Tag: „M jak Morderca”

  • K jak Karol Kot. Historia seryjnego mordercy z Krakowa

    Oglądaliście kiedyś taki program „Pogromcy mitów”? Chodzi w nim o to, że dwóch facetów rozprawia się z różnymi teoriami, które często są traktowane jako prawdziwe. Tym razem facet jest jeden – Przemysław Semczuk, a wziął na warsztat historię Karola Kota, seryjnego mordercy z Krakowa, wokół którego również nagromadziło się sporo mitów. W książce znajdziecie też wątek Wisławy Szymborskiej, księdza Adama Bonieckiego, galaretki i truskawek, a nawet pączków. Te ostatnie dziś smakują tak samo jak w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Gotowi na wyprawę do Krakowa śladami seryjnego mordercy? Zapinamy pasy i lecimy. Dziś premiera książki „M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa”.

  • Premierowy fragment książki „M jak morderca. Karol Kot: wampir z Krakowa”

    Już 13 lutego premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka. Tym razem autor wziął na warsztat seryjnego mordercę z Krakowa – Karola Kota. Zanim przeczytacie całość, mam dla Was fragment. Jeśli wzbudzi zainteresowanie, możecie kliknąć w okładkę, przeniesiecie się na stronę, na której możecie książkę kupić. W okolicach dnia premiery na stronie pojawi się rozmowa z autorem, którą przeprowadziliśmy w Archiwum Narodowym w Krakowie, przed domem, w którym mieszkał Karol Kot oraz… Niech to ostatnie zostanie, póki co, tajemnicą. 

    Trzy szare warszawy przecinają krakowski Rynek Główny wzdłuż linii AB, łączącej ulicę Szczepańską z placem Mariackim.

    Wycieraczki miarowo zamiatają szyby, strącając strugi rzęsistego deszczu. Leje nieprzerwanie od kilku dni. W Krakowie temperatura spadła do ośmiu stopni, ale w Zakopanem jest poniżej zera i zalega dwudziestocentymetrowa warstwa śniegu. Na Kasprowym Wierchu napadało niemal dwa metry. Nawet najstarsi górale nie pamiętają takiej wiosny.

    Z Małego Rynku wozy skręcają w ulicą Sienną. Dalej jadą wzdłuż Plant i na skrzyżowaniu Bohaterów Stalingradu włączają się do ruchu w Dietla. Pokonują kilkaset metrów, by przy skrzyżowaniu z Krakowską rozjechać się w różnych kierunkach. Nie na długo. Pierwsza warszawa spokojnie wjeżdża w odbijającą od Krakowskiej małą uliczkę, Meiselsa. Mija pachnącą świeżym chlebem piekarnię Spółdzielni Piekarniczej „Społem” i zatrzymuje się przed bramą realności z numerem drugim. Ostatniej kamienicy przed skrzyżowaniem z Augustiańską. Od tego miejsca Meiselsa przechodzi w Paulińską.

    Kierowca nie gasi silnika. Czterech mężczyzn siedzi w milczeniu. Odliczane uderzeniami wycieraczek sekundy wloką się w nieskończoność.

    Są! – Kierowca wskazuje dwa pozostałe wozy.

    Jedna warszawa pojawia się tuż przy skrzyżowaniu z Augustiańską. Parkuje na rogu, przy murze kościoła zakonu św. Augustyna. Druga wolno jedzie Paulińską, od strony kościoła Na Skałce.

    Oba wozy także nie gaszą silników, mają włączone światła i wycieraczki.

    Po chwili na rogu Augustiańskiej od strony Dietla pojawia się mężczyzna, w szarym płaszczu z postawionym do góry kołnierzem. Deszcz ścieka mu z ronda kapelusza, a na ramionach widać ciemne mokre plamy. Rozgląda się, obserwując po kolei zaparkowane wozy. Wreszcie uchyla kapelusz na widok samochodu stojącego przy Meiselsa.

    Akta Karola Kota znajdują się w Archiwum Narodowym w Krakowie Liczą ponad 20 tomów

    Idziemy! – padła krótka komenda mężczyzny siedzącego obok kierowcy.

