Tag: Ove Løgmansbø

  • „Remigiusz Mróz uchodzi na Wyspach Owczych za pajaca”, czyli Polka demaskuje Ove Løgmansbø.

    Z polskimi mediami rozmawia po raz pierwszy, dlatego cieszę się, że zdecydowała na się na smakksiazki.pl. Może to zasługa niedzielnego felietonu Jakuba Ćwieka, a może fakt, że byłem mocno zmotywowany żeby z nią porozmawiać. Przeczytajcie długą rozmowę o tym, jak Kinga Eysturland, Polka od pięciu lat mieszkająca na Wyspach Owczych, mająca za męża Farera, odkryła prawdziwą tożsamość Ove Løgmansbø. Przeczytajcie o tym, co wzbudziło jej największe wątpliwości, o przekłamaniach w książkach Remigiusza Mroza, a także…jaka była rola w całym śledztwie meczu Łotwa – Wyspy Owcze? Przygotujcie duży kubek herbaty i dajcie się porwać. 

    Kiedy Pani doszła do tego, że Ove Løgmansbø to Remigiusz Mróz?

    O prawdziwej tożsamości Ove Løgmansbø dowiedziałam się w dzień jego spotkania z polonią farerską w Tórshavn. Nie ukrywam, że byłam sparaliżowana. Żadna ze mnie miłośniczka kryminałów, ale akurat twórczość Remigiusza Mroza jest mi znana, choć wybiórczo. Bardzo lubię jego prawniczą serię z mecenas Joanną Chyłką. Są to świetne książki, w których widać, że autor doskonale zna i czuje to środowisko. Wspomniany wcześniej artykuł, jaki napisałam do Sosialurin, był więc w jakimś sensie moim wyrazem szacunku dla Mroza. Postanowiłam stanąć trochę w obronie autora z prostego powodu – Farerczycy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że Remigiusz Mróz to w Polsce marka, tymczasem na Wyspach Owczych uchodzi on aktualnie za pajaca. Chciałam zatem uświadomić miejscowym, że nie mamy do czynienia z kompletnym amatorem, tylko z gościem, który coś już osiągnął, tyle że w kwestii tego konkretnego projektu porwał się z motyką na słońce lub raczej… z motyką na owcę.

    Kinga Eysturland z mężem. fot: archiwum prywatne

    Jak to się wszystko zaczęło? Co skłoniło Panią, żeby podążyć tropem Ove Løgmansbø?

    Jako że od pięciu lat mieszkam na Wyspach Owczych, a także aktywnie działam na rzecz promocji archipelagu w Polsce, kierowała mną czysta ciekawość. Wiadomość o pojawieniu się na polskim rynku „Enklawy” dotarła do mnie za pośrednictwem Facebook’a. Początkowy entuzjazm opadł dość szybko, bo już samo nazwisko autora wzbudziło moje wątpliwości. Na Wyspach Owczych nie ma bowiem nazwiska „Løgmansbø”. Istnieje natomiast nazwisko „Á Løgmansbø”, które należy do tylko jednej rodziny. Tak się składa, że mój mąż zna człowieka wżenionego w tę rodzinę i idąc tym tropem błyskawicznie udało się nam dowiedzieć, że nikt z tego klanu nigdy nie słyszał o żadnym Ove ani o jego rzekomej matce pochodzącej z Polski. Równie podejrzane wydało mi się zdjęcie autora znajdujące się na zgięciu okładki, które przedstawiało zakapturzoną postać w okularach słonecznych. Uznałam tę fotografię za absurdalną, bo z reguły debiutującym autorom zależy na autopromocji, a w tym przypadku pisarz wyglądał jakby uczestniczył w programie ochrony świadków koronnych. Informacja odnośnie małego rynku wydawniczego na Wyspach Owczych również była niewiarygodna, ponieważ Farerczycy czytają na potęgę, w czym w światowym rankingu ustępują tylko Islandczykom. Długie zimowe noce oraz kiepska pogoda przez większą część roku sprzyjają czytelnictwu, przez co księgarnie i biblioteki pękają w szwach. Mimo wszystko postanowiłam wyrzec się uprzedzeń i zobaczyć co do zaoferowania ma sama treść „Enklawy”. Dodam, że nie jestem fanką kryminałów, więc nie chcę wypowiadać się o samym warsztacie autora i niuansach związanymi z gatunkiem. Niemniej jednak sama treść oraz zawarta w niej warstwa faktograficzna wzbudziły moje zdumienie, rozczarowanie i niesmak. Już po lekturze „Enklawy” byłam pewna, że „Ove Løgmansbø” to tylko projekt jakiegoś autora widmo.

