Tag: literatura
-
Kurczab-Redlich, Orbitowski, Rudzka, Bralczyk – za tydzień rusza Plener Literacki w Gdyni!
Plener Literacki w Gdyni zbliża się wielkimi krokami. Plaża, książki, spotkania z autorkami i autorami, czyli trzy dni uczty dla moli książkowych. Cały program oraz listę wystawców znajdziecie tutaj, a ja zapraszam Was do obejrzenia rozmowy z Jackiem Orylem, wiceprezesem Fundacji Historia i Kultura, organizatora imprezy. Czego możecie się spodziewać w Gdyni? Jak wygląda organizacja? Czy wydawcy wracają do zwyczajów przedpandemicznych? Zobaczcie, posłuchajcie. Do zobaczenia w Gdyni!
-
Wypatrywanie marcowych premier
To miał być zupełnie inny marzec, ale możemy sobie planować, a świat pędzi swoją drogą. Co się wydarzy w ciągu najbliższych godzin, dni, miesięcy – tego nie wie nikt. Książki mogą być jednak odskocznią od smutnej rzeczywistości, więc zobaczmy, co czeka nas w marcu, a ciekawych tytułów jest naprawdę sporo. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę odpowiedniego wydawcy, gdzie możecie o konkretnej książce przeczytać więcej.
-
Rusza Plener Literacki w Gdyni. Sprawdźcie program!
Plener Literacki w Gdyni to spotkanie czytelnika z książką, jej autorem i wydawcą, wydarzenie o charakterze otwartym, łączące kiermasz książek z atrakcyjnym programem. W ramach Pleneru odbędzie się 40 spotkań ze znanymi i lubianymi autorami, także warsztaty i zajęcia literackie dla dzieci, a ponad 60 wydawców zaproponuje szeroki wybór książek w okazyjnych cenach. Polecamy urozmaicony program i ofertę wydawniczą Pleneru, zarówno miłośnikom literatury w każdym wieku, jak i osobom sięgającym po książki sporadycznie. Wstęp na Plener jest wolny.
Wśród znakomitych autorów – gości Pleneru, których w tym roku można będzie spotkać na najbardziej popularnym deptaku Gdyni – Bulwarze Nadmorskim im. Feliksa Nowowiejskiego, a w sobotę i niedzielę także w Muszli Koncertowej są m.in.: prof. Jerzy Bralczyk, Eustachy Rylski, Roma Ligocka, Grzegorz Piątek, Natalia Fiedorczuk, Nina Majewska-Brown (premiera), Katarzyna Tubylewicz, Iza Klementowska (premiera), Ula Ryciak, Michał Cichy, Vincent V. Severski, Robert Małecki, Małgorzata Oliwia Sobczak, Gabriela Jatkowska
i Karolina Głogowska (premiera), Bartosz T. Wieliński, Rafał Skąpski (premiera), Jacek Karczewski, Małgorzata Starosta, Paulina Płatkowska, Mirosław M. Bujko, Iwona Kienzler, Barbara Kosmowska, Marcin Szczygielski, Monika Milewska, Rafał Jankowski, Karolina Grabarczyk i Nika Jaworowska-Duchlińska.Spotkania z autorami poprowadzą: Jerzy Kisielewski, Szymon Kloska, Adam Szaja i Piotr Dobrołęcki.
Wspólnie z Międzypokoleniowym Festiwalem Literatury Dziecięcej Ojce i Dziatki i Biblioteką Gdynia przygotowaliśmy także program dziecięcych atrakcji literackich – spotkania z autorami oraz warsztaty
i animacje związane z książką, m.in.: warsztaty robienia zakładek, kolorowanki 3D oraz fotobudkę.Pełny program – kliknijcie tutaj.
