sprawiając wrażenie, że przez cały czas właśnie nimi służy wdzięcznej publiczności.

    Ale nawet w chwili, gdy ta brzydka myśl pojawiła się na chwilę w głowie Juliana, zaczął wierzyć, że sama idea jest bardzo interesująca. Oczywiście nie zamierzał od razu przyznawać się do tego Edwardowi Avonowi.

    Przez chwilę mówiłeś zupełnie jak ojciec. Bardzo przepraszam. Proszę, mów dalej.

    Znaleźliby się tam nie tylko wielcy pisarze, choć wiadomo, że oni przede wszystkim. Ale też filozofowie, wolnomyśliciele, założyciele wielkich ruchów umysłowych, nawet takich, którymi się brzydzimy. Wybrane nie martwą dłonią rządzących nami biurokratów kultury, ale przez Jeszcze Lepsze Książki Lawndsleya. Mogłoby się to nazywać…

    No właśnie, na przykład jak? – zapytał Julian całkiem wytrącony z równowagi.

    Avon odczekał chwilę, by jeszcze bardziej zaciekawić rozmówcę.

    Nazwiemy to Republiką Literatury – oświadczy, założył rękę na rękę, rozparł się na krześle i patrzył, czy Julian to kupuje.

    A prawda była taka, że choć z początku Julian uważał, że to najbardziej przesadna reklama, jaką kiedykolwiek słyszał, i w dodatku podejrzanie bezbłędnie trafiająca w jego własny kompleks braku kultury – nie mówiąc już o tym, że wygłaszał ją człowiek, co do którego wciąż miał bardzo poważne wątpliwości – to teraz musiał przyznać, że szalona wizja Edwarda Avona trafia mu do serca i jest jak najbardziej zgodna z tym, co Juliana tu sprowadziło.

    Republika Literatury…

    Kupił to. Tak, to dobrze brzmi. Nawet lepiej niż dobrze: z klasą. I równocześnie może spodobać się każdemu. Tak, to jest myśl.

    I może nawet zdobyłby się na bardziej zachęcającą odpowiedź niż odruchowa reakcja byłego człowieka z City, na coś w rodzaju: „Nieźle to brzmi, przemyślę sprawę”, gdyby nie to, że Edward Avon już wstawał od stolika i porywając po drodze kapelusz, beżowy płaszcz i parasol, ruszał ku ladzie, gdzie zaraz pogrążył się w rozmowie z korpulentną Adrianną.

    Tylko po jakiemu oni ze sobą rozmawiają? Julianowi przypominało to język spikera z radia w kuchni. W każdym razie w tym języku odezwał się Edward Avon, Adrianna się zaśmiała i coś mu odpowiedziała. Potem znowu Edward i teraz już śmiali się oboje, dopóki nie doszedł do drzwi. Tu Edward odwrócił się do Juliana i posłał mu ostatni znużony uśmiech.

    Trochę się już zmęczyłem. Ufam, że mi wybaczysz. Jak to miło było poznać syna starego druha. Niezwykła sprawa.

    Wcale nie wyglądasz na zmęczonego. Prawdę mówiąc, przedstawiłeś to bardzo zachęcająco. To, co mówiłeś o Republice Literatury. Nawet pomyślałem sobie, czy nie wpadłbyś jeszcze do mnie, żeby mi trochę doradzić.

    Ja? – Dlaczego nie? No właśnie, dlaczego nie: skoro ktoś zna się na Sebaldzie, jest swojego rodzaju uczonym, uwielbia książki i ma czas?

    Bo nad księgarnią chcę otworzyć bar kawowy – zachęcał Julian. – Jak dobrze pójdzie, będzie gotowy za tydzień. Przyjdź, poszperasz w książkach, znowu sobie pogadamy.

    Mój drogi, co za miła propozycja. Zrobię, co w mojej mocy.

    Siwe włosy niesfornie wystawały mu spod kapelusza, gdy Edward Avon jeszcze raz wyruszył w deszcz, podczas gdy Julian udał się do kasy.

    Co, omlecik nie smakował?

    Był pyszny, tylko ogromny. Czy może mi pani powiedzieć, po jakiemu rozmawialiście przed chwilą?

    Z panem Edkiem? – Tak, z panem Edkiem.

    No, po polsku. A po jakiemu? Edek to swój chłop, z Polski. Nie wiedziałeś pan?

    Nie, pan nie wiedział.

    Tak, tak. Tylko teraz smutny. Żona mu choruje. I zaraz umrze. Nie wiedziałeś pan?

    Jestem tu nowy – wyjaśnił.

    Mój Krzysiek jest pielęgniarz. Robi w Ipswich General. On mi mówił. Że ona już z panem Edkiem nie gada. Że go pogoniła.

    Własna żona go pogoniła?

    Może chce umrzeć sama. Są ludzie, co tak chcą. Chcą umrzeć, bo może pójdą do nieba.

    A jego żona też jest Polką?

    No coś pan! – Wybuch śmiechu. – Ona jest angielska lady. – Palcem podnosi w górę nos na znak wyższości. – Wydać panu resztę?

    Nie, dziękuję, to dla pani. Naprawdę pyszny omlet.

    *

    Julian dociera szczęśliwie z powrotem do księgarni i tu na nowo ogarniają go wątpliwości. W życiu miał do czynienia z niejednym oszustem, ale jeżeli Edward jest jednym z nich, to musi być klasą samą w sobie. Czy to możliwe, że od ósmej rano sterczał na tej ulewie, w nadziei że Julian wychynie z księgarni, a potem szedł za nim aż do kawiarni Adrianny po to tylko, żeby się tam do niego doczepić? I czy przypadkiem nie Avon był tą skuloną sylwetką skrytą pod parasolem, którą widział przed chwilą kilka bram dalej na ulicy?

    Tylko po co to wszystko?

    Bo jeżeli Avon pragnął tylko jego, Juliana, towarzystwa, to czy nie jest świętym obowiązkiem zająć się trochę dawnym kolegą szkolnym zmarłego ojca – tym bardziej kolegą, którego pogoniła jego własna umierająca żona?

    No i najważniejsze: skąd Edward Avon – czy ktokolwiek inny – mógł wiedzieć, że u Juliana nie ma prądu ani wody?

    Wstydząc się tych wszystkich niegodnych myśli, Julian w ramach pokuty wydzwania po rzemieślnikach, a potem włącza laptopa i odwiedza stronę walijskiej szkoły z internatem, do której uczęszczał świętej pamięci tatuś. Szkoła akurat znalazła się w centrum uwagi, bo toczy się w niej śledztwo w sprawie przemocy wobec dzieci.

    Znajduje potwierdzenie, że AVON, Ted (sic) przyszedł do szkoły w szóstej klasie. Uczęszczał do niej tylko przez rok.

    Julian szuka dalej, ale tym razem bez powodzenia. Wpisuje w wyszukiwarkę najpierw po prostu „Edward Avon”, potem „Edward Avon uczony”, potem „Edward Avon Polak”. Nie znajduje nic konkretnego.