    W Internecie natknąłem się na informację, że korespondowała Pani z Wydawnictwem Dolnośląskim. Jak przebiegała ta wymiana maili i czy pisała Pani również z autorem?

    Do wydawnictwa napisałam zaraz po przeczytaniu „Enklawy”, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Nie chcę nikogo posądzać o ignorancję, więc wolę założyć, że mój email przepadł w czeluściach spamu. Jeśli chodzi o korespondencję z Ove, to napisał on do mnie w połowie października, informując mnie, że z przykrością przeczytał moją niepochlebną recenzję „Enklawy” opublikowaną na niewielkim portalu www.faroe.pl. Mimo to autor zapewniał mnie, że przyświecają mu najlepsze intencje, jednak nijak nie ustosunkował się do moich zarzutów odnośnie sfabrykowanej tożsamości. Wymieniliśmy jeszcze kilka emaili, ale żaden z nich nie okazał się przełomowy. Dopiero 22 stycznia dostałam wiadomość od pani Moniki Kaczmarek – Klose z Wydawnictwa Dolnośląskiego, która poinformowała mnie o planowanym przyjeździe ekipy DDTVN na Wyspy Owcze oraz poprosiła o pomoc w realizacji materiału na miejscu. Byłam zaskoczona takim obrotem spraw, ponieważ domyślałam się, że wydawnictwo zna moją krytyczną opinię odnośnie całej tej mistyfikacji. Prywatne animozje nie miały tu jednak nic do rzeczy, ponieważ w tamtym czasie przebywałam w Ameryce Południowej, więc już sama odległość wykluczała mój czynny udział w realizacji materiału.

    Jak społeczność na Wyspach Owczych zareagowała na książki Ove Løgmansbø, czyli Remiugiusza Mroza?

    Zacznę od tego, że w październiku 2016 udaliśmy się z mężem do Rygi, gdzie Wyspy Owcze rozgrywały z Łotwą mecz kwalifikacyjny do Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Na dzień przed meczem umówiliśmy się na kolację z paroma osobami z Wysp Owczych, które podobnie jak my przyjechały kibicować farerskiej drużynie. Podczas luźnej rozmowy w restauracji nagle pojawił się wątek Ove Løgmansbø, przy czym temat ten zainteresował jednego z uczestników kolacji – dziennikarza Heriego Simonsena, pracującego w gazecie Sosialurin oraz stacji radiowej Ras2. Heri stwierdził, że jest to ciekawy materiał na wywiad i dzień po meczu nagrał ze mną rozmowę odnośnie „Enklawy” oraz „Połowu”, który miał ukazać się na dniach. Postanowiliśmy, że nagramy materiał w języku angielskim, żeby rozmowę mógł wysłuchać również sam autor oraz osoby z wydawnictwa. Audycję przesłuchano ponad 4000 razy, co okazało się niekwestionowanym hitem. Sprawa zrobiła się dość głośna na Wyspach Owczych, choć domyślam się, że żadne echa nie dotarły do Polski. Szczególnie zdegustowana była rodzina „Á Løgmansbø”, ponieważ jest to historyczne nazwisko ze szczególnym odniesieniem do farerskiej kultury i tradycji, więc wieść o tym, że ktoś podszywa się pod jednego z nich i wykorzystuje to nazwisko do celów marketingowy była dla rodziny szokiem. Remigiusz Mróz po prostu nie zdawał sobie sprawy, że sięga po najgorsze nazwisko z możliwych. Wystarczyło skorzystać z czegoś bardziej rozpowszechnionego jak chociażby „Joensen”, które jest odpowiednikiem naszego „Kowalskiego”. Joensenów jest na Wyspach Owczych ponad 3000, więc oburzenie z pewnością byłoby mniejsze. Autor w czasie spotkania na Wyspach Owczych tłumaczył się, że nie zdawał sobie sprawy z wyjątkowego znaczenia nazwiska „Á Løgmansbø”, podpierając się pospolitością polskich nazwisk. Jest to dla mnie o tyle wątłe tłumaczenie, że nawet w Polsce mamy nazwiska cechujące się przynależnością do rodów arystokratycznych, takich jak np. „Zamoyski”, „Drucki – Lubecki” czy „Czartoryski”. Jestem więc przekonana, że gdyby Remigiusz Mróz chciał sobie wymyślić polski pseudonim, z pewnością trzymałby się z daleka od powyższych nazwisk. Farerczycy równie emocjonalnie zareagowali na nieścisłości związane z miejscowymi realiami. Mróz notorycznie tłumaczył się fikcją literacką, co stanowiło jego główną linię obrony. Problem polega jednak na tym, że dużo łatwiej stworzyć fikcyjną rzeczywistość w takich miejscach jak Nowy Jork czy Londyn, gdzie mnogość miejsc i wielokulturowy miszmasz pozwala ukryć niedostatki znajomości realiów. Tymczasem w tak „policzalnym” mikrokosmosie jak Wyspy Owcze nawet najmniejsze przekłamanie jest od razu uwypuklone.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www. usnplash.com/Jan Erik Waider

