Tag: Przemysław Semczuk

  • Kradnę, więc jestem – smutna prawda o podcastach true crime. Tekst Przemysława Semczuka

    Podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu odbył się panel dyskusyjny na temat popularności podcastów kryminalnych. W tytule postawiono pytanie o to, dlaczego podkasty cieszą się większym powodzeniem niż literatura faktu. Wydarzenie zbiegło się z roszczeniem, które prawnik wysłał do jednej z podcasterek w imieniu Izy Michalewicz autorki reportaży kryminalnych.

    Co powiecie, by na moment porzucić świat literackich zagadek kryminalnych na rzecz historii, które opowiadane są w formie podcastów? Historie spod znaku „true crime” w Polsce zdobywają coraz większą popularność, ale, o dziwo, lepiej radzą sobie w wersjach podcastowych niż książkowych. Czy fenomen podcastów w Polsce można tłumaczyć tylko pandemią? Jak sytuacja polska ma się do innych krajów? Dlaczego wolimy słuchać o zbrodniach niż o nich czytać?” – taka informacja widniała na stronie wydarzenia.

    Jeszcze zanim zaczęła się dyskusja, z siedmiominutowego wywodu prowadzącego spotkanie Waldka Mazura, dowiedziałem się niemal wszystkiego o nowym medium, które na łeb na szyję bije książki. Jedno było pewne. Mazur jest wielkim entuzjastą podcastów. Nie wiem za to, czy w ciągu ostatniego roku przeczytał jakąkolwiek książkę non-fiction. A kilka się ukazało. Jego gośćmi byli Olga Herring – podcasterka i Michał Larek – pisarz, akademik i również podcaster. Jak łatwo zgadnąć rozmówcy reprezentując jeden front, zgadzali się ze sobą. Pomiędzy wierszami, trochę przez przypadek, padło jednak kilka zdań wyjaśniających o co tu chodzi. Wróćmy jednak do Izy Michalewicz, której na to spotkanie nie zaproszono.

    W październiku ubiegłego roku znana reporterka śledcza wydała w Wydawnictwie W.A.B. książkę „Ballady morderców. Kryminalny Wrocław”. Przed dwoma miesiącami na kanale Moniki Prześlakowskiej „Kryminalne Historie” pojawił się odcinek „Mam fioła na punkcie Jasia. Zbrodnia po polsku II”, będący opracowaniem jednego z reportaży zawartych w książce. Słowo „opracowała” ma tu fundamentalne znaczenie, bowiem właśnie takiego określenia używa większość twórców podcastów. Opracowują sprawy, które przedstawiają publiczności. I zarabiają na tym często spore pieniądze z reklam wyświetlanych na platformach udostępniających ich „twórczość”.

    Michalewicz jest reporterką z wieloletnim stażem. Pisząc reportaż rozmawiała z prokuratorami, policjantami, świadkami i uczestnikami wydarzeń. Dotarła do dokumentów. Efektem jej pracy był tekst zawierający cytaty z akt i wypowiedzi rozmówców. Prześlakowska jest podcasterką. Temat opracowała, a właściwie streściła na podstawie reportażu Michalewicz. Nie wyszła nawet z domu, z nikim nie rozmawiała, nie wnioskowała w prokuraturze i sądzie o zgody na wgląd do akt. Nie czekała tygodniami na udostępnienie dokumentów.

    Spór zaczął się od wpisu na profilu autorskim Izy Michalewicz, który pojawił się 8 kwietnia. Reporterka zarzuciła podcasterce plagiat. Prześlakowska odpowiedziała przyznając otwarcie, że korzysta z różnych źródeł, ale jej zdaniem nie jest to plagiat. „Jak podałam w źródłach, korzystałam z Pani książki, znalazłam tam wiele ważnych informacji – ale nie przeczytałam ich bezmyślnie słowo w słowo”. Temu ostatniemu stwierdzeniu przyjrzał się prawnik Wydawnictwa W.A.B. W jego opinii czytamy: „Przejęte przez Panią zapożyczenia to charakterystyczne ustalenia i koncepty Pani Izy Michalewicz wyrażone przez nią w autorski sposób, całe zdania, które zostały poddane przeróbce/przeredagowaniu. Pracując nad treścią utworu Pani Iza Michalewicz wykonała rozległą pracę badawczą polegającą na zweryfikowaniu materiałów źródłowych oraz analizie m.in. akt postępowania dotyczącego opisanego w utworze zdarzenia. Autorka badając dostępne źródła dokonywała samodzielnych ustaleń dotyczących osób opisywanych w utworze oraz okoliczności poszczególnych zdarzeń. Autorka przeprowadzała rozmowy ze świadkami zdarzeń, odwiedzała miejsca, w których żyły i przebywały osoby przedstawione w utworze. Ustalenia dokonane na podstawie przeprowadzonych rozmów oraz własnych poszukiwań opisała w swoim utworze, nadając im autorską (oryginalną i indywidualną) treść i postać, a także przedstawiając wysnute na podstawie zgromadzonych materiałów własne konkluzje i autorskie hipotezy, które nigdy wcześniej nie pojawiły się źródłach opisujących okoliczności śmierci Martyniki.

    Podanie siebie jako wyłącznego autora podcastu, który tak szeroko czerpie z treści utworu i ustaleń dokonanych przez Panią Izę Michalewicz (bez ujawnienia rzeczywistej relacji obu utworów) stanowi plagiat, a ściślej rzecz ujmując, ten jego rodzaj, który w doktrynie prawa autorskiego nazywany jest „plagiatem ukrytym”: „…plagiat ukryty wiąże się najczęściej z dokonaniem pewnych zmian redakcyjnych, stylistycznych, zarówno w zakresie formy, jak i treści bezprawnie wykorzystywanego utworu. Plagiator próbuje ukryć fakt wykorzystania cudzego utworu, dokonuje jego modyfikacji”.