    W miejscowej książce telefonicznej nie ma ani jednego Avona. Próbuje w internetowej książce telefonicznej – numer zastrzeżony.

    W południe wreszcie, choć bez uprzedzenia, pojawiają się robotnicy. Siedzą prawie do wieczora. Media zostają przywrócone. Wieczorem Julian przegląda złożone jeszcze przez poprzednika i niezrealizowane zamówienia na rzadkie i używane książki i przypadkowo znajduje wymiętą kartkę z napisem „AVON”, bez skrótu imienia, bez adresu, bez numeru telefonu.

    Ten (lub ta) AVON jest zainteresowany nabyciem dowolnego dzieła autora „Chomsky N.”, byle w dobrym stanie i koniecznie w twardej oprawie. Julian uznaje lekceważąco, że ten Chomsky to pewnie jakiś mało znany rodak AVONA i już ma wyrzucić kartkę do śmieci, ale się rozmyśla i wpisuje „Chomsky N.” w wyszukiwarkę:

    Noam Chomsky jest jednym z najczęściej cytowanych naukowców na świecie, auto- rem ponad stu książek. Zajmuje się filozofią analityczną, nauką o poznaniu, logiką. Działacz polityczny, krytyk amerykańskiej polityki zagranicznej i kapitalizmu. Uważany za jednego z najważniejszych żyjących intelektualistów oraz za ojca nowoczesnego językoznawstwa.

    Zawstydzony Julian wcześniej udaje się na spoczynek po samotnie – jak zwykle – zjedzonej kolacji i przekonuje się, że nie potrafi skupić myśli na niczym innym, jak tylko na Edwardzie Avonie. Na panu Edku. Uznaje, że jak dotąd poznał dwie zupełnie różne wersje tego samego człowieka. Zastanawia się, czy jest ich jeszcze więcej. Tuż przed zaśnięciem medytuje, czy przypadkiem nie odkrył w sobie skrytej potrzeby znalezienia zastępczej postaci ojca. Dochodzi do wniosku, że jedna mu wystarczy, dziękuję bardzo.

  • John le Carré „Agent w terenie” – fragment książki

    Gdybym pisał oficjalny raport, zacząłbym właśnie od pełnego imienia i nazwiska Eda, imion rodziców, miejsca i daty urodzenia, zawodu, wyznania, pochodzenia rasowego, orientacji seksualnej i wszystkich innych danych, których nie zawierał komputer Alice. Ale to nie raport, więc zacznę od siebie.

    Na chrzcie dano mi na imię Anatolij, co potem zangielszczono do Nathaniel. I zdrobniono do „Nat”. Mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, nie noszę zarostu, kępki włosów trochę mi już szpakowacieją. Moja żona ma na imię Prudence. Jest wspólniczką w starej, szanowanej kancelarii prawnej w londyńskim City, specjalistką od praw człowieka, najchętniej pracującą społecznie.

    Jestem chudy. Prue woli mówić, że „żylasty”. Uwielbiam sport. Oprócz gry w badmintona biegam i raz w tygodniu chodzę do prywatnej, nie dla wszystkich dostępnej siłowni. Mam „sporo męskiego wdzięku” i „swobodny, typowy dla światowca sposób bycia”. Mój wygląd i maniery są „typowo brytyjskie”, „umiem dobrze bronić swoich racji”. Potrafię „świetnie przystosowywać się do sytuacji” i „nie mam przesadnych skrupułów moralnych”. Bywa, że „łatwo wpadam w gniew” i „nie jestem obojętny na wdzięki niewieś­cie”. Nie można powiedzieć, bym „był stworzony do pracy za biurkiem i osiadłego życia” – to zresztą bardzo duży eufemizm. Bywam „uparty” i „nie poddaję się dyscyplinie”. To „czasem zaleta, czasem wada”.

    To wszystko cytaty z poufnych raportów o moich dokonaniach i z ocen okresowych, sporządzanych przez moich pracodawców w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Z tego samego źródła wiadomo, że w moim przypadku „można liczyć na bezwzględność w dobrej sprawie”, ale nie wiadomo w jakiej i do jakiego stopnia. Za to potrafię być „delikatny” i mam „sympatyczną naturę, która skłania innych do szczerości”.

    Teraz bardziej konkretnie. Jestem poddanym brytyjskim mieszanego pochodzenia, urodzonym w Paryżu jedynakiem – z ojca, który w chwili mego poczęcia był mało zamożnym majorem szkockiej gwardii w kwaterze NATO w Fontainebleau, i z matki pochodzącej z drobnej rosyjskiej szlachty na emigracji w Paryżu. Ze strony rosyjskiej dostałem też sporo krwi niemieckiej za pośrednictwem ojca mamy, która w zależności od nastroju czasem się do niej przyznawała, a czasem nie. Prawda historyczna jest taka, że rodzice moi poznali się na przyjęciu, wydanym przez niedobitki samozwańczego rosyjskiego rządu na wygnaniu w czasach, gdy mama wciąż jeszcze twierdziła, że studiuje historię sztuki, a ojciec miał prawie czterdzieści lat. Nazajutrz rano już byli zaręczeni – tak przynajmniej twierdziła mama, a znając jej inne wyczyny, jestem skłonny w to wierzyć. Kiedy ojciec porzucił służbę wojskową – w pośpiechu i pod przymusem, bo miał już i żonę, i dziatki, gdy do szaleństwa zakochał się w mamie – państwo młodzi osiedlili się w podparyskim Neuilly w ślicznym białym domku, sprezentowanym im przez dziadków po kądzieli, gdzie wkrótce przyszedłem na świat, dzięki czemu matka mogła szybko poświęcić się innym rozrywkom.

    Na koniec tego wstępu autobiograficznego zostawiłem informację o poważnej, roztropnej osobie mojej ukochanej nauczycielki języków, opiekunki i de facto guwernantki, madame Galiny, podającej się za pozbawioną majątku rosyjską hrabinę znad Wołgi i przyznającej się do pokrewieństwa z Romanowami. Nie mam pojęcia, w jaki sposób trafiła do mojej – rychło rozbitej – rodziny. Mogę się tylko domyślać, że była porzuconą kochanką stryjecznego dziadka mojej mamy, który po ucieczce z Piotrogrodu (który jakoś wtedy przemianowano właśnie na Leningrad) i dorobieniu się drugiej fortuny na handlu sztuką znalazł jeszcze jedno zajęcie – kolekcjonowanie pięknych kobiet.

    Madame Galina liczyła dobrze ponad pięćdziesiąt lat, gdy pojawiła się w mym domu rodzinnym. Była bardzo korpulentna, ale uśmiech miała przemiły i niewinny. Nosiła długie suknie ze zwiewnego czarnego jedwabiu i kapelusze własnej roboty, a u nas zajmowała dwa pokoje na poddaszu, gdzie trzymała wszystko, co posiadała: gramofon, ikony, kompletnie poczerniały obraz Matki Boskiej – jak twierdziła, autentycznego Leonarda da Vinci – całe pudła starej korespondencji i zdjęcia arystokratycznych przodków na śniegu, otoczonych przez psy i służbę.

