Tag: książki piłkarskie
-
Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz.4
Mam w ręku pozycję unikatową, książkę Michała Okońskiego „Futbol jest okrutny”. Została wydana pięć lat temu, ale nadal jest w dystrybucji, więc nie chodzi o jakiś szczególny wysiłek związany z jej zakupem. W tym przypadku chodzi o to, co w literaturze najważniejsze, a nie jest nią ani dystrybucja, ani reklama, ani okładka tylko zawartość, zawartość rozumiana jako treść, styl i przesłanie.
W przypadku pisania o futbolu to rzecz doprawdy unikatowa, bo trudno dzisiaj przeczytać coś, co nie jest podane w sposób inny niż skrótowy, coraz mniej miejsca dla prawdziwych erudytów, ludzi których wiedza i horyzont życiowe nie kończy się na wysokości linii boiska czy drzwi do szatni. Współczesny czytelnik żąda konkretu, esencji, a najczęściej po prostu sensacji, a rzadko kiedy zmuszenia go do wysiłku. Rynek zalewają powiastki o herosach, których sława przebrzmi za miesiąc oraz o tych, którzy gdyby nie a) kasyno, b) alkohol, c) menedżer, d) dziewczyny, e) niezależność, bo jakiś trener nie będzie mu mówił co ma robić i f) przypadek (niepotrzebne skreślić, choć najczęściej występuje cała paleta) zrobiłby światową karierę. Rozprawki o celebrytach oraz miernotach napisane najczęściej nieporadnie i zredagowane pospiesznie. Ale chwała Panu na niebiosach, że obdarzył kilku ludzi znających się na futbolu także darem posługiwania się słowem pisanym, umiejętnością obserwowania świata oraz wiedzą wykraczającą poza sferę gry i statystyk. I cierpliwością oraz konsekwencją, bo to jest teraz niezwykle ważne. Może dlatego coraz trudniej przeczytać o piłce coś co wyszło spod pióra Jerzego Pilcha, Tomasza Wołka czy Wojtka Kuczoka? Szkoda, bo brakuje ich tekstów, pewności że któryś z nich skomentuje to co dzieje się na piłkarskich boiskach w sposób odbiegający od sztampy i dysponując szerszym niż sportowe, zestawem narzędzi. Nie znaczy to, że czytelnik oczekujący czegoś więcej niż analizę gry lewą nogą napastnika X, informacji o taktyce zespołu Y oraz nowym aucie pomocnika Z jest zdany na archiwalne numery Sportowca, Piłki Nożnej, Przeglądu Sportowego czy Gazety Wyborczej. W Rzeczpospolitej wciąż pisze dziarski emeryt Stefan Szczepłek, jego wychowanek, Michał Kołodziejczyk działa z wielkim smakiem i wyczuciem w Wirtualnej Polsce, nie ma jeszcze dość Darek Tuzimek publikujący na swoim portalu futbolfejs.pl, jest zacna ekipa Kopalni Futbolu. I jest także, a może przede wszystkim Michał Okoński, który podobnie jak wyżej wymienieni nie zważa na nieustannie postępującą pauperyzacją rzemiosła felietonisty sportowego, do której prowadzi wysyp internetowych witryn celujących w przepisywaniu z błędami i bez zrozumienia.

