Tag: powieść kryminalna w odcinkach

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #17

    – Dlatego bardzo pana proszę, niech pan zostawi Olka w spokoju – poprosiła cichym głosem Magda Zawijas na koniec swej opowieści. – Drugi raz tego nie przetrzyma. Obiecuje pan?

    Niezdarnie otarła wilgotne policzki, pociągnęła nosem i czekała. Na takie postawienie sprawy inspektor mógł tylko skinąć głową w akcie kapitulacji.

    – Obiecuję – zapewnił czując, jak gadzina nikczemności budzi się w jego trzewiach. – My jesteśmy od pomagania ludziom, nie od ich pogrążania.

    Liczył, że szlachetność wygłoszonej prawdy, która z policyjną praktyką miała tyle wspólnego, ile niedzielne kazanie z obyczajami dnia powszedniego, przesłoni jego niecne intencje. Musiał dostać się do profesora. Im dłużej myślał o tym, co się dzieje, tym bardziej był pewien słuszności obranego kierunku działań.

    Pokazał ręką na telewizor, transmitujący dantejskie sceny z centrum miasta, gdzie samozwańcze grupy mieszkańców, pozbawione już wszelkich hamulców i skrupułów, polowały na ludzi ze słuchawkami i książkami.

    – Muszę z nim porozmawiać – powiedział – inaczej to się nigdy nie skończy.

    W tym momencie obraz telewizyjny zachwiał się, zamigotał, zza kadru dobiegło ni to westchnienie, ni to kaszel, po czym wszystko ujechało w górę i zgasło.

    – Jezus Maria, co się dzieje – jęknęła Magda Zawijasowa. – Dlaczego policja nic z tym nie robi?

    – Właśnie robi – odparł stukając się palcem w pierś. – Gdzie on jest? W Babińskim?

    Chciał mówić dalej, ale nie dał rady. Opadło go nagłe zmęczenie, tak dojmujące, że zachwiał się i osunął się na kanapę. Podparł się łokciem jak pijak, który chce koniecznie sprawiać wrażenie trzeźwego, i usiłował powrócić do pionowej pozycji. Profesorowa pomogła mu usiąść i podała szklankę wody. Jeszcze parę minut temu to on wykonywał podobnie troskliwe gesty wobec niej.

    – Pan się wykończy – powiedziała trzymając go za ramię. – Trzeba odpocząć. To samo zrobił mój mąż. Poszedł odpoczywać. Mężczyźni w waszym wieku za dużo pracują. Chcą za wszelką cenę zaprzeczyć upływowi czasu, a kończy się zawałem albo wylewem.

    – Coś w tym jest – wymamrotał niewyraźnie Madej. Jego obwisłe usta nie kwapiły się do precyzyjnej artykulacji. – Ale tak trzeba. Inaczej śmierć.

    – Śmierć, śmierć. Co wy się tak boicie tej śmierci? I tak przyjdzie we właściwym czasie. O, tam jest śmierć.

    www.unsplash.com/Aron Visuals

    Zamierzała pokazać prawdziwe oblicze śmierci na ekranie telewizora, ale ten po wygaśnięciu już nie odzyskał przytomności. Na czarnym ekranie pulsowało jedynie kilka żółtych punkcików. Tańczyły figlarnie po czarnej tafli, jak robaczki świętojańskie w otchłani czerwcowej nocy, by ostatecznie znaleźć jeden wspólny rytm i ułożyć się w dwie kropki i kreskę. Buźka z poziomej obróciła się w pionową i wygięła pikselowe usta w podkówkę. Smile.

    Magda Zawijasowa pobladła.

    – Czy to ma coś wspólnego… – Co to w ogóle jest?

    – Nie wiem – odparł inspektor. – I właśnie dlatego muszę porozmawiać z pani mężem. Ponieważ mam wrażenie, że on wie.

    Znowu ogarnęła go fala słabości i opadł głową na oparcie kanapy. Dziwne. Nie sądził, że starość przyjdzie tak nagle. Może sama myśl o emeryturze tak działa? Jak on to powiedział? „Ścieżka w jedną stronę”. Nie oglądaj się, bo przepaść przed tobą. Kto o śmierci myśli, buźkę sobie kryśli. Na ekranie, drogi panie. Cicho już, cichutko. Wieczność jest niema. Studnia ciemna i głucha, a w duszy posucha…

    Cholera.

    – Tylko niech mi pan tu nie mdleje – powiedziała profesorowa, klepiąc go w policzek. – Wody proszę łyknąć.

