Tag: Katarzyna Tubylewicz

  • My mamy głębię, a Szwedzi sprawnych agentów literackich – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Mój szwedzki przyjaciel, dziennikarz Håkan z podróży do Polski przywiózł zachwyt naszą pomocą dla uchodźców z Ukrainy oraz jeden numer „Przekroju”, którego nie przeczytał, bo nie zna polskiego. Co jakiś czas Håkan pisze do mnie, że znowu oglądał „Przekrój” i czuje, że tego najbardziej brak mu w Szwecji. Że gdyby mógł czytać pismo tak wyrafinowane jak „Przekrój” i jeszcze w nim publikować, jego życie byłoby bardziej znośne. „Przekrój” stał się dla niego symbolem lepszego świata.

    Håkan jest krytykiem literackim i intelektualistą w stylu wschodnioeuropejskim, choć nie ma w nim kropli nieszwedzkiej krwi. Jest załamany postępującą komercjalizacją szwedzkiej kultury, zwłaszcza rynku książki, a także stanem debaty. Według niego nie ma w tym wszystkim głębi. Nie ma prawdziwych dyskusji. Nie ma takich miejsc, jak warszawskie kawiarnie „Wrzenie świata” czy „Big Book Café”, które ze mną odwiedził. W Sztokholmie nie znajdziesz kawiarni pełniącej także rolę księgarni i miejsca spotkań z autorami. Nie ma też wspaniałych festiwali literackich, o których istnieniu nasłuchał się w Polsce. Håkan czuje się kulturalnym pariasem, obywatelem gorszego świata, w którym rządzi Camilla Läckberg, polityczna poprawność i intelektualnie gnuśny konsensus.

    Tłumaczę mu, że chyba zwariował, bo w Szwecji ludzie dużo więcej czytają niż w Polsce i że nie ma nic złego, gdy pisarze stają się milionerami jak David Lagercrantz, skoro są też dobre stypendia dla tych, którzy z pisania się nie utrzymują. Poza tym cały świat czyta literaturę szwedzką a ta polska nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem.

    – W Sztokholmie nie ma nawet jednego, pieprzonego baru, do którego chodzą się upić poeci – denerwuje się Håkan, który nawet narzeka jak Polak, a nie jak Szwed. Lagercrantza nie poważa, podobnie jak większości szwedzkich pisarzy, których czytają wszyscy. Polska jest za to w jego w oczach kulturalnym rajem, bo w Polsce ludzie dyskutują, kłócą się i palą papierosy w drodze na spotkania literackie. Szwecja to intelektualne dno.

    – Dlaczego nie jesteś tłumaczona na szwedzki? – pyta regularnie Håkan. – Przecież wiesz, że chcę przeczytać „Moralistów” . Zrób coś. Załatw to nareszcie.

    – Sam coś zrób – mam ochotę odpowiedzieć, choć się powstrzymuję, bo przy Håkanie jestem trochę szwedzka, czyli niekonfliktowa. Ale w myślach robię mu wyrzuty:

    – Nie wystarczy, że przetłumaczyłam na polski liczne książki twoich rodaków? Skoro mogłam odkryć niszowego Niklasa Orreniusa i przekonać do przekładu „Strzałów w Kopenhadze” Wydawnictwo Poznańskie, to może jakiś  miły Szwed mógłby odkryć mnie? Dlaczego ja mam się wszystkim zajmować?

    W Polsce Håkana zachwyca rozmowa z Pauliną Wilk i nie może zrozumieć, dlaczego jej reportaże „Lalki w ogniu” i „Pojutrze. O miastach przyszłości” nie wyszły jeszcze po angielsku. Albo chociaż po niemiecku, Håkan zna oba języki i naprawdę chce przeczytać te książki. Zwłaszcza „Pojutrze”. Jest ewidentne, że to rzecz uniwersalna, opowieść o rozwoju miast, o tym, w jakim kierunku zmierza świat. W czym problem? Przecież widać, że to autorka, która jest etablerad, czyli uznana. Gdyby była etablerad w Szwecji, „Pojutrze” zostałoby sprzedane do kilkunastu krajów.

