Tag: Lee Child

  • „Czas przeszły”, fragment najnowszej powieści Lee Childa

    Hoł, hoł, hoł! Jesli jeszcze nie zostaliście pokonanie przez pierniki, sałatki oraz serniki, to przeczytajcie fragment „Czasu przeszłego”, najnowszej książki Lee Childa. Premiera już 16 stycznia. Smacznego!

    W małym miasteczku na wybrzeżu Maine Jack Reacher schwytał ostatnie promienie letniego słońca, a potem, tak jak ptaki na niebie, rozpoczął długą wędrówkę na południe. Ale nie, nie brzegiem morza. Nie jak kacyki, trznadle, tyranki, lasówki czy kolibry o rubinowych gardziołkach. W przeciwieństwie do nich postanowił wziąć kurs na skos, na południowy zachód, z prawego górnego rogu kraju do lewego dolnego, może przez Syracuse, Cincinnati, Saint Louis, Oklahoma City i Albuquerque, a stamtąd jeszcze dalej, aż do San Diego. Gdzie, jak dla byłego wojskowego, takiego jak on, kręciło się trochę za dużo marynarzy, ale można było przyjemnie rozpocząć zimę.

    Miała to być prawdziwie epicka podróż, wyprawa, jakiej nie podejmował od lat.

    Nie mógł się już doczekać. Nie zawędrował daleko.

    •••

    Kilometr, może półtora kilometra od wybrzeża natrafił na wiejską drogę, więc stanął na poboczu z uniesionym kciukiem. Wysoki – w butach miał prawie sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – potężnie zbudowany, z samych mięśni i kości, niezbyt przystojny, nie za dobrze ubrany i nieco zaniedbany, nie należał do tych, których chętnie się zabiera. Jak zwykle większość kierowców zwalniała, przyglądała się, po czym jechała dalej. Pierwszy, który gotów był zaryzykować – szczupły mężczyzna w średnim wieku – nadjechał po czterdziestu minutach, rocznym kombi subaru. Był w chinosach i wyprasowanej koszuli w kolorze khaki; pewnie ubierała go żona, bo na palcu miał obrączkę. Ale pod gatunkowymi spodniami i koszulą kryło się ciało robotnika. Gruba szyja, duże, czerwone kłykcie – sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego tym, że jest biznesmenem, i wcale nie zachwyconego. Jak ktoś, pomyślał Reacher, kto zaczyna od kopania dziur w ziemi i kończy jako szef firmy zajmującej się stawianiem płotów i ogrodzeń.

    www.unsplash.com/Christoph Krichenbaue

    Trafił w dziesiątkę. Już na początku rozmowy okazało się, że – nie licząc starego młotka stolarskiego ojca – facet zaczynał dosłownie z niczym, żeby po latach zostać właścicielem firmy budowlanej zatrudniającej czterdziestu pracowników i odpowiedzialnej za nadzieje i marzenia sporej grupy klientów. Zakończył swoją opowieść lekkim skrzywieniem twarzy, grymasem, z którego przebijały jankeska skromność i szczere zdumienie, miną z cyklu: Jakim cudem? Dbałość o szczegóły, pomyślał Reacher. Siedział obok niego ktoś, kto miał lekarstwo na wszystko, człowiek bardzo dobrze zorganizowany i sypiący starymi maksymami, ktoś o żelaznych poglądach, z których jeden mówił, że pod koniec lata lepiej się trzymać z dala zarówno od międzystanówki I­95, jak i od drogi numer jeden, co więcej, lepiej jest jak najszybciej dać nogę z Maine, czyli zboczyć z utartego szlaku na dwójkę, pojechać prosto do New Hampshire i zahaczyć o południowe przedmieścia Berlina, gdzie jest kilka bocznych dróg, którymi migiem dojadą do Bostonu. Bo tam właśnie jechał, na spotkanie w sprawie marmurowych blatów. Co Reacherowi w sumie odpowiadało. Równie dobrze mógł zacząć wędrówkę od Bostonu, nie widział w tym nic złego. Zupełnie nic. Mógł stamtąd pojechać prosto do Syracuse. A potem do Cincinnati przez Rochester, Buffalo i Cleveland. Może nawet przez Akron w Ohio. Bywał w gorszych miejscach. Głównie w wojsku, służbowo.

