Tag: Matthew Tyrmand

  • Jestem Matthew, syn Leopolda Tyrmanda

    Gdy pisałem biografię Leopolda Tyrmanda, cały czs powtarzał: pisz jak było. Przed państwem Matthew, syn Leopolda, który najwięcej o ojcu dowiedział się z Dziennika 1954.

    Znaleźliśmy się na Facebooku w 2008 roku. Czytałem wtedy Złego, gdy Matt mignął mi w sieci.

    – Hej. Jestem wielkim fanem książek twojego ojca – napisałem.

    – To wspaniale! – odpisał.

    Nie przypuszczałem wtedy, że osiem lat później będziemy w zaśnieżonym Nowym Jorku wertować papiery jego ojca. Gdy powstawała książka Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie, zawsze był pomocny. Nic dziwnego – to dzięki jego aktywności wznowiono książki i uregulowano kwestię zagranicznych wydań. Trochę bałem się jednak tej zażyłości – bo co, jeśli znajdę coś niewygodnego w historii Leopolda?

    – Pisz, jak było – odparł bez wahania.

    W dwa lata od wydania książki, zgodził się na szybką rozmowę dla smakksiazki.pl.

    Marcel Woźniak: Kiedy się zorientowałeś, że twój ojciec, no wiesz, był znanym gościem?

    Matthew Tyrmand: Miałem wtedy z 10 lat, chodziłem do czwartej klasy podstawówki. Przyjechała do nas polska telewizja, na Brooklyn.

    Tam, gdzie dorastałeś, gdy wyjechaliście z Rockford. To był film dokumentalny o Leopoldzie Tyrmandzie?

    Tak. Rozmawiali dość szczegółowo z moją mamą (Mary Ellen Tyrmand – przyp. M.W.). Moja siostra (bliźniaczka Rebecca – przyp. M.W.) i ja znaleźliśmy się w czołówce nagrania. Kazali mi grać na trąbce…

    Wyszło ci całkiem nieźle!

    Żartujesz? Wyszło potwornie! (śmiech) Na szczęście, ten materiał przepadł w odmętach przeszłości (śmiech). Po tej historii zakiełkowała mi jednak myśl, że gdzieś tam w Polsce faktycznie mają mojego ojca za intelektualistę, artystę i człowieka, który pisał o polityce.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Wspominałeś mi raz, jak na ulicznym straganie wypatrzyłeś książkę ojca. Pamiętasz tytuł?

    To były Zapiski dyletanta. Znałem już wtedy trochę, sporo tytułów mieliśmy na półkach w domu. Ale tak, to było naprawdę cool… Oczywiście, w jakimś małym wymiarze. To było miłe pomyśleć, że wciąż ma jakichś odbiorców. To było niedługo przed tym, jak wróciła moda na niego.

    Wkrótce „Tyrmand przyjechał do Polski”, to było dekadę temu. Wiele osób napisało wtedy do ciebie, zapychając ci skrzynkę na Facebooku. Byłem jedną z nich! (śmiech)

    Social media! (śmiech) To była naturalna kolej rzeczy. Wiesz, to ten wspaniały potencjał social mediów, że możesz dotrzeć po prostu do kogokolwiek na świecie. A ja bardzo przeżywałem te wszystkie rozmowy z nowymi ludźmi, cieszyłem się. Inna sprawa, że to chyba ja więcej się dowiedziałem od nich, niż odwrotnie.

    O ojcu?

    O Polsce! Do dziś wielu z poznanych wówczas ludzi, to moi przyjaciele. Niektórzy opowiadają mi, co się dzieje w Polsce zza kulis. Zobaczyłem z bliska politykę i też rozumiem teraz więcej. I… o, kurde (ten zwrot mówi po polsku – przyp. M.W.).

    Co się zmieniło przez te lata? Mam na myśli to, co mówimy o Tyrmandzie.

    Tyrmand przeszedł długą drogę. Od lat 50., gdy po tym, jak był znany i wydawany, ocenzurowano go. Następnie jego książki krążyły po czarnym rynku. Potem przyszły lata 90. i ta popularność rosła – aż do teraz. Myślę, że byłby podekscytowany tym, jak jego książki radzą sobie na wolnym rynku. Na przełomie stuleci o Tyrmandzie mówiło się głównie od lewicowej strony, jako o liberale i rewolucjoniście. O jego etapie życie w USA, gdy był konserwatywnym antykomunistą, milczano. Dziś się to zmienia. Myślę, że miałem w tym udział, by zaczęto dostrzegać także jego filozofię i sposób myślenia z Ameryki. Teraz obraz jest spójny.