Z ofertą książek w doskonałym wyborze czekać będą na Plenerze Literackim w Gdyni uznani wydawcy, m.in.: Akapit Press, Albatros, Świat Książki, EGMONT, Sonia Draga, Debit, Vectra, Bellona, MG, Literatura, Adamada, Agora, Książkowe Klimaty, Wielka Litera, WAB, Magia Słowa, Uroboros, Solis, Fabryka Słów, Bukowy Las, Zakamarki, Wilga, Zielona Sowa, Nasza Księgarnia, timof comics, Grupa Helion, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Wydawnictwo BIS, Wydawnictwo Amaltea, Kwiaty Orientu, Wydawnictwo Marpress, Oficyna Naukowa, Poławiacze Pereł, Claroscuro, Wydawnictwo Nowa Baśń, Wydawnictwo Olesiejuk, Wydawnictwo Poznańskie, Wydawnictwo Literackie i Wydawnictwo ZNAK. Bogata oferta wydawców uzupełniona zostanie przez Księgarnie Świat Książki, która zadba o to, by każdy znalazł na Plenerze coś dla siebie. Jak zawsze przy okazji takich wydarzeń, będzie szansa na zakupy w promocyjnych cenach. Ponadto, zainteresowanym Nagrodą Literacką Gdynia polecamy wizytę na stoisku Nagrody, gdzie można będzie zapoznać się oraz kupić publikacje dotychczasowych laureatów i tegorocznych nominowanych.
źródło: informacja prasowa
-
Autobus życia jednak dalej jedzie
Kilkanaście dni temu na jednokierunkowej ulicy przy której mieszkam całkowicie zmieniono zasady ruchu samochodów. Załóżmy, że jechało się od lewa do prawa, więc teraz jedzie się od prawa do lewa. Efekt jest taki, że sporo kierowców pojechało na pamięć, czyli pod prąd. Byli też tacy, którzy nie tylko do błędu się nie przyznali, ale jeszcze starali się udowodnić swoje racje klaksonem, a czasem nawet środkowym palcem. Dziś praktycznie wszyscy jadą w dobrą stronę, co nie znaczy, że niektórzy mają jeszcze w głowie stare zasady. Co to ma wspólnego z obecną sytuacją na rynku książki? Wbrew pozorom całkiem sporo.
Koronawirus również w znacznym stopniu zmienił pewne zasady oraz zachowania. Coś, co było nie do wyobrażenia dwa miesiące temu, teraz jest codziennością. Coś, co do niedawna wydawało się osobliwe, dziś podtrzymuje nas przy życiu. Tomasz Sekielski mówił w trakcie Kryzysowego Spotkania Autorskiego, że gdyby przed pandemią zaproponował Aleksandrowi Kwaśniewskiemu wywiad w wersji online, to byłaby duża szansa, że prezydent zaproszenie by odrzucił. Jak sprawy się mają teraz? Tak, dobrze myślicie, Tomek zrobił bardzo fajną rozmowę z Kwaśniewskim, a każdy siedział przy swoim domowym biurku. Czy warto się obrażać na rzeczywistość? Nie, po prostu trzeba jak najszybciej się w niej odnaleźć. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że w trakcie kryzysu zdarzają się bankructwa, ale rodzą się też fortuny. Ktoś inny dodał, że w trakcie odpływu doskonale widać, kto pływa bez majtek.

www.unsplash.com/Markus Spiske Zauważcie, że przestrzeń literacka przez te kilkadziesiąt dni się całkowicie przeformatowała. Spotkania na żywo w Internecie organizują wydawcy, sieci księgarskie, blogerzy, dziennikarze, a także autorki i autorzy. Organizatorzy festiwali nie panikują, tylko przenoszą biznes do sieci. Wydawcy nie siedzą z założonymi rękami, tylko sprzedają książki elektroniczne w wersji czytnikowej i dźwiękowej, przesuwają premiery na lepsze czasy, albo jeśli już wydają, to raczej mocne nazwiska, które są gwarantem dobrej sprzedaży, czyli dobrego zarobku. Inna sprawa, co to dzisiaj znaczy dobra sprzedaż i dobry zarobek? Zdrowa konkurencja jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła, więc nie ma co narzekać, że niektóre spotkania w sieci się pokrywają. Przecież na targach książki też się pokrywały.
