Premierowy fragment książki „M jak morderca. Karol Kot: wampir z Krakowa”

Już 13 lutego premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka. Tym razem autor wziął na warsztat seryjnego mordercę z Krakowa – Karola Kota. Zanim przeczytacie całość, mam dla Was fragment. Jeśli wzbudzi zainteresowanie, możecie kliknąć w okładkę, przeniesiecie się na stronę, na której możecie książkę kupić. W okolicach dnia premiery na stronie pojawi się rozmowa z autorem, którą przeprowadziliśmy w Archiwum Narodowym w Krakowie, przed domem, w którym mieszkał Karol Kot oraz… Niech to ostatnie zostanie, póki co, tajemnicą. 

Trzy szare warszawy przecinają krakowski Rynek Główny wzdłuż linii AB, łączącej ulicę Szczepańską z placem Mariackim.

Wycieraczki miarowo zamiatają szyby, strącając strugi rzęsistego deszczu. Leje nieprzerwanie od kilku dni. W Krakowie temperatura spadła do ośmiu stopni, ale w Zakopanem jest poniżej zera i zalega dwudziestocentymetrowa warstwa śniegu. Na Kasprowym Wierchu napadało niemal dwa metry. Nawet najstarsi górale nie pamiętają takiej wiosny.

Z Małego Rynku wozy skręcają w ulicą Sienną. Dalej jadą wzdłuż Plant i na skrzyżowaniu Bohaterów Stalingradu włączają się do ruchu w Dietla. Pokonują kilkaset metrów, by przy skrzyżowaniu z Krakowską rozjechać się w różnych kierunkach. Nie na długo. Pierwsza warszawa spokojnie wjeżdża w odbijającą od Krakowskiej małą uliczkę, Meiselsa. Mija pachnącą świeżym chlebem piekarnię Spółdzielni Piekarniczej „Społem” i zatrzymuje się przed bramą realności z numerem drugim. Ostatniej kamienicy przed skrzyżowaniem z Augustiańską. Od tego miejsca Meiselsa przechodzi w Paulińską.

Kierowca nie gasi silnika. Czterech mężczyzn siedzi w milczeniu. Odliczane uderzeniami wycieraczek sekundy wloką się w nieskończoność.

Są! – Kierowca wskazuje dwa pozostałe wozy.

Jedna warszawa pojawia się tuż przy skrzyżowaniu z Augustiańską. Parkuje na rogu, przy murze kościoła zakonu św. Augustyna. Druga wolno jedzie Paulińską, od strony kościoła Na Skałce.

Oba wozy także nie gaszą silników, mają włączone światła i wycieraczki.

Po chwili na rogu Augustiańskiej od strony Dietla pojawia się mężczyzna, w szarym płaszczu z postawionym do góry kołnierzem. Deszcz ścieka mu z ronda kapelusza, a na ramionach widać ciemne mokre plamy. Rozgląda się, obserwując po kolei zaparkowane wozy. Wreszcie uchyla kapelusz na widok samochodu stojącego przy Meiselsa.

Akta Karola Kota znajdują się w Archiwum Narodowym w Krakowie Liczą ponad 20 tomów

Idziemy! – padła krótka komenda mężczyzny siedzącego obok kierowcy.

Trzech mężczyzn wysiada z wozu. Kierowca zostaje, nie gasząc silnika.

Gdyby w kamienicy znajdował się bank, przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że to napad, jak w amerykańskim filmie gangsterskim. Albo przynajmniej zdjęcia do kolejnego odcinka telewizyjnej „Kobry”. Nie ma jednak ani banku, ani kamer.

Wąski korytarz oświetla tylko jedna słaba żarówka. Więcej światła pada przez umieszczony nad drzwiami świetlik. Podłogę zdobią wytarte płytki przypominające szachownicę. Ich lata świetności dawno minęły. Brudne, niegdyś żółte ściany, dopełniają przygnębiającego obrazu krakowskiego Kazimierza. Dzielnicy o złej reputacji. Przed wojną kamienica przy Meiselsa 2 wyznaczała południową granicę tętniącego życiem żydowskiego Kazimierza. Należała do Żyda Aszkenazego, który w narożnej części budynku prowadził restaurację koszerną. Uciekając z Krakowa przed Niemcami, prosił swoich lokatorów, gojów, by zadbali o majątek. Za- dbali, prowadząc przez całą wojnę wyszynk. Po wojnie Aszkenazy nie wrócił. Chodziły słuchy, że zginął w Auschwitz. Nikt się tym nie zmartwił. Lokal działał do czasu, gdy zo- stał znacjonalizowany. A że w Krakowie bardziej niż pijackich mordowni brakowało izb mieszkalnych, zmieniono go w mieszkanie służbowe dla milicji.

