Tag: pandemia koronawirusa

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (26-30 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    9 kwietnia 2020 (5575 zarażonych, 174 zmarłych)

    Dmuchnął wiatr i zakręcił kurzem na nagrzanej słońcem polnej drodze. Sucho. Bardzo sucho. Niewielkie opady zimą i wysokie temperatury ostatnich miesięcy składają się na poważne niedobory wody. Zwierzęta błądzą po łąkach i lasach w poszukiwaniu źródeł lub choćby niewyschniętych kałuż. A te wyschły. Nawet najbardziej uporczywe błota i grzęzawiska stwardniały, można po nich przejść w półbutach. To dopełnia obrazu. Postapokaliptyczne scenerie zwykle bazują na wizjach pustynnych, martwocie wysuszonej ziemi i bielejących w słońcu kościach po uprzednim życiu, czyli że dostajemy bonus w postaci klimatycznego klimatu końca. Śmierć świata jest sucha, cywilizacja uległa spopieleniu. Wczoraj cieszyłem się z wybuchu wiosny, dzisiaj patrzę na słońce jak na przegrzany reflektor w teatrze. Natura funduje nam spektakl nie tylko dobrze wyreżyserowany, ale i z odpowiednią scenografią.

    Policja kupuje armatki wodne i kabaryny aresztanckie do rozpędzania zamieszek. Być może przewidują jakieś gwałtowne reakcje cofającego się koronawirusa, bo przecież chyba nie o Naród chodzi. Ten kocha władzę i popiera ją nawet korespondencyjnie. Ja nie wiem, boję się mówić głośno, ale to wszystko naprawdę śmierdzi zamachem stanu. Partyjna mafia przejęła państwo, bo może. Nikt jej w tym nie umiał przeszkodzić, i teraz PiS pokazuje nam faka codziennie, z coraz większą bezczelnością i pewnością siebie. Wymyślili specjalną poprawkę, według której im i ich rodzinom należy się wyjątkowa opieka medyczna. Urzędników zwalniają, służba zdrowia pada pod meteorytem pandemii, kraj rzęzi i blednie w obliczu nadchodzącego kryzysu – a oni sobie przywileje głosują! Nie wiem, głowa od tego pęka…

    To niby tylko takie stare powiedzonko, ale ja teraz naprawdę szczypię się w policzek przy czytaniu. Faktycznie to napisali, czy ktoś drwiny sobie urządza i odgrywa mi przed nosem moje zeszłoroczne paranoje? Jeszcze jeden spektakl? Ale kto i po co miałby się tak prymitywnie bawić moim kosztem? Zgoda, bałem się dyktatury w moim kraju. Naczytałem się ostatnio przedwojennych gazet i katastrofizm polityczny wzmógł we mnie jak gorączka. W połowie lat 30. faszyzm, nacjonalizm i antysemityzm widać było jak na dłoni, zło panoszyło się jak nie przymierzając zaraza, szanowani intelektualiści całkiem poważnie debatowali, jak zneutralizować „żydowską zarazę”, a ludzie udawali, że jest normalnie i spoko. Do czasu. Po lekturach starych gazet nabawiłem się lęków i najbliżsi tłumaczyli mi, że to tylko histeria. Teraz na mnie zerkają nieco inaczej, z jakąś niepewnością i prawie urazą. Musiałeś mieć rację? Znowu? A ja wzruszam ramionami i czytam sobie historyczne kawałki o starożytnej Grecji. Problem Kasandry dotyka mnie mocno, osobiście.

    www.unsplash.com/Mr Cup / Fabien Barral

    Tak, czytanie. Bardzo dobra ścieżka ucieczki. Im dalej, tym lepiej, więc sięgnąłem do Rozmyślań Marka Aureliusza, ale po dwudziestu stronach odłożyłem. Trochę nudziarstwo z tym niewzruszonym spokojem wobec nadchodzącej zagłady. Herbert miał rację, to nieludzkie, trudno dłużej wytrzymać w takim kamiennym napięciu. Sięgnąłem jeszcze dalej wstecz, do czasów heroicznych Grecji, by przypomnieć sobie trojańską wieszczkę. Najpiękniejsza z córek Priama, podczas rzezi Troi zdołała ukryć się w świątyni Ateny, skąd wywlókł ją Ajas z Lokrydy i świętokradczo zgwałcił. Jako branka wojenna przypadła królowi Agamemnonowi, który przywiózł ją do pałacu w Mykenach tylko po to, by tam razem z nią zginąć z rąk niewiernej żony i jej kochanka. Jak mówi Zygmunt Kubiak w Mitologii Greków i Rzymian, Kasandra w Mykenach „wzgardliwie milczy wobec królowej” i dopiero nocą przed gromadą starców wykrzykuje swoją straszną wróżbę o śmierci Agamemnona. Wtedy też przyznaje, że dar wieszczenia dał jej Apollo, który ją uwiódł. Czyli typowe fantazje gawędziarskie wokół dziewictwa i czystości. Ale jest wersja lepsza od seksualnej, dla mnie wręcz fascynująca! Otóż kiedy Kasandra była mała, rodzice zabrali ją z bratem Helenosem do świątyni Apollina w Tymbrze i tam zostawili na noc. Po prostu zapomnieli! Kiedy dzieci zasnęły, święte węże pilnujące wiecznego ognia polizały im uszy. Stąd dar słyszenia przyszłości, który w istocie jest przekleństwem, gdyż wywyższa i zabija zarazem.