    Ale nie dojechali do Bostonu.

    Po pięćdziesięciu kilku minutach jazdy wyżej wspomnianymi bocznymi drogami New Hampshire mężczyzna odebrał telefon. Nawiasem mówiąc, nie przesadzał, bo drogi okazały się rzeczywiście dobre i jego plan miał ręce i nogi. Ruch? Żaden. Ani korków, ani objazdów. Cały czas pruli prawie setką, równo i bez wysiłku. Dopóki nie zadzwonił telefon. Był podłączony do radia i na ekranie nawigacji ukazało się czyjeś nazwisko z miniaturową fotografią w charakterze pomocy wizualnej, w tym przypadku zdjęciem rumianego mężczyzny w kasku budowlańca z podkładką do pisania w ręce. Pewnie brygadzisty. Kierowca dotknął przycisku i w samochodzie rozległ się głośny syk, ze wszystkich głośników naraz, jak w stereo do kwadratu.

    Oby to była dobra wiadomość – powiedział do lewego słupka.

    Ale wiadomość była zła. Chodziło o inspektora z miejskiego wydziału budownictwa i o metalową okładzinę przewodu kominowego w kominku w holu wejściowym, szybu doskonale izolowanego, w stu procentach zgodnie z przepisami, sęk w tym, że nie można było tego sprawdzić wizualnie bez zrywania kamieniarki, w tej chwili na dwa piętra wysokiej, prawie ukończonej – za tydzień wchodziła tam ekipa tynkarzy – albo bez zrywania robionej na zamówienie stolarki z orzecha w jadalni po drugiej stronie szybu, albo rozpruwania palisandrowej stolarki w garderobie na piętrze, nad kominkiem, co byłoby jeszcze bardziej skomplikowane. Inspektor, uparty palant, miał to gdzieś i chciał zobaczyć wszystko na własne oczy.

    Kierowca zerknął na Reachera i rzucił: – Który to? – Ten nowy – odparł budowlaniec w kasku. – Wie, że dostanie indyka na Święto Dziękczynienia? – Powiedziałem mu, że gramy w tej samej drużynie. Kierowca znów zerknął na Reachera, jakby prosił go o pozwolenie albo przepraszał, a może prosił i jednocześnie przepraszał.

    Zaproponowałeś mu kasę? – Pięć stów. Nie chciał wziąć. Wtedy stracili zasięg. Brygadzista zabulgotał jak wrzucony do wody robot, a potem umilkł. Na ekranie nawigacji ukazał się napis, że komórka szuka zasięgu.

    Jechali dalej.

    Po co komu kominek w holu wejściowym? – spytał Reacher.

    Robi ciepłą atmosferę.

    Kiedyś miał odstraszać, tak myślę. Jak ognisko u wejścia do jaskini. Żeby drapieżniki nie weszły.

    Muszę wracać – powiedział kierowca. – Bardzo mi przykro.

    Zwolnili, zjechali na żwirowe pobocze i przystanęli. Samotni jak dwa kołki w płocie na zupełnym odludziu. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Komórka wciąż szukała sygnału.

    Tu pana wysadzę. Może być?

    Jasne – odrzekł Reacher. Kawałek mnie pan podwiózł. Bardzo dziękuję.

    Nie ma za co. – Czyja to garderoba? – Klienta. – Niech pan każe wyciąć tam dużą dziurę i pokaże ją inspektorowi. A potem niech pan przedstawi klientowi pięć rozsądnych powodów, dla których warto mieć w domu sejf. Bo taki typ na pewno chce mieć ścienny sejf. Może jeszcze o tym nie wie, ale ktoś, kto buduje kominek w holu wejściowym, prędzej czy później pomyśli o sejfie. W sypialni albo w garderobie. Na sto procent. Natura ludzka. Jeszcze pan na tym zarobi. Wybicie dziury trwa. Niech pan mu każe zapłacić za czas.

