Tag: lektury szkolne

  • Bez kanonu, ale z miłością do literatury oraz nowa teoria względności. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    – A kto to był ten Goethe? – zapytał mnie mój szwedzki znajomy, który jest świetnym lekarzem, a do tego bywałym w świecie i błyskotliwym człowiekiem. Staliśmy właśnie przed czarno-białym portretem Johanna Wolfganga, który nie wiadomo czemu wisiał na ścianie hotelu w pewnej narciarskiej miejscowości. Moje wytresowane w polskich szkołach inteligenckie serce stanęło z wrażenia. Człowiek z wyższym wykształceniem nie wie, kto to był Goethe!!! O Jezusie… Szwed nie wydawał się skonfundowany swoją niewiedzą, za to ja wstydziłam się za niego (kobiety tak czasem mają).

    Podobnie poczułam się wiele lat temu, kiedy mój niewychowany w Polsce narzeczony, człowiek po dwóch wydziałach, zasnął w kinie na filmie Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”. Chciałam mu przybliżyć nasz skarb narodowy i oto: ekranizację wielkiej epopei spotkał afront! Inna rzecz, że sama też się nudziłam, ale nie spałam. Nie spałam!

    Niedawno byłam na ciekawej konferencji humanistycznej. Podczas kolacji prowadziłam długie rozmowy z wybitnie inteligentnym duńskim profesorem literaturoznawstwa. Szalenie się zainteresował nieznaną mu książką zupełnie nieznanego w Danii autora, o której powiedziałam, że cenią ją sobie Polacy. Chodziło o … „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Nie słyszał o tej powieści. Obiecał, że przeczyta. Moje serce tym razem nawet nie zadrżało, bo przyzwyczaiłam się do tego, że w różnych krajach są różne kanony literackie, a skandynawskie podejście jest z zasady mało kanonicznie. Cóż począć.

    fot: unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Inna rzecz, że akurat w Danii wylansowano w roku 2006 książkę dla szkół składającą się z fragmentów 108 duńskich utworów literackich i innych dzieł kultury, które trzeba znać oraz informacji o innych ważnych dziełach kultury wartych zapamiętania. Były tam bajki Andersena, zdjęcie budynku opery w Sydney zaprojektowanego przez duńskiego architekta Jørna Utzona oraz sugestia, by obejrzeć film Larsa von Triera „Idioci”.

    Sam von Trier na wiadomość o stworzeniu kanonu dla szkół zareagował bardzo krytycznie. Stwierdził, że każdy kanon jest narzędziem politycznej i nacjonalistycznej propagandy.

    W Szwecji nie ma ani kanonu, ani lektur obowiązkowych, w związku z czym mój syn po ukończeniu bardzo dobrych szkół szwedzkich, zabrał się już na własną rękę za czytanie Kafki i Dostojewskiego oraz zgłębianie, czym różni się renesans od baroku. Z kolei przewodnicząca szwedzkiej partii Chrześcijańskich Demokratów, która to partia (obecnie w rządzie) od dłuższego czasu uparcie walczy o stworzenie listy książek, które w szkole trzeba przeczytać, wykazała się jakiś czas temu w telewizji kompletną ignorancją w temacie klasyki literatury szwedzkiej. Zadano jej kilka pytań o autorów znanych książek i na żadne nie odpowiedziała prawidłowo. Nie wiedziała nawet, że szwedzki klasyk nad klasykami powieść „Gösta Berling” jest autorstwa noblistki Selmy Lagerlöf. Sama do szwedzkich szkół nie chodziłam, ale znam klasykę szwedzkiej literatury, prawdopodobnie dlatego, że mam wbite do głowy, że bez solidnych podstaw nie da się nigdzie poszybować  intelektualnie. Ale może nie wszyscy muszą latać.