    Trzech mężczyzn wysiada z wozu. Kierowca zostaje, nie gasząc silnika.

    Gdyby w kamienicy znajdował się bank, przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że to napad, jak w amerykańskim filmie gangsterskim. Albo przynajmniej zdjęcia do kolejnego odcinka telewizyjnej „Kobry”. Nie ma jednak ani banku, ani kamer.

    Wąski korytarz oświetla tylko jedna słaba żarówka. Więcej światła pada przez umieszczony nad drzwiami świetlik. Podłogę zdobią wytarte płytki przypominające szachownicę. Ich lata świetności dawno minęły. Brudne, niegdyś żółte ściany, dopełniają przygnębiającego obrazu krakowskiego Kazimierza. Dzielnicy o złej reputacji. Przed wojną kamienica przy Meiselsa 2 wyznaczała południową granicę tętniącego życiem żydowskiego Kazimierza. Należała do Żyda Aszkenazego, który w narożnej części budynku prowadził restaurację koszerną. Uciekając z Krakowa przed Niemcami, prosił swoich lokatorów, gojów, by zadbali o majątek. Za- dbali, prowadząc przez całą wojnę wyszynk. Po wojnie Aszkenazy nie wrócił. Chodziły słuchy, że zginął w Auschwitz. Nikt się tym nie zmartwił. Lokal działał do czasu, gdy zo- stał znacjonalizowany. A że w Krakowie bardziej niż pijackich mordowni brakowało izb mieszkalnych, zmieniono go w mieszkanie służbowe dla milicji.

    W czasie wojny wielu Żydów podzieliło los Aszkenazego. Niewielu wróciło na stare śmieci. Władze szybko zapełniły pustkę. Niestety, Kazimierz stał się siedliskiem lumpenproletariatu. Pełno tu było melin, w których handlowano bimbrem, paserów, prostytutek i złodziei. W żadnej innej dzielnicy nie dało się spotkać tylu typów spod ciemnej gwiazdy, co tu.

    Kamienica przy Meiselsa 2 miała sporo szczęścia. Zasiedlili ją przyzwoici obywatele.

    Pokonanie skrzypiących schodów na drugie piętro zajmuje ledwie chwilę. Na półpiętrze mężczyźni się zatrzymują. Jeden ostrożnie spogląda w górę. Piętro wyżej dostrzega postać w szarym płaszczu.

    Broń! – komenda pada przyciszonym głosem.

    Mężczyźni wyjmują i ostrożnie przeładowują pistole- ty. Potem wolno podchodzą kilka ostatnich schodów. Stają po obu stronach drzwi z numerem siedem. Jeden z nich puka trzy razy. Wewnątrz panuje głucha cisza. Puka jeszcze raz, tylko mocniej. Nadal nic. Ponawia pukanie, po którym w końcu słychać jakiś szmer. Ktoś podchodzi ostrożnie do drzwi i wygląda przez wizjer. Ale nie otwiera ani się nie odzywa. Kolejne pukanie także nie przynosi rezultatu.

    Co robimy?

    Czekamy – mężczyzna odpowiada bez namysłu przy- ciszonym głosem i puka kolejny raz. Spogląda na towarzyszy i wreszcie uderza kilka razy pięścią. – Otwierać! Milicja Obywatelska!

    Mężczyzna stojący pół piętra wyżej schodzi ostrożnie. – Jesteś pewien, że są w środku? – Tak jest, panie pułkowniku. Ojciec wyszedł wpół do siódmej. W środku są matka i dzieci. – Zostań tam. – Pułkownik kiwa głową, wydając rozkaz. – A my schodzimy na półpiętro. Trzeba się zastanowić, co robić.

    Schodzą kilka stopni niżej i zatrzymują się przy oknie wychodzącym na wąskie betonowe podwórko. Widać stąd niewielką galeryjkę, na którą prowadzą drzwi kuchenne mieszkania numer siedem. Od dawna są nieużywane, ale na wszelki wypadek i tego wyjścia pilnuje milicjant po cywilnemu. Siedzi skulony przy ścianie, wykorzystując niewielki gzyms do osłony przed deszczem.