    Pan też w tym robi? – spytał kierowca. – Kiedyś byłem żandarmem wojskowym. – Hę? Nieźle. Reacher wysiadł, zamknął drzwi i odszedł na bok, żeby facet mógł zawrócić, od żwirowego pobocza do żwirowego pobocza, tam i z powrotem, na kilka razy. Co też zrobił, po czym odjechał, ze smutkiem machnąwszy ręką, pewnie życząc mu w ten sposób powodzenia. Kiedy samochód zmalał w oddali, Reacher ruszył na południe, tam, dokąd zmierzał. Lubił iść naprzód. Nie zawsze przed siebie, lecz zawsze naprzód. Na drodze, dobrze utrzymanej, dość szerokiej dwupasmówce, było trochę zakrętów i wzniesień. Co dla współczesnego samochodu nie stanowiło żadnego problemu. Subaru spokojnie wyciągało tu setkę. Mimo to droga świeciła pustkami. Dosłownie. Nic nią nie nadjeżdżało, ani z jednej, ani z drugiej strony. Panowała kompletna cisza. W drzewach wzdychał jedynie wiatr, a pod nogami cichutko szemrał rozgrzany asfalt.

    Reacher szedł przed siebie.

  • „Na co komu Reacher?” Kwietniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Dawno temu, na długo nim popularny zrobił się u nas Bear Grylls, kupiłem sobie podręcznik survivalu. Był świetny! Uwielbiałem przeglądać kolejne strony, i na podstawie opisanych tam instrukcji, a to skraplać wodę w kubeczku na dnie dziury, a to we właściwy sposób budować szałas. Chodziłem z tą książką wszędzie. Oczywiście szczelnie zapakowałem ją w folię, na wypadek, gdyby… spadł deszcz, zaczęła się powódź albo porwali mnie czescy partyzanci mieszkam przy granicy – i wywieźli nad morawskie jeziora. Miałem swój osobisty zestaw ze skalpelem, krzesiwem, igłą i nitką i ogólnie czułem się super. A gdy jeszcze jeden z moich kolegów, ten, który do tej pory skrupulatnie spisywał w notesie patenty z serialowego MacGyvera, poprosił, bym dał mu tę książkę skserować, wręcz kipiałem z dumy. I oczywiście nie dałem, bo dlaczego miałem się tą wyjątkowością dzielić?

    Dziś nie mam już ani tej książki, ani swojego osobistego zestawu. Do niedawna miałem w plecaku scyzoryk, ale go zgubiłem, i latarkę, w której wyczerpały się baterie. Jedyne, co regularnie kupuję z rzeczy przydatnych preppersowi, to srebrna taśma. Nie, nie pytajcie.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo ostatnio zastanawiałem się dlaczego właściwie czytam książki Lee Childa o Jacku Reacherze.

    Dla tych, którzy nie wiedzą. Jack Reacher to blisko dwumetrowy, barczysty, amerykański włóczęga, niegdyś znakomity żandarm wojskowy, choć często dyscyplinowany za dochodzenie do sprawiedliwości drogami na skróty. Po zakończeniu służby Reacher pozbył się wszystkiego prócz składanej szczoteczki do zębów i skłonności do ładowania się w wyjątkowo niebezpieczne kłopoty i ruszył w niekończącą się podróż przez kolejne stany Ojczyzny, której oddał większość życia.

    Każda książka o jego przygodach jest w zasadzie podobna. Komuś gdzieś dzieje się krzywda, a Reacher znajdujący się w danym miejscu z mniej lub bardziej przypadkowego powodu, decyduje się pomóc, bo co ma w zasadzie do roboty? Do roboty nikt go nie gonił, bić się potrafił jak mało kto, a i z wiedzy nabytej tu i tam wypadałoby czasem skorzystać, by nie zardzewiała. Trochę, wiecie, jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, co to nie miał się czego bać, bo pieniędzy nie miał, las znał, a seks lubił.

    No właśnie, wiedza. Jednym z powodów dla których Jack Reacher jest w stanie tak dobrze odnaleźć się w każdej sytuacji, jest jego ogromna wiedza na właściwie każdy temat i niezwykła umiejętność zastosowania tej wiedzy – czasem bardzo nietypowo – w praktyce. W ubiegłym roku zresztą pojawiła się obok corocznej publikacji okołoreacherowej dodatkowa książeczka zawierająca tak zwane zasady Reachera. I tam, oprócz wyrwanych z kontekstu cytatów, dorzucono, w ramach ciekawostek, wiele zagrywek i trików, którymi niegdysiejszy żandarm popisuje się w kolejnych tomach. Na przykład, jak się skutecznie uzbroić się w przypadkowej łazience.