    Tak czy siak, jest rzeczą znamienną, że nowy centro-prawicowy rząd w Szwecji chce z jednej strony radykalnych ograniczeń polityki migracyjnej i ochrony szwedzkich wartości, a z drugiej obiecuje rozpoczęcie prac nad stworzeniem szwedzkiego kanonu dzieł kultury dla szkół.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Wywołało to debatę i dużo krytycznych głosów:

    Nie chcę mieć poglądów na temat tego, jakie książki powinny być w kanonie literackim, ponieważ kanon, bez względu na to, co w nim jest, to narzędzie represji (…) Pragnie się stworzyć tak zwaną wspólnotę wartości i dołożyć cegiełkę do definiowania „szwedzkości”. Wszyscy mają się zgodzić co do tego, co Szwedzi rozumieją i lubią. A jak powstaną jakieś wątpliwości, będzie można się odwołać do autorytetu, czyli do listy dzieł kanonicznych” denerwuje się w „Dagens Nyheter” pisarz i wydawca Gunnar Nirstedt.

    W „Expressen” został właśnie opublikowany protest przeciwko kanonowi pisarzy i innych ludzi kultury. Wśród jego trzydziestu pięciu sygnatariuszy znalazły się bestsellerowe autorki kryminałów Camilla Läckberg i Viveca Sten, szacowny członek Akademii Szwedzkiej Per Wästberg, znani wydawcy, a także profesorki literaturoznawstwa. Autorzy protestu twierdzą między innymi, że:

    Kanon literacki tworzy się podczas czytania, powinien być żywy i zmienny. Z kolei ocena dawnych dzieł literackich zmienia się z czasem i podlega wpływom zmieniających się wartości. Kanon narzucany odgórnie przez instytucje państwa oznaczałby zmniejszenie różnorodności literatury oraz ograniczyłby zdolność kultury do podważania ustalonych prawd (…) Takie zarządzanie literaturą to zarządzanie tym, jak ludzie żyją i myślą, a to nie mieści się w granicach społeczeństwa demokratycznego.”

    Z kolei profesor literaturoznawstwa Torbjörn Forslid z Uniwersytetu w Lund podkreśla, że pojęcie kanonu ma swoje źródła w religii i religijnych podziałach na pisma święte i nienatchnione apokryfy. Czyli jest to rzecz staroświecka.

    Generalnie liberalni publicyści szwedzcy zgadzają się co do tego, że są takie kraje, jak na przykład Francja (o Polsce nie wspominają, bo niewiele o niej wiedzą), w których kanon literacki to coś oczywistego, ale w Szwecji zawsze stawiało się na wolność wyboru i warto przy tym pozostać.

    Ma to niewątpliwie zarówno wady, jak i zalety. Sama muszę przyznać, że liceum to był jedyny czas w moim życiu, w którym przestałam lubić czytanie, bo nie odpowiadał mi rytm i plan lektur obowiązkowych. Z kolei podczas studiów udzielałam korepetycji z polskiego i było oczywiste, że młodzież czyta raczej ściągi niż lektury, a z samych lektur niewiele rozumie, raczej kuje na pamięć, że „Słowacki wielkim poetą był”. Z takiego nastawienia tylko krok do myśli: uffff, koniec szkoły, nareszcie mogę przestać czytać. Czy może być to jeden z powodów niskiego poziomu czytelnictwa w kraju?

    Szwedzi bez kanonu lektur w szkole czytają więcej niż Polacy, ale w ostatnim czasie i po drugiej stronie Bałtyku czytelnictwo trochę spada. Z wyjątkiem jednej grupy wiekowej! Młodzi Szwedzi, ci w wieku od 16 do 29 lat czytają coraz więcej. W ostatnim roku poziom czytelnictwa młodych wzrósł o 6 procent i ponad 50 procent osób w tym wieku czyta co najmniej jedną książkę miesięcznie (i to w wydaniu papierowym). Czyli nie muszą, a i tak sięgają po książki. Również po ukończeniu szkoły.

    Nie wiem, czy byłabym mniej mądra i ciekawa bez znajomości „Janka Muzykanta”, „Naszej Szkapy” oraz „Nad Niemnem”, które były akurat w kanonie za czasów mojego chodzenia do szkoły. Domyślam się też, że wystarczyłoby mi z powodzeniem przeczytać dwie księgi „Pana Tadeusza” zamiast całości. Generalnie jestem zwolenniczką uczenia historii literatury światowej na sposób amerykański: wystarczy znać fragmenty ważnych historycznie dzieł, a w całości czytać tylko te książki, które wzbudzą nasze szczególne zainteresowanie. Z kolei jako matka dorosłego już syna jestem szczęśliwa, że wcisnęłam mu podczas którychś wakacji w ręce „Mistrza i Małgorzatę” i że pokochał tę książkę tak samo jak ja. I że wie, kim był Bułhakow, w przeciwieństwie do profesora literatury z Danii.