    Zadaniem madame Galiny była opieka nade mną. Jej drugą pasją były języki, z których kilka znała bardzo dobrze. Ledwo opanowałem ortografię angielską, już zmuszała mnie do ćwiczeń w cyrylicy. Na dobranoc czytała mi wciąż to samo opowiadanie dla dzieci, za każdym razem w innym języku. Kiedy brała mnie na spotkania towarzyskie wśród szybko malejącej społeczności potomków białych Rosjan i uciekinierów ze Związku Radzieckiego, musiałem się popisywać jako jej podopieczny poliglota. Podobno po rosyjsku mówiłem z francuskim akcentem, po francusku z rosyjskim, po niemiecku – którym posługiwałem się mniej płynnie – mieszałem je oba. Za to angielszczyznę zawdzięczam wyłącznie ojcu, co ma swoje dobre i złe strony. Przekonywano mnie, że słychać w niej szkockie intonacje, ale na szczęście nie towarzyszące im u ojca pijackie wrzaski.

    Gdy miałem lat dwanaście, ojciec zszedł na raka i na melancholię. Przy pomocy madame Galiny opiekowałem się nim do ostatka, bo mama była wtedy bardziej zajęta swym najbogatszym wielbicielem, belgijskim handlarzem bronią, którego nie darzyłem sympatią. W niezręcznej sytuacji, która powstała po śmierci ojca, zostałem uznany za niepotrzebny balast i wysłany do Szkocji, gdzie wakacje spędzałem u ponurej ciotki, a resztę roku w spartańskiej szkole z internatem w tamtejszych górach. Szkoła robiła wszystko, bym się niczego nie nauczył – poza sportem – a mimo to udało mi się dostać na pewien uniwersytet w pewnym przemysłowym mieście angielskiego regionu Midlands, gdzie poczyniłem pierwsze niezręczne próby kontaktów z płcią przeciwną i gdzie ukończyłem slawistykę.

    Od dwudziestu pięciu lat jestem pracownikiem brytyjskiej tajnej służby – czyli Firmy, jak ją nazywają wtajemniczeni.

    John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010

     

    *

    Nawet dziś nie da się zaprzeczyć, że werbunek pod tajne sztandary był mi przeznaczony od samego początku, bo od samego początku ani nie brałem pod uwagę, ani nie pragnąłem żadnego innego zajęcia – może poza grą w badmintona i wspinaczką w górach Szkocji. Od pierwszej chwili, gdy mój opiekun nau­kowy zapytał mnie nieśmiało nad kieliszkiem nieschłodzonego białego wina, czy nie zastanawiałem się kiedyś nad „służbą krajowi, ale tak po cichu”, natychmiast zrozumiałem, że owszem, chciałbym to robić, a myślami znalazłem się z powrotem w mrocznym mieszkaniu w Saint-Germain, które odwiedzałem z madame Galiną co niedziela aż do śmierci ojca. To tam po raz pierwszy obudził się we mnie zapał dla antybolszewickiej konspiracji – wśród moich dalekich kuzynów, wujów i opętanych ciotecznych babć, szeptem wymieniających się wieściami z ojczyzny, w której prawie żadne z nich nigdy nie było. Potem nagle się orientowali, że słucham, i kazali mi przysięgać na wszelkie świętości, że dochowam tajemnicy – wszystko jedno, czy rozumiałem, o czym szeptali, czy nie. I to tam zrodziła się we mnie fascynacja tą olbrzymią krainą, której krew płynęła w moich żyłach, jej różnorodnością, bezmiarem i niezrozumiałymi zwyczajami.

    Zdawkowy list wpada do mojej skrzynki pocztowej. Informuje mnie, że mam się stawić w pewnym budynku z gankiem niedaleko pałacu Buckingham. Emerytowany admirał marynarki królewskiej pyta mnie zza biurka wielkości okrętowej wieży artyleryjskiej, jakie sporty uprawiam. Mówię, że badmintona. Jest wyraźnie wzruszony.

    Czy wie pan, że grywałem w badmintona z pana kochanym ojcem w Singapurze? Zawsze mnie ogrywał.

    Nie, sir, nie wiem – odpowiadam i zastanawiam się, czy nie powinienem go przeprosić za ojca. Na pewno rozmawialiśmy jeszcze o tym i owym, ale kompletnie nie pamiętam o czym.

    A gdzie on, biedak, pochowany? – pyta, gdy już wstałem, by odejść.

    W Paryżu, sir.

    Aha. No to powodzenia.

    Dostaję polecenie, by stawić się na stacji kolejowej Bodmin Parkway. Mam mieć ze sobą zeszłotygodniowy numer czasopisma „Spectator”. Zorientowawszy się, że wszystkie niesprzedane egzemplarze zostały już zwrócone do dystrybutora, kradnę jeden z najbliższej biblioteki. Mężczyzna w zielonym kapeluszu pyta mnie, kiedy odjeżdża najbliższy pociąg do Camborne. Odpowiadam, że nie wiem, niestety, bo sam czekam na pociąg do Didcot. Ruszam za nim w bezpiecznej odległości i docieram na parking, gdzie czeka biała furgonetka. Po trzech dniach dziwnych pytań i sztywnych przyjęć, podczas których sprawdza się moje obycie towarzyskie i wytrzymałość na alkohol, zostaję wezwany przed komisję.

    No cóż, Nat – mówi siwa dama siedząca na samym środku za stołem. – Skoro już wypytaliśmy cię o wszystko, czy dla odmiany jest coś, o co ty chciałbyś zapytać nas?

    Szczerze mówiąc, jest – odpowiadam, udając najpierw, że naprawdę się zastanawiam. – Pytali mnie państwo, czy możecie liczyć na moją lojalność, ale czy ja mogę liczyć na waszą?

    Uśmiecha się i zaraz wszyscy inni za stołem też się uśmiechają – tym samym smutnym, mądrym, refleksyjnym uśmiechem, który jest chyba najlepszym znakiem rozpoznawczym w Firmie.

    Pod presją nie mięknie. Odpowiedni poziom utajonej agresji. Opinia pozytywna”.

    *

    W tym samym miesiącu, w którym kończę podstawowy kurs mrocznego rzemiosła, spotyka mnie to szczęście, że poznaję Prudence, moją przyszłą żonę. Do naszego pierwszego spotkania doszło w mało sprzyjających warunkach. Po śmierci ojca z rodzinnej szafy wypadł cały oddział trupów. Różni przyrodni bracia i siostry, o których w życiu dotąd nie słyszałem, domagali się udziału w spadku, toteż od czternastu lat trwały o niego utarczki w sądach ze szkockimi wykonawcami testamentu. Kolega polecił mi kancelarię prawniczą w City. Jeden ze starszych mecenasów słuchał moich żalów przez pięć minut, po czym nacisnął dzwonek.