    Próbuję to sobie wyobrazić. Ciepła, śródziemnomorska noc, jaką znamy z wakacyjnych wyjazdów, słabiutki powiew wiatru, cykady grzechoczą wśród pobliskich krzewów. W glinianych lampach oliwa spala się spokojnym światłem, które wśród kolumn rzuca długie cienie. Owady skwierczą w pełgającym płomieniu. Czasem szumią liście drzew porastających święty gaj. Dzieci są przerażone, przecież zostały same w zupełnie obcym i niesamowitym miejscu! Opieka bóstwa to jedno, a potwory, źli ludzie i dzikie zwierzęta to drugie. Drżąc ze strachu przytulają się do siebie, zaciskają na siłę powieki i pocieszają się nawzajem, że nic im się nie stanie. Żeby zagłuszyć straszne myśli nucą półgłosem pieśni, jakich uczyła je niania, i tak zasypiają. Posadzka jest chłodna, więc przysuwają się blisko lampy, żeby nie zmarznąć wraz z nadejściem chłodnego świtu. Głęboką nocą, kiedy już mocno śpią, zza kamiennej misy wyłania się dostojny wąż. Sunie powoli z lekko uniesionym płaskim łbem, który obraca raz w prawo, raz w lewo, bo święty wąż musi być czujny. Z jakiegoś powodu wiem, że jest zielony. Po chwili wypełza drugi i razem okrążają śpiące dzieci, bezgłośnie wyginając sprężyste ciała. Pochylają się nad maluchami. Dzieci pachną słońcem i niewinnością. Śpią na boku, zwarte w obronnym uścisku, a małżowiny ich uszu rozchylają się ku górze jak wejścia do maleńkich jamek. Węże widzą przed sobą miniaturki ich własnych domów, w których wylęgają się takie same maleńkie dzieci, ale wężowe. Jeden z nich próbuje musnąć rozdwojonym językiem półprzeźroczystą muszelkę, robi to bardzo delikatnie, by nie obudzić dziewczynki, która śpi z półotwartymi ustami i piąstką wciśniętą pod brodę. Drugi również zbiera się na odwagę i próbuje ucha chłopczyka. Muśnięcia są jak najlżejszy powiew wiatru, ledwie wyczuwalne, ale to wystarczy. Świętość wnika przez ucho do mózgu i przestawia ośrodki zmysłów tak, że dziewczynka rano po przebudzeniu wie już wszystko. I kiedy braciszek płacze za mamą, ona obejmuje go pewnym ramieniem, osłaniając drugą ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Choć jest młodsza od niego, słowa jej brzmią dorośle i tchną pełnym przekonania spokojem: „Nie martw się, już jadą. Widzę ich”.

    I potem już zawsze widzi. Ból wiedzy daremnej, niepotrzebnej, pogardzanej będzie się za nią ciągnął przez resztę życia. Podczas pogromu schroni się w świątyni bogini mądrości Ateny, czyli jakby adekwatnie, na niewiele się to jednak zda. Swoją hańbę pod chamskim Ajasem zapewne również zobaczy dużo wcześniej, zanim się wydarzyła. A także zagładę rodzinnego domu i całej Troi. I śmierć własną, co nie bolało tak, jak ujrzana wieszczymi oczami śmierć dwóch synów, których zdążyła urodzić Agamemnonowi. Mądra, piękna, jasnowidząca, gwałcona, uprowadzona z ojczyzny, nieszczęśliwa na wszystkie możliwe sposoby – wierzę, że śmierć przyjmowała z ulgą. Na widok wzniesionej ręki Klitajmestry, uzbrojonej w okrwawiony nóż, który przed chwilą zabił Agamemnona, może się tylko wzgardliwie uśmiechnąć. Powiedz mi coś, czego nie wiem, wielka królowo. A w nagrodę ja nie powiem ci tego, co wiem, mówi zerkając na kotarę, za którą chowają się przerażeni Elektra i Orestes, którzy później zabiją matkę-morderczynię. Ale Klitajmestrze jest to już obojętne. Swoje życie również przegrała, dawno temu, kiedy zmuszono ją do małżeństwa z okrutnym i znienawidzonym królem i od którego właśnie próbowała rozpaczliwie się uwolnić. Zresztą, może jej uszy również polizał święty wąż i też już wiedziała.

    Śmierć nagła, ale spodziewana. Raptem tyle satysfakcji dla tych, którzy widzą i słyszą.

    10 kwietnia 2020 (5955 zarażonych, 181 zmarłych)

    Nie będzie o zamachu, nie będzie o pandemii, nie będzie o smutnych świętach. Będzie o Jacku. Kiedy umierał szesnaście lat temu, byłem w jednym z ostatnich ciągów alkoholowych przed rozpoczętą latem terapią i słabo ten fakt odnotowałem. Pamiętam okładkę „Wyborczej” z jego twarzą na tle szyby z podoklejanymi do niej czarnymi ptakami i tytułem „Odszedł Jacek”. Trzy tygodnie później byłem w Warszawie na wielkiej imprezie z okazji wstępowania Polski do Unii Europejskiej i pojechałem na Cmentarz Wojskowy na Powązkach, żeby go odwiedzić. I tak już zostało do dzisiaj – ilekroć jestem w Warszawie, jadę do niego, żeby na chwilę przysiąść i pogadać. Opowiedzieć o kolejnym roku trzeźwości i poburczeć pod nosem strofki jego piosenek, których pamiętam więcej niż Baczyńskiego, Miłosza i Herberta razem wziętych. Złożyć raport z życia. Posłuchać śpiewu ptaków. Tak się składa, że zwykle jest wtedy wiosna.

    Był naprawdę bardem naszego pokolenia. Jeżeli młodzi spiskowcy z powstania listopadowego mówili językiem Mickiewicza, to my, studenci stanu wojennego, rozmawialiśmy językiem Kaczmarskiego. Nie chodzi tylko o sławetne Mury, które rozumieliśmy odwrotnie do intencji tekstu – to znaczy jako hasło narodowej solidarności, a nie pieśń o samotności poety – ale o cały świat, który jego wiersze przed nami otwierały. Chyba nigdy już później nie czułem tak wyraźnie, że poezja i wolność są ze sobą ściśle związane. Biedni, zagubieni, zostawieni samym sobie w przaśnej rzeczywistości dogorywającego PRL-u, mieliśmy w literaturze jedyne terytorium swobody, tym fajniejsze, że zakazane. Jak wybieg dla młodych źrebaków, który w jednym miejscu ma sekretny przesmyk ku otwartym łąkom.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Jeszcze w liceum usłyszałem Obławę i trampki spadły mi z nóg. To było coś radykalnie innego, tornado zmiatające ze sceny całe studenckie pobrzękiwanie do kiełbaski przy ognisku. Zjawisko jedyne w swoim rodzaju, nie do podrobienia ani powtórzenia. Jasne, śpiewali później wszyscy, ale takiego stylu nie potrafił podjąć nikt. Był poetą i śpiewakiem w zupełnie nowoczesnym, a zarazem jakimś archaicznym sensie, jak ten wajdelota, który umiał porwać słuchaczy i stare, dobrze znane historie opowiedzieć tak, że mówiły coś nowego. I mówiły wprost do ciebie, bez osłonek, bez całej tej scenicznej machiny snobizmu, która zabija autentyczność. Słuchając czułeś, że on tę piosenkę ułożył specjalnie dla ciebie, że śpiewa o tobie. Łamał wszystkie bariery i przesłony, wchodził wprost w środek duszy. Słuchaliśmy go na fatalnych kopiach dziesiątki razy przegrywanych z taśmy na taśmę, żeby uszczknąć choć trochę tej autentyczności i pasji, która tak nam była potrzebna. Wciąż mam przed oczyma ciasny pokoik w akademiku na miasteczku studenckim AGH, wielgachny magnetofon na stoliku i dwie kręcące się szpule, z których leci charkotliwie wykrzyczane: Dałeś mi, Panie, zbroję/ Dawny kuł płatnerz ją… Tak, Jacek dał nam wtedy zbroję na niedobry czas, daje ją również dzisiaj. I jeszcze wiele razy będzie dawał, bo na tym polega poezja wolności. Gdzieś w pudle na strychu mam jeszcze te kasety z głosem schrypniętym potrójnie: od pasji, alkoholu i powolnego rozpadu nylonowej taśmy.