    Jeśli tekst prawniczy jest zbyt trudny, posłużę się metaforą. Kapela grająca na wiejskich weselach „Pretty Woman” czy „Majteczki w kropeczki”, musi wypełnić odpowiedni formularz i zapłacić tantiemy do Zaiksu. Bo ktoś napisał słowa i muzykę. Kapela interpretuje utwór na swój sposób. Jednak z punktu widzenia prawa ważne kto jest autorem i kto ma prawa do utworu. W przypadku muzyki sprawa jest prosta. Interpretacja i streszczenie czyjejś pracy reporterskiej to temat złożony. W prawie autorskim brakuje regulacji, bo gdy było tworzone podcasty nie istniały.

    Opinię mecenasa Michała Dankowskiego można zastosować do niemal wszystkich podcastów true crime. Podczas panelu na MFK Olga Herring sama przyznała, że tematy opracowuje na podstawie ogólnodostępnych źródeł. Po prostu tego co znajdzie w internecie lub w książkach. Wypada tu dodać odrobinę wiedzy dziennikarskiej. Jeśli reporter danej gazety nie rozmawiał z człowiekiem, nie wolno mu zamieścić w swoim tekście wypowiedzi rozmówcy nie podając źródła. Tymczasem podcasty szeroko cytują akta, wypowiedzi policjantów, prokuratorów a nawet ofiar i sprawców. Nie wskazują przy tym skąd pochodzi wypowiedź i komu jej udzielono. Swoistym listkiem figowym ma być bibliografia (tak jak w przypadku Prześlakowskiej) podana na końcu zamieszczonego na YouTube filmu. Gorzej ze Spotify, gdzie do źródeł odsyła specjalny link. Tam nikt ze słuchaczy z pewnością nie zajrzy. W najlepszym razie w podcaście pojawia się informacja o korzystaniu z książki. Dlaczego zatem autorzy, w tym również ja, mają pretensje? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o….

    Owszem o pieniądze. Napisanie książki wiąże się z kosztami. Pisząc „M jak morderca Karol Kot Wampir z Krakowa”, musiałem pojechać do Krakowa i spędzić tam kilka tygodni. Tylko tak mogłem zapoznać się z aktami dostępnymi w Archiwum Narodowym. Odnalezienie przyjaciółki Kota, Danuty Włodarczyk, zajęło mi kilka miesięcy. To nie takie proste w czasach powszechnej ochrony danych osobowych. My, reporterzy, mamy jednak swoje sposoby na odnajdywanie ludzi. Jako dygresję podam swój rekord. Człowieka skazanego w 1977 roku szukałem dwa lata. Z Barbarą Kot, siostrą Karola poszło szybciej. Jej numer telefonu zdobyłem już po roku poszukiwań. Zgodziła się na rozmowę, co wymagało kolejnej wycieczki na drugi koniec Polski. Bo o takich sprawach nie rozmawia się przez telefon. Wspomnę jeszcze o poszukiwaniach w bibliotece. Olga Herring podczas panelu utyskiwała, że Polska prasa nie jest opracowana w internecie. Pani Olgo! Ja po prostu idę do czytelni i kartkuję kilka roczników różnych tytułów. To szukanie igły w stogu siana. Przejrzenie jednego rocznika dziennika, to osiem do szesnastu godzin pracy. Pracując nad Kotem, sprawdziłem kilkanaście gazet. Wystarczy powiedzieć, że w Bibliotece UMK jestem traktowany niemalże jak pracownik. Po piętnastu latach bibliotekarki nie proszą mnie nawet o kartę. A Herring mówi, że opracowanie jednej sprawy zajmuje jej tydzień. Że ja na to wcześniej nie wpadłem? Korzystając z cudzej pracy jedna książka dokumentalna w miesiącu – to realne.

    Karol Kot w trakcie wizji lokalnej. Źródło: Archiwum Narodowe w Krakowie, fot: Przemysław Semczuk

    Podsumowując – czas to pieniądz. Ja na wypłatę muszę jednak poczekać. Dostaję kilka złotych od każdego sprzedanego egzemplarza. Tymczasem Herring mówi wprost, że siłą podcastów jest to, że są za darmo. Za książkę trzeba zapłacić. Jeśli więc odbiorca wysłucha streszczenia, to po co ma płacić za książkę? A podcaster zgarnie pieniądze z reklam w poczuciu, że się napracował. Przez tydzień.

    Poszkodowani są nie tylko autorzy książek. Internet nie jest do końca ogólnodostępny i darmowy jak uważają podcasterzy. Owszem spora część gazet, stacji radiowych czy portali, udostępnia treści za darmo. Ale ich wytworzenie kosztuje, a co ważniejsze, jest objęte prawem autorskim. I tak, reporter Onetu, Wirtualnej Polski, Interii czy RMF-u jedzie na konferencję prasową, zadaje pytania, dzwoni do prokuratury czy sądu. W efekcie powstaje treść, za którą redakcja mu płaci, a jednocześnie ponosi koszty dokumentacji. Tekst jest więc własnością redakcji. Nawet zdobyte informacje i sposób ich interpretacji podlegają ochronie. Dla Herring jest to ogólnodostępne źródło, nawet jeśli wykorzystuje treści, za których dostęp musi zapłacić w prenumeracie.

    Może jaśniej.

    Załóżmy, że dziennikarka „Newsweeka” znajduje temat na reportaż, zbiera informacje i w końcu go publikuje. Chwilę później reporterka „Polityki” wypuszcza identyczny temat, dotyczący tej samej sprawy, rozmawia z tymi samymi osobami. W branży uznawane jest to za plagiat. A za granicą? Za granicą jest to jeszcze bardziej restrykcyjnie przestrzegane. Przed laty głośna była sprawa reportera „New York Timesa”, który wyszukiwał informacje w lokalnych mediach i nie ruszając się z domu pisał teksty, w których zamieszczał wypowiedzi uczestników wydarzeń. Gdy sprawa wyszła na jaw, „NYT” powołał komisję etyki, przeprosił poszkodowanych dziennikarzy, a bohater plagiatowej afery był skończony.

