Księgarnie są miejscami magicznymi. Zawsze to wiedziałam i czułam. W dobrej księgarni można jednocześnie poczuć euforię (bo jest tyle fascynujących i pachnących nowością książek do przeczytania!) i kojący spokój – czytanie książek i ich przeglądanie na księgarnianych półkach to nie jest szybkie zajęcie, to raczej cudowna, uważna powolność. Księgarnia jest zwykłym sklepem, ale zarazem zupełnie nie. Jest to na przykład jedyny rodzaj sklepu na świecie, z którego można wyjść odrobinę mądrzejszym – w dobrej księgarni można bowiem spędzić sporo czasu i trochę poczytać.
W Sztokholmie nie ma dostatecznie dużo naprawdę dobrych księgarń, ale trochę ich się ostało. Prawie codziennie zaglądam do księgarni Hedengrens, jednej z najstarszych w mieście. Istnieje od 1897 roku, zdążyła przez 300 lat zmienić nazwę i miejsce, ale nadal jest i jestem w niej zawsze bardzo miło widziana, bez względu na to, czy coś kupuję, czy nie. A jeśli zapytam o interesujący mnie tytuł, osoba za kontuarem nie będzie piętnaście razy prosić o powtórzenie nazwiska, bo tak jak ja czyta i zna się na literaturze. I tak powinno być w dobrej księgarni.

Żyję już na świecie tyle lat, że pamiętam – z dzieciństwa, ale pamiętam – jakim oknem na świat były Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki i jak wspaniałe były powstałe z nich w latach ’90 salony Empik – było tam tyle świetnych książek, taka przestrzeń dla spragnionego lektury umysłu, taki wybór tytułów zamiast stosu plastikowych kubków, obok których leżą stosy książek wydanych przez wydawców, których stać na wybulenie SIECI za wyeksponowanie tego, czym chcą zachwycić czytelników, przez co raczej nie jest to literatura, ale poczytne książki kucharskie, poradniki jak usidlić faceta oraz jak się odchudzić, a także różne pseudoliterackie dziwolągi, które może już pisze AI, może nie, cholera wie, w każdym razie literatury jest mało, chociaż oczywiście się zdarza. Na szczęście! Zawsze przeżywam uniesienie, gdy widzę, że wśród bestsellerów Empiku jest takie cudo jak „Chłopki” Joanny Kuciel Frydryszak – za to chcę wybaczyć Empikowi wszystkie grzechy i nadal wierzę, że stanie się jeszcze siecią księgarń, do których będę biegła jak na skrzydłach (a może pobiegnę tak do nowej siedzibym EMPiK-u na rogu Marszałkowskiej i Alej w byłym pawilonie Cepelii? Może tam już jest tak, jak być powinno?) Na razie sieć nie zaspakaja mojej tęsknoty za księgarnią, bo księgarnia to jest miejsce, w którym rozumie się, czym jest jakość i w którym znający się na książkach księgarze i księgarki decydują, co gdzie będzie leżało. W moich ulubionych księgarniach w Szwecji (i nie tylko) księgarze i księgarki piszą nawet własne recenzje książek i eksponują je na półkach. To nie są miejsca czystej komercji. Księgarnia to jest po prostu kapitalizm z ludzką twarzą, którego tak bardzo nam dziś brak. Dobra, duża i piękna księgarnia to także wizytówka miasta. Jeśli miasto jest międzynarodowe, w księgarni są książki w różnych językach.
Kiedy biegam po mojej ukochanej Warszawie zachwycam się wszystkim poza tym, że większość dobrych księgarń już nie istnieje. Zniknęły, albo zostały zredukowane. Warszawa zaczyna przypominać poksięgarniany grobowiec. I podobnie jest w innych polskich miastach. Jest to kompletnie niezrozumiałe, zważywszy na przykład na to, jak dużo się Polsce odbywa targów książki i jakie tłumy je odwiedzają. Czy włodarze polskich miast tego nie widzą? Czy dlatego skąpią kasy na pomoc księgarniom, bo nawet jeśli trochę im pomagają (Warszawa podobno trochę obniża czynsz), to nadal nie rozumieją, że księgarnia to nie jest ani sklep z butami, ani sklep papierniczy z dodatkiem plastikowych wyrobów z Chin i walającymi się w tyle poradnikami, jak zrobić mu dobrze i jak jeść, a zarazem nie jeść i że dlatego obowiązkiem miast jest WALKA o to, by było w nich mnóstwo wspaniałych księgarń? Księgarnia to jest miejsce, w którym jest półka z klasyką literatury, w którym eksponuje się także to, co niszowe, a szalenie dobre, na przykład filozofię i poezję. To jest takie miejsce, tylko znacząco WIĘKSZE jak warszawskie Korekty, albo Tarabuk, albo Big Book Cafe czy Wrzenie Świata. Grażyna Plebanek pisze na Facebooku ” W Londynie księgarnie żyją. Nowe i używane książki mają się dobrze, a na każdej ulicy handlowej znajduje się przybytek z książkami. Kupują ludzie w każdym wieku. To jakaś zagadka, zwłaszcza wobec doniesień, że w Warszawie nawet tuż przy Uniwersytecie, księgarnie znikają.” I to jest prawda. Słowa Plebanek przypominają mi o wszystkich moich pobytach w najwspanialszych miastach świata, w Nowym Jorku, w Londynie, w Paryżu, w Lizbonie, czy w Tokio w każdym z nich (także w Tokio choć nie znam słowa w języku japońskim) godzinami łaziłam po wspaniałych, ogromnych księgarniach. Księgarnie to są przecież dusze miasta. Nie da się zrozumieć miasta ani kraju bez połażenia po księgarniach.