    To jedna z naszych najlepszych aplikantek – zapewnił mnie na odchodnym.

    Drzwi się otwarły, do gabinetu wmaszerowała osoba w moim wieku. Miała na sobie budzący respekt czarny komplet – taki, w jaki najchętniej ubierają się panie mecenas; na twarzy okulary w rogowej oprawie, a na małych stópkach ciężkie czarne buty wojskowe. Podała mi rękę. Nie oglądając się na mnie, w rytmie wystukiwanym przez te jej wielkie glany powiodła mnie do boksu, na którego matowej szybie widniał napis: „P. Stoneway, mgr prawa”.

    Siadamy naprzeciw siebie. Z poważną miną odgarnia za uszy kasztanowe włosy i wyciąga z szuflady biurka żółty notes.

    Pana zawód? – pyta.

    Pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jej Królewskiej Mości – odpowiadam i rumienię się, sam nie wiem dlaczego.

    Z tego spotkania zapamiętałem najlepiej jej wyprostowane plecy, mocno zarysowany podbródek i zabłąkany promyk słońca, który muskał włoski na jej policzku przez cały czas, gdy opowiadałem jej kolejne mało budujące odcinki naszej rodzinnej sagi.

    Czy możemy sobie mówić po imieniu? – pyta pod koniec pierwszego posiedzenia.

    Możemy.

    Ja jestem Prue – mówi i umawiamy się na za dwa tygodnie, kiedy tym samym beznamiętnym głosem sprawozdaje mi wyniki swojej pracy:

    Muszę ci powiedzieć, że nawet gdybyś już jutro dostał do rąk wszystkie sporne środki po zmarłym ojcu, to i tak nie starczyłoby tego na opłacenie honorarium naszej kancelarii, nie mówiąc już o spłacie jakichkolwiek roszczeń. Ale – dodaje, nim jeszcze powiem, że w takim razie nie będę zabierał jej czasu – mamy zasadę, że w uzasadnionych przypadkach świadczymy usługi nieodpłatnie. Z przyjemnością mogę cię poinformować, że zajmiemy się twoją sprawą właśnie na takich warunkach.

    Musi się ze mną spotkać jeszcze raz, za tydzień, ale trzeba to przełożyć na później, bo pewien agent, Łotysz, musi zostać umieszczony przy radiostacji Armii Radzieckiej na Białorusi. Powróciwszy do ojczyzny, telefonuję do Prue i zapraszam ją na kolację, ale zostaję skarcony i pouczony, że jej kancelaria surowo przestrzega niemieszania spraw osobistych z pracą dla klienta. Mimo to informuje mnie z satysfakcją, że w wyniku działania kancelarii oddalono wszelkie roszczenia względem mnie. Dziękuję jej wylewnie i pytam, czy w takiej sytuacji już nic nie stoi na przeszkodzie, by zjadła ze mną kolację. Nie stoi.

    Idziemy do Bianchiego, włoskiej knajpy w Soho. Prue ma na sobie letnią sukienkę z dekoltem, włosy wróciły zza uszu, skupia na sobie wzrok każdego mężczyzny i każdej kobiety na sali. Szybko się przekonuję, że moje zwykłe teksty tym razem nie wystarczają. Jeszcze nim podano danie główne, zostaję poczęstowany wykładem na temat różnicy między prawem a sprawiedliwością. Kiedy pojawia się rachunek, bierze go pierwsza, wylicza co do pensa połowę należności, dodaje dziesięć procent napiwku i płaci mi wyjętą z torebki gotówką. Mówię z udawanym oburzeniem, że w życiu jeszcze nie spotkałem się z tak bezczelną uczciwością, na co omal nie spada z krzesła ze śmiechu.

    Pół roku później, po uzyskaniu zgody przełożonych, pytam ją, czy nie wyszłaby za szpiega. Wyszłaby. Teraz to ją Firma bierze na kolację. Dwa tygodnie później Prue mi oznajmia, że postanowiła zawiesić na kołku adwokacką togę i przejść szkolenie dla żon pracowników Firmy wysyłanych na teren wroga. Bardzo jej zależy, bym zdawał sobie sprawę, że czyni to z własnej woli, a nie z miłości do mnie. Wahała się, ale zwyciężyło poczucie patriotycznego obowiązku.

    Kurs kończy z wyróżnieniem. Tydzień później otrzymuję przydział na drugiego sekretarza do spraw handlowych w brytyjskiej ambasadzie w Moskwie, dokąd udaję się wraz z małżonką imieniem Prudence. Jak się potem okazało, Moskwa była naszą jedyną wspólną misją. Powody, dla których tak się stało, nie przynoszą Prudence ujmy. Niebawem do tego wrócę.

    Przez ponad dwie dekady – najpierw z Prue, potem bez – służyłem królowej pod dyplomatycznym lub konsularnym przykryciem w Moskwie, Pradze, Bukareszcie, Budapeszcie, Tbilisi, Trieście, Helsinkach, a ostatnio w Tallinnie. Wszędzie tam werbowałem i prowadziłem agentów wszelkiej maści. Nigdy nie było mi dane dostąpić zaszczytu zasiadania za stołem, przy którym podejmowano najważniejsze decyzje – i bardzo się z tego cieszę. Ktoś, kto ma naturalny talent do prowadzenia agentów, jest panem siebie. Wprawdzie słucha rozkazów z Londynu, ale w terenie jest panem losu – swego i swych agentów. Za to gdy skończy się czas jego czynnej służby, na świecie nie ma zbyt wielu ciepłych posadek dla wędrownego szpiega pod pięćdziesiątkę, niecierpiącego pracy za biurkiem, z życiorysem zawodowym przedstawiającym go jako dyplomatę średniej rangi, który nigdy nie zrobił prawdziwej kariery.

    *

    Nadchodzi Boże Narodzenie. I mój dzień sądu. W głębokich katakumbach kwatery głównej Firmy nad Tamizą prowadzą mnie do małego, dusznego pokoiku, gdzie przyjmuje uśmiechnięta inteligentna kobieta w nieokreślonym wieku. To Moira z działu kadr. Moiry z działu kadr zawsze mają w sobie coś niesamowitego. Wiedzą o człowieku więcej, niż on sam wie o sobie, ale nie powiedzą co ani czy to coś dobrego czy złego.

    A co tam u tej twojej Prue? – pyta z zainteresowaniem Moira. – Przeżyła reorganizację w swojej kancelarii? Na pewno było to dla niej bardzo denerwujące.

    Dziękuję, Moiro, ale wcale się nie denerwowała. Za to gratuluję pilności, z jaką przygotowałaś się do tej rozmowy. Wiedziałem, że nie będzie inaczej.