    Fascynuje mnie jednak nieustannie, że to co w Polsce zostałoby uznane za dno i kompletny upadek, czyli BRAK KANONU oraz lektur obowiązkowych, jest w Szwecji normalnością. Zaprawdę powiadam Wam: wszystko jest względne. Kanoniczność większości znanych nam i uznanych za kanoniczne dzieł także.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Lektury i co z nich (nie) wynika. Wrześniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Zmiany w kanonie lektur to dla środowisk nauczycielskich próba podporządkowania polonistyki wąsko pojmowanej ideologii. Dla ministra Czarnka tego typu obawy są świadectwem dyktatury ateistycznej. A dla kondycji czytelnictwa całe to zamieszanie prawdopodobnie jest bez znaczenia.

    Szkoły powinny cechować również akceptacja i tolerancja dla większości chrześcijańskiej, a nie postawa tego typu, którą słyszymy, czyli próba wprowadzenia dyktatury ateistycznej. To, że ktoś jest niewierzący, że jest ateistą albo ktoś nie lubi bądź wręcz zwalcza religię katolicką, to nie znaczy, że wszyscy inni w kraju też mają się zachowywać tak jak oni. To jest dyktatura ateistyczna i dyktatura lewicowa, która nie ma nic wspólnego z tolerancją – grzmiał minister edukacji Przemysław Czarnek na antenie TVP.

    A grzmiał w odpowiedzi na oświadczenie Towarzystwa Nauczycieli Szkół Polskich, wyraźnie zaniepokojonego zmianami w kanonie lektur szkolnych. W szczególności „wysokim odsetkiem lektur związanych z religią katolicką” i nieposzanowaniem zasady, że „szkoły publiczne powinna cechować światopoglądowa neutralność, tolerancja i szacunek dla uczniów wyznań innych niż katolickie oraz dla ateistów”. Nauczycielskie troski biorą się m.in. z uszczuplenia wykazu o bajkę Leszka Kołakowskiego, wiersze Marcina Świetlickiego czy „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” Nancy H. Kleinbaum i wzbogacenia go wybranymi dziełami Jana Pawła II, tekstami o Witoldzie Pileckim czy utworami Stefana Wyszyńskiego lub o Stefanie Wyszyńskim.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Nie trzeba przykładać lupy, aby dostrzec, że środowiska nauczycielskie mają rację. Religijno-patriotyczny skręt w wykazie lektur jest ewidentny, wręcz łopatologiczny. I nie trzeba być wielkim znawcą życia, aby zauważyć w tym oczywistą próbę ideowej korekty podstawy programowej, prawdopodobnie motywowanej wyłącznie względami politycznymi. Zwrócił na to uwagę chociażby prof. Jacek Popiel, rektor UJ i przewodniczący Komitetu Naukowego Krytycznego Wydania Dzieł Literackich Karola Wojtyły, który przyznał w rozmowie z „Wyborczą”, że choć przyjął z zadowoleniem czarnkowe reformy, to nie wierzy, aby z lektury dramatu „Przed sklepem jubilera” Karola Wojtyły wylęgły się jakieś kulturowe wspaniałości.

    Warto się natomiast zastanowić, czy burza, jaka rozpętała się wokół zmian programowych, ma racjonalne uzasadnienie. Jeśli bulwersujemy się na makiawelistyczne podłoże decyzji Czarnka, to zdecydowanie tak. Majstrowanie przy edukacji w celach politycznych z zasady trzeba tępić, nawet w kraju przywykłym do dziwnych zagrywek ministrów edukacji – wystarczy sobie przypomnieć lekturowe wojny Romana Giertycha z czasów, gdy stał na czele Ligi Polskich Rodzin i był zblatowany z PiS. Ale jeśli burzymy się w obawie o edukacyjno-literackie konsekwencje tych zmian, to raczej nie.