    Czy te książki są dobrze udokumentowane?

    To zależy jak spojrzymy na całą sprawę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że pisał je człowiek, który nigdy wcześniej nie był na Wyspach Owczych, to trzeba przyznać, że nie jest aż tak źle. Jednak przez to, że autor próbował wmówić czytelnikom, że jest pół Farerczykiem, moja ocena warstwy realioznawczej jest dość niska. Największym problemem tych książek jest to, że bohaterowie nie myślą, nie mówią i nie zachowują się jak Farerzy. Pukanie do drzwi lub zwracanie się do siebie per „pan”/ „pani” to nie są farerskie zachowania. Autochtoni są również przedstawieni jako zbyt butni, dążący do konfrontacji i szukający rozwiązań w portowych bójkach, tymczasem w rzeczywistości Farerczycy to jeden z najspokojniejszych i najbardziej religijnych narodów Europy. Przekłamany jest również stosunek do Duńczyków. Bohaterowie zbyt często pozwalają sobie na niemiłe komentarze odnośnie przedstawicieli duńskiej metropolii, co nie ma odzwierciedlenia w prawdziwym życiu. Gdyby niechęć względem Danii była rzeczywiście tak ogromna jak w książkach Mroza, Wyspy Owcze już dawno wybiłyby się na niepodległość. Moim zdaniem największym błędem pisarza było zabranie się za serię z Wysp Owczych bez wcześniejszego odwiedzenia archipelagu. To mniej więcej tak, jakby ktoś chciał pisać doktorat z dzieł Sienkiewicza bazując na samych opracowaniach lektur. Mróz ewidentnie podjął się zadania, które go po prostu przerosło, jednak mimo wszystko doceniam uwagę, jaką poświęcił tym osiemnastu skałom na Atlantyku.

    Co Panią tak po ludzku najbardziej zdenerwowało?

    Może się Pan zdziwi, ale bynajmniej nie sama treść książek. Tym co działało mi na nerwy najbardziej, było usilne twierdzenie, że Ove Løgmansbø to rzeczywista postać. Dobijało mnie wmawianie czytelnikom, że to pół Polak, który rozumie naszą słowiańską mentalność i świetnie operuje językiem polskim, ale jednocześnie jest pół Farerem, czyli człowiekiem „stamtąd”, który wyspiarskie realia zna od podszewki i poprzez swoją twórczość uchyli rąbka farerskiej tajemnicy polskiemu czytelnikowi. Nie podobała mi się również seria fikcyjnych wywiadów z autorem, która ukazała się w internecie w ramach promocji poszczególnych książek. Ove opowiadał w nich m.in. że czuje się bardziej związany z Wyspami Owczymi niż z Polską, rozwodził się nad swoim dzieciństwem na archipelagu oraz opowiadał jak to koledzy policjanci z komendy w Tórshavn służyli mu radą i pomocą przy konstruowaniu wątków kryminalnych. Gdyby za cały ten cykl wydawniczy odpowiedzialny był jakiś „Jan Kowalski” albo gdyby Remigiusz Mróz napisał go pod swoim imieniem i nazwiskiem, uznałabym to za świetną wiadomość, że ktoś z Polski postanowił osadzić akcję powieści na Wyspach Owczych. Wówczas z pewnością łagodniej patrzyłabym na wszystkie niedociągnięcia. Niestety wykreowanie postaci „Ove Løgmansbø” okazało się w tym przypadku strzałem w stopę. Sam Remigiusz Mróz twierdzi, że była to dla niego próba sprawdzenia się – swoisty test. Skoro tak, to niestety wynik tego testu oceniam dość mizernie.