Targi książki i festiwale to jednak osobny temat. Bardzo wątpię, że w tym roku spotkamy się jeszcze na jakiejś imprezie literackiej (nie mówię o Internecie). Pytanie, czy organizatorzy wielkich imprez, np. Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie pójdą z prądem, czy jednak pojadą pod prąd na kolizję z rzeczywistością, bo w jednym chyba wszyscy jesteśmy zgodni – świat sprzed pandemii już nie wróci. Nie ma sensu siedzieć z założonymi rękami i czekać aż wróci minione. Nie wróci. Nie jedźmy więc na pamięć, tylko odnajdźmy się w tym nowym, pandemicznym, a wkrótce postpandemicznym świecie. Tylko bez trąbienia i środkowych palców w górze, proszę.
Adam Szaja
-
Trzydzieści tysięcy minęło jak jeden dzień
Kiedy czytacie te słowa, blog smakksiazki.pl zbliża się do trzydziestu tysięcy polubień na Facebooku. Fajna sprawa, bo gdy zaczynałem przygodę z książkami, to taki poziom był marzeniem. Są blogi większe, są mniejsze, ale czy to blogowanie, jest naprawdę takie fajne, że garnie się do niego coraz więcej osób?
Pewnie wyobrażacie to sobie tak: leżę w łóżku do południa, czytam książki, śniadanie jem koło siedemnastej, a pieniądze wpadają na konto. Jeśli tak myślicie, to jesteście bliscy prawdy jedynie z tym, że czytam książki. Paradoksalnie – mam na to coraz mniej czasu, więc ślęczę nad nimi po nocach, ale nie narzekam, bo nadal sprawia mi to ogromną przyjemność, a jeśli przestanie, to pójdę na kasę do Biedronki. Nie narzekam również na to, że jestem swoim marketingowcem, kierowcą, księgowym, kierownikiem produkcji, montażystą, a czasem, nawet i operatorem. Nie narzekam też na to, że czasem chodzę po domu i kombinuję, co wrzucić na tego cholernego Facebooka albo Instagrama, bo przecież coś wrzucić trzeba. Nie wrzucasz, nie istniejesz.
Innym problemem jest to, że nie mam zbyt seksownych nóg, których zdjęcie z książką mogłoby wygenerować pierdylion serduszek. Nie mam też kota, który leżący na książce wygenerowałby pierdylion kciuków w górę. Mimo wszystko staram się wrzucać rzeczy merytoryczne. Co to oznacza? Ano to, że Michał Rusinek opowiadający o swojej książce nigdy nie wygenereuje więcej serduszek, niż rozmowa o niczym z Blanką Lipińską. No, ale póki mam 100% wpływu na to, co się tutaj pojawia, to o wizytę Blanki się nie martwcie. Swoją drogą, to Michała będę nagrywał na Śląskich Targach Książki, zobaczymy, czy się Wam spodoba.

Jo Nesbo, fot: smakksiazki.pl Przeczytałem kiedyś w „Forbesie” wywiad z Dodą. Tak, z Dodą. Powiedziała tam kapitalne zdanie, że „podniecanie się lajkami na Facebooku, czy Instagramie, to dokładnie tak, jak podniecać się pieniędzmi z gry Monopoly”. Sam się czasem zastanawiam, dlaczego zdjęcie pustego peronu, na którym miał stać Stanisław Wokulski, ale nie zdążyłem go uchwycić z jadącego pociągu, ma więcej lajków niż Karl Ove Knausgard opowiadający o swojej książce. Mam pewne podejrzenia, dlaczego tak się dzieje, ale mam też nadzieję, że jednak jestem w błędzie.