    I wszystko u niej w porządku, prawda? U was obojga? – Ignoruję niepokój w jej głosie. – Po twoim bezpiecznym powrocie?

    Jak najbardziej. Cieszymy się, że znów jesteśmy razem, dziękuję.

    A teraz z łaski swojej odczytajże mi wreszcie ten wyrok śmierci i miejmy to za sobą. Ale Moira ma swoje metody. Teraz kolej na moją córkę, na Stephanie.

    Tutaj grzeszki młodości wreszcie się skończyły, tak? Bo dostała się na studia…

    Skończyły się, skończyły. Dziękuję. Profesorowie są nią zachwyceni – odpowiadam.

    Ale w głowie mam tylko jedno: powiedz mi wreszcie, że moją pożegnalną imprezę zaplanowaliście na czwartek wieczór, bo piątek nigdy nikomu nie pasuje, i czy mógłbym teraz zabrać swój kubek z wystygłą już kawą do sekcji rekonwersji troje drzwi dalej, gdzie zostaną mi przedstawione kuszące propozycje pracy w przemyśle zbrojeniowym, prywatnych firmach konsultingowych i innych przechowalniach dla starych szpiegów, takich jak ochrona zabytków, automobilkluby i szkoły prywatne, które zawsze szukają kogoś do administracji. Nic dziwnego, że jestem zdziwiony, gdy Moira oznajmia mi radośnie:

    Bo wiesz co, Nat? Tak się składa, że mamy dla ciebie pewną propozycję. Oczywiście, jeżeli jesteś zainteresowany.

    Zainteresowany? Moiro, nikt na świecie nie jest bardziej zainteresowany. Ale i nieufny, bo chyba wiem, co mi zaproponujesz. To podejrzenie natychmiast zamienia się w pewność, gdy Moira rozpoczyna opowieść – taką w wersji dla małych dzieci – o tym, jak wielkim zagrożeniem jest znowu Rosja.

    Nie muszę ci tłumaczyć, Nat, że moskiewskie Centrum robi nas na szaro na całym świecie. Nawet w Londynie.

    Nie, nie musisz. Od lat tłukę to do głowy ludziom w kierownictwie.

    Zrobili się jeszcze gorsi niż dawniej i bezczelniejsi. Wszędzie wlezą, a jest ich jak mrówków. Zgadzasz się z tą oceną?

    Zgadzam się, Moiro. W każdym calu. Zaglądnij do raportu z mojego pobytu w słonecznej Estonii.

    A od kiedy hurtowo wywaliliśmy stąd ich legalnych szpiegów… – Czyli szpiegów z przykryciem dyplomatycznym, takich jak ja. – …przysyłają tu całe tłumy nielegalnych – mówi z oburzeniem. – Zapewne zgodzisz się ze mną, że tacy są znacznie bardziej kłopotliwi i znacznie trudniej ich wywęszyć. Widzę, że chcesz o coś zapytać.

    Spróbuję. Warto. Nie mam nic do stracenia.

    Jeszcze zanim przejdziemy do tego…

    Tak?

    Właśnie przyszło mi na myśl, że może znalazłoby się dla mnie coś w Wydziale Rosja. Wiem oczywiście, że mają tam za biurkami komplet świetnych młodych ludzi. Ale czy nie przydałby się tam doświadczony specjalista z zewnątrz, który po rosyjsku mówi jak rodowity Rosjanin? Ktoś dokładnie taki jak ja, ktoś, kto może na każde żądanie polecieć w dowolne miejsce, gdzie trzeba zająć się potencjalnym defektorem albo agentem, który nagle zgłosi się do jednej z naszych placówek, gdzie akurat nikt nie mówi po ichniemu?

    Ale Moira już kręci głową.

    Nic z tego, niestety. Proponowałam cię Brynowi. Nie ma mowy.

    W Firmie jest tylko jeden Bryn: Bryn Sykes-Jordan, bo takie jest jego pełne imię i nazwisko, ale na co dzień nazywany Brynem Jordanem – pan życia i śmierci Wydziału Rosja, mój niegdysiejszy szef na placówce w Moskwie.

    Dlaczego nie ma mowy? – nalegam.

    Wiesz dobrze dlaczego. Bo średnia wieku u niego na wydziale to trzydzieści trzy lata, nawet jeżeli wliczy się samego Bryna. Większość ma doktoraty, a wszyscy otwarte umysły i zaawansowane umiejętności komputerowe. A ty, chociaż jesteś doskonały pod każdym względem, tych akurat kryteriów nie spełniasz. Zgadzasz się?

    A może Bryn jest teraz u siebie? – pytam, czepiając się ostatniej deski ratunku.

    W tej właśnie chwili Bryn Jordan utknął w Waszyngtonie i robi, co tylko się da, by nasza wspaniała współpraca z wywiadem pana prezydenta Trumpa nie załamała się po brexicie. Pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wolno mu przeszkadzać. Nawet w twojej sprawie. Ale oczywiście prosił, by ci przekazać najszczersze wyrazy uznania i współczucia. Jasne?

    Jasne.

    Jest natomiast – ciągnie optymistycznym tonem – coś, do czego masz pełne kwalifikacje. A nawet więcej.

    To teraz się dowiem. Poznam jakąś koszmarną propozycję, której od początku się spodziewałem.

    Wybacz, Moiro – przerywam. – Jeżeli mam prowadzić szkolenia, to dziękuję. Miło z twojej strony, dzięki za pamięć i tak dalej.

    Chyba ją uraziłem, więc jeszcze raz proszę o wybaczenie i tłumaczę, że nie chciałem uchybić naszym dzielnym pracownikom sekcji szkolenia, lecz i tak dziękuję – dziękuję, ale nie – na co jej twarz rozjaśnia się nieoczekiwanie ciepłym, choć nieco litościwym uśmiechem.

    Nie chodzi o szkolenie, chociaż jestem pewna, że świetnie byś sobie poradził. Dominic chciałby z tobą pogadać. Czy jemu też mam przekazać, że dziękujesz?

    Jaki Dominic?

    Dominic Trench, nasz nowo mianowany szef centrali londyńskiej. Twój niegdysiejszy szef na placówce w Budapeszcie. Twierdzi, że znacie się jak łyse konie. Najlepiej będzie, jak on sam ci wszystko powie. Co tak się na mnie gapisz?

    Serio? Dominic Trench jest teraz szefem londyńskiej centrali?

    Czy ja cię kiedykolwiek okłamałam?

    Od kiedy?

    Od miesiąca. Mianowany, kiedy ty zaszyłeś się w Tallinnie i nie czytałeś biuletynów. Dominic przyjmie cię jutro punkt dziesiąta. Tylko najpierw potwierdź u Viv.

    U jakiej Viv?

    Jego asystentki.

    Oczywiście.