    Oglądała Pani materiał w „Dzień Dobry TVN”?

    Materiał oczywiście oglądałam, choć uczucia miałam dość ambiwalentne. Nie dało się w nim wyczuć emocji, jakie publikacje Mroza wzbudziły wśród Farerczyków oraz miejscowej polonii. Jednakże trudno przecież oczekiwać, że TVN pogrąży autora, od którego niedawno wykupił prawa do realizacji seriali na kanwie książek i którego trzeba w związku z tym promować. Po obejrzeniu tego materiału można odnieść wrażenie, że na Wyspach Owczych w zasadzie nic się nie stało, a miejscowi czekają teraz na tłumaczenie książek na język farerski. Nic bardziej mylnego! Sprawa do tej pory jest komentowana w farerskich mediach. Wielki miłośnik Wysp Owczych – Matthew Workman z amerykańskiego Oregonu, od lat nagrywający audycje o nazwie „The Faroe Podcast”, poświęcił sprawie Ove Løgmansbø jeden odcinek swojego programu. W farerskim radiu odbyła się z kolei debata, na którą zaproszono dwóch miejscowych pisarzy, aby wypowiedzieli się o granicach fikcji literackiej. Z kolei w zeszłym tygodniu w weekendowym wydaniu Sosialurin ukazał się mój tekst dotyczący całej sprawy – tym razem w języku farerskim.

  • „Remigiusza Mroza owczy (za)pęd”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Zanim oddam głos, a właściwie skrawek Internetu Kubie, to kilka słów ode mnie. Dziś w programie „Dzień Dobry TVN” ukazał się materiał o pisarzu z Wysp Owczych, który wydał bestsellerową trylogię. Całość, blisko siedem minut, zobaczycie klikając tutaj. Okazuje się, że Ove Logmansbo to nasz polski Remigiusz Mróz. Jego fani i fanki szaleją, chwalą pomysł, doceniają spryt autora. Poprosiłem Jakuba Ćwieka, żeby sprawie przyjrzał się głębiej, a on, jak to on, jak już się przyjrzał, to od podstaw. Po kilku godzinach przysłał felieton, do którego lektury zachęcam. 

    Kilka miesięcy temu, mój dobry kumpel, mający zadatki na niezłego pisarza, napisał do mnie z pytaniem, czy czytałem coś Ove Løgmansbø. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie, bo nie ciągnie mnie do szwedzkich kryminałów. Jakoś ta moda nigdy do mnie nie przemówiła. Motywacje zbrodniarzy dalekich mi kulturowo wydawały się zwykle zbyt wydumane, problemy społeczne odległe i trochę „na własne życzenie”, a całe opowieści zbyt chłodne w formie.

    „Tyle, że to kryminał rzekomo z Wysp Owczych” pisze mi kumpel, wyraźnie kładąc akcent na kluczowe dla niego słowo.

    „Rzekomo?” podchwyciłem.

    I wtedy usłyszałem o jego prywatnym śledztwie, o tym, jak zauważył nieścisłości względem opisów znanej sobie kultury wysp, a potem zweryfikował je u znajomych autochtonów, dochodząc do jednego swoim zdaniem słusznego wniosku. Tej książki nie napisał nikt stamtąd.