    Miałem raz w życiu okazję z nim rozmawiać. Robiliśmy z kolegą film dokumentalny o powstającym właśnie Studium Literacko-Artystycznym (w którym teraz mam zajęcia!) i spotkaliśmy go przypadkowo na krakowskim Rynku. Zgodził się natychmiast na wypowiedź i spontanicznie palnął, że takie szkoły pisania trochę są potrzebne, a trochę nie, bo prawdziwego pisania nauczyć się nie można. Tak całkiem nam do scenariusza nie pasowało, ale to był Kaczmarski, nie mogliśmy nie zamieścić. Ileż razy później żałowałem, że nie zagadnąłem go jakoś bardziej osobiście, po ludzku! Że nie wyznałem bezwarunkowej miłości i nie poparłem wyznania wydeklamowaniem paru zwrotek z pamięci. Nie zdążyłem, wszystko przebiegło tak szybko, poza tym okropnie się wstydziłem. Taki wtedy byłem.

    Nic się nie kończy prostym „tak” lub „nie”.

    I nie na darmo giną wojownicy,

    Dlatego mówię: to początek końca,

    A lud pijany wspina się na mury,

    Bo pustką zieją szańce barbarzyńców…

    zapisuję z pamięci po czterdziestu latach. To z pieśni o Kasandrze.

    W genialny sposób stopiły się w nim dwie główne nici polskiego losu: sarmaty i Żyda. Tu hulanka, swawola i opętańczy galop za uniesieniem, a tam księga, pilne czytanie i mozół codziennego wykuwania słowa. Napisał tych wierszy chyba z tysiąc. Do tego układanie muzyki, ćwiczenie gitary, śpiew… cóż za tytaniczna praca! Kiedy próbuję coś takiego porównać z moją codzienną krzątaniną, to mnie w zasadzie nie ma.

    Wyśpiewał mnie całego. Czym bym się nie zaciekawił w moim rozwichrzonym życiu, zaraz się okazywało, że on o tym napisał wiersz. W dodatku napisał tak, jakby znał moje najskrytsze odczucia. Tak, zazdrościłem mu. Patrzyłem na niego jak na lepszą wersję siebie, jeden z tych przegapionych wariantów egzystencji, których nie wybrałem, bo wybrałem co innego. Myślałem nieraz, że moje frustracje i żale brały się z niewłaściwego wyboru i że tak naprawdę to miałem być Kaczmarskim. Nie jakimś tam politykiem czy wielkim dowódcą, bo to dla gruboskórnych, tylko trubadurem z gitarą na plecach i butelką wina za pazuchą, który włóczy się po świecie i śpiewa wszystko co widzi, słyszy, doznaje. Dotarł nawet do mojej ukochanej Australii, więc nawet tu jakieś porozumienie…

    W tym roku nie pojadę do niego. Nie wolno. Mam pilnować życia, żeby trwało, choć on całą młodość mi śpiewał, że warto krótko i mocno, a nie długo i byle jak. Nie wiem, Jacku, nie umiem jak ty. Życia, jak pisania, nie można się tak po prostu nauczyć.

    11 kwietnia 2020 (6356 zarażonych, 208 zmarłych)

    W „Wyborczej” obszerny wywiad z Olgą Tokarczuk. Mówi o naturze, która nas sprawdza, o czymś nieokreślonym i bezosobowym, przeorganizowującym nasze życie, o zwalnianiu w szalonym cywilizacyjnym biegu. I o Kasandrze. Czytam z satysfakcją.

    13 kwietnia 2020 (6934 zarażonych, 245 zmarłych)

    Wielkanoc. Zupełnie nic. Nie ma żadnych wiadomości ani żadnych myśli. Dzieje się jedzenie, posiadywanie i gadanie, a wieczorem granie. Zero metafizyki.

    Nasze najstraszniejsze opowieści zachowujemy dla dzieci” – powiedział Stephen King parę dni temu w wywiadzie dla radia NPR. Fajne, też o tym kiedyś myślałem. Bardzo dbamy o nasze pociechy i ich jak najlepsze wychowanie, dlatego kupujemy im plastikowe pistolety i gumowe potwory z czerwonymi naciekami na pyskach. Malucha trzeba czymś zapchać, więc dostaje hamburgera razem z nagrodami w postaci „figurek” i potem przez następne trzy dni słychać z dziecięcego pokoiku onomatopeiczne pomruki zagryzania, rozwalania, przebijania na wylot i dorzynania. Żeby wzbudzić miłość bliźniego, zgodnie z chrześcijańskim modelem wychowania. Albo islamskim, albo jakimś jeszcze innym. Bardzo dbamy o nasze pociechy…

    Znowu satysfakcja, że uwielbiany mistrz mówi jak ty. King nie przegapia okazji i bez ogródek wytyka Trumpowi pacaństwo i nieodpowiedzialność. Poszło o maseczki, że prezydent USA publicznie powiada mniej więcej w tym duchu: „maseczki można nosić, albo nie; ja nie noszę, ale jeśli ty lub ty chcesz, to proszę bardzo”. Wolność. Rozumiana zupełnie opacznie, bo nie chodzi o to, czy maseczka ciebie ochroni przed innymi, ale czy TY chronisz innych przed sobą! Egoista i bufon, który zawsze ma rację, nie potrafi myśleć w kategoriach empatii i zrozumienia. Amerykańskie media rozpisują się o tym od dawna. Stephen King skomentował to pacaństwo nie jak autor tanich popkulturowych straszydeł, ale jak odpowiedzialny obywatel, który myśli publicznie, a nie egoistycznie. Otóż właśnie – co innego mówić publicznie, a co innego publicznie myśleć!

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Poruszył też mój ulubiony problem papieru toaletowego. Supermarkety pełne, a półki z papierem puste. Co dowiozą, to zaraz znika. Nikt z obsługi sklepu (domyślam się, że na Florydzie, bo on zdaje się tam głównie teraz pomieszkuje) nie umiał mu wytłumaczyć, dlaczego akurat papier toaletowy. Było też o jego najnowszym zbiorze opowiadań If It Bleeds, który lada dzień ma mieć premierę. I o tym, co i ja zawsze powtarzam: najważniejszy w pisaniu jest JĘZYK.