Co dalej? Dalej będę prowadził ten pług przez literackie zaułki i autostrady. Dalej będę jeździł za swoje pieniądze na targi we Frankfurcie, żeby dać radość sobie o raz Wam. Bo naprawdę, pogadanie chwilę z Jo Nesbo, Mają Lunde, czy wspomnianym już Knausgardem, jest dla mnie czymś o wiele ciekawszym, niż wydanie kasy na wyjście do klubu. Opowiem Wam anegdotkę. Gdy Umberto Eco przyjechał na Uniwersytet Łódzki, wziął udział w konferencji prasowej. Zdając sobie sprawę, że zainteresowanie dziennikarzy będzie ogromne, wyjechałem z Katowic na tyle wcześnie, że na miejscu byłem dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania mediów z Umberto Eco. Nie powiem, zdziwiłem się srodze, gdy na dziesięć minut przed godziną zero, na sali było może z dziesięcioro przedstawicieli mediów. Dla mnie sam fakt przebywania w jednym pomieszczeniu z pisarzem tej klasy, był czymś niewyobrażalnym. Chyba z pół dnia układałem pytania – nie miałem pewności, że uda mi się zadać chociaż jedno. Po co Wam to piszę? Po konferencji podeszła do mnie Pani Grażyna Szponder, właścicielka Domu Wydawniczego Rebis, pochwaliła za zadane pytanie i obiecała, że jeśli będę chciał z jej wydawnictwem współpracować, to mam się odezwać. Ta współpraca trwa już od czterech lat. Jak się okazało, Umberto Eco zmarł kilka miesięcy później, a moje nagrane w Łodzi ujęcia były wykorzystane w „Faktach” TVN.
Nie wierzcie w to, że jeśli robicie to, co kochacie, to nie przepracujecie ani jednego dnia w życiu. Guzik prawda, bo jeśli robicie to, co kochacie, to będziecie pracować o wiele więcej i ciężej niż na umowie o pracę. Kiedy pytają mnie, czy warto zostać blogerem, to odpowiadam, że oczywiście, ale pod jednym warunkiem. Jeśli poświęcisz temu wszystko inne – inaczej to nie ma sensu. Nie zrobisz czegoś na pół gwizdka, nie przeczytasz połowy książki, nie zmontujesz połowy materiału, nie wyjdziesz w połowie prowadzonego spotkania. Kilka lat temu powiedziałem jak w pokerze: „all in”. Póki co, mam chleb, ale mam też czym go posmarować, więc powiem Wam jedno – gońcie za swoimi marzeniam!
Adam Szaja
-
„Wiele tytułów”, fragment najnowszej książki Ryszarda Koziołka
Zdradziecka mowa
Długo byłem nieświadomy, że pewna treść mojego życia, przeżywanego w ruchliwej krzątaninie zabawy, nauki i pracy na terytorium o promieniu nie większym niż dwadzieścia pięć kilometrów, nosi nazwę „Śląsk”. W dzieciństwie nikt tak nie nazywał mojej wsi położonej u stóp Beskidów, między Bielskiem a Cieszynem. Cieszyn to już był całkowicie inny świat, a cóż dopiero miasta Górnego Śląska. Dla wiejskiego dziecka obcy są wszędzie – w innej dzielnicy, innej wsi, za rzeką, za płotem. A ci z miasta to już są obcy najbardziej. Dalej jest kosmos, czyli zagranica. Ten atawizm terytorialny jest naturalny jako zwierzęcy depozyt w człowieku. Dopiero dojrzałość przynosi rozumienie, że istnieje przestrzeń dzielona pokojowo z innymi – wspólne boisko, basen, drogi, parki, czyste lub brudne powietrze, ojczyzna. O tej wspólnocie z „obcymi” powiedzieli mi dopiero w szkole. Uczyli jej poloniści, geografowie, historycy, folkloryści. Nadali mi nową tożsamość, a jednak źródłowe poczucie, kim jestem, jest wywiedzione z domowego języka, lokalnego pejzażu, codziennych rytuałów – trudnych do uzgodnienia z narracją historii powszechnej, a jednak niezbędnej.