    Nie jestem dydaktykiem, więc moje obserwacje mogą mieć znamiona niewykwalifikowanego uogólnienia. Ale gdy patrzę na lektury przez pryzmat osobistych doświadczeń, nie dostrzegam ich budującej ani destrukcyjnej mocy. Nie czuję, żeby mnie charakterologicznie ukształtowały. Nie przypominam sobie tytułów, które w jakiś drastyczny sposób zmieniłyby moje poglądy. Nie wydaje mi się też, aby jakoś szczególnie wciągnęły mnie do czytelniczej gry. A na pewno nie tak mocno, jak uczyniły to książki, które rekomendował mi ojciec, takie jak „Grona gniewu” Steinbecka, „Dzień Szakala” Forsytha czy „Król szczurów” Clavella.

    To oczywiście nie oznacza, że kanon lektur jest bez znaczenia. Gdyby nie szkolne powinności, być może nigdy nie sięgnąłbym po „Chłopów” Reymonta, „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego, „Proces” Kafki czy „Folwark zwierzęcy” Orwella. Być może straciłbym kilka przyjemnych literackich maratonów. I być może nigdy nie skręciłbym wystarczająco mocno w stronę książek, aby ostatecznie zająć się ich tworzeniem – i to mimo obecności literackiej latarni w postaci mojego taty. Ale naprawdę trudno jest mi sobie wyobrazić, aby inny dobór lektur – nawet znacząco bardziej sklerykalizowany niż w wariancie Czarnka, nawet naruszający wieloletnie fundamenty kanonu – mógł wywrócić do góry nogami mój światopogląd, czyniąc mnie inną osobą. A nawet żałuję, że z wieloma tytułami zetknąłem się w odpowiedzi na wymogi szkolnego systemu, a nie jako wolny, nieprzymuszony do niczego człowiek. Groźba kartkówki albo odpytywania z treści lektury zawsze nieco mąciła przyjemność z czytania. Samodzielnie zerwany owoc smakuje najlepiej.

    I dlatego, krótko mówiąc, nie obawiam się, że przez nowy kanon młodzież dozna religijnego skrzywienia albo literaturowstrętu. I nie łudzę się, że modyfikacja odwrotna, zgodna z sugestiami najlepszych edukatorów, mogłaby się przełożyć na znaczący wzrost czytelnictwa czy lepsze przystosowanie do życia kulturowego. Lektury zawsze będą trochę parzyć, przynajmniej takich jak. A nie sądzę, żeby mój licealny stosunek do książek wyróżniał się czymś szczególnym. Raczej byłem reprezentantem literackiej klasy średniej.

    www.unsplash.com/Ivan Aleksic

    Przypuszczam, że nie odczarnkowienie, lecz dopiero gruntowna reorganizacja kanonu i lekcji polskiego mogłaby popchnąć młodzież w stronę książek. Na przykład zastąpienie XIX-wiecznych nowelistów bestsellerowymi autorami w typie Stephena Kinga, Dana Browna czy Remigiusza Mroza. Albo książek wojennych literaturą gangsterską. Albo poezji z epoki romantyzmu tekstami co ambitniejszych numerów hip-hopowych. Albo uwspółcześnione, realizowane przynajmniej z netfliksowym rozmachem ekranizacje polskiej klasyki…

    Wiem, wiem, trochę się rozbisurmaniłem, ignorując koszty społeczne takiej rewolucji. Ale na szczęście jestem tylko luźno bajdurzącym autorem, a nie trzymającym za lejce politykierem z podejrzanymi zapędami.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Mój prywatny kanon lektur”, felieton Waldemara Cichonia

    Wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego rozżarzy się zapewne ponownie jedna z odsłon fundamentalnego sporu ideologicznego, którą toczą ze sobą od dekady, z okładem, lokalne odpowiedniki plemion Tutsi i Hutu zamieszkujące obszar pomiędzy Odrą i Nysą Łużycką a Bugiem. Odsłona ta dotyczyć będzie tzw. kanonu szkolnych lektur. „Ciemny lud pisowski” i lemingowski kolektyw „młodych, wykształconych, z wielkich miast” miały już okazję zetrzeć się na tym polu na etapie projektowania przez MEN listy książek, które szkolna dziatwa ma czytać od września.