    Punktem wyjścia do rozmowy była jego prorocza wizja sprzed czterdziestu lat o epidemii grypy, która zabija 99 procent ludzkości, a ten pozostały przy życiu jeden procent próbuje ułożyć świat na nowo. I wpada w stare koleiny. Chodzi o Bastion, którego obrazowaniu – jak już tu pisałem – nie umiem się oprzeć. Dziennikarka zaczęła od tego, jak wielki pisarz czuje się z tym, że cała Ameryka żyje teraz wewnątrz jego powieści. Odpowiedź: „Bardzo was przepraszam”. Znakomite.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 4 oraz 5)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    18 marca 2020 (287 zarażonych i 5 zmarłych + 1 samobójstwo)

    Tak, samobójstwo. Tyle w każdym razie zdołała dorzucić dziennikarka z Kielc do informacji o śmierci wybitnego świętokrzyskiego ginekologa, wojewódzkiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa, u którego stwierdzono zakażenie koronawirusem. Zmarł nad ranem w kieleckim szpitalu. Parę dni temu wrócił z urlopu za granicą. Był lekarzem. Pomyślałem, że gdy lekarz umiera w szpitalu o świcie, to musi wiedzieć, co robi. Sprawdziłem jego opinie na znanylekarz.pl – niemal wyłącznie pozytywne na maksa. Miły, uczynny, kompetentny, ludzki, zawsze znajdzie czas, potrafi pomóc, kiedy inny są bezradni… Sobie pomóc nie umiał.

    Najbardziej nurtuje, czy koronawirus miał z tym jakiś związek. Nie, odwrotnie – czy mogło tego związku nie być. Co ten człowiek zobaczył w wyobraźni, gdy się dowiedział o pozytywnym teście? Jaką nieodwracalną katastrofę? Swoje narastające męczarnie przez następny tydzień? Męczarnie najbliższych, którzy się od niego zarazili? Ale przecież był lekarzem i powinien mieć w sobie instynkt walki o życie ludzkie do końca. Zwłaszcza życie najbliższych. Czy może zobaczył coś więcej, co widzą właśnie ludzie w służbie zdrowia, która w istocie jest służbą choroby. Coś w nim dojrzewało od dawna, a teraz osiągnęło masę krytyczną i eksplodowało. Ginekolog, który pomaga ludzkiemu życiu przyjść na świata, zabiera się z tego świata. Czym go bardziej zniechęciliśmy – ilością czy jakością?

    Też o tym myślałem. Myśleliśmy, bo plan jest wspólny, mój i żony. Tu sobie żyjemy jakby nigdy nic, jeździmy do pracy, kochamy siebie i bliskich, pomagamy dzieciom – a jak przyjdzie co do czego, to wsiadamy do samochodu i na pełnym gazie w betonowy wiadukt. Albo kwas pruski w drinku z parasolką. Widzę cię, najlepszego, bach, bach. I odprężający marsz tunelem ku niebiańskim łąkom, gdzie woda wiecznie czysta a trawa zielona. Stamtąd wszystko widać i nic już nie jest ważne, ponieważ sama kategoria wagi tej czy innej sprawy zanika. Cisza i słońce. Coś jak teraz za oknem, tylko bez cienia.

    Fajna informacja napłynęła od policjantów, którzy w na poły żartobliwym tonie apelują do przestępców, by wykazali się zrozumieniem i zawiesili na chwilę swoje zbrodnicze popędy, ponieważ policja jest przeciążona i nie ma czasu ich ścigać. No proszę, a nie mówiłem? Ten wczorajszy prekursor z Koszyc stanowił jednak przypadek symptomatyczny. To jest na razie tylko zabawne, ale pierwszy rabuś, który wyczyta między wierszami policyjnego dowcipu zgłoszenie realnego problemu z porządkiem, zmieni zabawę w problem. Poważny problem, który będzie ewoluował w jeszcze poważniejsze problemy. Te w katastrofę. A na końcu drogi jest Droga

    W obliczu doniesień uspokajających i antypanikowych uczymy się czytać między wierszami. Premier Mateusz Morawiecki parę minut temu zaproponował pakiet pomocowy, który ma zapewnić płynność finansową i „służyć temu, żeby w bankomatach i bankach nie zabrakło pieniędzy”. Czytaj: w bankach i bankomatach może zabraknąć pieniędzy. Niby to przeczuwamy od paru dni, wiadomość brzmi jednak inaczej, gdy padnie – choć przez zaprzeczenie – z ust samego szefa rządu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w następnych godzinach rozpoczął się szturm na bankomaty i filie banków – powierników naszej finansowej chudoby. Gdyby nic nie powiedział, też by doszło do szturmu, tylko chwilę później. Jutro, pojutrze, za tydzień… Pamiętacie Kojota z kreskówek o Strusiu Pędziwiatrze? Miał taki desperacki odruch zatykania palcem pęknięć w tamie, która i tak na niego runęła. Albo pod spadającym mu na łeb głazem rozkładał parasol. No to coś takiego mi się kołacze teraz po zniechęconym umyśle.

    www.unsplash.com/Nick Pampoukidis

    Następna wiadomość na dzisiaj zawiera się między wierszami o zwalczaniu nieuczciwego handlu: „Rząd obiecuje walką ze sztucznym zawyżaniem cen”. W porządku, tylko dlaczego „sztucznym”? W czasach kryzysu zarabianie na podwyżkach cen towarów deficytowych jest jak najbardziej naturalne! Wręcz obowiązkowe. Po to jest kryzys w systemie wolnorynkowym, żeby jedni więcej stracili, a inni więcej zyskali. Restauracje upadają z braku klientów, hurtownie wyprzedają się z zapasów, małe punkty usługowe lamentują nad przymusowymi zamknięciami, ludziom nie wolno wychodzić z domów i handlować – co tu jeszcze jest naturalne? Rano cytryny w grobiańskim warzywniaku podrożały z 8 na 12 złotych. Tak po prostu, bo jest kryzys. To tylko nieznaczna ryska na murze, ale jak ich będzie przybywa i przybywać, tama z hukiem runie.

    Zamknij się, Zajas. Ludzie sobie pomagają, wykazują się solidarnością i myśleniem prospołecznym. To, że ci się to wszystko wydaje mało efektywne i jakby nie do końca liczące się z realiami prawdziwego kryzysu, to twój problem. Boisz się, dlatego twoje reakcje noszą znamiona histerii. Wszędzie widzisz podstęp i zło, bo zdychasz ze strachu przed podstępnym złem.

    No właśnie nie za bardzo. Powinienem się bać więcej, głębiej, jakoś bardziej fundamentalnie, w końcu chodzi o śmiertelne zagrożenie. A tu niewiele, prawie nic. Straszę sam siebie, żeby w ogóle poczuć choć słaby powiew morowego powietrza, a tymczasem całe zagrożenie sprowadza się do śledzenia wiadomości. Nie mam jak ich sprawdzić, zweryfikować. Właściwie to dobrze, chyba nie wolałbyś, Zajas, kaszleć, kichać i z przerażeniem mierzyć rosnącą gorączkę? Ciesz się, że możesz sobie siedzieć przy biurku, popijać kawę i przelewać na ekran laptopa swoje grymasy. Bo to zwykłe grymasy są. Szukasz wymiaru, a tu zwyczajność.