    Przeczytałem tę książeczkę i, tak jak czytając tom po tomie przygody Reachera, próbowałem zapamiętać jego patenty na to czy na tamto. Robiłem tak zresztą odkąd pamiętam, czerpiąc zachowania nie tylko z powieści Childa. Wchodząc do nowego lokalu odruchowo zastanawiałem się nad liczbą wyjść, zbliżającą się grupkę rosłych drabów oceniałem pod kątem tego, który w razie czego jest najsłabszy, który najsilniejszy i jak by to wykorzystać. Ale dopiero lektura Zasad Reachera skłoniła mnie do zadania sobie pytania: czy ja faktycznie się uczę jak zostać zabójczym włóczęgą? I jeśli tak, czy robi tak ktoś jeszcze?

    Wtedy przypomniało mi się jak w „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” King zwracał uwagę na to, jak wielu czytelników literatury popularnej usprawiedliwia czytanie bestsellerów możliwością pozyskania nowej wiedzy. Czytają Grishama, bo jest tam wiele ciekawostek prawnych, Cooka, bo medycyna, Childa, bo ten mało i wielkomiejski survival. Tak tłumaczą się przed znajomymi, tak być może wmawiają samym sobie.

    Zaciekawiony porozmawiałem ze swoimi znajomymi, miłośnikami między innymi Childa właśnie. I wiecie co? W nich też tkwi to przekonanie, że, czytając Reachera, nie tylko dobrze się bawią, ale i zdobywają przydatną wiedzę, którą będą mogli realnie wykorzystać.

    A tymczasem umówmy się – prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w naszym życiu zdarzy się sytuacja, gdy będziemy musieli wygrzebać fugę, wyrwać łazienkowego kafla i naostrzyć go jako broń jest bardzo małe. Jeszcze mniejsze, że w tak dramatycznej sytuacji przypomni nam się motyw z dawno czytanej książki. Wmawiamy to sobie po prostu, jak ja, gdy jako dzieciak upierałem się, że gdybym teraz wylądował sam w dżungli, to wydostałbym się stamtąd, nie cierpiąc od głodu, odwodnienia, chorób czy udaru ani jednego dnia. Może i są takie jednostki, ale na pewno się do nich nie zaliczam ani ja, ani większość spośród tych, którzy wyzerowali ten czy tamten nakład powieści Childa.

    Skoro więc to nie gromadzenie praktycznej wiedzy ulicznej jest prawdziwym powodem, wróćmy do pytania, dlaczego czytam powieści o Jacku Reacherze. Czyżby z powodu mamoniowej zasady o tym, że najbardziej wchodzą rzeczy już znane? To pewnie też. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każda z tych książek jest napisana sprawnym, wykalkulowanym pod zajętych ludzi stylem (krótkie rozdziały, rzetelne wyjaśnienia zawiłości, szczegółowe i proste przedstawianie zastosowanych rozwiązań fabularnych).

    Przede wszystkim jednak postać Reachera napawa mnie otuchą. Fajnie jest wiedzieć, że oto gdzieś tam krąży wielki facet z doskonałym przeszkoleniem, który interesuje się życiem zwykłych ludzi i jest wrażliwy na niesprawiedliwość. Zwykle nie trzeba go nawet prosić o pomoc, bo bywa i tak, że – nauczony doświadczeniem – potencjalne kłopoty dostrzega szybciej niż osoba, która będzie na nie narażona. A gdy już dostrzeże, z miejsca bierze się do pracy.

    I tak, ja wiem, że to stary, zgrany motyw bezimiennego rewolwerowca, który finalnie odjeżdża samotnie ku zachodzącemu słońcu. Wiem, że postaci takich jak Reacher było wiele i jeszcze wiele będzie. Że ten konkretny bohater to taki trochę John Rambo, a trochę agent NCIS, skonstruowany tak, by grać na emocjach Amerykanów, mających taki a nie inny stosunek do armii, weteranów i patriotyzmu. Naprawdę, wiem to wszystko.