    Dla pierwszych nowy kanon jest powrotem do normalności wolnej od zgorszenia, promocji lewactwa i sprowadzania dziatek na złą drogę, dla drugich – skandalem, obciachem, rasizmem i faszyzmem. Choć mój światopogląd lokuje się dość daleko na prawo od centrum, tradycyjnie nie opowiadam się po żadnej z tych stron. Ergo dlatego, iż odi profanum vulgus et arceo (a Horacy wielkim poetą rzymskim był i nie ma potrzeby mu nie wierzyć), secundo – bo jakoś tak się podziało, że w kanonie znalazła się jedna z moich książek (a naprawdę trudno być sędzią we własnej sprawie), tertio, bo z punktu widzenia logiki dziejów oraz zdrowego rozsądku, spory o to, co w kanonie powinno się znaleźć… nie mają żadnego znaczenia.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu próbowałem rozpaczliwie przypomnieć sobie, jaki kanon lektur szkolnych obowiązywał, gdy pacholęciem będąc – w połowie lat 80. ubiegłego stulecia – sam uczęszczałem do szkoły podstawowej. Do głowy przyszły mi jeno „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren i „Rogaś z doliny Roztoki” Marii Kownackiej, dalej nic, pustka, zabijcie mnie, nie pamiętam, no, może jeszcze gdzieś mi się pod kopułą kołatała mi się dramatycznie opisana przez Bolesława Prusa scena wkładania chorej siostrzyczki Antka do pieca na trzy Zdrowaśki, co – jak wiadomo – skończyło się zejściem rzeczonej z tego łez padołu w postaci steka upieczonego well done.

    Być może ów stan niepamięci wynikał z faktu, że w dzieciństwie (zostało mi do dziś) naprawdę dużo czytałem, obcowanie z literaturą nie powodowało we mnie – jak w wielu moich rówieśnikach – przykrości, drgawek i wymiotów, a wręcz przeciwnie – ekstazę. Od 8. roku życia czytam co najmniej trzy książki tygodniowo i przysięgam, że następująca anegdota, którą dość często opowiadam publicznie, jest prawdziwa: moja kochana ś.p. Mama naprawdę musiała wyganiać mnie w wakacje na podwórko „żebym się trochę poruszał”, przedtem pieczołowicie sprawdzając, czy nie mam schowanej pod koszulką książki. Być może dlatego, że przeczytałem w dzieciństwie kilka tysięcy książek – w tym wiele lektur szkolnych „na zapas” – nie pamiętam, która była lekturą, która zaś nie-lekturą. Sprawdziłem zatem spis lektur szkolnych z lat 80. w internecie i okazuje się, że było nieźle: m.in. Andersen, Bahdaj, Bełza, Broniewski (komuch i alkoholik, ale poeta – genialny!), Janczarski, Papuzińska, Szelburg-Zarębina, Makuszyński, Brzechwa, Korczak, Sath-Ok, Konopnicka, Morcinek i Oppman, Sienkiewicz, Kern, Molnar, Niziurski (jeden z moich Mistrzów), Ożogowska, Verne, Fredro, Gogol, London, Kraszewski, Żeromski, Mrożek, Kraszewski, Saint–Exupery (oczywiście „Mały książę”, którego nie cierpię, zamiast genialnej „Ziemi, planety ludzi”). A oprócz nich – wielu innych.

    Nowy zaś kanon wywołuje we mnie uczucia ambiwalentne, szczerze powiedziawszy części współczesnych autorów widniejących w nim pozycji po prostu nie znam i zdania o rzeczonych nie posiadam, oni zaś zapewne nie znają moich opowieści o Cukierku, co uważam za całkowicie normalne. Żyjemy bowiem w czasach, w których 63 proc. Polaków przyznaje się bez wstydu, że nie przeczytało żadnej książki (!!!), więc moim skromnym zdaniem to, co będą czytały dzieci w szkołach ma naprawdę drugorzędne znaczenie.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Powiadam Wam zatem, Bracia i Siostry – langsam langsam, aber zicher! Na etapie szkoły podstawowej chodzi, do diaska, głównie o to, by w młodych ludziach wyrobić nawyk czytania! Spowodować, że dzieciaki polubią książki, że czytanie jest cool i trendy i z pewnością w tym miejscu się kompromituję, bo na pewno nikt nie używa już słów cool i trendy, a zapewne określenie jazzy też jest demode, lecz przypominam, że wzorem Horacego odi profanum vulgus et arceo…