W świecie coraz bardziej barbarzyńskim i nieskomplikowanym, miejscami wręcz prymitywnym, autor bloga Futbol jest okrutny i publicysta Tygodnika Powszechnego wyróżnia się pisząc o piłce pięknie i z pasją, mając do tego szeroką wiedzę o świecie. Gdyby chciał, to ze swoim znakomitym piórem, otwartą głową i inteligencją mógłby poświęcić się całkowicie czemuś innemu, skupić się na czymś, jak to ujmują ludzie pasji futbolowej nierozumiejący, poważnym. Na szczęście dla czytelników udawało mu się i wciąż udaje łączyć obowiązki dziennikarza i pisarza „poważnego” publikując – zamknięte w książkach rozmowy z siostrą Małgorzatą Chmielewską (Wszystko, co uczyniliście…) i z księdzem Tomaszem Węcławskim (Pascha Jezusa) oraz redagując wybór publicystyki Jerzego Turowicza (Bilet do raju), a także pisząc w Tygodniku Powszechnym o stosunkach polsko-żydowskich. Krótko mówiąc zawodnik wagi ciężkiej, który ma nieustający romans z czymś tak niepoważnym i wulgarnym jak piłka nożna. I nic dziwnego, bo w tym pospolitym świecie, w którym wszystko obraca się nie wokół słońca lecz kawałka powietrza zaszytego w skórze pławili się bądź jeszcze pławią; Jan Paweł II, Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Wiktor Osiatyński, Jan Miodek, Jerzy Pilch, Jo Nesbo, Milan Kundera, Vladimir Nabokov, Paulo Coelho, Henry Kissinger i Albert Camus. Ten ostatni powiedział „prawie wszystko, co wiem o obowiązkach i moralności, zawdzięczam uprawianiu sportu i temu, czego się nauczyłem, stojąc na bramce w RUA” (RUA – klub piłkarski Racing Universitaire d’Alger). Bo futbol, mimo że jest rozrywką plebejską, to także część kultury wyższej i sam w sobie niesie ze sobą wartości te same, które leżą u podstaw spraw uznawanych za najważniejsze i niepodważalne. Czytając książkę Michała Okońskiego Futbol jest okrutny przypomnimy sobie, że piłka nożna to stan nie tylko najprostszych emocji i złej energii, ale także wzruszeń, najwyższych doznań i wręcz filozoficznej zadumy. Brzmi to jak pocałunek śmierci, że to przeintelektualizowana nuda? Otóż nie, autor posługuje się słowem płynnie, zdania i rozdziały skonstruowane są kunsztownie, ale bez niepotrzebnych fajerwerków, bez samozachwytu nad swoją erudycją, wiedzą o futbolu i znajomością efektownych sformułowań. Zamiast popisów jest za humor, lekkość jaką znają czytelnicy Nicka Hornby, którego rzecz jasna Okoński przywołuje w swojej książce. Inny jest gatunek literacki, ale narracja podobna, obaj panowie brną przez trudne życie fanów londyńskich zespołów, Hornby Arsenalu, którego grę opisywał jeszcze przed epoką Wengera, a Okoński Tottenhamu, co Jerzy Pilch, kibic okrutnie doświadczanej Cracovii podsumował „nie przypuszczałem, że Tottenham jest aż taką Cracovią”.

www.unsplash.com/Rémi Jacquaint Futbol jest okrutny czyta się znakomicie, bo autor pisze zgodnie z tym jak zatytułował jeden z rozdziałów – Piłka jest opowiadaniem. Książka zawiera opowiadania o meczach, dziesiątkach spotkań, znajdujemy w niej liczne anegdoty i cytaty. Nie trzeba być znawcą futbolu by się w to wszystko wciągnąć, bo Okoński pisze na co dzień nie dla sportowej gawiedzi, a dla wyrobionego czytelnika Tygodnika Powszechnego, a książka wydana została przez wydawnictwo Czarne, które nie kojarzy się zbyt nachalnie z futbolem. Mając świadomość, że będzie czytana przez profanów, autor umieścił przypisy tłumaczące niektóre pojęcia i wyjaśniające konteksty. Swoją drogą jest to także pożyteczne dla tych, którzy uchodzą za wyjadaczy, ale jak przychodzi co do czego, to nie do końca wiedzą czym się różni menedżer od trenera. No i PESEL! młodsi nie że zawsze wiedzą, że Arsenal miał przed Emirates jakiś inny stadion, a starsi… Wiadomo, sentymenty i wspomnienia działają jak balsam. Może dlatego Okoński kupił mnie także wspomnieniami z lat przełomu oraz (czy ktoś jeszcze pamięta?), zeszytem ze Strzegomia i… Garrym Mabbuttem. Tak, był taki piłkarz, który grał w ulubionym klubie Michała Okońskiego.