    Ale też wiem, że gdy czytam o śledztwie, które – jak w najnowszej książce Childa „Nocna runda” – zaczyna się od znalezionego w lombardzie sygnetu, myślę: chciałbym być czasem jak Reacher. Po prostu w odpowiednim momencie okazać zainteresowanie komuś, kto tego potrzebuje i użyć wszelkiej dostępnej mi wiedzy, by udzielić mu wsparcia. Obym tylko nie musiał używać do tego noża z kafelka.

  • Lee Child ciągle w formie.

    Nawet nie majcie pojęcia jak Wam zazdroszczę. Jesteście jeszcze przed lekturą „Stu milionów dolarów”. Słuchajcie, wciągnie Was na amen i nie wypuści do ostatniej strony, a na końcu powiecie, że chcecie jeszcze i jeszcze. Premiera już 11 stycznia. Lepiej, żebyście wzięli urlop, po co zawalać pracę.

    Nie przez przypadek na świecie sprzedało się ponad 100 milionów (przypadek?) książek Lee Childa. Również nie przez przypadek Jack Reacher stał się bohaterem i ikoną popkultury. Blisko dwa metry wzrostu, około stu kilogramów żywej wagi, blond włosy i niebieskie oczy − oto jego cechy charakterystyczne. Kurtka 3XLT, jedna koszula na grzbiecie oraz szczoteczka do zębów służą mu za cały ekwipunek. Reacher jest człowiekiem od rozwiązywania problemów: pojawia się, robi, co trzeba, i znika. To ostatni sprawiedliwy, kierujący się prostymi zasadami i trwający niezmiennie przy wyznawanych przed siebie wartościach: honorze, prawdzie i sprawiedliwości. O najnowszej książce więcej przeczytacie tutaj, a z  okazji zbliżającej się premiery „100 milionów dolarów”, przypominam Wam fragment mojej rozmowy z Lee Childem, praktycznie dokładnie sprzed roku. 

    Jackowi Reacherowi starczy jeszcze siły na wiele książek, w których strzela, ucieka, uwodzi kobiety? Przecież wszystkie te zajęcia wymagają kondycji nastolatka.

    Reacher nigdy nie biega; jest za ciężki na sprintera.  Co do reszty? Nie wierzę, że powinno być ograniczenie wiekowe co do uwodzenia kobiet … lub też do czynienia rzeczy właściwych. Musimy poczekać I zobaczyć co się stanie kiedy się zestarzeje.

    Jak wyglądały Pana relacje z Tomem Cruisem, który wcielił się w rolę Jacka Reachera? Jest Pan zadowolony z efektu?

    Zostawiam robienie filmów fachowcom. Byłem zawsze mile widzianym gościem na planie, Tom i inni producenci sprawiali, że zawsze czułem sie tam dobrze (mam małe role w , „Jack Reacher” i „Jack Reacher: Never Go Back” , który wchodzi na ekrany kin jesienią). Jestem bardzo zadowolony z pierwszego filmu i bardzo się cieszę na oglądanie następnego.

    Pana ulubieni pisarze, również kryminałów?

    Mówiąc szczerze jest ich zbyt wielu aby tu wszyskich wymienić.

    Kiedy planuje Pan przyjazd do Polski?

    Te decyzje należą całkowicie do mojego wydawcy. Bardzo bym chciał odwiedzić Polskę.

    Przy pisaniu książek sporo Pan podróżuje po miejscach, w których osadza Pan książkę?

    Nie podróżuję dla badań do książki. Ale ogólnie dużo podróżuję, I zawsze dużo podróżowałem. Kiedy piszę I potrzebuje miejsca, które wygląda w określony sposób przypominam sobie miejsce, w którym byłem przed laty I korzystam ze wspomnień.

    Możemy porównać Jacka Reachera, np. do Kurta Wallandera ?

    Można porównywać jak się komu podoba… albo lepiej, przeciwstawić. Reacher nie ma pracy, ani rodziny (poza bratem w pierwszych częściach), nie nosi też w sobie żalu. Jest właściwie wolny od poczucia winy.   

    Wśród pisarzy ma pan kolegów, czy traktuje ich pan w kategorii rywali?

    Środowisko pisarzy, a zwłaszcza pisarzy kryminałów, to wspaniała grupa utalentowanych ludzi I uważam ich wszystkich za przyjaciół.