Droga do siebie wiedzie bowiem przez obce krainy. Trzeba wyjść poza swoją lokalność, żeby zrozumieć, że jest się innym dla innych. U siebie byłem taki sam, wszyscy mówili podobnie i zachowywali się zrozumiale. Dopiero jako nastolatek po raz pierwszy usłyszałem od rówieśników przygodnie spotkanych nad Bałtykiem, że jestem Ślązakiem. Poznali mnie po śladach mowy, choć mówiłem „czysto, po polsku”. Pewnie zdradziły mnie gardłowa artykulacja samogłosek i lekkie przesunięcie akcentu na ostatnią sylabę. Pamiętam falę wstydu i swój niezdarny protest, że wcale nie!, że jestem spod Bielska-Białej, a Cieszyński to nie to samo co Górny. Czułem się dotknięty podwójnie. Po pierwsze, zostałem włączony w pewną całość, z którą wcześniej nie czułem żadnej wspólnoty, a po drugie, dostrzegłem, że ktoś we mnie widzi innego, to znaczy, że mam jakąś odrębność, może skazę, która mnie stygmatyzuje. Chciałem być neutralny. Chciałem być chłopakiem, z którym inne chłopaki grają w nogę. Jako że oni pierwsi dokonali tego nazwania, oni byli tymi, którzy nazywają, a ja tym, który został nazwany, czytaj: przezwany. Wydawało mi się, że mówię czystą polszczyzną, tymczasem oni słyszeli akcent, intonację, artykulację i powiedzieli: „Widzimy cię. Jesteś widzialny”. Jakbym miał jakąś rysę, szramę, coś innego niż mają oni. Być może to jest niezbędne doświadczenie, że ktoś nas musi pokazać palcem i powiedzieć: „Jesteś inny”. Wtedy rodzi się tożsamość, ale zaraz zaczyna nas uwierać, ponieważ równocześnie nas eksponuje i postponuje.

Katowice z lotu ptaka, zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl Dziś, mimo nieprzerwanego kształcenia się w „polszczyźnie literackiej”, nie byłoby inaczej. Po trzydziestu latach życia na Górnym Śląsku jeszcze łatwiej można usłyszeć w moich wypowiedziach dźwiękowe ślady pozostawione przez ludzi, których słucham i z którymi rozmawiam tu przez dziesiątki lat. Mowa jako pierwsza wiąże nas z lokalnością; przenika i stygmatyzuje w okresie, kiedy nie mamy żadnej szansy oporu wobec języka, jakim mówią do nas dorośli, których słowa bezwiednie lub pod przymusem powtarzamy przez pierwsze lata życia. Mowa mówi do nas, kiedy nie mamy żadnej innej – urodzeni bez języka. Dostajemy ostatecznie tylko jeden, nigdy w pełni nasz własny. Tylko ten jeden posiadamy, podczas gdy innych już się uczymy. Kiedy zyskujemy tego świadomość i zdolność oporu, zwykle jest już za późno.
Wycyrklowane dni sóm, że nie lza się cióntać – Czas jak szwindlyrz nas łorżnie, nie ciućko się z nami.
Takimi słowami i zdaniami mojego pierwszego języka mogły mówić opiekujące się mną babki: Hela i Milka. Albo dziadek Władek. Mogli, ale na pewno nie mówili. W domu się „rządziło” (w Cieszyńskim) lub „godało” (na Górnym Śląsku), ale nie były to gwara czy język o spójnym słowniku i gramatyce. Mowa dziadków była już zmącona – przez Kościół, w którym mówiło się polszczyzną Reja i Biblii gdańskiej; przez kilka klas szkoły powszechnej; językiem radia i gazet. Władek w fabryce mógł jeszcze mówić z majstrem po niemiecku lub czesku. Mama i tata mówili już inaczej, językiem mocniej ukształtowanym przez polszczyznę szkoły, pracy i mediów. Niemniej mowa domowa mówiła do mnie językiem niejednorodnym, zmąconym wiekiem i wykształceniem domowników; światami, w których przebywali poza domem.
Na dodatek moja rodzina była religijnie dwubiegunowa. Jeśli nie każdy, to wielu ma swoją stronę Méséglise i stronę Guermantes, swego Naphtę i Settembriniego. Ja miałem „stronę Milki” i „stronę Heli”. To imiona dwu moich babek. Hela była luteranką, jak większość rodziny. Jej sypialnia przypominała pieczarę. Na stoliku stał wielki słój z tranem, którego wielką łyżkę musiałem wypić za każdym razem, gdy byłem skazany na jej opiekę. Prawdziwa chłopka chodząca boso od czerwca do sierpnia; chuda, twarda, surowa, nieco złośliwa, skąpa, bogobojna i kochająca swoje wnuki despotyczną, arbitralną miłością, która nie pyta, czego pragniesz, ponieważ wie najlepiej, jak cię uszczęśliwić. Zawdzięczam jej obycie ze zwierzętami, zrozumienie ludowego luteranizmu oraz zabroniony mi przez mamę styl ubierania się, który polega na tym, że nieważne jak wyglądasz, byleby ci było ciepło.