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Wygląda na to, że my mamy głębię, a Szwedzi sprawnych agentów literackich . Ich sprawność jest tak duża, że najnowsza powieść Davida Lagercrantza została sprzedana za duże pieniądze do ponad 20 krajów, jeszcze zanim autor napisał pierwszą  stronę. Sprawność szwedzkich agencji literackich jest tak porażająca, że wmówią wam wszystko. Czasem kontaktuje się ze mną jakieś polskie wydawnictwo biorące udział w aukcji praw kolejnego autora szwedzkiego bestsellera. Pytają, co o nim myślę. Sprawdzam. Autor jest debiutantem i miał na razie w Szwecji jedną recenzję. Jednak jego książka jest już w trakcie przekładania na japoński. I islandzki.

    Ktoś powie: ale przecież my, Polacy, też mamy agencje literackie, proszę tylko zajrzeć do internetu. Odpowiem: bardzo mi przykro, ale jeśli chodzi o działalność agencji literackich, to jesteśmy na razie krajem kolonizowanym. W Polsce działają  subagenci zachodnich agencji, w tym oczywiście agencji szwedzkich. Subagenci pomagają szwedzkim agentom w pozyskiwaniu jak najlepszych warunków w polskich wydawnictwach dla szwedzkich autorów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby działało w dwie strony, tak jak opisała to Dubravka Ugrešić:

    Agenci, zwiadowcy i subagenci niczym pająki skutecznie opletli siecią współczesny rynek literacki. (…) Subagenci i agenci są ściśle ze sobą powiązani, tak jak Skip Woody i agent numer 3424. Angielski agent, na przykład, będzie miał swojego francuskiego subagenta, a francuski agent swojego angielskiego subagenta”.

    Pomiędzy Polską a Szwecją występuje w tym temacie gigantyczna asymetria. Szwedzcy agenci mają polskich subagentów. Polscy agenci nie mają subagentów w Szwecji, bo tak jak Polska jest szalenie zainteresowana kulturą i literaturą szwedzką, tak Szwecja polską kulturą raczej nie. Håkan jest odmieńcem i dlatego zabrałam go do Polski: żeby ktoś wreszcie o naszym kraju dobrze napisał.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Wracając do kwestii agentów to Dubravka Ugrešić, moja ukochana, chorwacka eseistka, oczywiście nietłumaczona na szwedzki, więc nie przeczyta jej Håkan, świata agentów nie znosi. Twierdzi, że to ludzie, którzy „węszą dookoła, kombinują i bankietują, udowadniając, że life style też może być zawodem”. Istnieje możliwość, że nie lubi ich tak bardzo, bo wysyłają jej regularnie nie dające wiele nadziei odpowiedzi na jej wołanie o pomoc w znalezieniu zainteresowanych jej twórczością zachodnich wydawnictw. Listy takie brzmią mniej więcej tak: „Wschodni Europejczycy nie są trendy, co oczywiście, jest smutne, ale prawdziwe.”

    Czytanie wzbronione”, eseje w których Ugrešić genialnie opisuje i obśmiewa mechanizmy zachodnich rynków literackich, wyszły prawie dwadzieścia lat temu, ale są nadal bardzo aktualne. Sama Ugrešić do dziś nie jest znana w Szwecji, ale w paru innych krajach tak. Może Europa, którą wolę zwać Środkowo-Wschodnią zaczyna być trochę bardziej trendy, a może Dubravka znalazła w końcu porządnego i skutecznego agenta.

    Sama wiem, że Polska ma genialne festiwale literackie i cudowne miejsca pełne książek, ale w temacie głębi Håkan przesadza. Polski rynek książki jest coraz bardziej komercyjny, choć nadal jego wspaniałą cechą jest otwartość na przekłady i zainteresowanie literaturą z całego świata. Jednocześnie oddałabym królestwo za ten rodzaj komercjalizacji, który sprawiłby , że Polska będzie miała choć jednego prawdziwie skutecznego agenta, który będzie miał swoich subagentów w różnych krajach i będzie wiedział, jak sprzedawać współczesną polską literaturę w świat. Bo ona jest tego warta. Nie mniej niż literatura szwedzka.