    Jak widzicie, jeszcze nie trafiłem we właściwy ton. Miotam się tak samo, jak ci wszyscy wróżbici, prognostycy i analitycy, którzy na wyprzódki starają się przewidzieć rozwój sytuacji. A przewidzieć się nie da, bo – jak słychać z różnych stron – nadal nic właściwie nie wiemy. Czekamy. Trawa się zieleni. Słońce świeci.

    We Włoszech w ciągu ostatniej doby zmarło 475 osób, najwięcej od początku epidemii. Łącznie tam to już prawie 3 tysiące osób. Kurcze, to przecież nie jest mało. Coś się jednak dzieje. Niewidzialny demon z kosą na ramieniu idzie górami, dolinami i kosi. Gdzie zaczną badać, tam wychodzi, czyli jest wszędzie. Zaczynając rano te zapiski, zanotowałem w nawiasie liczbę zarażonych w Polsce: 251. Teraz, o siódmej wieczorem, jest już 287. Powinienem się bać.

    Anglicy od piątku zamykają szkoły. Zmądrzeli jako ostatni w Europie, dotychczas premier Boris Johnson szedł pod prąd wszystkiego, łącznie z rozsądkiem. W dodatku twierdzi, że wyprzedzili innych w walce z wirusem. To u niego zresztą typowe, trumpizacja politycznych umysłów również jest odmianą zarazy szerzącej się po świecie. Sam Donald Trump stwierdził z kolei, że jest teraz jak prezydent w czasie wojny. Obawiam się, że wcale nie chodzi mu o powagę sytuacji i odpowiedzialność za decyzje, tylko o dęcie w dudy własnego ego. Ja, Wielki Prezydent Wielkiej Ameryki będę wydawał ogromne rozkazy i właśnie w tej chwili jeden z nich wydam: dwa potężne okręty-szpitale niech popłyną do pomocy Amerykanom! Jeden do Nowego Jorku, drugi na Zachodnie Wybrzeże. Wykonać! Aj aj, kapitan!

    Może by mu ktoś przypomniał, że nie jest prezydentem całej Ameryki, tylko połowy jej części północnej.

    Co ja mam z tym Trumpem? Pewnie zwalam na niego winę za całe zło, w nim widzę Wielkiego Demontera świata, który był taki fajny i właśnie się zawalił. Świat, nie Demonter. Jest dla mnie uosobieniem jakiegoś niebywale wybujałego i pozbawionego hamulców pacaństwa ludzkości, która gada do siebie o sobie i niczego innego nie ma zamiaru słuchać. Na takim podłożu lęgną się wojny nowoczesnych plemion, jak mówi Michał Paweł Markowski w swojej najnowszej książce. Nie ma prawdy, nie ma racji, nie ma dialogu. Jest tylko Ja. I nagle przychodzi wirus, bezosobowy, neutralny, obojętny, głuchy, milczący, który też nie ma zamiaru nikogo słuchać. I zabija. Pokrzykiwania wojenne różnych mentalnych trampów nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Kosi równo, proporcjonalnie, bez emocji. Jest doskonałym i szatańsko przewrotnym spełnieniem naszej woli prawdy – pojawia się tam, gdzie go szukamy. Jest już nawet na Grenlandii.

    Ten ginekolog z Kielc ponoć popełnił samobójstwo z powodu wylanego na niego hejtu. Rodzina założyła sprawę w sądzie. Wobec powszechnej kwarantanny rozprawa odbędzie się zapewne zdalnie, przez internet, czyli narzędzie zbrodni wystąpi zarazem w roli miecza sprawiedliwości. Ciekawe. Coraz ciekawsze.

    Dzisiaj nie kicham, nie kaszlę, ale cały dzień migrena. Tabletki nie działają. Może już tak zostanie.

    Ławeczkę do ćwiczeń i hantle zamówiłem na allegro. Obiecali dostawę (darmową!) w ciągu dwóch dni.

    19 marca 2020 (355 zarażonych, 5 zmarłych)

    Liczę i zestawiam. Wirus pojawił się w grudniu 2019 roku w chińskiej prowincji Wuhan. W połowie miesiąca władze chińskie informowały o 27 przypadkach zakażenia. W ciągu 3 miesięcy rozprzestrzenił się po całej planecie, łącznie z tak odosobnionymi zakamarkami jak Grenlandia czy wyspy Fidżi, Guam i Francuska Polinezja na dalekim Pacyfiku. Z mapy zakażeń w USA wynika, że jest we wszystkich stanach, nawet tych najbardziej pustynnych i rolniczych. Przypadki mnożą się w miarę rozszerzania testów i ich liczba z dnia na dzień rośnie. Wirus jest dosłownie wszędzie.

    Tak fenomenalną dystrybucję zarazków można wytłumaczyć jedynie masową migracją ludzi, którzy w ostatnich czasach podróżują jak zwariowani, czy to jest potrzebne, czy nie. Tysiące samolotów pasażerskich codziennie tną niebo we wszystkich kierunkach, spalając miliony litrów paliwa i wożąc miliony ludzi tam i z powrotem, jakby samo przemieszczanie się stanowiło jakąś życiową wartość. Ludzie latali, oglądali, pstrykali zdjęcia i wracali szczęśliwi, że udało im się z sukcesem zrealizować własny, mały, mieszczański kolonializm. I’ve been there, done that, got the t-shirt. Rozmaitej maści gawędziarstwo podróżnicze rozwinęło się do tego stopnia, że wytworzyło osobną gałąź literatury faktu, która za całe przesłanie miała westchnienia podekscytowanego Ja: och, jak wspaniale, że tam byłam! (Używam rodzaju żeńskiego żeby nie było, że uwzględniam tylko męski punkt widzenia.) No więc lataliśmy, wzdychaliśmy i wracaliśmy, roznosząc po całym świecie nieprzewidziany rachunek za planetarną beztroskę. A teraz ten rachunek puka do naszych drzwi.

    A propos pukania. W ramach unikania kontaktów międzyludzkich dla kuriera wiesza się siatkę na płocie z prośbą, żeby w niej zostawił przesyłkę. Nie mam torby, w której zmieściłaby się mająca nadejść lada chwila ławeczka do ćwiczeń. Każę postawić pudło na podjeździe i poczekam, aż wirusy na powierzchni zdechną. Jak długo? Mówią, że do dwóch dni. Dzisiaj ma padać. Nie wiem, czy deszcz zmywa takiego wirusa? Utopią się te zarazki w nowo wyszykowanym w Grobianach rynsztoku? To by było dosyć głupie, gdyby taki pandemiczny potwór po prostu zginął w zwykłej kałuży. Nieco uwłaczające dla naszej ogólnoludzkiej tragedii. Nie, chyba taki cienki nie jest, skoro w 3 miesiące opanował całą Ziemię. Trzeba będzie pudło obmyć spirytusem… Poważnie?