    Istotnie, Leopold Tyrmand przestał być tylko „barwnym ptakiem PRL”.

    Dziś jest rozpoznawalny, jako niezwykły intelektualista i pisarz, który opowiadał o systemie i rozterkach egzystencjalnych. O wolności jako takiej, o cenzurze, możliwościach życia. Ilu pisarzy z XX wieku było na tyle nieustępliwych?

    Widać to zwłaszcza w Dzienniku 1954.

    Czytając jego zapiski widzimy bardzo wyraźnie, z czym zmagali się emocjonalnie wolnomyśliciele i intelektualiści w tamtych czasach. To nauczka dla nas wszystkich, by nigdy ponownie nie stworzyć takiego świata, jaki – bardzo dokładnie – opisywał. Myślę, że Polacy, tak jak inne narody ze środkowo-wschodniej Europy, wyciągnęły lekcje z przeszłości.

    Matthew Tyrmand

    CzyDziennik 1954,to twoja ulubiona książka? Pamiętam, że widziałem cały stos u ciebie w mieszkaniu. Powiedziałeś wtedy, że dajesz ją często ludziom, by zrozumieli, jak wyglądał komunizm.

    To w niej najbardziej odkryłem i zrozumiałem mojego tatę, czytając jego rozważania i monologi. Książka poruszyła mnie tak mocno, jak tylko książka może poruszyć. Zrozumiałem też, czego od niego mogę się uczyć. Tak, spotkanie z dziennikiem,to niezwykłe dla mnie doświadczenie.

    Jest wciąż wiele jego anglojęzycznych tekstów nieznanych polskiemu czytelnikowi.

    Tak, przede wszystkimThe Media Shangri-La, teksty dla „The New Yorker” z końca lat 60., artykuły na temat polityki, społeczeństwa i kultury z „Chronicles of Culture”, gdy był redaktorem magazynu, aż do śmierci w 1985 roku. Okazuje się, że miał trafne diagnozy na temat komunizmu, kapitalizmu i popkultury.

    Nie tylko zająłeś uporządkowaniem spraw wydawniczych. Masz też udział w ekranizacji Złego. Kiedy zobaczymy ten film?

    W setną rocznicę urodzin mojego ojca czyli roku 2020, roku Leopolda Tyrmanda oczywiście! (Sejm w styczniu tego roku uchwalił rok 2020 oficjalnym rokiem L. Tyrmanda – przyp. M.W.). To dobry moment na to. I będzie zrobione z rozmachem. Zły, to niesamowita historia, porywająca dla każdego. A zwłaszcza dla Polaków.

    Jeśli o książkach Tyrmandów mowa… Masz na koncie dwie pozycje: Jestem Tyrmand, syn Leopolda oraz Patrzeć jak świat płonie. Szykujesz coś?

    Może coś w rodzaju abecadła? Abecadła Tyrmanda. Ten pomysł będzie musiał jednak trochę poczekać. Gdybym napisał wszystko, co myślę na temat ludzi, których poznałem, zwłaszcza polskich polityków… Szczerze? Książka chyba byłaby ciężka, niż Abecadło Kisiela(Stefana Kisielewskiego – przyp. M. W.).Przysporzyłbym sobie o wiele więcej wrogów, niż mam teraz. Póki co, powinienem chyba trzymać język za zębami! (śmiech)

    Dzięki za rozmowę!

    Dziękuję również. Pozdrawiam czytelników smakksiazki.pl!

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    —-

    Podróżowaliśmy z Leopoldem Tyrmandem przez ostatnie dziesięć tygodni. Jego życie przeglądaliśmy, jak mgnienia z kalejdoskopu. Stąd nazwa: model do składania. Życzę nam wszystkim wielu powrotów do tej barwnej biografii. Jawi się ona, niczym barwny album życia – życia o smaku książek.

    Marcel Woźniak

  • Almanach kobiecy. Leopold Tyrmand: model do składania

    Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę – pisał do Tyrmanda Sławomir Mrożek. Zapraszam na dziewiąty felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    Almanach kobiecy. Co to takiego? Album, zbiór i kalejdoskop twarzy, które przemknęły przez życie Tyrmanda, a on postanowił je zatrzymać. Kim były? Czy pisarz faktycznie był amantem, jak pisano po latach? Co o tym sądzimy?