    Obiecałam Håkanowi, że jak do tego dojdzie, przetłumaczę mu na szwedzki ów przywieziony z Warszawy numer „Przekroju”. Ucieszył się i czeka niecierpliwie. Choć jako nieuleczalny pesymista także wątpi.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Katarzyna Tubylewicz o skandalu w Akademii Szwedzkiej związanym z Salmanem Rushdiem, wolności słowa i Larsie Vilksie. [wideo]

    Katarzyna Tubylewicz przybliża pewną aferę w Akademii Szwedzkiej związaną z nałożeniem fatwy na Salmana Rushdiego, a także jej konsekwencjach. W materiale znajdziecie też sporo ciekawych informacji o Larsie Vilksie – szwedzkim artyście, na którego również został wydany wyrok śmierci. Na ten temat Niklas Orrenius napisał książkę „Strzały w Kopenhadze” (materiał na ten temat jutro na smaku). Usłyszycie też o wolności słowa, a także „Moralistach” – książce Tubylewicz, w której jeden z rozdziałów jest jej poświęcony.

  • „Nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze”. Z Camillą Grebe rozmawia Katarzyna Tubylewicz

    Z Camillą Grebe, gwiazdą ambitnego, szwedzkiego kryminału – o kobietach w policji, przemocy, lekturach oraz doskonałym „Łowcy cieni” rozmawia Katarzyna Tubylewicz. 

    Twoja powieść „Łowca cieni”, która niedawno ukazała się w Polsce, została uznana przez Szwedzką Akademię Kryminału najlepszym kryminałem roku 2019, otrzymała też tytuł najlepszego kryminału skandynawskiego. Myślę, że dlatego, że bardzo rozszerzasz możliwości gatunku.

    Gatunek jest tylko formą. Od powieści sensacyjnej czytelnik oczekuje zagadki, ale poza tym można ją wypełnić, czym tylko się chce. To dlatego uwielbiam pisać kryminały. Mogą być zaangażowane społecznie, mogą być poetyckie, można wplatać w nie historie miłosne. Powieść kryminalną, poza obowiązkowym wątkiem sensacyjnym da się wypełnić wszystkim. W „Łowcy cieni” opowiadam o tajemniczej serii morderstw, której korzenie sięgają lat 40. ubiegłego wieku, a historia ciągnie się aż do współczesności. Opowiadam ją z perspektywy trzech kobiet, policjantek. Jedna z nich pracuje w latach 70., druga w 80., a trzecia współcześnie. Dzięki tym postaciom udało mi się opisać, jak zmieniła się sytuacja kobiet pracujących w szwedzkiej policji i jak na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci zmieniało się całe szwedzkie społeczeństwo.

    W latach 40. spotykamy pierwszą bohaterkę, Elsie. To dla czytelnika przelotna znajomość, ale ważna. Elsie jest siostrą policyjną. W Polsce nigdy nie było tego typu stanowisk, więc chciałabym, żebyś wyjaśniła, kim były siostry policyjne. Co robiły?

    Zanim do zawodu policjantki dopuszczono kobiety, w Szwecji doszło dopiero w 1958 roku, kobiety mogły pracować w policji, ale tylko jako siostry policyjne. Najczęściej były pielęgniarkami i ich zadaniem było zajmowanie się kobietami, które padły ofiarą przestępstw, ale także samymi przestępczyniami, czasem dziećmi. Siostry policyjne nie miały tych samych uprawnień, co policjanci, ale pomagały w dochodzeniach.

    Czyli pełniły tradycyjne kobiece role opiekunek

    Tak. Myślę, że odzwierciedlało to ówczesne spojrzenie na kobiety i mężczyzn, przekonanie, że bardzo różnią się od siebie. Uważano, że istnieją „unikalne cechy kobiece”, które mogły być przydatne na komendzie. Kobiety miały uzupełniać mężczyzn. Tak wówczas myślano.