    – Tak, przepraszam – wymamrotał otrzeźwiawszy. Ostrożnie odepchnął jej dłoń ze szklanką. – Ja już sobie pójdę. Dziękuję pani i proszę mi wybaczyć to najście, chciałem tylko…

    – Nigdzie pan teraz nie pójdzie – zakomenderowała Zawijasowa z nową energią. – Trzeba odpocząć. W gabinecie męża jest leżanka, wdrapiemy się teraz po schodach i pan się położy. To nie ma sensu. I tak dzieje się dosyć złego – zakończyła machając ręką w nieokreślonym kierunku.

    Ujęła go pod ramię i energicznym ruchem postawiła na nogi. Zachwiał się, nie upadł jednak, podtrzymany jej silnym uchwytem. Ruszyli na piętro.

    W pogrążonym w mroku gabinecie profesora jaśniała jedynie smuga światła pobliskiej latarni. Wąskim paskiem przecinała pokój. W zawodowym odruchu inspektor potoczył za nią wzrokiem i ujrzał na kawałku ściany niewielki portret w złotej ramce oraz jakiś sztylet na łańcuszku. Zapewne pamiątki profesora z konferencyjnych wyjazdów. Reszta pokoju tonęła w czerni, smuga była żółta. Na jej tle korpus monitora na biurku wyglądał jak łeb przedpotopowego stwora. Madej miał wrażenie, że łeb obraca się ku niemu i szczerzy paszczę. Pstryknęło światło i zjawa znikła. Tak, zdecydowanie powinien odpocząć.

    – Dziękuję pani, ja chyba rzeczywiście…

    Przerwała mu biorąc go za ramiona i sadzając na łóżku.

    – Dobrze już, dobrze. A teraz proszę spać. Gdyby pan potrzebował, łazienka jest na końcu korytarza po lewej.

    Potrzebował, więc znowu się podniósł. Przechodząc korytarzem zerknął w uchylone drzwi jednego z pokoi na piętrze. Dziewczyna w słuchawkach siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczyma. Kołysała się lekko w jakimś ukrytym rytmie i uśmiechała do wypełniających ją dźwięków.

    – Nie rób tego – powiedział stając w progu.

    Spodziewał się, że ją spłoszy, w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał jednak aż takiej reakcji. Rzuciła krótkie, wściekłe spojrzenie na drzwi i jednym skokiem zatrzasnęła je tuż przed nosem Madeja. Gdyby się nie cofnął, dostałby nimi w twarz. Oparł się o ścianę, a z wnętrza pokoju dobiegło zwierzęce warknięcie. Nie zrozumiał słów i może to nawet lepiej. Zgrzytnął klucz w zamku, a zaraz potem sprężyny w łóżkowym materacu. Wróciła do słuchania.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dyszał oszołomiony jak człowiek, który ledwie uszedł z życiem z katastrofy. Powinien walnąć w te zaryglowane drzwi, w razie potrzeby nawet wyważyć, i odebrać jej te cholerne słuchawki wraz z telefonem. Nie miał siły. Nie potrafił porządnie zebrać myśli, a nogi ledwie go utrzymywały. Dowlókł się do toalety i usiadł na sedesie. Zaryglował drzwi od środka. Chciał posiedzieć na chwilę w spokoju, inne potrzeby odsunęły się na dalszy plan.

    Nic z tego nie rozumiał. Po pierwsze, nie rozumiał agresji, która budziła się i u tych, którzy słuchają, i u tych, którzy ich ścigają. Po drugie, nie wszyscy słuchali Cegielni, w gruncie rzeczy niewielu, a krwiożercza epidemia rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, jakby jej wirusy latały w powietrzu. Po trzecie, paraliż miasta wydawał się zupełnie nieadekwatny do skali zjawiska. Tłumy ruszyły jak na umówiony sygnał, jakby tylko czekały na okazję do wyrzucenia z siebie nagromadzonych pokładów nienawiści. Ktoś kiedyś powiedział, że agresja tłumu rotuje. Miał nieodparte wrażenie, że właśnie domyka się kolejne koło.

    I po czwarte – był dziwnie słaby. Ledwie się ruszał, a przecież ten trudny i pełen wysiłku dzień nie wyczerpał go do tego stopnia, by nie mógł teraz ustać na nogach. Ani porządnie się skupić. Coś go osłabiało, jakieś tajemnicze fluidy, które pozbawiały umiejętności sprawnego działania. Fajne.

    Ekscytujące.

    Kompletnie bzdurne.

    – Zośka, otwórz drzwi! – rozległ się okrzyk Magdy Zawijasowej, któremu towarzyszył nerwowy łomot. – Otwórz te cholerne drzwi!