Futbol Okońskiego jest okrutny i romantyczny, brutalny i piękny, finezyjny, pełen strategii niczym z najbardziej wyrafinowanej polityki czy kampanii wojennej, prosty jak przystało na najprostszą grę. I zabawny. Przypomnienie piżamowego protestu kibiców Malagi, którzy przyszli ubrani jak do sypialni, a nie jak na mecz, by zaprotestować przeciwko później porze rozegrania spotkania, przypowieść o nadawaniu dziecku imienia, które by korespondowało z piłką nożną. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo któż potrafi uciec przed niemożliwym, czyli gdybaniem, co by było gdyby trafił, gdyby nie skiksował, gdyby nie dostał kartki. Jest niewidomych kibicach, o tym jak w północnym Londynie można z Niemca przeistoczyć się w Żyda, ale także jak pieniądze mogą zabić ukochaną dyscyplinę sportu, a kibole zohydzić uczestniczenie w meczu, który z misterium staje się seansem nienawiści.
Pojawiło się już nazwisko Nicka Hornby, autora Futbolowej gorączki, i nie jest to jedyne nazwisko spoza świata piłkarzy, trenerów i prezesów. W książce Futbol jest okrutny występują także Martin Luther King, bo właśnie jego słowami „miałem sen” autor komentuje problem rasizmu na stadionach i wyraża nadzieję, że piłka nożna da z tym sobie radę. Są liczne nawiązania do twórczości Karola Maya (mnie jego książki nie porwały, zostałem na etapie niemieckich filmów), pojawia się Jorge Luisa Borges. Argentyński poeta piłki nie znosił, ale fascynowali się nią Ken Loach, Salman Rashdi, Marek Bieńczyk i Albert Camus, ich słowa znajdziemy w książce Michała Okońskiego. Mocną pozycję w bibliografii mają dwie książki; Postfutbol, wspólne dzieło Mariusza Czubaja (tak, tak tego od kryminałów), Jacka Drozdy i Jakuba Myszkorowskiego oraz Jak futbol wyjaśnia świat Franklina Foera. Przychylam się także do opinii Michała Okońskiego, że książka Rafała Steca Piłka sss…..kopana była niesłusznie niezauważona i że warto po nią sięgnąć aby zrozumieć co się stało z polskim futbolem, jak nisko w pewnym momencie upadł. To wspaniałe lektury, dla tych kibiców i czytelników, który wyszli już z grupy dla poczatkujących i trafili do tej zrzeszających mocno zaawansowanych zwolenników doskonałego futbolu i równie dobrych lektur. Jako, że Futbol jest okrutny skonstruowany jest jako rozgrzewka, pierwsza połowa, druga połowa, dogrywka i zamiast rzutów karnych, to czekam na to co powinno być w tej sytuacji nieuniknione, na rewanż, czyli na Futbol jest okrutny II. Oczywiście można, a nawet nie trzeba czekać, tylko od razu kliknąć i wejść na blog Michała Okońskiego, który na bieżąco komentuje to dzieje się w futbolowym świecie.