    Ciekawe, że w Polsce otwarcie szeregów policji dla kobiet nastąpiło już w 1925 roku. Można powiedzieć, że były takie czasy, w których to Polska stawiała na emancypację wcześniej niż Szwecja… Istniało jednak ograniczenie, pierwsze policjantki musiały być pannami albo wdowami, bo zamężnych kobiet do policji nie przyjmowano. Domyślam się że, nie było im z początku łatwo… Ty poprzez historie swoich bohaterek, zwłaszcza Britt-Marie pracującej na komendzie w latach 70. pokazujesz, jak dyskryminowano policjantki w Szwecji. Britt- Marie pada ofiarą mobbingu . Szef nie traktuje jej jak pracowniczki równej mającym identyczne wykształcenie kolegom. Wiem, że robiąc research, natknęłaś się też na zadziwiające artykuły o policjantkach w szwedzkiej prasie, pełne stereotypów i lekceważenia.

    Tak, było to bardzo zaskakujące. Sama urodziłam się w 1968 roku i nie pamiętam, żebym w czasie dorastania uważała, że jest coś dziwnego w tym, że kobieta pracuje na policji. Ale kiedy zaczęłam czytać prasę z tamtych lat odkryłam, że o kobietach policjantkach pisano z wielką podejrzliwością, że umniejszano ich rolę. Przeciwnicy twierdzili na przykład, że jeśli ładna kobieta będzie siedziała z mężczyzną w radiowozie, to prowadzący policjant może zjechać z drogi, bo będzie zdekoncentrowany.

    Więc przez długi czas zakazywano policjantkom pracy w terenie!

    Tak. Druga połowa artykułów traktowała o „ślicznych policjantkach”, „najpiękniejszej policjantce w Örebro”, „seksownych strojach policjantek” i tak dalej. Takie nastroje panowały do końca lat 70., dopiero potem zawód policjantki stał się czymś normalnym. Moja bohaterka Britt -Marie napotyka w pracy niczym nieskrywaną dyskryminację. Jej szef wyklucza ją z zebrań, nigdy nie pyta o zdanie, jedynym obowiązkiem, który jej przydziela, jest robienie notatek. Tak to właśnie wyglądało w latach 70. Moje bohaterki, które pracują w policji później też napotykają wyzwania i trudności, ale zupełnie innego typu.

    Malin, która pracuje w czasach współczesnych ma o niebo lepszą sytuację zawodową, ale i tak jest jej trudno, na przykład łączyć pracę z macierzyństwem. Zwłaszcza, że nie ma wsparcia od męża . Zastanawiam się, czy nadal istnieje jakiś rodzaj debaty na temat płci w policji.

    Myślę, że przekonanie o tym, iż kobiety i mężczyźni bardzo się od siebie różnią zastąpiono dziś przeświadczeniem, że są tacy sami i że są w stanie wykonywać obowiązki zawodowe w identyczny sposób.

    Pomysł na „Łowcę cieni” narodził się podczas lektury. Podobno zainspirowała Cię książka Michelle McNamara z gatunku true crime „Obsesja zbrodni”, opowiadająca historię poszukiwania seryjnego mordercy zwanego The Golden State Killer.

    Autorka tej książki była dziennikarką i prowadziła stronę internetową poświęconą nierozwiązanym sprawom seryjnych morderstw. Była wręcz opętana postacią The Golden State Killera. Mężczyzna ten przez długi czas gwałcił i mordował kobiety w Kalifornii, ale też w innych stanach. Długo dochodzono do ustalenia, że to ta sama osoba. Z początku nadawano mu różne przydomki w zależności od tego, gdzie akurat działał. Michelle McNamara w trakcie pracy nad książką o nim nieoczekiwanie zmarła. Jest bardzo wzruszające, że książkę ukończyli i wydali redaktorzy z jej wydawnictwa. Sprawa The Golden State Killera pozostawała niewyjaśniona przez dziesiątki lat, więc książka o nim pozwala na spotkanie wielu policjantów pracujących nad tym przypadkiem. Bohaterowie Michelle McNamara starzeją się, przechodzą na emeryturę, umierają, zastępują ich kolejne osoby, społeczeństwo wokół zmienia się, powstają nowe dzielnice miast, inne zostają zburzone. „Obsesja zbrodni” sprawiła, że zrozumiałam, iż opowieść kryminalna tak bardzo rozciągnięta w czasie, daje unikalną możliwość opisania różnych przemian i zjawisk w społeczeństwie. Od rozwoju urbanistycznego miast do przemian w sytuacji kobiet w policji. W tym wszystkim nadal największą atrakcją jest – mam nadzieję – wciągająca historia kryminalna. Chciałam, żeby „Łowcę cieni” można było czytać na różne sposoby, jako zwykły, trzymający w napięciu thriller, ale też jako powieść przedstawiającą jakiś fragment, mało znanej, historii społeczeństwa.