    Zdaniem pani Basi Hoff – jak widać na większości zdjęć – wokół Tyrmanda stali głównie mężczyźni. Uwielbiał męski sznyt, braterstwo i męską solidarność.

    Był chłopcem, który nie rozumiał samego siebiepisał w Życiu towarzyskim i uczuciowymo dzieciństwie Mikołaja Planka, swojego alter ego:– Gdy wszyscy tańczyli, stał oparty o fortepian albo siedział przy perkusji, w pozie oznaczającej ironiczną obojętność.

    Jak pisze dalej, zazdrościł im beztroski, ponieważ sam nieustannie chciał dbać o niezależność.

    Męczyła go obsesja godności, wykrzywiająca się łatwo w urażoną wrażliwość – podsumowuje. – Albowiem jak tu uwolnić się od warunkujących wszystko współzależności tylko dlatego, że właśnie jest zabawa?

    Janina Balukiewicz, wileńska miłość Leopolda. Fotografię podarowała mu w 1946 roku

    Nazywał ją jasnowłosym Elfem. Po wybuchu wojny wylądował w Wilnie i dopiero tam zaczął dorosły etap życia. W stolicy Litwy życie artystyczne kwitło. Tak poznał Jankę – siedział w pierwszym rzędzie w teatrze, a ona występowała na scenie. Gdy do miasta weszli Niemcy, romans szybko się zakończył. To ona widziała, jak Tyrmanda i Zawiszę pakują do wojskowego łazika Sowieci z NKWD i to jej ojciec zabronił widywania się z Żydem.

    Młodzieńcza miłość Tyrmanda zostaje brutalnie podeptana ciężkimi butami. Żydzi umieszczani są w getcie albo od biorą ich lasów w Ponarach. Każdy kontakt z nimi jest surowo karany. Wkrótce Tyrmand weźmie na nazistach odwet…

    Erni. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Gdy Lolek ucieka do Niemiec, pracuje we Frankfurcie nad Menem oraz Wiedniu, udaje tam Francuza z Warszawy. Tak mówią papiery. Spotyka się tam z Niemką, która wkrótce zostawia go… dla Niemca.

    Nigdy nie pojmę, jak ty mogłaś to zrobić? Jak mogłaś? – zapisze po latach w Filipie.Przecież niemożliwe jest, żebym nie przebiegł jej przez myśl, przez pamięć, moje oczy, moje usta lub tylko moje istnienie. I wybrała… (…) I oto znalazłem się w samym środku rezerwatu bolesnej, płaczliwej ironii, zamazującej serce pozytywnym rozżaleniem na własny los, do którego przez ten cały czas starałem się nie wpuścić nawet samego siebie.

    Sypiał z Niemkami, bo za to Polakom groziła kara śmierci – wspomina Matthew Tyrmand. – A on w dodatku był obrzezany. To musiała być niezła adrenalina.

    Jak mówi tytułowy bohater książki, „dla skrzywdzonych dwudziestotrzylatków miłość jest jedną z racji istnienia”. Może dlatego Tyrmand bierze odwet na Niemcach i na odwrocie fotografii Erni zapisuje dumnie: „zhańbienie rasy”.

    Rysia, lata 50. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Poznają się na gruzach wyzwolonej Warszawy. Rysia, nazywana też Czusią, jest córką działacza Józefa Stemlera – jednego z czterech uniewinnionych w „procesie szesnastu”. To ona namawia go na (ponowny?) chrzest i 29 czerwca 1951 roku – razem ze Stefanem Kisielewskim – są świadkami na ceremonii, którą prowadzi ksiądz Jan Zieja. Tyrmand z Rysią będą razem pięć lat – to wtedy Lolek odnisie największe dziennikarskie sukcesy. A potem wszystko się posypie. Jak zawsze, gdy odchodzi kobieta.

    Według wspomnień z Dziennika 1954 coś „po prostu nie wyszło”. Ale pisarz Jerzy Przeździecki, choć nie chce mówić o szczegółach, przyznaje, że to Tyrmand sam wpakował się w kłopoty i nie był w porządku wobec dziewczyny. Co przeskrobał? Rysia nieraz jeszcze Tyrmandowi się przyśni.