    Takie myśli chodzą mi po głowie. By je przerwać, wychodzę na taras. Słońce świeci. Wącham wiatr. Skoro jest wszędzie, to tutaj też? W tym ciepłym, wiosennym wietrze, którym uwielbiam wypełniać płuca aż po szyję? Mam go już w sobie i powoli staję się nim, nic o tym jeszcze nie wiedząc? Wczorajszy ból głowy mógł nie być dobrze oswojoną migreną, tylko jego pierwszym, łagodnym do mnie zagajeniem. Hej, gościu, a ty co? Tak sobie siedzisz i myślisz, i myślisz że coś wymyślisz? To nic nie da. Wprawdzie masz grupę krwi zero, czyli trochę bardziej odporną niż na przykład B, ale jakoś poradzę. Nie z takimi już sobie radziłem. Wydaje ci się, że w pisaniu naprawdę zawiera się jakaś funkcja ocalająca, jak mądrowałeś w doktoracie? Okej, próbuj, ale jak cię teraz wszamię od środka w tydzień, to z całego twojego pisania zostanie raptem parę nieokrzesanych stron. Topornych i nerwowych, sam przyznasz. Nie znalazłeś jeszcze formy na ten dziennik, piszesz chaotycznie i bez rozeznania kierunków, w których rozwinie się tak zwana sytuacja. Co w sumie dobrze, bo przyszedłem robić chaos.

    Jaki chaos? Słońce, wiatr. Wiosna.

    Wracam do kompa. O, jest pięć minut dla moich ulubionych Austriaków. W szczycie sezonu narciarskiego szli w zaparte i udawali, że żadnego zakażenia u nich w kurortach nie ma. Teraz wyszło, że Finlandia alarmowała, Norwegia alarmowała, Szwecja alarmowała, Dania alarmowała, ponieważ większość narciarzy z austriackiego Ischgl wracała zarażona. Sugerowano zamknięcie ośrodków, ale nie, Austriacy głusi. Proszę tu płacić i nie gadać. A jak się zrobi afera, zwalimy na Włochów, to zwykle działa, bo die Italiener są nieodpowiedzialni i niepoważni. Nie to, co my. Przed laty sporo czasu spędziłem wśród tego sympatycznego i nieźle ksenofobicznego ludku alpejskiego, więc wyczuwam ten ich klimat tradycyjnej gościnności, dobrze skalkulowanej w euro. Nasi zakopiańscy górale w porównaniu z nimi to pikuś.

    www.unsplash.com/Pamela Saunders

    Następny ginekolog, tym razem z Poznania, leży w śpiączce farmakologicznej. Zanim w nią zapadł po zakażeniu koronawirusem, przez tydzień urzędował z rodziną i przyjmował pacjentki w prywatnym gabinecie. Wylicza mu się kontakt z 141 osobami. Teraz trzeba je odnaleźć, zapukać do drzwi i przekazać radosną wiadomość. Część z nich to zapewne kobiety ciężarne. Ucieszą się.

    Tak to leci wokół globu, jak ten mój wiosenny wiatr. Tu władze zabroniły mówić, tam geszefciarze chronili swoje dochody, gdzie indziej wódz polityczny wolał zlekceważyć problem i napompować swoje ego, niż myśleć publicznie. Ludzkość. Muszę ją kochać, bo innej i tak nie dostanę.

    We Włoszech dzisiaj zmarło 427 osób, znowu więcej. Ten kraj naprawdę został dotkliwie zaatakowany, już ma więcej zgonów niż Chiny. Wyborcza wrzuciła filmik nakręcony przez policję podczas interwencji. Dwóch pijanych i agresywnych kretynów wlazło do sklepu i zaatakowało sprzedawczynię. Jeden z nich ją opluł. Podobno krzyczeli, że są zarażeni wirusem. Akcja policji była szybka, sprawna i nagrywana na bieżąco. Nie wiem, czy prawdziwa wiadomość, czy policyjna reklama porządku publicznego, którego pod żadnym pozorem nie wolno naruszać, bo będziemy reagować bezwzględnie itd. Być może jest to stanowcza i jednoznaczna odpowiedź na wczorajszy żart z prośbą do przestępców o powstrzymanie się od łamania prawa. Że niby tamto było śmieszne, ale tak poważnie to nawet nie próbujcie, bo zakujemy w bransolety, wywleczemy przed sklep, powalimy na chodnik i postawimy podeszwę na twarzy. I bardzo dobrze. Oby pomogło, choć nie powiem, żebym się całkiem uspokoił.

    Dosyć tych wieści, idziemy do lasu na spacer. Pusto. Cicho. Ciepło. Słońce świeci. Opowiadam Toni stare wspomnienia z dzieciństwa, wywołuję z pamięci dawno zmarłych ludzi, psy, konie… Jakieś sytuacje błahe, mgliste, nieistniejące już dla nikogo oprócz mnie. Mam wrażenie, jakbym je wygrzebywał z mułu na dnie głębokiego stawu. Wraki zatopione przez czas. Tym bardziej odległe, że oddziela mnie od nich nowa granica – pandemii. Podobno nic już nie będzie takie jak dawniej. Tym bardziej nie będzie więc tego, czego i tak już nie ma, ale mnie boli jeszcze coś. Ja już nie będę taki jak dawniej. Dotychczas wspomnienia służyły podtrzymaniu więzi ze mną dawnym, potwierdzeniu, że w jakimś stopniu to nadal jestem ja. Ostrze pandemii przecina nitki mojej tożsamości. Jakbym stał na rufie odpływającego okrętu i patrzył na znikający dach rodzinnego domu. Jestem kimś innym, niż byłem jeszcze miesiąc temu. Widzę inny świat i mam inne myśli. Bezpowrotnie. To dokucza. Boli.

    Między nagimi jeszcze gałązkami rozwieszona delikatna pajęczyna, ledwie widoczna, jak utkana z powietrza. Prawie na nią włażę, w ostatniej chwili się zatrzymuję. Maleńki pajączek w środku znieruchomiał i popatruje krzywo. Hej, facet, uważaj trochę! Ja tu dziergam pajęczynę! To moja pierwsza, weź nie demoluj pająkowi życia na samym starcie! Gówniane miejsce sobie wybrałeś, mówię mu, na samym środku ścieżki. I tak za chwilę ktoś tu pójdzie i ci to zerwie. E, gadanie, odpowiada naburmuszony, a wirusa masz? Jak tak, to pal gumy, bo mnie zarazisz. Nie słyszałeś? Zwierzęta nie zarażają ludzi, ale ludzie mogą zarazić zwierzęta. Tak mi mówi.