    Andrzej – pułkownik zwraca się do jednego z milicjantów. – Biegnij na dół. Sprawdź posterunek na ulicy. Niech dają migiem znać, czy coś się dzieje. Może będzie próbował uciekać albo skoczy.

    Milicjant pospiesznie zbiega na dół. Pozostała dwójka wciąż czeka z pistoletami w dłoni. Nagle drzwi otwierają się i na korytarz wychodzi dziewczynka. Najwyżej dziesięcioletnia. Ma na sobie płaszczyk, a na plecach tornister. Milicjanci podrywają się, ale jest za późno. Mała zatrzaskuje drzwi i zbiega po schodach.

    Czekaj, mała! – Pułkownik zatrzymuje ją gestem ręki. – Mama jest w domu?

    Dziewczynka przez chwilę przygląda się nieufnie. – Jesteśmy z milicji. Widać, że to jej nie przekonuje. Odpowiada niepewnie, odwracając wzrok. – Śpi.

    A brat? – Lolek też śpi. – To może otwórz drzwi i obudź mamusię, musimy z nią porozmawiać. – Nie mam klucza. Muszę już iść, bo się spóźnię do szkoły. Milicjant cofa się, robiąc jej przejście. Minutę później na półpiętro wraca Andrzej. – Wszystko dobrze, nic się nie dzieje. Chłopaki z Augustiańskiej zauważyli, że ktoś wyglądał przez okno z pokoju na rogu. Obserwował ulicę. Ale nie widzieli, czy to mężczyzna, czy kobieta.

    Czyli mała kłamie. Nie śpią. – Panie pułkowniku, wyważamy drzwi? – Za duże ryzyko. Ma broń. Albo sobie coś zrobi, albo ktoś z nas oberwie. – Oficer zastanawia się przez chwilę. W końcu stanowczym głosem ponownie zwraca się do Andrzeja: – Weź kogoś z obstawy i pędź do zakładów remontowych na Rakowiecką. Przywieź tu ojca. I przypilnuj, aby miał przy sobie klucze.

  • „Kończę z pisaniem o seryjnych mordercach”

    Już w lutym premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka, czyli „M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa”. Co najbardziej wstrząsnęło autorem przy pisaniu? Czy Kota można było ująć wcześniej? Dlaczego kończy z pisaniem o seryjnych mordercach? Tego dowiecie się z romowy, ale dowiecie się też o książce, która ukaże się w 2020 roku. Smacznego!

    Był „Wampir z Zagłębia”, teraz napisałeś książkę o „Wampirze z Krakowa”. Teraz już chyba ostatecznie udowadniasz, że jesteś ekspertem od seryjnych morderców?

    Był jeszcze „Kryptonim Frankenstein” i „Czarna wołga”, w której też jest sporo o seryjnych. Wychodzi na to, że faktycznie jestem. Może nie ekspertem, ale specjalistą. Bo opisując te postacie musiałem poznać też innych seryjnych. I to nie tylko polskich.

    Karol Kot był oskarżony o zamordowanie dwóch osób, 10 prób zabójstwa oraz cztery podpalenia. Te liczby robią jeszcze na Tobie wrażenie? A może na tle swoich „kolegów po fachu” wypada blado?

    Wrażenie? Zależy w jakim sensie. Bo znam osoby, które mówiąc kolokwialnie „jarają się” seryjnymi i ich „osiągnięciami”. To chore moim zdaniem. Ja do tego podchodzę czysto zawodowo. Nie robię rankingu, który z nich był „lepszy” i którego by tu opisać. Tu liczy się historia. Przykładowo Bogdan Arnold, śląski morderca prostytutek. Tu nie ma historii. Tu jest psychopata sadysta, który gwałci, morduje i z odrażającą determinacją ćwiartuje zwłoki aby się ich pozbyć. W tym nie ma nic ciekawego dla zwykłego czytelnika. To może być casus dla psychiatrów, psychologów czy policyjnych profilerów. Kot to co innego. To naprawdę ciekawa historia. Słyszałem o niej wiele razy. I wydawało mi się, że wiem o co chodzi. A gdy zacząłem badać sprawę okazało się, że nic nie wiedziałem. Każdy dzień to było okrycie. Czasem takie, że naprawdę byłem zaskoczony. Tu nie chodzi o morderstwa. Książka pokazuje pracę milicji, pokazuje Kraków w latach 60., jego mieszkańców. Świat, którego nie ma. To jest tło dla mordercy. Bardzo złożonej postaci. Zdradzę ciekawostkę. Na proces Karola Kota wejściówkę miała Wisława Szymborska. Wygląda na to, że przyszłą noblistkę interesowała ciemna strona mocy.