    I rzeczywiście jest tak, że zrobiłaś z kryminału epicką powieść analizującą ciekawe zjawiska społeczne i pokazującą ważne przemiany w Szwecji. Mam wrażenie, że kryminał jest wbrew pozorom gatunkiem pozwalającym na wyjątkowo wiele, między innymi na głębokie społeczne zaangażowanie, ale niewielu autorów w pełni wykorzystuje tę szansę. Ani w Polsce, gdzie rocznie publikuje się około 400 kryminałów, ani w Szwecji, gdzie wychodzi ich rocznie ponad 300. Tobie się to udało. Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o researchu?

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Czytałam mnóstwo książek, jakieś autobiograficzne opowieści policjantów, pracę doktorską o szwedzkiej policji, serię powieści o dawnym Sztokholmie Pera Andersa Fogelströma. Dużo czasu spędziłam w bibliotekach, zwłaszcza w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, czytałam tam gazety z lat 70. i 80. Nie wszystkie informacje zdobyłam, wertując źródła prasowe, dotarłam też do trzech kobiet, które pracowały w policji w różnych latach. Najstarsza miała 75 lat, a najmłodsza 40. Potrzebowałam tego, żeby poczuć, jak kiedyś pracowało się kobietom w policji.

    Czy jakieś anegdoty lub wspomnienia, które opowiedziały Ci te kobiety trafiły bezpośrednio do „Łowcy cieni”?

    Całe mnóstwo detali, które tak naprawdę budują realistyczną opowieść o miejscach i czasie. Na przykład 75-letnia Siv opowiadała mi, że za jej czasów podczas ćwiczeń na strzelnicy nie było ochraniających uszy słuchawek, więc z koleżankami wkładały do uszu łuski po nabojach. Britt-Marie też to robi.

    Czy bałaś się błędów?

    Tak! Kiedy wpadłam na pomysł tej powieści, nie miałam na szczęście pojęcia, ile będzie wymagała pracy, i czego się podjęłam. Pytania mnożyły się bez końca. Jak wyglądała ta ulica w latach70.? Jakie jeździły po niej samochody? Co się jadło? Jakiej muzyki słuchało? Im dłużej zagłębiasz się w historii, im więcej wynajdujesz rzeczy, które charakteryzowały dany czas, tym bardziej kusi, by je wszystkie przedstawić. A to fatalne rozwiązanie. Nie można przeładować książki elementami z epoki.

    Myślę, że udało Ci się wyważyć właściwe proporcje. Ciekawe, że opisując historię seryjnych morderstw, których ofiarami są młode kobiety, samotne matki, pozostawiasz pole dla wyobraźni czytelników. Nie epatujesz przemocą, nie szokujesz opisami tortur i krwią. Trochę wbrew współczesnym tendencjom panującym w literaturze kryminalnej, która epatuje szczegółowymi opisami przemocy wobec kobiet i czyni z przemocy fetysz. W Twojej książce jest paraliżujący strach, ale przemoc jest często czymś niedopowiedzianym.

    Nie lubię epatować przemocą. Chcę pisać książki, które wciągają, ale nie są bardzo krwawe, to nie ma dla mnie żadnej wartości. W seryjnych morderstwach, które opisuję jest sporo symboliki, kobiety są przybijane gwoździami do podłogi w swoich mieszkaniach, tak jakby ktoś chciał zatrzymać je w domu. A jest to tematem książki także w szerszym znaczeniu. Generalnie nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze, bardziej ekscytujące albo bardziej poruszające. Dlatego unikam dosłowności. Myślę, że czytelnicy mają tyle fantazji i wrażliwości, że aby ich poruszyć, wystarczą sugestie. Nie trzeba wdawać się w szczegóły.