    Jak to wygląda u nas? W mediach rzadko zdarzają się takie przypadki, ale się zdarzają. Sam padłem ofiarą tego kilkukrotnie. W pierwszym przypadku chodziło o jeden z najpopularniejszych blogów „Zapiski z granitowego miasta”. Jego autor Mateusz Biskup, vel Biszop, przepisał swoimi słowami cały mój tekst z Newsweeka. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że poszkodowanych jest więcej. Biszop mieszkał wtedy w Irlandii i codziennie przepisywał jakiś tekst historyczny z „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweeka”, „Wprost”, „Polityki”, etc. Skopiował nawet książkę doktora Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz Birkenau. Cyra dwa lata spędził badając inskrypcje w obozowych celach śmierci. Biszop zrobił z tego post jakby sam wykonał tę pracę. Smaczku dodaje fakt, że za blogerskie dokonania zdobył nagrodę „Bloga roku”. W kolejnej edycji miał być jurorem i prowadzić warsztaty blogerskie. Gdy o sprawie zawiadomiłem Onet, reakcja była natychmiastowa. Kariera Biszopa była skończona. Sprawa nie trafiła do sądu, bo Onet był wtedy współwłaścicielem Newsweeka. Musiałby zatem walczyć sam z sobą. Innym razem młody dziennikarz wykorzystał mój tekst z książki, streszczając go tak jak robią to podcasterzy. Nieświadomie używał nawet wymyślonych przeze mnie personaliów bohatera, tak jakby ten właśnie tak się nazywał. Na końcu wspomniał, że coś tam ustaliłem w sprawie. Po zgłoszeniu redakcja usunęła tekst.

    Przemysław Semczuk, fot: smakksiazki.pl

    Moim zdaniem uczestnicy panelu MFK nie spotkali się by przedstawić blaski i cienie nowej formy. A tym bardziej odpowiedzieć na postawione pytania. Stronę pisarzy true crime miał reprezentować Larek, który od dwóch lat jest bardziej podcasterem niż pisarzem. Stoi więc po tamtej stronie barykady. I trudno się dziwić, że cała trójka z wielkim zaangażowaniem debatowała nad wyższością Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia. Nie zająknęli się nawet nad kwestią odpowiedzialności za treść. To kolejna mina w podcastowym świecie. Za to co reporter publikuje w książce odpowiedzialność ponoszą wydawca i autor. Zdarza się,  książkę przed wydaniem czytają prawnicy i czasem proszą z ostrożności o poprawki. Nad książką czuwa również redaktor, dyrektor wydawniczy i, jak w moim przypadku, recenzent. Wszystko po to, by nie popełnić błędu, nie naruszyć praw osobistych i autorskich. Dlatego przy każdym cytacie muszę podać źródło. Cytowanie jest ściśle określone w prawie autorskim. A jak działają podcasterzy? Hulaj dusza, piekła nie ma. Cytują dokumenty, choć nigdy ich na oczy nie widzieli. Cytują świadków, chociaż z nimi nie rozmawiali. Skąd więc owe cytaty? Na przykład z moich książek.

    Nie chodzi jednak tylko o cytaty. Ważne jest również naruszenie dóbr osobistych. Kto odpowiada za podcast? YouTube, Spotify, Audioteka czy Empik są tylko platformami udostępniającymi. Podcasterzy nie zdają sobie chyba sprawy, że to oni będą odpowiadać przed sądem, jeśli z roszczeniem wystąpi rodzina ofiary, o której mordowaniu opowiadają z takimi szczegółami, a nawet swadą, pełną kwiecistych metafor. A robią to dla dostarczenia odbiorcy rozrywki. Śmierć katowanej i gwałconej dziewczynki jest więc rozrywką do słuchania w drodze do pracy, czy podczas prasowania ciuszków naszego maleństwa. Póki co, gdy rodzina ofiary protestuje żądając usunięcia podcastu, można usunąć…. ich komentarze. Prędzej czy później któraś z tych spraw skończy się jednak procesem.

    Odpowiedzialność za treść ma jeszcze jeden wymiar. Podcasterzy w źródłach podają siebie nawzajem. Zatem coś co pojawia się w jednym kanale, za chwile znajdziemy w kolejnym. Ale czy to prawda? Za przykład niech posłuży drugi gość panelu, Michał Larek. W jego podcaście wysłuchałem wspomnień byłego milicjanta, który brał udział w czynnościach operacyjnych przy sprawie Wampira z Zagłębia. To nic, że w chwili pierwszego zabójstwa miał ledwie dwadzieścia lat. Na Śląsk przyjechał osiem lat później jako jeden z setek młodych milicjantów, których delegowano, by wykonywali żmudną pracę papierkową. Trzon grupy stanowili doświadczeni oficerowie (żaden z nich już nie żyje), a struktura była rozbudowana jak w dzisiejszej korporacji. Jednak słuchając opowieści odniosłem wrażenie, że gość Larka był jednym z najważniejszych oficerów, który jak sam twierdzi uporządkował dokumentację. Dzisiaj myli fakty i daty, a o wielu aspektach sprawy nie ma pojęcia. Choćby o tym, że w strukturze grupy był odrębny dział archiwum, w którym nic nie wymagało porządkowania. Mimo to dla Larka, byłego już wykładowcy UAM, jest wiarygodnym świadkiem. Dziwi to tym bardziej, że na wstępie Larek mówi o mojej książce. Mówi bardzo pozytywnie. A zatem powinno mu się zapalić światełko – coś nie gra w tej opowieści. A odbiorca? Odbiorca „łyknie wszystko jak pelikan żabę”.