    MARYSIA

    Nie ma do czego wracać – mówi po latach Maria Iwaszkiewicz. Spędzieli ze sobą kilka miesięcy na przełomie 1951 i 1952 roku. Jak zapisze potem Tyrmand, „po rozstaniu się z Rysią zapragnąłem potępieńczo małżeństwa. Bałem się śmiertelnie zmarnowanego życia, bałem się, że jest już za późno…” Niektórzy będą zarzucać Lolkowi chęć wżenienia się w rodzinę Iwaszkiewiczów. Ale to nieprawda – do Jarosława nigdy nie pałał sympatią.

    Ślad po krótkim romansie wypływa na światło dzienne dość nieoczekiwanie, w 2016 roku. W Stawiskach odnaleziony zostaje rękopis opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza Trzydzieści godzin. Powieść detektywistyczna. Maszynopis liczy dziewięć stron formatu A4. Tyrmand jest jedną z postaci, występuje jako „Tyrmand”. Tekst można przeczytać w „Zeszytach Literackich”.

    Była akurat po rozwodzie, szukała pociechy po przejściach i tarapatach pierwszego małżeństwa– zapisał 20 lutego w Dzienniku 1954. – Ja byłem właśnie po rozstaniu z Rysią. Odetchnęliśmy po naszych przejściach przez paromiesięczną chwilę przy sobie. Potem poznałem ją z mym przyjacielem, Jankiem Wołosiukiem, nie wiedząc, że kroję romans.

    KRYSIA

    Zdjęcie Krystyny na basenie Legii. Archiwum Mary Elle Tyrmand

    Albo Bogna. Poznają się, gdy ona uczy się do matury. To ona jest słynną „lolitą” z Dziennika 1954. Po latach wcale nie będzie z tego wspomnienia dumna i zarzuci Tyrmandowi, że był despotyczny i próbował ją urobić według własnych potrzeb. Pewnym jest, że w literackiej przestrzeni dziennika dziewczyna ma „szesnaście i coś wiosen”, a podupadający na zdrowiu, biedny i bezrobotny Tyrmand żyje z udzielania jej korepetycji. Romans z nastolatką nie przeszkadza mu w spotykaniu się z innymi kobietami, co szczegółowo w diariuszu opisuje. Jedną z zabawniejszych jest historia kolacji w krakowskim hotelu, na którą jedzie mając w kieszeni ostatnie grosze. Obiecuje sobie, że zapłacą po połowie, ale w przypływie emocji, po burzliwej kłótni unosi się honorem i pokrywa sam rachunek, a później nie ma na powrotny bilet do Warszawy. Jednocześnie, wciąż myśli o Rysi. Wkrótce dowiaduje się, że wyszła za mąż.

    – Kiedyś, przed dekadą, wystarczyło trafnie włączyć kontakt myśli –zapisuje 18 lutego 1954.– Wystarczyło napięcie naskórka, rąk, ust, ud – aby to „coś” zaczynało wibrować jak prąd w całym organizmie, by zapaliło lampy rozsadzających doznań. A teraz czekam daremnie.

    Cała historia z Krysią kończy się wiosną 1954 roku. Ona zdaje maturę, on kończy pisać dziennik, bo podpisuje umowę na Złego. Podobno fotografię Krysi przez lata będzie trzymać na biurku.

    KOPIEJKA

    Małgorzata, pierwsza żona. Nazwisko – Żurowska, po pierwszym mężu matki, ale jej ojcem naprawdę jest Ludwik Rubel. Znany też, jako Ludwik Tyśmienicki, przeszedł z Andersem bojowy szlak aż pod Monte Cassino, redagował „Dziennik Żołnierza” wydawany przez 2 Korpus Polski w latach 1943–1946. W powojennej Polsce jest na cenzurowanym, mieszka w Londynie. O pochodzeniu Małgosi wiedzą nieliczni. Ci, jak na przykład Jan Kott, nazywają Rublównę po prostu Kopiejką. Lolek nazywa ją „cielątkiem”. Po plotkach o jej romansie z amerykańskim jazzmanem, ma powiedzieć „mnie się nie zdradza!” Ich małżeństwo przemyka, jak meteor. Małgosia jest dużo młodsza, zaczęła dopiero co studia na Akademii Sztuk Pięknych. Według niej, miała być pierwowzorem postaci Marty Majewskiej ze Złego. Ale nie zgadzają się daty. Gdy się poznawali, maszynopis książki był już gotowy.