Grzegorz Kalinowski
-
„Panowie, szanujmy wspomnienia i…klasykę”, lektury mundialowe, cz.3
Książki na mundial, część trzecia. Dużo ich. Oddajmy głos autorytetowi i dżentelmenowi, co wielokrotnie, w tym także w kontaktach z paniami udowadniał, prezesowi PZPN, Zbigniewowi Bońkowi „Przed mundialem powstają tysiące książek, książeczek o reprezentacji. Niektóre przeczytałem i muszę ogłosić krótką recenzję: „To gówienko”. Podniecanie się błahymi rzeczami.” Tak oto wielki Zibi, w rozmowie z dziennikarzem Przeglądu Sportowego, z właściwą sobie delikatnością i taktem zachwalał pisane lub wznawiane z myślą o mistrzostwach świata książkowe pozycje dotyczące futbolu. Aż się boję pomyśleć jak Wielki Rzymianin z Bydgoszczy ocenia grę naszej kadry na rosyjskich mistrzostwach, w każdym razie ja się także nie podniecam książkami i książeczkami, które jeśli się nie sprzedały przed meczem z Senegalem, to tym bardziej nie sprzedadzą się po przesławnych batach z Kolumbią. Najpierw zostaną przecenione, a następnie znikną z lad księgarskich i półek w tempie w jakim chcielibyśmy zapomnieć o występie polskiej reprezentacji. Za to na pewno odżyją wspomnienia, i z pewnością niejeden powie, kiedyś to nasi grali… Na pewno też, znów tu i ówdzie padnie magiczne hasło Wembley. A jak Wembley i słynny remis 1:1 w roku 1973, to tylko jedna książka, niezwykły reportaż… Wiktora Osiatyńskiego. Profesor zanim został profesorem, zanim zaczęto go kojarzyć z walką o prawa człowieka, Fundacją Helsińską, pracami na temat alkoholizmu, analizami i opracowaniami dotyczącymi USA, był także reporterem i to reporterem sportowym. W 1974 wyszła jego książka Przez Wembley do Monachium, a w pięć lat później Wimbledon’79. Oba reportaże wznowiło przed rokiem wydawnictwo Dowody na Istnienie, umieszczając je w zbiorze Wembley, Wimbledon. Czy warto czytać o czymś co zdarzyło się czterdzieści i więcej lat temu?

fot: Grzegorz Kalinowski Przecież od tego czasu byli nowi mistrzowie, przecież stare Wembley nie istnieje, a na Wimbledonie, w roku 2009 kort centralny zadaszono, a wcześniej wybudowano Court One mieszczący jedenaście tysięcy miejsc. Warto, i to jak! To nie relacja w stylu; podał, strzelił, wygrał przegrał, to absolutne wyżyny reportażu, zapis emocji, nastrojów, sportowego misterium, zarówno jego wielkości, jak i ciemnych mocy mu towarzyszących. To ponadczasowy, nie starzejący się opis dwóch sportowych wydarzeń, wciąż aktualny, bo pokazujący je od podszewki, bo opisujące człowieka, a nie wyniki i trofea, do tego podane w mistrzowski sposób. Wstęp do książki napisał jeden z najlepszych publicystów piłkarskich Michał Okoński. Autor fantastycznego cyklu felietonów, bloga i książki „Futbol jest okrutny”, tak zachęca do lektury Wembley, Wimbledon; Nikt nie pisał o sporcie tak jak Osiatyński. I pewnie dlatego, że w gruncie rzeczy nie o sporcie on pisał, a o ludzkich sprawach, jego pisanie przetrwało. Zgoda, ale ujął bym to trochę inaczej, Osiatyński pisał nie tylko o sporcie, ale także o jego otoczce, o kibicach, prasie, pieniądzach. Pisał o tym, co wtedy dla nas było egzotyką, czymś niezrozumiałym, może wręcz cyrkiem zza Żelaznej Kurtyny. Nie była ona już tak szczelna i opresyjna jak tuż po wojnie, ale wciąż dzieliła Europę na dwie części, czyniąc ją zupełnie odmiennymi bytami politycznymi, społecznymi, kulturowymi, a także sportowymi.