    Ciekawe, napisałem, choć raczej z grzeczności. Bo w gruncie rzeczy jak mogłem za interesujący uznać fakt, że ktoś z innego kraju podszywa się pod pisarza z wysp, które grzeczną, miłą, stonowaną nudę mają niejako wpisaną w nazwę, a podobno trochę i kulturę. A potem się okazało – najpierw z wpisu na wallu kumpla, a długo później z materiału w „Dzień Dobry TVN”, że Ove Løgmansbø to Remigiusz Mróz. I to już zwróciło moją uwagę.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Karsten Koehn

    Lubię Remka. Mieliśmy się okazję spotkać dwa razy, w tym raz na chwilkę dłużej, kiedy pojawiliśmy się razem w opolskiej śniadaniówce „O!polskie o poranku”. Jako pisarze rodem z Opola i okolic mówiliśmy o swoich książkach przed kamerami, a zanim to nastąpiło, spędziliśmy razem z kolegą Mrozem kilka chwil przy kawie. Potem mignęliśmy sobie na targach, a raz po raz, jak przystało na ludzi wpisujących próżność w koszta, lajkujemy sobie nawzajem wpisy.

    Zawodowo jesteśmy od siebie dość daleko, przede wszystkim dlatego, że Remigiusza Mroza cechuje pisarska dyscyplina, jaka nigdy chyba nie będzie moim udziałem. Całkowicie wierzę w to, jak opisuje swój dzień, że paręnaście godzin pisze, potem biega, a potem redaguje swoje rzeczy, a dla przyjemności – i reaserchu – czyta cudze. To przynosi efekty, jakie sobie zaplanował – sześć poczytnych książek w roku.

    Tym, co nas różni, mam wrażenie jeszcze mocniej, jest podejście do popkultury, bo o ile obaj zajmujemy się jej przetwarzaniem, celem Remka, jest uzasadnione nade wszystko rynkowo naśladownictwo. Każdy z nas prędzej czy później dostaje porównawcze etykietki, staje się polskim kimśtam, ale dla Mroza nie jest to żadna piętnująca szkarłatna litera. To powód do dumy i marketingowy wabik.

    W najlepszej serii Remigiusza, prawniczych thrillerach z Chyłką i Zordonem, jeszcze nie rzuca się to aż tak w oczy – ot, powieści mocno wpisujące się w schematy gatunku. Jednak już taki cykl o Forście to książki, gdzie skala wydarzeń, ich tempo, ilość zwrotów akcji, a nawet struktura rozdziałów przywodzą na myśl powieści Dana Browna. Z kolei opublikowane ostatnio polityczne „Wotum nieufności” nawet sam autor nazywa polskim „House of cards”.

    Podkreślam to wszystko raczej, by wskazać pewne różnice w naszym podejściu do tego samego zawodu niż by Remigiusza w jakiś sposób potępiać. Dopiero bowiem dzisiaj, przy okazji materiału o Ove – i wynikającym z tegoż coming outu – Remek powiedział coś, czego nie mogę zrzucić na karb innego podejścia. Coś, z czym się bardzo mocno nie zgadzam i co, czuję wewnętrznie, muszę sprostować, bo daje fałszywy obraz rzeczywistości.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Mike Kosiakov

    Oto bowiem uzasadniając przyjęcie pseudonimu, kolega Mróz porównał się w tym względzie do Kinga i Rowling. O tym dlaczego przyjął pseudonim, napisał bowiem tak:

    „Z tego samego powodu, dla którego Stephen King powołał niegdyś do życia Richarda Bachamana, a J. K. Rowling Roberta Galbraitha. Pewnie, każde z nas sprzedałoby dużo więcej pod własnym nazwiskiem, ale wszyscy chcieliśmy sprawdzić się jako nieznani autorzy, debiutanci. Poza tym, tak jak Kingowi, mnie również zabrakło miejsca w terminarzu wydawniczym. A kolejne historie wciąż się dobijały z podświadomości…”  (cytat ze strony autora)