    Camilla Grebe w rozmowie z Katarzyną Tubylewicz

    Napisałaś trzynaście książek, kilka z nich w duetach, ale od pewnego czasu pracujesz sama. Myślę, że charakterystyczne dla Twojego pisania jest ciągłe poszukiwanie nowych dróg.

    Łowca cieni” to czwarta część cyklu zapoczątkowanego przez „Stąpając po cienkim lodzie”, po którym przyszły „Uśpienie” i „Dziennik mojego zniknięcia”. W kolejnych książkach powracają niektórzy bohaterowie, ale zaskoczeniem jest którzy i w jakim momencie życia. W „Łowcy cieni” pojawia się profilerka Hanne, którą poznajemy w latach 80., kiedy jej kariera nabiera tempa, a Hanne żyje w nieco toksycznym związku. Tę samą bohaterkę pamiętam z pierwszego tomu cyklu, w którym miała… prawie 60 lat, cierpiała na początki demencji i przeżywała wielką miłość.  Dość wcześnie zdecydowałam, że będę pisała tylko takie rzeczy, które naprawdę chcę napisać. Uważam, że kiedy ja dobrze bawię się pisaniem, to czytelnik bawi się moją książką. Nie byłoby dla mnie interesujące pisanie ciągle o tym samym policjancie rozwiązującym kolejne zagadki morderstw w tym samym mieście. Oczywiście wielu autorów zachowuje ten schemat i tworzy fantastyczne książki, ale dla mnie byłoby to nudne. Za każdym razem potrzebuję stawiać sobie nowe wyzwania, całkowicie zmieniać sposób opowiadania moich historii, tematykę, bohaterów.

    Myślę, że czas zdradzić, że kiedy ze sobą rozmawiamy, jesteś na wakacjach w Hiszpanii, ale nie mogłyśmy zaplanować rozmowy w Sztokholmie po Twoim powrocie, bo na razie do Szwecji nie wracasz. Od pewnego czasu mieszkasz bowiem w Portugalii.

    Przeprowadziliśmy się z moim partnerem do Cascais w połowie grudnia. Przejechaliśmy wtedy samochodem przez pozamykaną przez pandemię Europę. Wszędzie było pusto. Kiedy dotarliśmy do Portugalii, zaczął się tam lockdown, więc przez jakiś czas byliśmy uwięzieni, ale teraz jest nam wspaniale. Oboje pracujemy nad swoimi projektami, ja uczę się jeździć konno.

    Czy chcecie zostać w Portugalii na długo?

    Właściwie nie wiemy. Idea jest taka, że teraz, gdy dzieci każdego z nas są już dorosłe i wyprowadziły się z domu, my możemy przeżyć wielką przygodę. Każde z nas i tak pracuje w domu, więc możemy mieszkać, gdzie chcemy. Nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy zostaniemy w Portugalii na rok czy na parę lat. Dla mojego pisania nie ma znaczenia, gdzie jestem. Najchętniej i tak piszę w łóżku.

    Ile godzin dziennie?

    Są takie okresy, że siedzę nad książką po dwanaście godzin, ale zdarza się to bardzo rzadko. Najczęściej pracuję dwie, trzy godziny. Zawsze też sporo myślę o książce, nad którą pracuję. Pisanie to proces, który trwa nawet wtedy, kiedy się nie pisze.

    Camilla Grebe, fot: Viktor Fremling

    A nad czym teraz pracujesz?

    Nad kolejną po „Łowcy cieni” częścią cyklu, ma roboczy tytuł „Witajcie w wieczności”. Bohaterką jest redaktorka wydawnictwa, której mężem jest bardzo znany pisarz. Mają synów bliźniaków. Po przyjęciu w ich wielkim domu na wsi zostaje zamordowana nastolatka. Szybko okazuje się, że sprawcą jest jeden z synów pary, ale nie wiadomo który. Będzie to powieść traktująca w dużej mierze o rodzicielstwie, ale także o świecie literacko-wydawniczym. Bardzo podoba mi się opisywanie świata, który dobrze znam.