    Kilka dni temu znajomy autor podesłał mi link do nowego podcastu. W krótkim czasie na kanale YouTube i Spotify pojawiły się trzy odcinki będące streszczeniami moich książek. Trudno mówić nawet o podobieństwie, bo autorka podcastu czyta dialogi z książki, która jest fabularyzowanym reportażem. Te dialogi napisałem sam, odtwarzając prawdopodobny przebieg rozmów bohaterów, na podstawie ich zeznań. „Nowe odkrycie na youtube, dzięki za materiał! 🙂” – chwali plagiat jeden ze słuchaczy. Na razie niespełna czterysta odtworzeń, ale od czegoś trzeba zacząć. Chwilę później odkrywam kolejny podcast kryminalny ze streszczeniem tej samej książki. Tu ponad czterysta tysięcy odtworzeń! Czyli konkretne kwoty wypłacone przez YouTube. W komentarzach czytam: „Znam sprawę dość dobrze, oglądałam i widziałam różne materiały, ale w twojej audycji pojawiły się informacje o których nie wiedziałam. Świetna robota”! Serio? Wystarczyło sięgnąć po książkę, o której pisałem wcześniej. Chodzi o przypadek Karola Kota. Przypomnę, rok pracy. Podcast ukazał się trzy miesiące po premierze książki. Zresztą o tej sprawie opowiedziało więcej podcastów. I mamy odpowiedź w sprawie wyników sprzedaży książki.

    To właśnie tego wątku zabrakło podczas panelu na MFK. Irek Grin – dyrektor festiwalu, 24 maja został powiadomiony przez Michalewicz o jej zastrzeżeniach do podcastów. Nie odpisał. Widać dla festiwalu ważniejsze było podłączenie się do nowego medium, a przy tym zdobycie paru nowych odbiorców wśród fanów podcastu. Ciekawe co na to noblistka, która publicznie deklaruje pomoc autorom. Stanie po stronie twórców czy „twórców”? Ci drudzy to w znakomitej większości ludzie młodzi, którzy zamiast lektur czytali streszczenia. Mickiewicz, Orzeszkowa czy Prus nie mieli o to pretensji. Dlaczego więc nie mają streszczać Michalewicz czy Semczuka?

    Na koniec dodam, że nie mam nic przeciwko podcastom. Można opowiadać o gotowaniu, wychowywaniu dzieci, podróżach. Można też opowiadać historie kryminalne. W tym wypadku należy jednak samemu wykonać pracę dokumentalną. Tymczasem reporterzy stają przed prostym wyborem. Pisać książki czy nagrywać podcasty? Iza Michalewicz już to robi. Ja także przygotowuję słuchowisko audio. Choć przyznam, że z konieczności, tylko po to, by podcasterzy nie skonsumowali efektów mojej pracy. Dlatego musiałem wstrzymać wydanie nowej książki, nad którą pracowałem dwa lata.

    Przemysław Semczuk

  • Małecki, Geissler, Semczuk, SPT#2

    Nie spać, czytać, ale najpierw kupić 🙂 W drugim odcinku Smacznego Przeglądu Tygodnia opowiem Wam o tym, jak pracowałem w fabryce pierników, a ta historia będzie punktem wyjścia do omówienia „Pracy sezonowej” Heike Geissler, która zatrudniła się w Amazonie – możemy więc podejrzeć światowego hegemona od kuchni. Będzie też o „Żałobnicy” Roberta Małeckiego, stąd moja wizyta na przejeździe kolejowym, a do Oświęcimia wybrałem się po to, żeby przybliżyć „Cyklon” Przemysława Semczuka. Przypominam, że partnerem cyklu jest Legimi, właśnie tam znajdziecie znakomitą większość książek, o których opowiadam. Do zobaczenia za tydzień!

     

  • „Przemycało się papierosy, ale zdarzały się pościgi za drogimi samochodami”

    Zamiast spotkać się i pogadać o książce przy kawie, to przejechaliśmy kilkaset kilometrów, żeby spotkać się na moście łączącym Zgorzelec z Goerlitz. Przemysław Semczuk przyjechał z Torunia, natomiast my, z Katowic. Z tej eskapady mogło nic nie wyjść, bo na naszej drodze pojawił się bojowo nastawiony policjant zza naszej zachodniej granicy – możecie to zobaczyć na nagraniu, ale tego, jak Przemek negocjował nasze uwolnienie nie zobaczycie, bo policjant kazał nam wyłączyć kamerę 😉 Nie zmienia to faktu, że jednak pogadaliśmy o „To nie przypadek”, o życiu w czasach granic, dziesięciu kilogramach materiału wybuchowego i spektakularnych pościgach, których nie powstydziliby się w Hollywood. Obejrzyjcie więc, a potem przeczytajcie książkę. Albo odwrotnie.

     

  • „Romans z Polską nie dla wszystkich skończył się happy endem”

    W czasach, kiedy inni próbowali, często z powodzeniem, z Polski uciec, oni przyjeżdżali. Za pracą, miłością, wrażeniami. Przemysław Semczuk odtworzył losy osób, które wybrały Pol(s)kę. Na dobre i na złe. Jak to w życiu bywa, nie wszystkie historie miały szczęśliwe zakończenie. Niektórzy po przybyciu nad Wisłę korespondencyjnie rozwiązywali małżeństwo, inni napisali kilkadziesiąt książek i stali sławni, jeszcze inni finalnie wyjechali i nigdy nie wrócili.

    Co takiego widzieli w Polsce bohaterowie książki Semczuka? Czy mogli ten czas przeżyć lepiej, a może gorzej? Łapcie naszą rozmowę w kokpicie Embraera, w końcu pierwsza z opisanych postaci do naszego kraju przyleciała. Szczególne podziękowania dla Piotra Adamczyka z Pyrzowice Airport – bez Ciebie byśmy w takich okolicznościach przyrody nie nagrali 🙂

     

  • K jak Karol Kot. Historia seryjnego mordercy z Krakowa

    Oglądaliście kiedyś taki program „Pogromcy mitów”? Chodzi w nim o to, że dwóch facetów rozprawia się z różnymi teoriami, które często są traktowane jako prawdziwe. Tym razem facet jest jeden – Przemysław Semczuk, a wziął na warsztat historię Karola Kota, seryjnego mordercy z Krakowa, wokół którego również nagromadziło się sporo mitów. W książce znajdziecie też wątek Wisławy Szymborskiej, księdza Adama Bonieckiego, galaretki i truskawek, a nawet pączków. Te ostatnie dziś smakują tak samo jak w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Gotowi na wyprawę do Krakowa śladami seryjnego mordercy? Zapinamy pasy i lecimy. Dziś premiera książki „M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa”.