    Faktycznie, coś takiego czytałem rano. Widocznie ten mały pająk też śledzi Wyborczą. W powrotnej drodze zagadałem się o modelach sklejanych przez mojego starszego brata, który zmarł rok temu, i wlazłem w tę pajęczynę. Szlag trafił misterną robótkę, a wraz z nią nić tożsamości pajączka. Wszystko na nic. Koniec. Starasz się, pracujesz, mozolnie supłasz węzełki, a prędzej czy później i tak ktoś się zagapi i wlezie w twoją pajęczynę.

    Hantle już przyszły. Rozpakowałem i zostawiłem na tarasie, żeby się przez noc wyjałowiły. Kwarantanna.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 2 oraz 3)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii

    16 marca 2020 (155 zarażonych, 4 zmarłych)

    Słońce i cisza. Wiosna i śmierć. Czekamy na jakieś pierwsze namacalne oznaki, ponieważ na razie cała nasza wiedza pochodzi z mediów. Coś idzie, ale jest niewidoczne i bezgłośne. Przenika rzeczywistość, ale go nie ma. Ta niewidzialność jest uspokajająca, więc ludzie trochę zwolnili z paniką. Kupują z rozsądkiem, ponieważ wszystko z powrotem na półkach jest. No, prawie wszystko, bo drożdży nadal nie ma. Ciekawe te drożdże. Mój sąsiad z Grobian, profesor Andrzej Zoll, również szukał po sklepach drożdży, podobno nawet w warzywniaku, jak mi z uśmiechem doniosła sprzedawczyni. Gotowe zapasy wkrótce się skończą, w przeciwieństwie do epidemii, i przejdziemy na tryb awaryjny. A wtedy mąka i drożdże. Akurat świat na przednówku i ziemniaki stare, zmurszałe, szybko puszczają pędy, a sałaty i rzodkiewki spod folii jeszcze nie ma.

    www.unsplash.com/Nadya Spetnitskaya

    Umiecie piec chleb? Jeśli nie, pora na ściąganie przepisów z internetu. Póki jeszcze działa.

    W ogóle jest dogłębne, horyzontalne myślenie, co by tu jeszcze kupić, skoro sklepy w poniedziałek rano nadal otwarte. Najpierw przyszła mi do głowy ławeczka do ćwiczeń i hantelki 10 kg, bo tego mi brakuje, a siłownie zamknięte. Potem napełniłem baki wszystkich czterech samochodów (obie córki u nas siedzą, podjazd pełen jak na imieninach u cioci). Na koniec pojechałem po sejf domowy, taki nieduży, z atestem na broń. Na wszelki wypadek, jak mawia Andrzej Krzycki. W pustym sklepie ze sprzedawcą trzymamy się na trzy metry od siebie, towar obmacuję przez foliowe rękawiczki, zwinięte wcześniej z dystrybutora na stacji benzynowej. Facet mówi, że od tygodnia ma żniwa na sejfy. Ździebko się zdumiałem, bo mój pomysł wydał mi się oryginalny, w dodatku stanowił zwieńczenie planów snutych od co najmniej dwóch lat: metalowa skrzyneczka zakotwiczona w piwnicznej ścianie, w środku glock 17 i sig sauer 1911 plus dwa pudełka amunicji 9 mm, pod spodem biżuteria, dolary i euro. Jak na filmie. Moim prywatnym filmie o mnie samym przygotowującym się na katastrofę. Nic nie poradzę, tak już mam. W zasadzie od dzieciństwa jestem katastrofistą. A tu proszę, nagle katastrofistów legion. I wszyscy kupują sejfy. Na kosztowności? Nie. Żeby zamknąć na klucz swoje małe lęki.

    Kupiłem, przywiozłem, leży bagażniku w charakterze kwarantanny. Przedmioty również jej potrzebują. Przypominam, że na powierzchniach metalowych i plastikowych ten bydlak koronawirus trzyma się ładnych parę godzin. Garść dolarów kupiłem wcześniej, zanim podrożały i znikły. Parę euro, przyoszczędzonych z ostatniego zagranicznego wyjazdu. Cieniutko. Kosztowności nie mam. Pistoletu również. Może kupię taki na wodę. Zakażoną wodę.

    O zmierzchu znowu z Aksą na łąkach. Tym razem ludzi mniej, zaledwie jeden pan z pieskiem o wdzięcznym, choć w kontekście katastrofy nieco ryzykownym imieniu Nero. Kundelek poszczekuje na Aksę, żeby się trzymała z daleka. Też ostrożny. Krew zachodzącego słońca leje się na pagórki, lasy, wsie rozrzucone w beskidzkich dolinach. Granatowa linia gór jak ostrze lancetu pod mikroskopem. Zmierzcha. Nastrój wręcz idealny.

    Obserwujemy Gwiazdę Wieczorną, czyli Wenus. Świeci wyjątkowo jasno, w tym tygodniu osiąga jasność -4,3 wielkości gwiazdowej. Kocham ją od zawsze, od szkolnych fascynacji astronomią i pierwszego teleskopu, budowanego z rury kanalizacyjnej i kupowanych u optyka soczewek. Planeta miłości. Nie bardzo pasuje do tego, co nas dzisiaj gnębi. Szukam jakichś dodatkowych tropów mitologicznych i znajduję, że starożytna nazwa jej wersji porannej brzmiała u Greków Phosphoros, czyli „niosący światło”. To łacińskie imię Lucyfera. Aha, więc jednak. Babilońska odpowiedniczka Wenus, bogini Isztar, była od miłości i wojny. Jeszcze lepiej. Bliżej tego, co mamy za oknem.

    Wieczorem gram z Olą i Tonią w Civilization V. Ponoć scenariusze można rozgrywać tygodniami. Mam imperium azteckie, co też nie wróży najlepiej.

    Właśnie znalazłem, że w Wyborczej były szef Wirtualnej Polski, Grzegorz Wysocki, również publikuje coś podobnego pod tytułem „Dziennik czasów zarazy”. Jak widać, trudno się oprzeć wpływom poczciwego Daniela Defoe. No cóż, dziennikujmy, zobaczymy, czy coś sensownego z tego wyniknie.