    BASIA

    – Nie jestem byłą żoną Tyrmanda – mówi pani Basia Hoff, gdy pytam o przeszłość.

    Z początku się nie polubili. Pisała dla „Przekroju” artykuł o sopockim festiwalu jazzowym i Lolek nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Wbrew podejrzeniom Kopiejki, spotkali się dopiero po jego rozwodzie. Gdy się oświadczył, również nie zgodziła się od razu.

    Przeszli razem wiele. Telefony z pogróżkami, tajemnicza śmierć jej ojca, podsłuchy w ścianach, brak zgody na wydanie paszportu, gdy po ciężkiej chorobie chciała wyjechać na kurację. Widziała, jak zaciskał pięści na kołdrze, jak zaciskał usta ze złości i nie spał miesiącami ze stresów.

    Pożegnali się w 1965 roku, gdy wyjeżdzał z Polski. Nie wiedziała, że już nigdy nie wróci, choć wiedziała, że mają już swoje oddzielne życia. Rozwiedli się korespondencyjnie. Gdy Tyrmand miał odesłać z Ameryki papiery rozwodowe, miał czelność poprosiłć o wsadzenie do koperty znaczka na list zwrotny.

    Historia z Tyrmandem wydarzyła się pół wieku temu, podczas gdy od czterdziestu lat jest szczęśliwie zamężna. Mimo to, o Lolku nigdy nie dałaby powiedzieć złego słowa. Wie, że zawsze ją szanował i kochał. Po artykule pt Bokseł, pijak i dziwkarzwysmażyła do redakcji „Gazety Wyborczej” sprostowanie. Nie podobała się jej także książkaZły TyrmandMariusza Urbanka, ale jej uwagi do treści nie zostały uwzględnione w drugim wydaniu. Gdy Polskę odwiedziła kilka lat temu Mary Ellen Tyrmand, wdowa po Tyrmandzie, pani Basia nie chciała brać udziału w spotkaniu „byłych żon Tyrmanda”.

    BEVERLY

    To Beverly pomogła Tyrmandowi w zyskaniu sławy w USA. Wbrew namowom agenta literackiego, przetłumaczone na angielski zapiski z podróży po Ameryce wysłał do redakcji „The New Yorker” i gazeta przyjęła je entuzjastycznie. Ale to Beverly, niczym anioł stróż, czuwała nad Lolkiem tłumaczyła mu realia rynkowe amerykańskiej prasy. Niewykluczone, że pomogła mu też w transkrypcji rękopisu.

    Lolek i Beverly de Luscia, 1966. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    MARY ELLEN

    W starej, japońskiej komodzie odnalazła listy. W pamięci były zatarte, jak dawno temu wypowiedziane słowa. Aż do wtedy. Korespondencja przypomniała jej, jak się to zaczęło. Nie ona jedna była pod wrażeniem tekstów polskiego imigranta, dziennikarza piszącego na łamach „The New Yorker”. Ale na tyle uporczywie zabiegała o spotkanie, że w końcu do niego doszło, na Cooper Square. Nie spodobały mu się jej przesadnie umalowane usta. Usta dziewczyny młodszej o dwadzieścia pięć lat. Ona kończyła właśnie iberystykę na Yale, on był u szczytu popularności. A jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że to Tyrmand uwiódł młodą studentkę. Było odwotnie, a największą rolę odegrały tu właśnie listy. Podróżujący po ośrodkach naukowych Lolek korespondował z młodą Mary Ellen, a ta coraz bardziej, jak kropla, drążyła skałę jego serca. Była nią zafascynowany, ale bał się. Ona, wbrew sprzeciwowi rodziców, nie miała w sobie strachu.

    Państwo Tyrmandowie, lata 70. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    List Sławomira Mrożka do Tyrmanda. Paryż, 6.04.1969:

    (…) Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę. Tu naprawdę nie ma silnych, żeby przytoczyć zdanie ze „Złego”. (…) Zaryzykowałbym stwierdzenie, że masz odczucie tragiczne całej tej sprawy, w dosłownie wielkim wymiarze tragedii. Że jest coś nieodwracalne, nieuniknione, a jednak nie do przyjęcia przez człowieka. (…) Jest w tym żądaniu coś z tęsknoty do czystości i trwałości, bardzo ludzkie pożądanie, żeby coś nareszcie było takie, jakie chcemy, określone, trwałe, żeby to krzesło było z oparciem. Może i to jest element Twojego niezgadzania się na kobiety mistrzynie w nieokreślonym.