    Twoje książki przetłumaczono na 25 języków.

    Nie wszystkie na te same języki i nie wszystkie na aż tyle, ale w sumie tak. Za to książki wydane po angielsku sprzedają się w wielu krajach, między innymi w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Tak więc choć moje powieści ukazały się w tłumaczeniach na 25 języków, sprzedawane są w znacznie większej liczbie krajów.

    Jesteś częścią fenomenu, który nazywany jest mianem „szwedzkiego cudu kryminalnego” – po szwedzku det svenska deckarundret. Co według Ciebie jest najważniejszą cechą szwedzkich kryminałów, która sprawia, że podbijają świat?

    Myślę, że są dość mroczne i zaangażowane w tematykę społeczną, krytycznie ją analizując. Większość z nas uważnie obserwuje teraźniejszość, przemiany obyczajowe. Mówiąc o sukcesach szwedzkich czy szerzej skandynawskich kryminałów, myślę, że my, współcześni autorzy, zawdzięczamy wiele naszym poprzednikom. Na przykład piszącym w latach 70. ubiegłego wieku autorom: parze Sjöwall i Wahlöö, dziś uznawanym za klasyków, Henningowi Mankellowi i innym doskonałym autorom, którzy otworzyli nam drzwi na świat. Zainspirowali nas też, żeby pisać prozę kryminalną. Myślę więc, że nie chodzi tylko o to, że w Szwecji jest dziś dużo dobrych autorów prozy sensacyjnej, ale także o to, że mamy długą tradycję takiej powieści.

    Po których szwedzkich autorów sięgasz najchętniej?

    Bardzo wielu. Zawsze lubiłam na przykład Håkana Nessera i Åsę Larsson. Lubię też Christoffera Carlssona, och, mogłabym jeszcze długo wymieniać.

    A z autorów zagranicznych?

    Uwielbiam brytyjską autorkę, która nazywa się Belinda Bauer. To pisarka, która mnie najbardziej inspiruje, chcę pisać tak jak ona. Jej książki są czymś pomiędzy powieściami obyczajowymi a kryminałami. Ale warto dodać, że czytam całą masę książek niesensacyjnych; Joyce Carol Oates, Margaret Atwood, Iana McEwana.

    Na koniec nie mogę nie wspomnieć o plotkach związanych z Hollywood. Czytałam, że trwają prace nad amerykańską ekranizacją twojej powieści „Stąpając po cienkim lodzie”. Czy mogłabyś coś o tym powiedzieć?

    Nie wolno mi teraz mówić prawie nic na ten temat, ale to prawda. Na razie nauczyłam się, że świat filmu jest strasznie skomplikowany i bardzo długo trwa, nim jakiś projekt zostanie zrealizowany. Dla pisarza to trochę frustrujące. Pisanie książki zajmuje dużo czasu, ale zawsze wiadomo, kiedy wyjdzie. W branży filmowej funkcjonuje wszystko trochę inaczej, jest mnóstwo rozmów, wszystko trwa i trwa. Ale tak, to prawda, będzie Hollywood.

    Rozmawiała Katarzyna Tubylewicz

  • Sztokholm, miasto uwodziciel

    Jeśli uwielbiacie Skandynawię, a konkretnie Szwecję, a jeszcze konkretniej Sztokholm, to tej książki nie możecie przeoczyć. Sama autorka mówi, że stolica Szwecji to sprytny uwodziciel. Jakie to miasto jest naprawdę? Co kryją w sobie dzielnice Sztokholmu, jak wpływa na nie polityka, ile czasu zajmuje dotarcie z centrum na bezludną wysepkę? O tym wszystkim przeczytacie już na początku kwietnia, bo wtedy w księgarniach pojawi się najnowsza książka Katarzyny Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”. Poczujcie przedsmak, zobaczcie wideo.