  • Premierowy fragment książki „M jak morderca. Karol Kot: wampir z Krakowa”

    Już 13 lutego premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka. Tym razem autor wziął na warsztat seryjnego mordercę z Krakowa – Karola Kota. Zanim przeczytacie całość, mam dla Was fragment. Jeśli wzbudzi zainteresowanie, możecie kliknąć w okładkę, przeniesiecie się na stronę, na której możecie książkę kupić. W okolicach dnia premiery na stronie pojawi się rozmowa z autorem, którą przeprowadziliśmy w Archiwum Narodowym w Krakowie, przed domem, w którym mieszkał Karol Kot oraz… Niech to ostatnie zostanie, póki co, tajemnicą. 

    Trzy szare warszawy przecinają krakowski Rynek Główny wzdłuż linii AB, łączącej ulicę Szczepańską z placem Mariackim.

    Wycieraczki miarowo zamiatają szyby, strącając strugi rzęsistego deszczu. Leje nieprzerwanie od kilku dni. W Krakowie temperatura spadła do ośmiu stopni, ale w Zakopanem jest poniżej zera i zalega dwudziestocentymetrowa warstwa śniegu. Na Kasprowym Wierchu napadało niemal dwa metry. Nawet najstarsi górale nie pamiętają takiej wiosny.

    Z Małego Rynku wozy skręcają w ulicą Sienną. Dalej jadą wzdłuż Plant i na skrzyżowaniu Bohaterów Stalingradu włączają się do ruchu w Dietla. Pokonują kilkaset metrów, by przy skrzyżowaniu z Krakowską rozjechać się w różnych kierunkach. Nie na długo. Pierwsza warszawa spokojnie wjeżdża w odbijającą od Krakowskiej małą uliczkę, Meiselsa. Mija pachnącą świeżym chlebem piekarnię Spółdzielni Piekarniczej „Społem” i zatrzymuje się przed bramą realności z numerem drugim. Ostatniej kamienicy przed skrzyżowaniem z Augustiańską. Od tego miejsca Meiselsa przechodzi w Paulińską.

    Kierowca nie gasi silnika. Czterech mężczyzn siedzi w milczeniu. Odliczane uderzeniami wycieraczek sekundy wloką się w nieskończoność.

    Są! – Kierowca wskazuje dwa pozostałe wozy.

    Jedna warszawa pojawia się tuż przy skrzyżowaniu z Augustiańską. Parkuje na rogu, przy murze kościoła zakonu św. Augustyna. Druga wolno jedzie Paulińską, od strony kościoła Na Skałce.

    Oba wozy także nie gaszą silników, mają włączone światła i wycieraczki.

    Po chwili na rogu Augustiańskiej od strony Dietla pojawia się mężczyzna, w szarym płaszczu z postawionym do góry kołnierzem. Deszcz ścieka mu z ronda kapelusza, a na ramionach widać ciemne mokre plamy. Rozgląda się, obserwując po kolei zaparkowane wozy. Wreszcie uchyla kapelusz na widok samochodu stojącego przy Meiselsa.

    Akta Karola Kota znajdują się w Archiwum Narodowym w Krakowie Liczą ponad 20 tomów

    Idziemy! – padła krótka komenda mężczyzny siedzącego obok kierowcy.

    Trzech mężczyzn wysiada z wozu. Kierowca zostaje, nie gasząc silnika.

    Gdyby w kamienicy znajdował się bank, przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że to napad, jak w amerykańskim filmie gangsterskim. Albo przynajmniej zdjęcia do kolejnego odcinka telewizyjnej „Kobry”. Nie ma jednak ani banku, ani kamer.

    Wąski korytarz oświetla tylko jedna słaba żarówka. Więcej światła pada przez umieszczony nad drzwiami świetlik. Podłogę zdobią wytarte płytki przypominające szachownicę. Ich lata świetności dawno minęły. Brudne, niegdyś żółte ściany, dopełniają przygnębiającego obrazu krakowskiego Kazimierza. Dzielnicy o złej reputacji. Przed wojną kamienica przy Meiselsa 2 wyznaczała południową granicę tętniącego życiem żydowskiego Kazimierza. Należała do Żyda Aszkenazego, który w narożnej części budynku prowadził restaurację koszerną. Uciekając z Krakowa przed Niemcami, prosił swoich lokatorów, gojów, by zadbali o majątek. Za- dbali, prowadząc przez całą wojnę wyszynk. Po wojnie Aszkenazy nie wrócił. Chodziły słuchy, że zginął w Auschwitz. Nikt się tym nie zmartwił. Lokal działał do czasu, gdy zo- stał znacjonalizowany. A że w Krakowie bardziej niż pijackich mordowni brakowało izb mieszkalnych, zmieniono go w mieszkanie służbowe dla milicji.

    W czasie wojny wielu Żydów podzieliło los Aszkenazego. Niewielu wróciło na stare śmieci. Władze szybko zapełniły pustkę. Niestety, Kazimierz stał się siedliskiem lumpenproletariatu. Pełno tu było melin, w których handlowano bimbrem, paserów, prostytutek i złodziei. W żadnej innej dzielnicy nie dało się spotkać tylu typów spod ciemnej gwiazdy, co tu.

    Kamienica przy Meiselsa 2 miała sporo szczęścia. Zasiedlili ją przyzwoici obywatele.

    Pokonanie skrzypiących schodów na drugie piętro zajmuje ledwie chwilę. Na półpiętrze mężczyźni się zatrzymują. Jeden ostrożnie spogląda w górę. Piętro wyżej dostrzega postać w szarym płaszczu.