    Co Tobą najbardziej wstrząsnęło przy pisaniu książki „M jak morderca”?

    Zeznania Karola. Gdy zaczął mówić. To jak mówił o ofiarach i z jaką precyzją opisywał morderstwa. I nie tylko. Bo chyba bardziej makabryczne są plany które snuł. Z tego powodu trzy rozdziały musiałem opatrzyć ostrzeżeniem, że treść jest drastyczna. Trzy dni czytałem protokoły przesłuchań Kota. A potem przez tydzień musiałem odpocząć od niego. Nie wiem co powiedzą Czytelnicy, którzy zaczytują się w kryminałach o seryjnych mordercach. Uświadomią sobie, że te zmyślone postacie wypadają naprawdę blado na tle prawdziwego seryjnego. I nic dziwnego, bo autorzy powieści nie są w stanie wymyślić takich rzeczy. Bo człowiek normalny tego nie pojmuje.

    Czy Kota milicja mogła złapać wcześniej? Mówię tu, np. o zeznaniach taksówkarza, które nie zostały wzięte w ogóle pod uwagę.

    Często słyszę to pytanie. Mnóstwo osób wyraża takie oskarżenie pod adresem milicji. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo to akurat jeden z elementów układanki. Mogę tylko powiedzieć, że takie twierdzenia wysuwają osoby, nie mające pojęcia o pracy operacyjnej policji. Mówię świadomie policji, bo praca operacyjna niewiele się zmieniła. W książce podaję przyczynę, dla której pominięto zeznanie taksówkarza, precyzyjniej portret pamięciowy, który opowiedział. Popełniono błąd. Nawet serię błędów. Ale tak to wygląda w praktyce. To gra. Chodzi o to by sprawca popełnił ich więcej. Ale on ma przewagę nad śledczym. Bo on zna zasady, śledczy idzie po omacku. Moim zdaniem to jest historia na niesamowity film w stylu „Mind Hunter”.

    Czy to prawda, że młody Karol jeździł z rodzicami na wakacje do Pcimia, gdzie asystował przy zabijaniu cieląt? Jak to na niego wpłynęło?

    Znowu istotny szczegół z książki. Powiem tylko, że dzwonią w kościele, ale nie wiemy w którym. Albo lepiej będzie pasował dowcip o Radiu Erewań, które podało, że w Moskwie na Palcu Czerwonym rozdają żiguli. Owszem w Moskwie i na Placu Czerwionym, ale nie rozdają, a kradną. I nie żiguli a rowery.

    Premiera Twojej książki już 13 lutego. Kiedy możemy spodziewać się historii kolejnego seryjnego mordercy?

    Nigdy. Wystarczy. Mam tyle innych ciekawych historii do opisania, że seryjnych można już zostawić w spokoju. W kwietniu wychodzi książka „Wybrałem Pol(s)kę”, o imigrantach w czasach PRL. W maju „To nie przypadek”, powieściowa kontynuacja „Tak będzie prościej”. Już pracuję nad powieścią „Cyklon”, opartą o prawdziwą historię esesmana z Auschwitz, która pojawi się na początku 2020 roku. Są też spotkania z Czytelnikami. 8 marca będę w Karpaczu, 21 marca w Lublinie na Kryminalnym Czwartku Radia Lublin. A dalej już z górki. Piła, Wrocław itd. aż do Grandy. I pracuję jeszcze nad nowym projektem, który wystartuje we wrześniu. Będzie gratka dla „kryminalistów”, będzie sporo kryminalnych historii w innej formie.