    17 marca 2020 (221 zarażonych, 5 zmarłych)

    Sejf, ciąg dalszy. Dzień rozpoczynam od drobnej i z pozoru tylko niezwiązanej z epidemią informacji. W małopolskich Koszycach rano młody mężczyzna wtargnął do banku z atrapą broni i sterroryzował pracownicę w celach rabunkowych. Spłoszony uciekł, porzuciwszy czapeczkę i plecak, rabunek się nie powiódł, policja poszukuje sprawcy i publikuje zdjęcia. Człowieka, czapeczki i plecaka. W nieodparty sposób błaha ta w istocie notka skojarzyła mi się z narzekaniami policjantów, że już nie dają rady, że są przemęczeni, narażeni, niedożywieni i niedoinwestowani, i w ogóle najchętniej też by się zamknęli w domach dla świętego spokoju. A tu porządku publicznego trzeba pilnować. Ten nieudolny napastnik z Koszyc pewnie pomyślał, że już nie pilnują i że już można. Trochę nieprecyzyjną synchronizację czasową wykonał i się wyrwał przed szereg, niemniej postrzegam go jako prekursora. Rozprzężenie związane z epidemią najpierw wyłącza poczucie solidarności, potem zakazy etyczne, przyzwoitość, a na końcu puszczają w ogóle wszelkie zahamowania i pozostaje naga przemoc. W skrajnych przypadkach przechodząca w ludobójstwo i kanibalizm, patrz przejmująca Droga Cormaca McCarthy’ego. Z całej ludzkości zostaje tylko ojciec i syn, i ten pierwszy robi wszystko, żeby ocalić tego drugiego. Tylko że już nie wiadomo, po co.

    Inna ciekawa wiadomość to 18 chasydów z Nowego Jorku, zamkniętych w hotelu w Leżajsku. Przyjechali na uroczyste modlitwy w rocznicę śmierci cadyka Elimelecha z Leżajska, który tego dnia schodzi na ziemię i zabiera ich prośby do nieba. Gdy przylatywali do Polski, wszystko działało jak należy, ale w tak zwanym międzyczasie świat ziemski się wykopyrtnął, wyłączono samoloty i biedni chasydzi nie mają jak wrócić. Dzisiaj pewnie cały dzień zanoszą modły do rabbiego i zakładam, że chociaż jedna z nich dotyczy przywrócenia połączeń lotniczych z Ameryką. Zatem jest nadzieja. Znacznie większą nadzieją napawa jednak to, że Elimelech z Leżajska był „lekarzem dusz i poskromicielem demonów”, jak go nazywa Martin Buber we wstępie do swych Opowieści chasydzkich, może zatem skutecznie rozprawić się z naszym podłym koronawirusem, który wszak posiada sporo cech demonicznych (niewidzialny i bezgłośny). Módlcie się, bracia chasydzi, także w naszym imieniu! I błagam – nie zważajcie na głupie wpisy w internecie, z powodu których nie chcą was wypuszczać na ulicę, „by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji”, jak się wyraził wiceburmistrz Leżajska. Jakich emocji? Jak to jakich, przecież w naszej historii Żydzi zawsze odpowiadali za przywleczone ze świata zarazy. Tu nic się nie zmieniło. Dzielnie trzymamy się naszej polskiej tradycji.

    www.unsplash.com/Dave Herring

    Obie te wiadomości, razem wzięte, kruszą moje poczucie bezpieczeństwa jeszcze na inny sposób. Pandemia pandemią, ale największą zarazą w takich czasach bywa wyzwolone i hulające wśród ludzi zło. Wiem, jesteśmy cywilizowani, przyzwoici, będziemy się solidarnie wspierać – ale tylko do czasu. Prędzej czy później ktoś spróbuje wykorzystać nasze lęki i trudności dla własnych celów, i uruchomi mechanizm destrukcji. A potem już poleci, rozpędzi się tak, że długo i boleśnie będziemy go wyhamowywać. Zawsze tak było i nie ma powodu zakładać, że tym razem będzie inaczej. Tego się boję na przyszłość. Dzisiaj jest jeszcze stabilnie, świat siłą bezwładu toczy się jeszcze według utartych wzorów, ale to nie potrwa w nieskończoność.

    Bank federalny USA obniżył, a właściwie pierwszy raz w historii zniósł całkiem stopy procentowe. Któryś z ekspertów nazwał to „strzałem z bazooki”, ale i tak niewiele pomogło. Giełdy lecą na łeb na szyję, kursy walut w polskich bankach i kantorach rosną jak na drożdżach (których nadal nie ma), krótko mówiąc, mamy wystarczająco wiele przesłanek (umiejętnie i jak najbardziej słusznie tonowanych przez media), by zacząć się naprawdę bać. Nasz strach również jest na kursie wznoszącym i wkrótce może się okazać, że wszystkie sejfy świata nie wystarczą, by go w nich zamknąć. Wkrótce, ale jeszcze nie teraz. Na razie spokój. Siedzimy i czekamy. Nic nie widać, nic nie słychać.

    Koronawirus najskuteczniej atakuje ludzi starszych. Powtarzano to przekonanie tyle razy, że w końcu jedna radna hiszpańska nie wytrzymała i powiedziała, że to kara za nadmiar starców w naszej cywilizacji. Zaraz potem cofnęła i przepraszała. No cóż, jednak raz powiedziane nie znika, tylko brzmi. Tym głośniej, im silniej jest wyciszane. W starożytnej Sparcie niepotrzebnych starców strącano ze skały do morza, żeby zrobić miejsce młodszym. Koronawirus jako grecki bóg następstwa pokoleń? Władca czasu ludzkiego życia? Koronazeus?

    Spokojnie, Zajas. Nie daj się ponosić nerwom i błahym skojarzeniom. Potrzebne skupienie i wzmożona uwaga. Bez paniki. Wprawdzie brak paniki nie pomaga w epidemii, ale wspiera przestraszonych. Tłumaczę sobie na różne sposoby, że to jednak nie może być koniec tamtego świata, że to przejściowe kłopoty, głupi błąd wynikający z nieodpowiedzialnego spożycia przez paru Chińczyków zupy z nietoperza (nie wiem – to prawda z tym nietoperzem???), rozdystrybuowany po świecie przez masową turystykę. Pociesza, ale słabo. A co mam robić? Truchleć ze strachu? Też nie pomoże. Nic nie pomoże, trzeba siedzieć w domu i rozmyślać. I obserwować siebie jak okaz w izolatce.

    Właśnie kichnąłem. Czasem kicham alergicznie, albo z chłodu. Ale teraz to kichanie cieniem śmierci okryte. Kicham na śmierć. Gdyby nie ponury kontekst, dopisałbym: buchacha.

    Znowu piękny zmierzch. Wenus jak lampa, przewodniczka i gwiazda miłości. Światła domów w mroku, szczekanie psów. Hekate? Nie, zwykły wiosenny wieczór. Sycę się pięknem świata jakoś mocniej, dosadniej, z jeszcze większym zachłyśnięciem. Dopóki mogę się zachłysnąć. 

    Krzysztof A. Zajas