Grzegorz Kalinowski, fot: Piotr Wachnik i Damian Deja Niezwykłe są opisy reakcji naszych piłkarzy na angielskie brukowce. Tak, brukowce, bo to brukowce, tylko że jakieś ćwierć wieku sami zaczęliśmy je produkować i ich wydawcy zaczęli je dumnie nazywać bulwarówkami i tabloidami. Wiktor Osiatyński pisał o sensacyjnej, szczującej ludzi przeciwko sobie prasie czterdzieści cztery lata temu, ale jej istota się nie zmieniła, warto się więc zapoznać z jego obserwacjami. Wystarczy otworzyć Jego książkę na chybił i trafić na piękne zdanie – Lepsi, gorsi. Jak to jest z tym sportem? Kto jest lepszy, a kto gorszy? Czym lepszym nie jest z natury rzeczy ten, kto wygrywa?, te pytania postawił Osiatyński tym, którzy pisali po meczu na Wembley, że sukces był po stronie zespołu gorszego, czyli Polski. Albo cytowane przez Niego uwagi fachowców przed meczem, na przykład ta z The Peolple Domarski nie nadaje się do występowania w takiej drużynie jak polska, która stała się groteskową i kompromitującą, bo to właśnie Jan Domarski strzelił gola Anglikom i stał się obok Tomaszewskiego bohaterem polskiej drużyny. Do tego fantastyczne rozmowy z Deyną, który uchodził za niemowę, krótka historia brytyjskiego futbolu wraz z jej tłem społecznym i bezcenne obserwacja zza kulis tego co działo się podczas zgrupowania polskiej kadry oraz na i po Wembley. Przeczytałem to po raz pierwszy jak miałem osiem lat, bo dostałem Wembley za dobre wyniki w pierwszej klasie podstawówki. Wiedziałem już wtedy, że piłka będzie ze mną przez całe życie, ale nie miałem pojęcia, że kiedyś będę dziennikarzem, komentatorem, pisarzem, że spotkam kiedyś Wiktora Osiatyńskiego, a on wpisze mi się w następujący sposób;
Panu Grzegorzowi Kalinowskiemu – za zdanie na piątkę do drugiej klasy – też, oraz za to że z tymi piątkami zrobił Pan coś sensownego, no i z wdzięcznością za pamięć
Wiktor Osiatyński
16 X 2003

fot: Grzegorz Kalinowski Mam zatem do tej książki stosunek niezwykle osobisty, to fakt któremu nie da się zaprzeczyć, ale nie dlatego sięgam po nią od czasu do czasu, by mieć jeszcze raz osiem lat i przeczytać miłe słowa Wiktora Osiatyńskiego na mój temat. To arcydzieło, podobnie jak i Wimbledon, który zacząłem czytać. Idzie szybko, także na pewno zdążę przed niedzielą 15 lipca, czyli dniem w którym odbędą się dwa wielkie, sportowe wydarzenia; w Londynie finał największego tenisowego turnieju, a w Moskwie mecz kończący piłkarski mundial.
-
Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz. 2
No i zaczęło się na dobre. Mundial. Baty z Senegalem, epickie żale, rozrywanie szat, płacz i zgrzytanie zębami. Tak reagują niedzielni kibice, którzy przez cały boży rok zasiadają przed telewizorem od święta, a raz na parę lat jadą na „reprę”. Co innego kibice notoryczni, zaprawieni w nieustannych bojach, przeżywający wzloty i upadki przez okrągły, jak futbolówka rok. Utracone mistrzostwa, haniebne derbowe porażki, monstrualne błędy sędziów, tragikomedie w wykonaniu własnych graczy, nasz środkowy napastnik, który jeśli nie jest niewidomy to z pewnością ma zeza, bramkarz o dziurawych dłoniach i wreszcie te przeklęte doliczone minuty, w który rywal pakuje piłkę do naszej siatki. Cierpiętnicze życie, w którym na głowy nieustannie spadają egipskie plagi i rzadko kiedy świeci słońce, syzyfowy wysiłek dopingowania swojej drużyny, pasmo wzlotów, a najczęściej upadków, codzienność po prostu. A nawet jak jest mistrzostwo, to nie takie jak być powinno bo nie tak wielkie jak euforia z początku sezonu. Tak zwani Janusze i Andrzeje, czyli sezonowcy i festyniarze, kibice niedzielni i od święta traktują futbol jak wakacje, które się odbywają raz na dwa lata, wyjazd integracyjny, karnawałową zabawę, wesele znajomych, jarmark czy odpust. To przychodzi i odchodzi, nie tkwi głęboko pod skórą, nie wypełnia głowy, nie jest stanem permanentnym, jak u nas, prawdziwych, pełnoetatowych kibiców, tematem numer jeden we wszystkich rozmowach między nami, opętanymi przez futbol. Nasz świat, nasze maniactwo, stan określany często przez profanów jako chorobowy, nienormalny i bliski dewiacji opisuje w swojej książce „Futbolowa gorączka” Nick Hornby. Już na pierwszych dwóch stronach nasz bohater, czyli sam autor, bo powieść jest formą autobiografii, wyłuszcza w czym tkwi problem. Leży w łóżku z dziewczyną, pije poranną kawę i myśli o… Arsenalu. Zapytany przez swoją partnerkę o czym myśli odpowiada że o literaturze, filmie i polityce, no bo przecież, nie powie, że o futbolu!