Milka była katoliczką, grubą matką-boską-wszystko wybaczającą. Zmyślała, kłamała, można ją było doprowadzić na skraj śmierci przez rozśmieszenie. Lubiła jedzenie, Sienkiewicza i koncerty noworoczne z Wiednia. Jej zawdzięczam pierwszą wizytę w katolickim kościele. Kiedy mnie tam zabrała w tajemnicy przed rodzicami, byłem przekonany, że trafiłem do pogańskiej świątyni. Musiała to być poranna msza w tygodniu. Nikłe światło przebijające przez witraże potęgowało półmrok wnętrza wypełnionego przedmiotami i wizerunkami, które wprawiały w osłupienie umysł pięciolatka od urodzenia przebywający na ikonoklastycznej diecie. Posągi, chorągwie, obrazy, wota, baldachimy, całe to neobarokowe przegięcie stylu dewocyjnego zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Ksiądz też był inaczej ubrany. Byłem przekonany, że popełniam straszliwe bluźnierstwo, a pastor Janik na pewno się o tym dowie i pójdę do piekła.
Choć bardziej niż piekła i Janika bałem się Heli, to strategia budowania tożsamości luterańskiej na posiadaniu wyraźnego katolickiego wroga była w moim wydaniu niemożliwa. Wszelki radykalizm został zablokowany miłością, która sprawiła, że tworzyliśmy z babkami nieczysty trójkąt wyznaniowy, w którym ja byłem bokiem najbardziej pokrzywionym.
Niedawno, zaledwie kilka dni temu, czytając korespondencję Jana Wantuły, zrozumiałem, że ten rodzaj pomieszanej tożsamości ideowej wcale nie musi owocować wewnętrznymi konfliktami. Pisze mianowicie Wantuła do Marii Wysłouchowej tak:
Co do mnie, to jestem wielkim nieprzyjacielem klerykałów, ale nigdy Kościoła katolickiego. – Daleki jestem od tego, by powiedzieć, że moje wyznanie jest ideałem, ale szanuję mój Kościół gwoli wolności sumienia, jaką posiadam. Gdy mię ktoś drażni gwoli mego przekonania, tedy odpowiadam: „Pierw byłem Polakiem, później luteranem [!]”. Polakiem jestem z krwi – urodzenia, ewangelikiem od chrztu… Uznaję religię jako konieczność w dzisiejszym ustroju społecznym, ale nie uznaję formy, wierzeń i różnych wymagań utartych lub przestarzałych, a tak zaciekle bronionych przez klerykałów. Mnie wystarczy religijność Mickiewicza, Słowackiego, Prusa – ale do Sienkiewiczowej się nigdy nie skłonię!
Gdybyż to była kwestia wyboru!
Coś większego
„Śląskość” była bliskim doświadczeniem, ale odległym słowem. Za to „polskość” przyszła do mnie niemal wyłącznie za sprawą języka. Najpierw poprzez czytaną mi głośno przez mamę i babcię literaturę, a później dzięki samodzielnej lekturze książek, prasy i oglądaniu telewizji. W polszczyźnie zostałem opowiedziany i wyjaśniony jako członek tysiącletniej wspólnoty narodowej, której dzieje, święte miejsca, wielkie księgi i wielcy ludzie należeli teraz do mnie. Przede wszystkim polszczyzna w niewyobrażalny wcześniej sposób poszerzyła granice domowej mowy. Nic dziwnego, że tym językiem chciałem mówić, a później badaniu jego najwspanialszych wytworów poświęciłem swoje zawodowe życie filologa.