    Nie wiadomo, jaką moc sprawczą miał mentorski głos autora Tanga, ale kilka miesiecy później Tyrmand ożenił się po raz trzeci. I ostatni. Ślubu udzielał pijany ksiądz, a rodzina Mary Ellen decyzji córki nie akceptowała.

    Był to najszczęśliwszy i najdłuższy związek pisarza, który w swoim życiu tyle razy odtrącał, co bywał odtrącany. Wybudowali wspólnie dom i zamieszkali w nim na kilka miesięcy przed nieoczekiwaną śmiercią Leopolda. Mary Ellen również patrzyła na niego, gdy leżał na łóżku. Nie zaciskał już ze złości pięści. Żona miewała ataki paniki – jeden z lekarzy stwierdził, że chodzi o ich małżeństwo. Po czasie okazało się, że miał rację. Mary Ellen czuła, być może we śnie, że jej mąż oddycha inaczej, inaczej sypia, a może inaczej patrzy. Czuła, że nie jest sobą. Zmarł nieoczekiwanie na atak serca. Kolejne miesiąca to wyrwa w pamięci wdowy po nim – była tak rozbita jego śmiercią, że z pogrzebu, przeprowadzki i żałoby nie pamięta zupełnie nic.

    Dwadzieścia pięć lat później odnalazła ich wspólne listy. Przy pomocy Doroty Tuszyńskiej opracowała je i wydała. To wtedy przyjechała do Polski i – ostatecznie – nie spotkała się z Basią Hoff.

    Z resztą, to był wieczór Mary Ellen – wspomina pani Basia. – I jej książka. Po co tam ja w tym wszystkim?

    TAJEMNICZY LIST

    Kobiety Tyrmanda? Kochał je i walczył z nimi całe życie. W archiwum pisarza – raptem jeden, tajemniczy list, pełen wspomnień o pocałunkach i pieszczotach. Ale coś jakby ktoś tam grzebał w archiwum i wyciągnął kilka niewygodnych kartek. W komodzie – album ze zdjęciami. Osobliwy to album, bo pełen kobiet i dziewcząt zdobytych, ustrzelonych i pokochanych. Jest elf, esesmanka, dziennikarka, żony. Po co to trzymał? Po co kolekcjonował twarze? W 1981 roku, trzy dni przed narodzinami dziecka, spisał wspomnienia ze swojej młodości. Jedno z nich dotyczyło pokojówek, które przebierały się w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy. Tak, jakby chciał zatrzymać swoją młodość w momencie nadchodzącej starości.

    Ostatnia refleksja Mrożka w liście do Tyrmanda z 6.04.1969:

    Z książki „Komu bije dzwon” najmądrzejszy dla mnie jest tytuł. Rzecz wyjaśniona w motto tejże książki: „Nie pytaj, komu bije dzwon. Zawsze bije dla Ciebie”.

    Marcel Woźniak

  • „Niecodziennik”. Leopold Tyrmand – model do składania. Cykl Marcela Woźniaka

    Niewiele brakowało, a jedno z najważniejszych świadectw życia w komunizmie w Polsce nie ujrzałoby światła dziennego. Wszystko przez pękniętą rurę, która zalała bruliony Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda.

    Polski pisarz od 1945 do marca 1953 pracuje w różnych redakcjach, przy czym z każdej notorycznie wylatuje z hukiem. Gdy w 1950 roku relacjonuje mecz bokserski pomiędzy Polską, a ZSRR, sędzia faworyzuje gości, na co widownia odpowiada buczeniem i hasłami „Bij Iwana za Katyń!”. Lecą butelki, Polska przegrywa, a Tyrmand pisze wkrótce w gazecie, że „publiczność zachowywała się wzorowo”. Krytyka komunistycznego absurdu kosztuje go  posadę w „Przekroju”.