www.unsplash.com/John O’Nolan „Gdybyśmy za każdym razem mówili prawdę, nie potrafilibyśmy stworzyć związku nikim ze świata realnego”. Dobry początek? Jak dla mnie okey, bo prawdziwy, oddający skalę problemu, nakreślający ją w sposób mistrzowski. Później jest jeszcze lepiej, bo każdy kolejny etap życia bohatera to… mecz Arsenalu? Cześć z czytających rozumie i kiwa głowami, ale większość już szykuje się do wpisania „Futbolowej gorączki” do swojego prywatnego indeksu ksiąg zakazanych. Stop! To trzeba przeczytać, żeby zrozumieć, nas kibiców, maniaków, wariatów, hobbystów i pasjonatów. Nazywajcie nas jak chcecie, ale dajcie szansę i spróbujcie wniknąć w nasze dusze. Są między nami ludzie każdego autoramentu, prości i wykształceni, faszyści i geje, kapłani i ateiści, furiaci i romantycy, młodzi i starzy, weseli i smutni, przedstawiciele każdej z ras i religii oraz profesji. Życie każdego z nas kroczy od meczu do meczu i każdy z nas może o tym opowiedzieć, ale tylko Nick Hornby ma taki talent (w końcu nie uznający żadnych świętości Paweł Zarzeczny powiedział o nim, że można mu buty czyścić) a może po prostu za sprawą patrona piłkarstwa, świętego Luigiego Scrosoppiego doznał iluminacji i popełnił dzieło wnikające w duszę futbolowego kibica. „Futbolowa gorączka” to literatura obowiązkowa dla każdego kto chce nas poznać, dzięki niej można zrozumieć dlaczego w 2002 roku tuż przed Mundialem w Azji profesor Miodek zapytany czego by bardziej chciał, mistrzostwa świata dla Polski czy mistrzostwa Polski dla Ruchu, odparł że to drugie! Łatwiej też będzie pojąć wyniki badań, które przeprowadzono w Anglii, z których wyszło, że zdecydowana większość kibiców potrafi wytrwać przez całe życie z jednym klubem niż z tą samą kobietą. To lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy zagłębią się egzotyczną umysłowość kibica i będą chłonąć lekturę jak opowieści Tony Halika czy „Życie seksualne dzikich” Bronisława Malinowskiego, także dla każdego z nas, prawdziwego kibica, by przekonać się jak pięknie, uczciwie, z pasją i poczuciem humoru opisać nasz futbolowy zakon. Oczywiście nie każdy z nas jest taki sam, bo oprócz tego, że chorujemy na futbol to często mamy także inne schorzenia, które z zapałem w sobie pielęgnujemy. Na moim egzemplarzu „Futbolowej gorączki” jest dopisek „nic nie ma znaczenia poza piłką nożną”. To nie do końca prawda, bo jest jeszcze miłość, przyjaźń i rock and roll. Hornby opisuje nie tylko pasję kibicowską, ale także swoje muzyczne fascynacje. Dla mnie, człowieka, który przez 20 lat zawodowo zajmował się piłką, a niezawodowo ogląda w roku setki spotkań z czego kilkadziesiąt na stadionie, a w garażu trzyma około trzech tysięcy płyt „Futbolowa gorączka” ma na półce swoje honorowe miejsce. Najlepiej kupić ją z powieścią „Miłość w stereo”, w której Hornby opisuje świat kolekcjonerów płyt i Piotrusiów Panów. Tak, Piotrusiów Panów, bo my, faceci, bardzo często najlepiej czujemy się w krótkich spodenkach, a Hornby opisuje nas jak nikt inny, a jeśli sama pisana rekomendacja nie wystarczy, przypomnijcie sobie nakręcony według jego powieści film „Był sobie chłopiec” z Hugh Grantem.