    Broń! – komenda pada przyciszonym głosem.

    Mężczyźni wyjmują i ostrożnie przeładowują pistole- ty. Potem wolno podchodzą kilka ostatnich schodów. Stają po obu stronach drzwi z numerem siedem. Jeden z nich puka trzy razy. Wewnątrz panuje głucha cisza. Puka jeszcze raz, tylko mocniej. Nadal nic. Ponawia pukanie, po którym w końcu słychać jakiś szmer. Ktoś podchodzi ostrożnie do drzwi i wygląda przez wizjer. Ale nie otwiera ani się nie odzywa. Kolejne pukanie także nie przynosi rezultatu.

    Co robimy?

    Czekamy – mężczyzna odpowiada bez namysłu przy- ciszonym głosem i puka kolejny raz. Spogląda na towarzyszy i wreszcie uderza kilka razy pięścią. – Otwierać! Milicja Obywatelska!

    Mężczyzna stojący pół piętra wyżej schodzi ostrożnie. – Jesteś pewien, że są w środku? – Tak jest, panie pułkowniku. Ojciec wyszedł wpół do siódmej. W środku są matka i dzieci. – Zostań tam. – Pułkownik kiwa głową, wydając rozkaz. – A my schodzimy na półpiętro. Trzeba się zastanowić, co robić.

    Schodzą kilka stopni niżej i zatrzymują się przy oknie wychodzącym na wąskie betonowe podwórko. Widać stąd niewielką galeryjkę, na którą prowadzą drzwi kuchenne mieszkania numer siedem. Od dawna są nieużywane, ale na wszelki wypadek i tego wyjścia pilnuje milicjant po cywilnemu. Siedzi skulony przy ścianie, wykorzystując niewielki gzyms do osłony przed deszczem.

    Andrzej – pułkownik zwraca się do jednego z milicjantów. – Biegnij na dół. Sprawdź posterunek na ulicy. Niech dają migiem znać, czy coś się dzieje. Może będzie próbował uciekać albo skoczy.

    Milicjant pospiesznie zbiega na dół. Pozostała dwójka wciąż czeka z pistoletami w dłoni. Nagle drzwi otwierają się i na korytarz wychodzi dziewczynka. Najwyżej dziesięcioletnia. Ma na sobie płaszczyk, a na plecach tornister. Milicjanci podrywają się, ale jest za późno. Mała zatrzaskuje drzwi i zbiega po schodach.

    Czekaj, mała! – Pułkownik zatrzymuje ją gestem ręki. – Mama jest w domu?

    Dziewczynka przez chwilę przygląda się nieufnie. – Jesteśmy z milicji. Widać, że to jej nie przekonuje. Odpowiada niepewnie, odwracając wzrok. – Śpi.

    A brat? – Lolek też śpi. – To może otwórz drzwi i obudź mamusię, musimy z nią porozmawiać. – Nie mam klucza. Muszę już iść, bo się spóźnię do szkoły. Milicjant cofa się, robiąc jej przejście. Minutę później na półpiętro wraca Andrzej. – Wszystko dobrze, nic się nie dzieje. Chłopaki z Augustiańskiej zauważyli, że ktoś wyglądał przez okno z pokoju na rogu. Obserwował ulicę. Ale nie widzieli, czy to mężczyzna, czy kobieta.

    Czyli mała kłamie. Nie śpią. – Panie pułkowniku, wyważamy drzwi? – Za duże ryzyko. Ma broń. Albo sobie coś zrobi, albo ktoś z nas oberwie. – Oficer zastanawia się przez chwilę. W końcu stanowczym głosem ponownie zwraca się do Andrzeja: – Weź kogoś z obstawy i pędź do zakładów remontowych na Rakowiecką. Przywieź tu ojca. I przypilnuj, aby miał przy sobie klucze.

  • O liście, który może pomóc

    To będzie krótka historia pewnego listu, który najpierw wzbudzał kontrowersje, a finalnie może pomóc. Inaczej. Wy możecie pomóc. Pamiętacie list otwarty, który Jakub Ćwiek napisał do Remigiusza Mroza? Część z Was pewnie tak, ale jeśli jednak nie, to przeczytajcie (klik). Po tym tekście w sieci zawrzało, komentowali go obrońcy Mroza oraz sympatycy Ćwieka. O liście napisało sporo portali, temat żył jeszcze przez dłuższy czas. Dlaczego o tym przypominam?

    Dlatego, że później Remigiusz Mróz wysłał Kubie książkę z dedykacją. Tak, tę na zdjęciu poniżej.

    Dla Kuby z wyrazami miłości (raczej mroźnej niż gorącej)”. No i podpis Remka. Jak doskonale wiecie, zbliża się 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc Kuba zdecydował się przekazać tę książkę na aukcję. Mam nadzieję, że zarówno fani Mroza, jak i nienawidzący Ćwieka wzniosą się ponad podziały i tym razem ramię w ramię pomogą potrzebującym. Chcecie licytować? Kliknijcie tutaj.

    Przypomnę tylko, że wciąż trwają inne aukcję pod szyldem smakksiazki.pl. Cena tarczy z autografem Chrisa Cartera przekroczyła już 100 złotych (klik), książki „Opowiem Ci o zbrodni” z autografami autorów – 80 złotych (klik), a przekazanego przez Przemka Semczuka egzemplarza „Wampira z Zagłębia” z autografem i dedykacją dla zwycięzcy – 81 złotych (klik).

    To nie koniec, bo wkrótce pojawią się kolejne aukcje – gigantyczna okładka książki podpisana przez Cezarego Łazarewicza oraz…niech to na razie pozostanie tajemnicą.

  • „Kończę z pisaniem o seryjnych mordercach”

    Już w lutym premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka, czyli „M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa”. Co najbardziej wstrząsnęło autorem przy pisaniu? Czy Kota można było ująć wcześniej? Dlaczego kończy z pisaniem o seryjnych mordercach? Tego dowiecie się z romowy, ale dowiecie się też o książce, która ukaże się w 2020 roku. Smacznego!