    Ląduje w „Tygodniku Powszechnym”. Na kolegiach krakowskiej redakcji poznaje wielu intelektualistów – Jana Parandowskiego, Ludwika Stommę. Śpi u Stefana „Kisiela” Kisielewskiego, a z Karolem Wojtyłą jeździ na narty. Gdy 5 marca 1953 umiera Stalin, polskie gazety dostają prikaz druku czołobitnego nekrologu wodza. Jerzy Turowicz, naczelny TP, odmawia. Redakcja zostaje natychmiast spacyfikowana, a dziennikarze – w tym Tyrmand, Herbert, Kisielewski czy Najder – lądują na bruku.

    fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Lolek pomieszkuje w skromnym pokoiku w Warszawie i przymiera głodem. Drobne sumy wpadają z korepetycji udzielanych od dwóch lat Krysi, przyszłej maturzystce, z którą ma romans. Czasem tłumaczy jakieś sztuki, wykonuje drobne prace redaktorskie, ale jest naprawdę źle. Jako pisarz jeszcze niczym wielkim się nie wykazał. W 1947 roku wydał zbiór opowiadań, w 1952 napisał dwa rozdziały Siedmiu dalekich rejsów, które wylądowały w szufladzie. Nie wierzy, że coś z tego kiedyś będzie.

    W tym samum roku Instytut Literacki w Paryżu wydaje polskie tłumaczenie Roku 1984 George’a Orwella. Książka dociera do Polski i trafia w ręce Leopolda Tyrmanda, który przez wiele miesięcy leczy chorą wątrobę i uszkodzone na nartach kolano. Nie mając przed sobą perspektyw druku ani pracy dziennikarskiej, 1 stycznia 1954 roku postanawia rozpocząć pisanie dziennika…

    Pierwsza strona brulionów diariusza. Archiwa Hoovera

    Orwell zaczynał, jako… policjant w Birmie. Dopiero potem wrócił do Europy, gdzie opisywał nędzarzy z Londynu i Paryża. Podczas wojny, pracował w redakcji BBC, a potem… A potem napisał książki, z których jego zdaniem, niewiele miało być. Nosiły tytuły: Rok 1984 i Folwark zwierzęcy. Jakże się mylił!

    Gdy jest rok 1954, Tyrmand może tylko roić sobie marzenia o literackim sukcesie, natomiast robi to, co robią pisarze: pisze.

    Każdego dnia przelewa na kartki swoje myśli, wielokrotnie porównując w nich się do Winstona Smitha. Tak jak literacki bohater Orwella mieszkał w Eurazji, tak bohater Tyrmanda czyli sam Tyrmand, tkwi w satelickiej – względem rozciągniętej przez oba kontynenty ZSRR – Polsce. Orwellowska perspektywa świata Wielkiego Brata rzutuje na jego ocenę brutalnej rzeczywistości. Dziennik nie jest jego opus magnum. To raczej tratwa dla człowieka, który nie ma przed sobą perspektyw ani literackiego, ani towarzyskiego sukcesu.

    Brulion oryginalnego Dziennika 1954. Archiwa Hoovera

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 1 stycznia 1954:

    (…) Jak powiedział mi ostatnio „Kisiel”, noszę w sobie wielką potrzebę i umiejętność dzielenia się z ludźmi moją wewnętrzną pracą myśli. Z najgłębszego powołania czuję się dziennikarzem, stąd konstrukcje mych przemyśleń ulegają dezaktualizacji, ponadto nie wierzę w możliwość własnego wysiłku nad kompozycją dzieła sztuki nie przeznaczonego dla kogoś konkretnego w czasie i przestrzeni. Dlatego zdecydowałem, że dziennik przyniesie mi ulgę.

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 9 stycznia 1954:

    (…) Oto leżysz, sławny i popularny dziennikarz, przedmiot podziwu swych czytelników (…) i nie możesz pohamować łez, albowiem w sekundzie najgłębszej nędzy istnienia, nie ma ci kto podać łyka wody. Wśród tych wszystkich akcesoriów udanego życia zabrakło ci ręki matki, żony lub dziecka – tych skarbów nie masz, a więc jesteś w gruncie rzeczy nędzarzem, i teraz widzisz to z oślepiającą wyrazistością.

    Dziennik staje się odbiciem marzeń, lęków, wspomnień i futurospekcji. Opisuje w nim przyjaciół, wrogów, wspomnienia wojenne oraz romans z Krystyną, która w książce nosi imię „Bogna”. Pracę nad tekstem przerywa, kiedy podpisuje umowę na napisanie powieści Zły. Wkrótce osiąga literacki sukces, dwukrotnie się żeni. Bruliony dziennika wywozi z Polski w marcu 1965 roku. Na początku lat 70. tekst zaczyna być drukowany w odcinkach, na łamach londyńskich „Wiadomości” – literackiego pisma polskiej emigracji. Na jego łamach ukazuje się 40% objętności – zredagowanego przez Tyrmanda i londyńską redaktorkę – pamiętnika.