Dla śląskiego nastolatka polskość miała jeszcze inną wartość. Życie na wsi nauczyło mnie, że nic tak łatwo nie przychodzi człowiekowi żyjącemu w małej wspólnocie, jak separacja od innych społeczności składających się z „obcych”. Ci z Jaworza, Rudzicy, Wapienicy, Grodźca nie byli „nasi”, a wiejskie legendy mówiły, że żywią wobec nas złe intencje. Podobno niektórzy mieli nawet czarne podniebienia. Polskość była obietnicą gościnnej uniwersalności, wyzwolenia się od szajby podziału na tych „stela” (stąd) i „nie stela”, od stygmatu gwary, braku ciągłości historycznej i państwowej. I schronienia się w „czymś większym”, co ostatecznie ujednolici moją zmąconą tożsamość. Przystępowało się tam po wyzbyciu się złego akcentu oraz dzięki znajomości polskiego języka symbolicznego uczonego w szkole na polskim, historii i lekcjach wychowawczych; i w telewizji.
W apogeum miłosnego zauroczenia, czyli na studiach polonistycznych, pojawiła się bolesna świadomość, że wyparcie się języka domowego i przejście do polszczyzny były rodzajem zdrady. Silna odrębność kulturowa i historyczna Górnego Śląska, odczuwana i pojmowana dzięki wejściu w rodzinę żony, dała mi szansę zrozumienia, jak bardzo powszechna edukacja humanistyczna wyobcowała mnie z własnego doświadczenia kulturowego. Wiedza o Polsce, którą przekazywano w szkole podstawowej, była mieszaniną bajek i mitów. Indoktrynacji tej do dziś nie sposób się pozbyć. Znałem na pamięć dopływy Wisły i Odry, ale nie uczono mnie niczego o Jasieniczance, Bajerce czy Brynicy. Bliższe mi były dąb Sobieskiego, sosna Żeromskiego, limba Kasprowicza czy wierzba Chopina niż buk albo smrek rosnące w beskidzkich lasach. Polski świat, jaki wyłaniał się ze szkolnej edukacji, nie miał nic wspólnego z naturalnym i społecznym światem, w którym żyłem. W kanonie polskiej literatury nie odnajdywałem śląskiego doświadczenia zbiorowego – pejzażu, lokalnej historii, obyczaju, chłopskiego luteranizmu, gwary, mitów i legend. Literackie scenariusze polskości były do „odegrania” w mowie, geście, stroju i scenografii Pana Tadeusza lub Potopu, ale nie Czarnej Julki czy Cholonka. Wystarczy zaznaczyć na mapie miejsca urodzenia klasycznych pisarzy polskich – Jana Kochanowskiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Elizy Orzeszkowej, Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza – aby zdać sobie sprawę, że ich światy dzieciństwa, podniesione do rangi polskiego uniwersum, nie leżą po „mojej” stronie Wisły, a nawet są od niej bardzo odległe.
Choć nie byłem zdolny do krytyki własnego oczarowania, drobne epizody zapowiadały już katastrofę.

Zbigniew Herbert, archiwum Michała Kapitaniaka/Wydawnictwo Znak Najważniejsze było ściganie się z Jackiem w lekturze Sienkiewicza. Chyba w szóstej klasie czytaliśmy Potop „na wyścigi”, codziennie przepytując się z treści, żeby sprawdzić, czy aby ten drugi nie oszukuje. Przemierzanie ukochanej lektury było niczym braterstwo broni – w fantazji identyfikacyjnej obaj byliśmy Kmicicami. Kres tej wspólnoty nastąpił, kiedy dotarliśmy pod Częstochowę. Tam drogi lektury Jacka, katolika, i mojej, luteranina, gwałtownie się rozdzieliły. On mógł być z Kordeckim i Kmicicem na murach klasztoru, wysadzać największą armatę, cierpieć okrutnie palony ogniem, a ja byłem ze Szwedami w okopach i śpiewałem te, jak mówi Wołodyjowski, „psie psalmy”. Zabolało, a bardziej jeszcze uczyniło ze mnie nieubłaganą konsekwencję historii – tej największej, powszechnej sprzed setek lat, ale i tej kameralnej, lokalnej i rodzinnej, której bohaterowie dokonywali przejęcia wyznania lub byli konwertytami, abym w rezultacie ja musiał wybierać między przywiązaniem do Sienkiewicza a dumą i lojalnością wobec protestantyzmu.