    Wszystko pięknie, ale nie ma tu dość kluczowego dla obojga wymienionych czynnika, a mianowicie zarówno King jak i Rowling mieli w swojej głowie… innego pisarza, piszącego skrajnie inne rzeczy. Pod każdym względem inne, bo zarówno w kwestii gatunku, jak i językowej formy, trochę podejścia do świata. U Kingowego Bachmana widać fascynację klasykami amerykańskiej literatury, widać ambicje autora, który nie chce być wyłącznie tym gościem od horrorów, który skompromitował się kiedyś udziałem w reklamie kart kredytowych. Bachman pozwolił Kingowi nade wszystko zdjąć z siebie brzemię autora bestsellerów, opublikować książki niszowe, z innymi ambicjami, niekierujące się prawidłami rynku. Taki jest kameralny w gruncie rzeczy „Wielki marsz”, takie są gniewne „Rage” czy depresyjny, przepełniony frustracją „Ostatni Bastion Barta Dawesa”. Z kolei w opublikowanym po latach „Blaze” widać wyraźne echa Steinbecka. I tak, element nasycenia rynku też miał tu znaczenie niebagatelne, ale to dlatego, że w Stanach owych czasów za przesadę uznawano wydanie… dwóch książek rocznie.

    Rowling z kolei stworzyła Galbraitha by udowodnić samej sobie, ale i po trosze światu, że jest pisarką, a nie tylko stworzoną przez udany marketing autorką opowieści o małym czarodzieju, co zarzucano jej nawet po udanym „Trafnym wyborze” opublikowanym pod własnym nazwiskiem. Napisała kryminał, jak sama mówi, bez presji zarobkowej, ale by się sprawdzić, by zobaczyć czy da sobie radę w gatunku, który ceni sobie jako czytelniczka. Niszowym, umówmy się, bo tak naprawdę poza Skandynawią, świat nie przeżywa obecnie takiego wielkiego bumu na kryminały jak my.

    Słowem – owszem, zarówno Rowling jak i King chcieli się na moment pozbyć brzemienia znanego nazwiska, ale po to, by, i to jest kluczowe, sprawdzić się w czymś, czego dotąd nie robili. Nie chcieli, by ich etykietka wpływała na odbiór czegoś, w czym całkowicie eksperymentują. Oczekiwali szczerej opinii o czymś na czym się nie do końca znają. King w temacie rzeczy, które napisał w większości zanim stał się sławny – i które pisał młodocianym gniewem i determinacją. Rowling by, jak już wspomniałem, ale podkreślę, udowodnić sobie, że to nie było tylko szczęście i zbieg okoliczności, że jest tam, gdzie jest.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Jan Erik Waider

    Na tle tych postaw stworzenie przez Mroza Ove Løgmansbø jawi mi się wyłącznie jako sprytny zabieg marketingowy, nie zaś test dla samego siebie. Oto bowiem nadal mamy do czynienia z kryminałem czyli czymś, w czym Remigiusz czuje się dobrze. Lektura „Enklawy”, a także, a może przede wszystkim wyniki śledztwa kolegi, pozwalają sądzić, że na polu gromadzenia materiałów źródłowych, autor również dramatycznie nie zmienił metody ich pozyskiwania. To nie tak, że kiedyś czytał źródła, a teraz doświadcza wszystkiego sam, co mu zmienia perspektywę.

    Idźmy dalej. Wybór nazwiska też nie jest przypadkowy. Popularność w naszym kraju Larsona, Menkella, Nesbo wciąż jest spora, ludzie szukają czegoś w tym duchu. I nagle pojawia się kolejny skandynawski autor, którego kupują prawem serii. Książki autora mają identyczną oprawę graficzną, co książki Nesbo, blurby pisane są w tym samym stylu, a w nazwisku autor ma charakterystyczną, dla nas nietypową, ukośną kreskę. Jak się to ma do neutralnego Richarda Bachmana, którego King skleił sobie ze swojej miłości do kryminałów i rocka? Jak ma się do Roberta Galbraitha, będącego połączeniem Roberta Kennedy’ego – politycznego idola autorki – z nazwiskiem jej dziecięcego alter ego?


    Oba te nazwiska łączy jeszcze jedno. Są typowe, zwyczajne, nie budzące w czytelniku żadnych w zasadzie skojarzeń z tym, czego może się spodziewać po książce, którą zaraz przeczyta. Ani Bachman, ani Galbraith, to nie jest składowa okładki, nie jest element
    blurba. Nie na chłodno, analitycznie skalkulowany proces pozyskania kolejnego segmentu rynku, wykorzystania literackich mód czytelniczych upodobań czy ich skłonności do owczego pędu.


    To po prostu dwa fałszywe nazwiska.