    W 1980 roku Dziennik 1954 zostaje wydany wreszcie w formie książkowej. Czasy „Solidarności” i stanu wojennego są dla lektury przukurzonego tekstu podatnym gruntem. Jest przedrukowywany w Polsce na powielaczach, nagrywany na kasety, czytany w Radiu Wolna Europa i, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, it goes viral. Jest jednak haczyk.

    Pierwsze książkowe wydanie, 1980

    Na okładce umieszczona zostaje fotokopia jednego z brulionów oryginalnego tekstu. Sfotografowane akapity różnią się nieznacznie od tekstu umieszczonego w książce! Padają zarzuty o apokryfizm tekstu, o stworzenie go nie w tytułowym roku 1954, ale wiele lat później, na emigracji.

    List do Romana Zimanda, 13 października 1983:

    (…) Bruliony miały zaległości, pisane na luźnych kartkach w dzień dwa lub kilka dni potem. Były one wrzucane do specjalnej teczki, a włączone do maszynopisu w ’73 w New Canaan, Connecticut. Wkrótce po ukończeniu „zedytowanej” – jak Pan słusznie uznaje – wersji, w której zapomniany cytat był nieco inaczej sformułowany, lecz identyczny w sensie i znaczeniu z rękopisem, nasz basement (piwnica) padł ofiarą totalnej powodzi, spowodowanej pęknięciem w wodociągowych w naszej części miasta. Niektóre bruliony ocalały, wśród nich marcowy, obejmujący owe strony, lecz duża część innych papierów, dokumentów, archiwów, w tym rzeczone… (nieczytelne) – uległy zniszczeniu.

    W 1984 roku zekranizowany zostaje film Rok 1984. Tyrmand umiera w roku 1985. Czy film widział, nie wiadomo. Po 1989 roku Dziennik 1954 jest w Polsce wielokrotnie wznawiany i z powodzeniem radzi sobie na kapitalistycznym rynku. O czasach orwellowskiego Wielkiego Brata przypomina pierwszy w Polsce program typu reality show czyli „Big Brother”. Na długo przed pojawieniem się smartfonów, aplikacji i portali społecznośniowych ludzie podglądają jego uczestników, dziękując w duchu, że to tylko rozrywka, a nie czasy komunistycznej agentury.

    Jakże trudno jest pisać dziennik – wyznaje Tyrmand. Archiwa Hoovera

    O rzekome zalanie piwnicy pytam Mary Ellen Tyrmand, trzecią żonę pisarza. Jest zima 2016 roku, przeprowadzam z nią wywiad do książki Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Po chwili zastanowienia, kobieta otwiera oczy i wspomina:

    Tak, pamiętam. Wynosiliśmy te kartki w kartonach. Leopold był wściekły.

    Gdy odwiedzan na Manhattanie syna, Matthew Tyrmanda, stos egzemplarzyDziennika 1954 zauważam na najwyższej półce w salonie. Matt mówi, że daje tę książę w prezencie każdemu, kto pyta o to, jaki był komunizm.

    Kilka dni później lecę do archiwów w Kalifornii, gdzie odnajduję między innymi list do Zimanda, zaświadczenie z pracy w „Tygodniku Powszechnym” oraz… bruliony Dziennika 1954.

    18 stycznia 1954 roku Tyrmand pisze:

    (…) za piętnaście lat będę jeszcze ciągle siedział samotny, bez rodziny, chory na wątrobę, w tym zasranym pokoiku i pisał ten dziennik.

    Tyrmand w 1954 roku nie wie, że w 1969 roku będzie znanym polskim pisarzem i cenionym dziennikarzem „The New Yorker”. Że do tej najpoczytniejszej gazety w USA trafi dzięki innemu dziennikowi –Zapiskom dyletanta. Że będzie to dziennik równie błyskotliwy, jak ten z 1954 roku, pisany podczas podróży przez Amerykę. W 1954 roku może tylko marzyć o Ameryce, żyjąc w Eurazji. I nawet nie przypuszcza, że ta Ameryka wymyśli w przyszłości publiczny monitoring, Facebooka, Google’a i inne teleekrany.

    George Orwell, Roku 1984:

    (…) Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nie narodzonych pokoleń.

    Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, 12 lutego 1954:

    (…) Piszę ten dziennik dla ludzi, którzy przetrwają komunizm.

    Marcel Woźniak