W czasie wojny wielu Żydów podzieliło los Aszkenazego. Niewielu wróciło na stare śmieci. Władze szybko zapełniły pustkę. Niestety, Kazimierz stał się siedliskiem lumpenproletariatu. Pełno tu było melin, w których handlowano bimbrem, paserów, prostytutek i złodziei. W żadnej innej dzielnicy nie dało się spotkać tylu typów spod ciemnej gwiazdy, co tu.

Kamienica przy Meiselsa 2 miała sporo szczęścia. Zasiedlili ją przyzwoici obywatele.

Pokonanie skrzypiących schodów na drugie piętro zajmuje ledwie chwilę. Na półpiętrze mężczyźni się zatrzymują. Jeden ostrożnie spogląda w górę. Piętro wyżej dostrzega postać w szarym płaszczu.

Broń! – komenda pada przyciszonym głosem.

Mężczyźni wyjmują i ostrożnie przeładowują pistole- ty. Potem wolno podchodzą kilka ostatnich schodów. Stają po obu stronach drzwi z numerem siedem. Jeden z nich puka trzy razy. Wewnątrz panuje głucha cisza. Puka jeszcze raz, tylko mocniej. Nadal nic. Ponawia pukanie, po którym w końcu słychać jakiś szmer. Ktoś podchodzi ostrożnie do drzwi i wygląda przez wizjer. Ale nie otwiera ani się nie odzywa. Kolejne pukanie także nie przynosi rezultatu.

Co robimy?

Czekamy – mężczyzna odpowiada bez namysłu przy- ciszonym głosem i puka kolejny raz. Spogląda na towarzyszy i wreszcie uderza kilka razy pięścią. – Otwierać! Milicja Obywatelska!

Mężczyzna stojący pół piętra wyżej schodzi ostrożnie. – Jesteś pewien, że są w środku? – Tak jest, panie pułkowniku. Ojciec wyszedł wpół do siódmej. W środku są matka i dzieci. – Zostań tam. – Pułkownik kiwa głową, wydając rozkaz. – A my schodzimy na półpiętro. Trzeba się zastanowić, co robić.

Schodzą kilka stopni niżej i zatrzymują się przy oknie wychodzącym na wąskie betonowe podwórko. Widać stąd niewielką galeryjkę, na którą prowadzą drzwi kuchenne mieszkania numer siedem. Od dawna są nieużywane, ale na wszelki wypadek i tego wyjścia pilnuje milicjant po cywilnemu. Siedzi skulony przy ścianie, wykorzystując niewielki gzyms do osłony przed deszczem.

Andrzej – pułkownik zwraca się do jednego z milicjantów. – Biegnij na dół. Sprawdź posterunek na ulicy. Niech dają migiem znać, czy coś się dzieje. Może będzie próbował uciekać albo skoczy.

Milicjant pospiesznie zbiega na dół. Pozostała dwójka wciąż czeka z pistoletami w dłoni. Nagle drzwi otwierają się i na korytarz wychodzi dziewczynka. Najwyżej dziesięcioletnia. Ma na sobie płaszczyk, a na plecach tornister. Milicjanci podrywają się, ale jest za późno. Mała zatrzaskuje drzwi i zbiega po schodach.

Czekaj, mała! – Pułkownik zatrzymuje ją gestem ręki. – Mama jest w domu?

Dziewczynka przez chwilę przygląda się nieufnie. – Jesteśmy z milicji. Widać, że to jej nie przekonuje. Odpowiada niepewnie, odwracając wzrok. – Śpi.

A brat? – Lolek też śpi. – To może otwórz drzwi i obudź mamusię, musimy z nią porozmawiać. – Nie mam klucza. Muszę już iść, bo się spóźnię do szkoły. Milicjant cofa się, robiąc jej przejście. Minutę później na półpiętro wraca Andrzej. – Wszystko dobrze, nic się nie dzieje. Chłopaki z Augustiańskiej zauważyli, że ktoś wyglądał przez okno z pokoju na rogu. Obserwował ulicę. Ale nie widzieli, czy to mężczyzna, czy kobieta.

Czyli mała kłamie. Nie śpią. – Panie pułkowniku, wyważamy drzwi? – Za duże ryzyko. Ma broń. Albo sobie coś zrobi, albo ktoś z nas oberwie. – Oficer zastanawia się przez chwilę. W końcu stanowczym głosem ponownie zwraca się do Andrzeja: – Weź kogoś z obstawy i pędź do zakładów remontowych na Rakowiecką. Przywieź tu ojca. I przypilnuj, aby miał przy sobie klucze.