    Był „Wampir z Zagłębia”, teraz napisałeś książkę o „Wampirze z Krakowa”. Teraz już chyba ostatecznie udowadniasz, że jesteś ekspertem od seryjnych morderców?

    Był jeszcze „Kryptonim Frankenstein” i „Czarna wołga”, w której też jest sporo o seryjnych. Wychodzi na to, że faktycznie jestem. Może nie ekspertem, ale specjalistą. Bo opisując te postacie musiałem poznać też innych seryjnych. I to nie tylko polskich.

    Karol Kot był oskarżony o zamordowanie dwóch osób, 10 prób zabójstwa oraz cztery podpalenia. Te liczby robią jeszcze na Tobie wrażenie? A może na tle swoich „kolegów po fachu” wypada blado?

    Wrażenie? Zależy w jakim sensie. Bo znam osoby, które mówiąc kolokwialnie „jarają się” seryjnymi i ich „osiągnięciami”. To chore moim zdaniem. Ja do tego podchodzę czysto zawodowo. Nie robię rankingu, który z nich był „lepszy” i którego by tu opisać. Tu liczy się historia. Przykładowo Bogdan Arnold, śląski morderca prostytutek. Tu nie ma historii. Tu jest psychopata sadysta, który gwałci, morduje i z odrażającą determinacją ćwiartuje zwłoki aby się ich pozbyć. W tym nie ma nic ciekawego dla zwykłego czytelnika. To może być casus dla psychiatrów, psychologów czy policyjnych profilerów. Kot to co innego. To naprawdę ciekawa historia. Słyszałem o niej wiele razy. I wydawało mi się, że wiem o co chodzi. A gdy zacząłem badać sprawę okazało się, że nic nie wiedziałem. Każdy dzień to było okrycie. Czasem takie, że naprawdę byłem zaskoczony. Tu nie chodzi o morderstwa. Książka pokazuje pracę milicji, pokazuje Kraków w latach 60., jego mieszkańców. Świat, którego nie ma. To jest tło dla mordercy. Bardzo złożonej postaci. Zdradzę ciekawostkę. Na proces Karola Kota wejściówkę miała Wisława Szymborska. Wygląda na to, że przyszłą noblistkę interesowała ciemna strona mocy.

    Co Tobą najbardziej wstrząsnęło przy pisaniu książki „M jak morderca”?

    Zeznania Karola. Gdy zaczął mówić. To jak mówił o ofiarach i z jaką precyzją opisywał morderstwa. I nie tylko. Bo chyba bardziej makabryczne są plany które snuł. Z tego powodu trzy rozdziały musiałem opatrzyć ostrzeżeniem, że treść jest drastyczna. Trzy dni czytałem protokoły przesłuchań Kota. A potem przez tydzień musiałem odpocząć od niego. Nie wiem co powiedzą Czytelnicy, którzy zaczytują się w kryminałach o seryjnych mordercach. Uświadomią sobie, że te zmyślone postacie wypadają naprawdę blado na tle prawdziwego seryjnego. I nic dziwnego, bo autorzy powieści nie są w stanie wymyślić takich rzeczy. Bo człowiek normalny tego nie pojmuje.

    Czy Kota milicja mogła złapać wcześniej? Mówię tu, np. o zeznaniach taksówkarza, które nie zostały wzięte w ogóle pod uwagę.

    Często słyszę to pytanie. Mnóstwo osób wyraża takie oskarżenie pod adresem milicji. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo to akurat jeden z elementów układanki. Mogę tylko powiedzieć, że takie twierdzenia wysuwają osoby, nie mające pojęcia o pracy operacyjnej policji. Mówię świadomie policji, bo praca operacyjna niewiele się zmieniła. W książce podaję przyczynę, dla której pominięto zeznanie taksówkarza, precyzyjniej portret pamięciowy, który opowiedział. Popełniono błąd. Nawet serię błędów. Ale tak to wygląda w praktyce. To gra. Chodzi o to by sprawca popełnił ich więcej. Ale on ma przewagę nad śledczym. Bo on zna zasady, śledczy idzie po omacku. Moim zdaniem to jest historia na niesamowity film w stylu „Mind Hunter”.

    Czy to prawda, że młody Karol jeździł z rodzicami na wakacje do Pcimia, gdzie asystował przy zabijaniu cieląt? Jak to na niego wpłynęło?

    Znowu istotny szczegół z książki. Powiem tylko, że dzwonią w kościele, ale nie wiemy w którym. Albo lepiej będzie pasował dowcip o Radiu Erewań, które podało, że w Moskwie na Palcu Czerwonym rozdają żiguli. Owszem w Moskwie i na Placu Czerwionym, ale nie rozdają, a kradną. I nie żiguli a rowery.

    Premiera Twojej książki już 13 lutego. Kiedy możemy spodziewać się historii kolejnego seryjnego mordercy?

    Nigdy. Wystarczy. Mam tyle innych ciekawych historii do opisania, że seryjnych można już zostawić w spokoju. W kwietniu wychodzi książka „Wybrałem Pol(s)kę”, o imigrantach w czasach PRL. W maju „To nie przypadek”, powieściowa kontynuacja „Tak będzie prościej”. Już pracuję nad powieścią „Cyklon”, opartą o prawdziwą historię esesmana z Auschwitz, która pojawi się na początku 2020 roku. Są też spotkania z Czytelnikami. 8 marca będę w Karpaczu, 21 marca w Lublinie na Kryminalnym Czwartku Radia Lublin. A dalej już z górki. Piła, Wrocław itd. aż do Grandy. I pracuję jeszcze nad nowym projektem, który wystartuje we wrześniu. Będzie gratka dla „kryminalistów”, będzie sporo kryminalnych historii w innej formie.