  • „Nieśmiertelny” – John le Carré we wspomnieniu Piotra Niemczyka

    Nie ma chyba żadnego poważnego rankingu powieści szpiegowskich, w którego czołówce nie znalazłaby się któraś z powieści Johna Le Carre. Najczęściej „The Spy Who Came in from the Cold” (polski tytuł „Ze śmiertelnego zimna” albo „Z przejmującego zimna”) lub „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” (polskie tytuły „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” albo „Szpieg” – zależy od wydania). Bywa, że rankingi popularności otwierają obie te książki.

    Złośliwi mówią, że David Cornwell swoje szpiegowskie doświadczenie w służbie jej królewskiej mości, czyli w wywiadzie brytyjskim, zbudował na pracy archiwisty w placówce MI6 w Bonn. Jego operacyjne zaangażowanie podobno było zerowe. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzić. Zresztą obawiam się, że to niemożliwe, bo brytyjskie archiwa wywiadowcze poważnie traktują swoje tajemnice. Podobno nudził się tak bardzo, że aby czas się nie dłużył, swoje pierwsze powieści napisał jeszcze pozostając w służbie i dlatego musiał zasłonić się pseudonimem John Le Carre.

    Myślę, że to nieprawda. Brytyjski wywiad nie ma zwyczaju marnować sił i środków, czyli wyszkolonych i doświadczonych oficerów nie ma zwyczaju chować na zapleczu. Potwierdza to też treść książek, w których opisywane rozmowy operacyjne czy procedury werbunku nie mogły powstać wyłącznie na podstawie lektury teczek. Za to Niemcy (Bonn i Hamburg, bo w tych miastach pracował przez cztery lata) wywarły na trzydziestoletnim wówczas autorze wyraźne piętno. Znaczna część akcji jego pierwszych (i nie tylko) powieści toczy się w Niemczech.

    John le Carre, fot: Wydawnictwo Sonia Draga

    Zarazem znajomość funkcjonowania szpiegowskiego archiwum – rzeczywiście znakomita – przydała się z pewnością. Łatwo to zauważyć śledząc metodę pracy George Smileya, który potrafi setki godzin spędzić nad aktami i na ich podstawie rozwiązuje najbardziej karkołomne zagadki. A kiedy w teczkach czegoś brakuje, odnajduje pracownice archiwum, żeby dzięki ich nieprawdopodobnej pamięci, znaleźć nowy wątek konieczny do wyjaśnienia zdrady.

    John Le Carre unika szybkiej akcji, efektownych pościgów, przemocy, bezpruderyjnych kobiet i mężczyzn kultury macho. George Smiley jest lekko otyłym facetem w wiecznie wymiętym garniturze. Nie zawsze łatwo ustalić jego wiek, w większości opowieści wydaje się (chociaż to chronologicznie niemożliwe) starszym panem. Jest za to absolutnie genialnym analitykiem, szczególarzem z umysłem jak brzytwa. Zaprzeczeniem Jamesa Bonda i jemu podobnych, u których refleks, urok osobisty i znajomość sztuk walki decyduje o sukcesach.

    To co najbardziej intryguje w powieściach tego wielkiego autora, to dystans do wywiadu i jego możliwości. W jego książkach szpiegostwo nie jest remedium na zło starające się zdobyć świat. Bywa, że jego powieści kończą się źle. Ci „dobrzy” przegrywają. Karla, radziecki adwersarz i rywal George Smileya triumfuje. Nic dziwnego, jest równie, a może nawet bardziej przebiegły. Dlatego to nie mniej czy bardziej efektowna akcja przykuwa w tekstach Cornwella najbardziej. Dużo ważniejsza się wydaje refleksja: czy wywiad działa w dobrej sprawie, czy konkretna operacja jest rzeczywiście potrzebna, czy szpiedzy ryzykują życiem, zdrowiem i wolnością w interesie państwa czy w imię czyichś rozdętych ambicji.

    John Le Carre pochyla się także nad ofiarami szpiegowskich działań. Porzuconymi lub zdradzonymi agentami, przypadkowymi ofiarami skomplikowanych intryg, poszkodowanymi przez przemoc. Czytelnicy, z których wielu to przecież bezkrytyczni apologeci służb specjalnych, bywają rozczarowani. No bo jak to, przecież wywiad to perfekcyjnie działająca maszyna, w której pracują ludzie o nadzwyczajnych umiejętnościach. Autor „Małej Doboszki” twierdzi co innego: w wywiadzie błędy popełniane są niewiele rzadziej niż w innych instytucjach. Tyle że skutki są zwykle bardziej tragiczne.

    John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010

    Być może na tym polega nieśmiertelność Johna Le Carre. Chociaż nie on pierwszy tak mocno podkreśla ciemną stronę tajnych służb. Wyprzedzili go chociażby Joseph Conrad i Graham Greene. Ale takich koronkowych pułapek i machinacji nie potrafi opisać nikt. Tym bardziej, że w powieściach Le Carrego naprawdę trudno się domyślić, który ze współpracowników okaże się na końcu zdrajcą i który z przyjaciół kochankiem żony.

    Jego fascynujący sceptycyzm przewija się we właściwie każdej powieści, ale z pewnością w największym stopniu w „Krawcu z Panamy” i w „Wojnie w lustrze” (inny tytuł: „Za późno na wojnę”). To w tych dziełach Dawid Cornwell demaskuje jedną z największych systemowych słabości służb specjalnych – niewystarczające zrozumienie natury ludzkiej. Swoim zwyczajem wkłada tę myśl w usta jednego z opisywanych przez siebie mentorów: „Dla służby takiej jak nasza najtrudniej jest dostrzec falę konfliktu, zanim nadciągnie, usłyszeć vox populi, zanim się rozlegnie. Popatrz na Iran i ajatollaha. Popatrz na Egipt przed wojną sueską. Popatrz na pierestrojkę i upadek Imperium Zła. Popatrz na Saddama, jednego z naszych najlepszych klientów. Kto przewidział te wydarzenia, Johnny? Kto dostrzegł czarne chmury tworzące się na horyzoncie? Nie my. Popatrz na Galteriego i pożogę falklandzką, mój Boże. Co jakiś czas nasz wywiadowczy młot roztrzaskuje każdy orzech oprócz tego, który naprawdę się liczy: czynnika ludzkiego.”1

    Ten komentarz wyjaśnia zarazem, że to nie szpiegowskie gadżety i elektroniczne systemy decydują o jakości pracy wywiadu. Kluczowy jest człowiek i jego umiejętności planowania, analizy, wyciągania wniosków. Nie mniej ważna jest empatia, odwaga i solidarność. Towary w książkach autora „Ludzi Smileya” nader deficytowe.

    A mimo to wszyscy znani mi oficerowie wywiadu cenią i szanują Johna Le Carre. Dają w prezencie jego książki, polecają filmy nakręcone na podstawie jego powieści. Nawet jeżeli lustro, w którym się oglądają, wydaje się przesadnie krzywe, widzą w nim wnikliwego i rzetelnego recenzenta. To wielka szkoda, że już niczego więcej nie napisze.