Kto wie, czy wówczas nie stałem się prawdziwym czytelnikiem, czyli takim, który afektywny odbiór literatury łączy ze zdolnością do jej krytyki. Wiele lat później, już jako badacz literatury, odkryłem, że Sienkiewicz, jak każdy wielki pisarz, tworzy ideowy wielogłos, który udziela gościny wielu różnym odbiorcom. W Ogniem i mieczem swoistą afirmację luterańskiego etosu pracy stanowi scena, w której regiment niemieckich najemników pod dowództwem podpułkownika Johana Wernera nie chce przejść na stronę kozacką wcześniej niż w czerwcu, kiedy to kończy się ich umowa z Rzeczpospolitą. W chaosie anarchii, jaka wypełnia świat wojny domowej, dotrzymywanie umowy wydaje się absurdem, zwłaszcza że wszyscy Niemcy zginą, broniąc „tylko” honoru zawodowego żołnierza. Wciąż zachwyca mnie ten drobny epizod. Dowodzi uznania autora dla innych wzorców heroizmu wojennego niż ten, który reprezentują polscy bohaterowie powieści. Okazywało się, że nawet coś tak potwornego jak wojna może być miarkowane zawodowstwem, które nie pozwala sobie na rozpasane okrucieństwo.
Właściwego pogodzenia z Jackiem doznałem dopiero niedawno, za sprawą Jerzego Pilcha, który sprawił, że peryferyjny cieszyński luteranizm stał się kulturową własnością czytających Polaków. Mnie zaś pozwolił wyobrazić sobie inną, przyjacielską lekturę Sienkiewicza z dawnych lat. W powieści Tysiąc spokojnych miast odnajduję wspaniały pastisz, którym Pilch bierze w posiadanie brawurową narrację sienkiewiczowską i oddaje ją w służbę luterańskiej intrydze powieściowej, a przynajmniej jej możliwości. Oto kościelny Messerschmitt snuje historię pewnego kościelnego dzwonu:
Oto ciemną kiejdańską nocą czterej szlachcice, historia nie zna ich nazwisk, wiemy jedynie, iż byli to trzej kalwini i jeden luter, ciemną, mroczną nocą ta kacerska czwórka zdejmuje z wieży kiejdańskiego kościoła dzwon Mikołaja Radziwiłła, ładuje go na sanie, okłada sianem i słomianymi wiechciami, i ruszają. Sześciokonny zaprzęg rusza w głąb ciemnej i mroźnej Rzeczpospolitej. Kilkudziesięciostopniowy, choć wtedy nie do zmierzenia, mróz sprawia, iż sanie suną chyżo po kiejdańskim gościńcu. Siedemnastowieczna pełnia księżyca, czarne lasy i białe pola […]. Czterech protestantów, czterech jeźdźców nie Apokalipsy, ale czterech jeźdźców Ewangelii wiezie na saniach przez zamarznięte stulecie protestancki dzwon. Nie wiedzą, dokąd jechać. Może do Warszawy? Do Leszna? Do Lublina? A może do Prus, do Królewca? Nie znają drogi, nie mają celu, wiedzą jedynie, że trzeba chronić święty przedmiot. A wokoło ciemności, zbójcy, Kozacy, Tatarzy, Turcy, Szwedzi, czerń i dzicz.
No więc znów, po latach, czytam z przyjacielem Potop, tym razem jego apokryf, w którym bohaterami są luterańscy jeźdźcy-awanturnicy. I teraz to Jacek chciałby wraz z nimi się przekradać, wioząc kiejdański dzwon na odległe południe, do naszej wsi, gdzie chodzimy do szkoły, aby zawiesić go w moim luterańskim kościele.














