    Do wyrobienia nawyku czytania potrzebne są Opowieści, które tę delikatną strunę w dziecięcych duszach, sercach i umysłach poruszą; zasieją – używając bibilijnej metafory – ziarno, które wzejdzie na skale. Dobre Opowieści: mądre, śmieszne, dowcipne, uczące nienachalnie, lecz skutecznie; wyrabiające smak i ciekawość świata. Jako konserwatysta piszę to z bólem serca, ale Opowieść o wkładaniu dziewczynki do pieca tego nie uczyni. Kto w dzisiejszych czasach ma piec zdolny pomieścić dziewczynkę? W moim nie zmieściłby się nawet średniej wielkości kot!

    I przychodzi mi do głowy jeszcze refleksja, że każdy z nas, tych czytających, przez całe swoje życie, tworzy swój własny, prywatny kanon lektur obowiązkowych. Obowiązkowych dla siebie.

    Tak właśnie róbcie! Miejcie w nosie książki modne, „must read”, obdarzone „prestiżowymi nagrodami”. Czytajcie to, co porusza wasze dusze, zmienia wasze życie, czyni je znośniejszym i ontologicznie niezbędnym. Dobrze, jeśli na Waszej drodze znajdzie się ktoś, kto takie wspaniałe książki poleci, podsunie, podaruje. Pisząc te słowa spoglądam na własną bibliotekę, zuchwale i bezwstydnie dochodząc do wniosku, że w moim przypadku ktoś wykonał naprawdę dobrą robotę: na jednej półce stoją Hrabal (z „Obsługiwałem angielskiego króla”), Haszek ze swoim Szwejkiem i Eduardo Mendoza (z fenomenalną „Wojną kotów”), ukochani Węgrzy: Sandor Marai, Gyula Krudy i Gyorgi Spiro sąsiadują z olśniewającymi dziełami Cata–Mackiewicza i arcydziełem polskiej diarystyki – „Szkicami piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. Horst Bieniek ze swoją „Pierwszą Polką” i „Wiatr od wschodu” Scholtisa przytulają się do wszystkiego, co wyszło spod pióra Leopolda Tyrmanda. Za nimi proszą o powtórne przeczytanie „Rękopis znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Paragraf 22” Hellera, „Dekameron” Bocaccia, „Moskwa-Pietuszki” Jerofiejewa, „Dzienniki” Kisiela oraz „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Z kolejnej półki wdzięczą się „Brewiarz śródziemnomorski” Matviejevica, „Filozofia wina” Beli Hamvasa, „Imię róży” Umberto Eco, „Morfina” oraz „Król” Szczepana Twardocha, „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” Janoscha oraz „Przygody kanoniera Dolasa” Sławińskiego. Wzbudzają wspomnienia młodości „Hobbit” Tolkiena i Dickensowy „Klub Pickwicka”. Za nimi łobuzersko łypie do mnie „Trzech panów w łodce, nie licząc psa” Jerome K. Jerome, dostojnie prezentują się „Dzieje wypraw krzyżowych” Runcimana (które czyta się, jak najlepszy kryminał), „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona w znakomitym przekładzie Zofii Kierysz oraz „Alchemia słowa” Parandowskiego. A na końcu kilka kryminałów Agaty Christie

    P.S. Wielokrotnie pytano mnie, jak „załatwiłem sobie” to, że moja książka stała się szkolną lekturą. Zawsze bezradnie rozkładałem ręce i, zgodnie z prawdą, odpowiadałem, że kompletnie nie mam pojęcia, jakim sposobem to się dokonało. Nikt mi nie wierzył, zatem od jakiegoś czasu stosuję następującą technikę: usłyszawszy rzeczone pytanie lekceważąco wydymam wargi i starając się być tak zblazowanym, jak to tylko jest możliwe, wygłaszam następującą kwestię: NO CÓŻ, WIADOMO KTO JESZCZE W TYM KRAJU OPRÓCZ MNIE TAK BARDZO LUBI KOTY…

    Działa piorunująco!