    Piotr Niemczyk

    1 John Le Carre; „Krawiec z Panamy”; przekład Jerzy Kozłowski; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 304;

  • „Kłamstwo, inspiracja, manipulacja”. Felieton Piotra Niemczyka

     

    Właśnie do księgarń trafiły dwie bardzo (a może nawet jeszcze bardziej) godne zauważenia pozycje. Pierwsza to „Burzliwe czasy” Mario Vargas Llosy. A druga to „Mindf*ck” Christophera Wylie. Widziałem już po kilka, jeżeli nie kilkanaście recenzji obu książek, nie będę więc ich omawiał (no może oprócz tego, że Christopher Wylie przecenia znaczenie kreatywności i unikalności metod Cambridge Analityca – nie oni pierwsi i nie oni jedni). Chciałbym jednak wskazać na podobieństwa pomiędzy tymi dziełami. Oba są o tym jak namieszać ludziom w głowie i wykorzystać presję opinii publicznej. W jednym przypadku do obalenia rządu w demokratycznym państwie, a w drugim do wybrania prezydenta, który w uczciwej kampanii wyborczej najprawdopodobniej nie miałby szans.

    Mario Vargas Llosa, fot: Felix Clay/East News/Wydawnictwo Znak

    Mario Vargas Llosa przypomina jak CIA, na polecenie rządu inspirowanego przez opinię publiczną, ogłupioną kampanią medialną, przekupionej i zmanipulowanej przez United Fruit Company, liberalnej prasy, doprowadza do obalenia demokratycznego rządu Gwatemali. Tylko dlatego, że planowana przez władze reforma rolna była niezgodna z interesami plantatorów i eksporterów bananów. Z przyzwoitych demokratów, nie związanych z Moskwą i nawet nieznających założeń komunizmu, zrobiono radzieckich agentów, którzy planowali stworzyć radziecki przyczółek w Ameryce Środkowej.

    I wszystko to działo się na długo przed Internetem, a nawet wszechobecnością telewizji. Na początku lat 50-tych.

    To właśnie dlatego, że akcja książki peruwiańskiego noblisty dzieje się tak dawno temu, trudno mi przecenić znaczenie historii Christophera Wylie.

    Dezinformacja, manipulacja i inspiracja to narzędzie wykorzystywane w szpiegostwie od zawsze. Bez względu na to czy treści były przenoszone na tabliczkach zapisanych pismem klinowym, czy przez World Wide Web zwany „siecią”.

    Chyba najbardziej upartym demaskatorem dezinformacji i tych wszystkich innych sztuczek, jest Wladimir Volkoff, który napisał na ten temat kilka powieści, a pokusił się nawet na napisanie bardzo serio rozprawy pt. „Dezinformacja. Oręż wojny”. Niespecjalnie mu wyszło (może dlatego, że zbyt często powoływał się na Sun Tzu) i książka nie przebiła się do powszechnej świadomości. Ale powieści, w szczególności „Montaż”, to prawdziwe perełki w dziale „wciskanie kitu”.

    Zwykle przekonanie drugiej strony do czegoś wymaga starannego planowania i przemyślenia. Bardzo istotne jest wybranie odpowiedniej techniki manipulacji. Volkoff opisuje to w taki sposób: „Posługujemy się pięcioma różnymi technikami, pozwalającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. Po pierwsze, biała propaganda, polegająca po prostu na stałym powtarzaniu: <Jesteśmy od was lepsi>. Można to powtarzać milion razy. Dalej, czarna propaganda, do której trzeba mieć partnerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary, których on wcale nie żywi, a które nie będą się podobały temu trzeciemu, to dla niego gra się te komedię. Dalej, intoksykacja. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji, ale zaaranżuję coś takiego, że pan mi je wykradnie. Wreszcie dezinformacja, pojęcie, którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym, czym strategia wobec taktyki.”1

    Chociaż, jak można znaleźć na stronach „Cmentarza w Pradze” (kolejne z najlepszych dzieł o dezinformacji) bywa, że okazja przekazania szkodliwego kłamstwa może pojawić się nagle. Wtedy zamiast umiejętności planowania ważniejszy jest refleks: „Po wkroczeniu do miasta generał każe zająć urząd telegraficzny i przeciąć druty. Idzie tam porucznik z kilkoma żołnierzami; na ich widok telegrafista bierze nogi za pas. Porucznik wchodzi do biura i czyta treść depeszy wysłanej przed chwilą do komendanta garnizonu w Trapani: <Dwa statki pod banderą Królestwa Sardynii wpłynęły do portu, wysiadają z nich ludzie>. Właśnie w tym momencie nadchodzi odpowiedź, którą natychmiast odczytuje jeden z ochotników, pracownik urzędu telegraficznego w Genui: <Ilu ludzi i dlaczego wysiadają?>. Nasz oficer każe mu odpowiedzieć: <Przepraszam, pomyliłem się, to dwa frachtowce z Girgenti z ładunkiem siarki>. Reakcja z Tarpani: <Dureń z pana>. Zadowolony porucznik przyjmuje to do wiadomości, każe poprzecinać druty i odchodzi.”2

    Umberto Eco, fot: smakksiazki.pl

    Oczywiście na takie zdarzenie jak z powieści Umberta Eco nie wolno liczyć. Natomiast przewidując, w jaki sposób chce się oszukać przeciwnika, warto pamiętać o jednej z kluczowych zasad. Aby odbiorcy nabrali się na kłamstwo, muszą wierzyć źródłu, z którego przyszło. A takie źródło trzeba hodować i konserwować już na długo wcześniej. Jak u Vincenta Severskiego: „Tajnym służbom przeciwnika nie możesz dostarczać zupełnie nowych informacji, bo w to nie uwierzą. To muszą być informacje, które już znają. (…)

    Schemat mógłby wyglądać tak (…). Wybierzemy jedną z gier operacyjnych, jakie prowadzimy na przykład z Włochami albo Hiszpanami. Mogą też być Węgrzy albo Duńczycy. To jeszcze ustalimy. W krajach arabskich i Afryce mamy kilku nielegałów, którzy pracują dla sekcji piątej pionu <S>, czyli inspiracja i dezinformacja. Musi to być kanał sprawdzony, wcześniej wykorzystywany, bez jakichkolwiek oznak wytarcia czy zużycia.”3 Pewnie warto wyjaśnić, że jeżeli dezinformacja ma być przeprowadzona nie z wykorzystaniem mediów, chociażby społecznościowych, to najczęściej za pośrednictwem gier operacyjnych. Czyli – w największym uproszczeniu – poprzez podrzucenie przeciwnikowi fałszywego agenta, albo z wykorzystaniem podwójnego agenta, o którym wiadomo, że pracuje dla drugiej strony, ale tamci mu wierzą.