  • „Szukając zebry” – w roli łowcy Przemysław Semczuk

    Pierwszego House’a zobaczyłem gdzieś w połowie trzeciego sezonu. Bezczelny typ urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Ja to gdzieś już czytałem – ta myśl przyszła mi zaraz do głowy. Ale przecież nie ma książki o Housie. Znaczy teraz już jest, wtedy nie było. Chwilę myślałem skąd znam tę postać. Zagadka nie była trudna. Kojarzycie? Przecież to Sherlock Holmes. Holmes, House. No i jest doktor Watson, w roli doktora Wilsona.

    Wszystko się zgadza, ale czy ja nie naciągam faktów? Okazuje się, że nie. Wystarczyło poszperać w sieci, by znaleźć wywiad z Davidem Shorem, producentem i pomysłodawcą serialu. Tu jednak zaczyna się nieprawdopodobna historia.

    M.D. House, pierwotnie miał być serialem dokumentalnym. Czymś w rodzaju medycznego CSI. Shore napisał treatment i poszedł z nim do telewizji FOX. Pomysł, nad którym pracował z Paulem Attanasio i Katie Jacobs, oparł o serię artykułów publikowanych w New York Timesie przez lekarkę Lisę Sanders z Yale – New – Haven – Hospital (w serialu udaje szpital Princeton Plainsboro Teaching Hospital). Sanders pisała o zagadkowych przypadkach medycznych, w slangu lekarzy nazywanych „poszukiwaniem zebry” (Chasing Zebras). O co chodzi z zebrą? O błąd atrybucji. Jeśli usłyszymy za oknem dorożkę, to pomyślimy, że ciągnie ją koń. Ale równie dobrze, zamiast konia w zaprzęgu może iść zebra. Analogicznie jeśli do lekarza przychodzi pacjent z kaszlem, to pierwszym skojarzeniem jest przeziębienie. W ośmiu przypadkach na dziesięć, właśnie tak jest. Ale dwóm pacjentom dolega coś poważniejszego. Jeden ma zapalenie płuc, a drugi raka. I tą zasadą kierują się lekarze (z pewnością nie w Polsce), najpierw szukają u pacjentów zebry. Jeśli jej nie znajdą, są pewni, że to jednak koń. Dlatego serial nosił roboczy tytuł „Chasing Zebras”.

    Tak bardzo mi się to spodobało, że umieściłem historyjkę z zebrą w mojej powieści „Tak będzie prościej”. Przynajmniej tak ocaliłem zwierze, którą w serialu zastąpił M.D.House. Producenci poczuli, że pomysł ma potencjał na coś więcej niż kolejny dokument. Zmienili tytuł, obsadzając w nim ekscentrycznego lekarza i napisali scenariusz kilku pierwszych odcinków. A potem sami zaczęli szukać zebry, znaczy aktora, tego jednego z dziesięciu.

    www.unsplash.com/Piron Guillaume

    O rolę ubiegało się wielu znanych aktorów. Casting i zdjęcia próbne zorganizowano w Stanach Zjednoczonych. Hugh Laurie był wtedy na planie „Lotu Feniksa”, który kręcono w Namibii. Agent przesłał mu faksem kilka stron scenariusza. Poprosił by zagrał scenę i wysłał film przez internet. Laurie był pewny, że to drugoplanowa rola. Bo kto mógł zrobić z takiego wariata głównego bohatera? Postać jednak mu się spodobała i postanowił nagrać filmik. Kłopot w tym, że nie miał gdzie i kiedy.

    Po całym dniu zdjęciowym poprosił operatora by małą kamerką nagrał krótką scenkę. Poszli do łazienki, bo tylko tam było spokojnie. Laurie usiadł na klozecie i przeczytał kilka razy swoją kwestię. Dobre światło było tylko przy lustrze (teraz już wiemy skąd w serialu sceny w łazience). Stanął i zagrał najlepiej jak potrafił, mówiąc z akcentem z New Jersey. Choć tym chciał nadrobić to, że był brudny, zakurzony i nieogolony. Po prostu przyszedł tak jak stał, w charakteryzacji z „Lotu Feniksa”. Miał na sobie jeansy i starą zniszczoną kurtkę.

    Hugh Laurie, oficjalny profil FB

    Gdy producenci zobaczyli tę scenę, powiedzieli – Wow! Właśnie takiego amerykańskiego aktora nam trzeba! – Hugh Laurie jest Brytyjczykiem, ale to nic. Tak to się zaczęło. Zapytacie pewnie, co z tym Holmesem? Otóż, producent David Shore jest wielkim fanem londyńskiego detektywa. Oficjalnie przyznał, że tworząc głównych bohaterów wzorował się na powieści Arthura Conana Doyle’a. Ale to nie jedyna inspiracja. Holmes grał na skrzypcach. House na fortepianie i gitarze. Holmes palił opium. House nadużywał Vicodinu. Holmes mieszkał w Londynie przy Baker Street 221B. A House przy tej samej ulicy, pod tym samym numerem tyle, że w Jersey. W pierwszym pilotażowym odcinku pacjentka Housea nazywa się Rebecca Adler. Pamiętacie Irene Adler, bohaterkę „Skandalu w Bohemii”, pierwszego opowiadania o Holmesie? W finale drugiego sezony, House zostaje postrzelony przez szaleńca. W filmie nie pada jego nazwisko, ale na tyłówce, przy nazwisku aktora pojawił się zagrany przez niego bohater – Moriarty. Wróg Serlocka Holmesa. W kilku docinkach widzimy też książki Doyle’a. House podnosi klucze i Vicodin, leżące na wydaniu przygód Holmesa. Innym razem otrzymuje książkę w prezencie na Boże Narodzenie.

    Jak widać scenarzyści świetnie się bawili, pozostawiając nam okruszki historii Sherlocka Holmesa. Tak na marginesie dodam, że to nie jedyne inspiracje do innych, tym razem prawdziwych historii i postaci. Ale o tym przy innej okazji.

    Przemysław Semczuk