    A jak tworzyć takie kanały o jakich napisał Severski? Odpowiada na to John Le Carre: „My też nieraz prowadziliśmy tę czy inną ich siatkę i powiem, może nieskromnie, że szło nam całkiem nieźle. Dawaliśmy im najlepsze, co mieliśmy. Teksty o rakietach, o planach wojennych. (…) Podrzucaliśmy im już nieprzydatnych nam agentów, dawaliśmy im porządne środki łączności, zabezpieczaliśmy linie kurierskie, dawaliśmy wolne częstotliwości, żeby potem było nam łatwiej ich słuchać. Taka jest cena za to, że wodzi się przeciwnika za nos… Jak ty to określałeś? <Żeby wiedzieć, co mówią komisarzom>.4 Bo taka siatka służy nie tylko przekazaniu kluczowej w pewnym momencie fałszywki. Pozwala wcześniej, w pewnym sensie, sterować informacjami, które oficerowie wywiadu przekazują przełożonym.

    Jason Matthews z kolei koncentruje się na przypadku podrzucenia rosyjskim służbom lipnej instrukcji dotyczącej metod łączności. Wymagało to stworzenia, na najwyższych szczeblach władzy w Waszyngtonie, swoistego teatru: „Oficjalne źródła amerykańskie starały się bagatelizować utratę podręcznika – niewiele z tego podano do publicznej wiadomości, ale jeden z <wysoko postawionych urzędników> określił incydent jako <wielki uszczerbek dla systemu bezpieczeństwa USA>. Zaraz też pojawiły się głosy w Kongresie i śledztwo w sprawie ustalenia odpowiedzialności za to, co się stało. Wahania i wzajemne oskarżenia stanowiły część ogólnego planu stworzenia zasłony dymnej dla Rosjan, którym to przedsięwzięciem zarządzał szef kontrwywiadu, Simon Benford. Miał on tylko jeden cel – utwierdzić Rosjan w przekonaniu, że dostali autentyczny podręcznik.”5 Dużo czasu, pracy i wysiłku musieli poświęcić oficerowie KGB aby ustalić, że opisywane sposoby łączności nie działają.

    www.unsplash.com/Tobias Tullius

    Zresztą jedną z metod manipulacji jest dyskredytowanie własnych instytucji i własnych metod. W oczach własnej opinii publicznej to pewnie szkodzi, ale to rekompensuje efekt przychodzący z zewnątrz: „Cała CIA czerpała przewrotną dumę z tego, że jedynie jej porażki były nagłaśniane w prasie. Szczególnie Zarządowi Operacyjnemu zależało na takiej właśnie społecznej ocenie, jaką nieustannie wystawiała im prasa.

    Potknięcia KGB nigdy nie zwracały podobnej uwagi. W ten tak często ukazywany negatywny obraz Firmy wierzyły nawet radzieckie agencje wywiadowcze. Mało komu przychodziło do głowy, że przecieki były celowe.”6 Tak przynajmniej wyjaśnia to Tom Clancy, który w pewnym sensie zaprzecza sam sobie, bo jego powieści są zwykle apoteozą sprawności i skuteczności wywiadu amerykańskiego.

    Bywa, że przekazana mediom ściema ma nie tyle wywołać jakiś efekt u przeciwnika, ile uratować własną skórę po jakimś poważnym błędzie.Gdy EFF ujawniła, że łódź podwodna NSA przechwytuje wiadomości przesyłane przez kabel ułożony na dnie, Strathmore z zimna krwią zaaranżował przeciek, jakoby łódź podwodna w rzeczywistości służyła do pozbywania się toksycznych odpadów. EFF i ekolodzy tracili czas i energię na dyskusję o tym, która wersja jest prawdziwa, aż wreszcie media miały tego dość i zajęły się nowymi tematami.7 Dan Brown w „Cyfrowej twierdzy” praktycznie antycypuje wszystko to, co zdarzyło się po ucieczce Edwarda Snowdena do Rosji. Co prawda fakt podsłuchiwania podwodnych kabli transatlantyckich nie był nigdy niczym nowym, to jednak pokazuje jak szybko można reagować na różne kłopotliwe sytuacje.

    Przy pomocy dezinformacji można nie tylko obalać rządy czy wybierać prezydentów. Można także wygrywać wojny. I to całkiem serio. Opisywana przez Kena Folleta w „Igle” operacja „Double Cross” miała miejsce naprawdę, chociaż w większym nawet stopniu polegała na wykorzystaniu odwróconych agentów niż tworzeniu fałszywych obozów wojskowych: „Na początku 1944 roku wywiad niemiecki zbierał dowody na istnienie potężnej grupy wojsk w południowo-wschodniej Anglii. Samoloty rozpoznawcze dostarczyły zdjęć baraków, lotnisk oraz eskadr okrętów wojennych w zatoce Wash. Zauważono generała Georga S. Pattona, ubranego w swoje charakterystyczne różowe bryczesy, który przechadzał się w towarzystwie białego buldoga; stwierdzono znacznie intensywniejszą działalność radiową i częstą wymianę meldunków między oddziałami. Szpiedzy niemieccy przebywający w Wielkiej Brytanii potwierdzali wszystkie te obserwacje.

    Oczywiście nie było żadnej armii. Okręty wojenne zbudowano z gumy i drewna, wojskowe baraki były tylko makietami; Patton nie miał pod swym dowództwem ani jednego żołnierza; meldunki nadawane przez radio były bez znaczenia; szpiedzy okazali się podwójnymi agentami.”8

    Nic dziwnego, że Vincent Severski, podsumowując różne narzędzia stosowane do rozstrzygania konfliktów dezinformację uważa za skuteczniejszą nawet niż głowice jądrowe: „Czas na cudowną broń. Nie jakąś tam amerykańską bombę neutronową czy SDI, ale na nieśmiertelne Protokoły Mędrców Syjonu, dezinformację i inspirację najwyższej jakości. To wciąż się sprawdza, lepiej nawet niż cały nasz arsenał atomowy.9

    I jak łatwo zauważyć, od wielu lat, wielu autorów powieści szpiegowskich, temat kłamstwa, inspiracji i manipulacji wyjaśnia swoim czytelnikom. Nie tylko Mario Vargas Llosa i Christopher Wylie.

    Piotr Niemczyk

    1 Vladimir Volkoff: „Montaż”; przekład Adam Zalewski; Klub Książki Katolickiej; Poznań 2005; str. 71;

    2 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 142;

    3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 619;

    4 John Le Carre; „Szpieg”; przekład Jan Rybicki; Świat Książki; Warszawa 2011, str. 245;

    5 Jason Matthews, „Czerwona jaskółka”; przekład Krzysztof Puławski; Wydawnictwo Świat Książki; Warszawa 2014, str. 291;

    6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 75;

    7 Dan Brown; „Cyfrowa twierdza”; przekład Piotr Amsterdamski; Wydawnictwo Sonia Draga, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2005, str. 85;

    8 Ken Follett; „Igła”; przekład Małgorzata Targowska-Grabińska; Wydawnictwo Czytelnik; Warszawa 1989, str. 5;

    9 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 618;