    Z najwyższym trudem podniósł się i wyszedł na korytarz. Profesorową przestało interesować samopoczucie gościa, cała jej uwaga skierowała się ku zamkniętej w pokoju córce. Oczy zdradzały przerażenie.

    – Niech pan coś zrobi!

    Florian Madej, który w każdy krok wkładał cały – bardzo skromny – zapas sił, szedł powoli opierając się rękami o ściany wąskiego holu. Kiedy jednak dysponuje się odpowiednią masą ciała, do wyważenia drzwi siła nie jest potrzebna. Łagodnym ruchem odsunął Zawijasową, odwrócił się tyłem i odepchnął od ściany naprzeciw wejścia. Jego plecy, wsparte bezwładnością stu dziesięciu kilogramów, runęły na zamknięte skrzydło, które z suchym trzaskiem upadło na podłogę, a Madej wraz z nim. Jęknął z bólu, kiedy klamka wbiła mu się w sadło okalające lędźwie. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Ocucił go krzyk.

    – Nie ma jej!

    O sprawnym wstawaniu nie było mowy, z wysiłkiem przewrócił się na brzuch i podniósł na czworaka. Rozejrzał się zamglonym wzrokiem tucznika przyprowadzonego do rzeźni. Nic nie widział. Coś mu zabrało siły, a teraz zabierało widzenie. Podpełzł do łóżka i oparł się obiema rękami, co umożliwiło zajęcie pozycji nieco bardziej pionowej, dającej z kolei lepsze złudzenie przytomności u kogoś, kto właśnie usiłuje wstać i nie może. Teraz klęczał jak grzeczna panienka przy wieczornej modlitwie.

    Pościel na łóżku, na którym przed chwilą siedziała młoda Zawijasówna, była solidnie skopana i zmięta. Dziewczyna znikła. Okno za łóżkiem było otwarte na oścież, z zewnątrz wlatywały nocne owady i obsiadały mleczny klosz lampy pod sufitem.

    – Zośka, wracaj! – krzyknęła w ciemność Zawijasowa. Przechyliła się przez parapet i spojrzała w dół. – Nie ma jej! Uciekła!

    Florian Madej nie odpowiedział. Pomacał zmierzwioną pościel i po chwili wyjął spod narzuty komórkę z doczepionymi do niej słuchawkami. Włożył jedną z nich do ucha.

    W głębokiej nocnej ciszy jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest ostrożnych dziewczęcych kroków. Szła samotnie przez las, wolna od lęków i niepokojów, zwyczajnie przynależnych jej wiekowi i płci. W jednej ręce dzierżyła skórzaną sakwę, w drugiej – obnażony carski bebut. Nie znała jeszcze celu swej drogi ani czekającego nań u jej kresu przeznaczenia, mimo to przemierzała niebezpieczny las z godną podziwu śmiałością. Która, jak powszechnie wiadomo, w najmniejszym stopniu nie zmniejsza śmiertelnego zagrożenia. Szła powolna rozkazom, nie znając ich źródła ani charakteru…

    Wyrwał słuchawkę z ucha.

    – Co to jest bebut? – ryknął do profesorowej w nagłym przypływie energii.

    – Co…? – spytała zaskoczona Magda Zawijas. Była jednak bystrą kobietą i błyskawicznie połączyła fakty. – Matko Najświętsza! – zajęczała i wybiegła z pokoju. Madej poszedł za nią.

    W gabinecie profesora paliło się światło. Zawijasowa natychmiast skręciła w lewo i podeszła do ściany z pamiątkami. Obok staroświeckiej fotografii kobiety w długiej sukni tkwił w tynku goły hak. Sztylet znikł.

    – Co ona wyprawia? Zośka! Wracaj!

    Nie zwracając uwagi na inspektora kobieta wypadła z gabinetu i z łoskotem zbiegła po schodach. Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe i do uszu Floriana Madeja doleciały piskliwe nawoływania z ogrodu Zawijasów. Pomacał puste miejsce po zabytkowym sztylecie. Czyżby to miał być ten cały bebut?

    Wyszedł przed dom. Profesorowa zdążyła w tym czasie obiec wkoło całą posesję i przekonać się, że po dziewczynie nie ma śladu. Wyszła przed furtkę, zawołała parę razy to swoje „Zośka, wracaj!”, i pełna bezradnej rozpaczy wróciła do domu. Chcąc ją czymś zająć inspektor wziął ją pod rękę i razem przeszukali cały dom jeszcze raz. Tym razem on robił za stronę silniejszą, całe osłabienie nagle opadło z niego jak zły sen.

    Dziewczyny nigdzie nie było, Magda Zawijasowa nie zauważyła, by zniknęły jakieś inne przedmioty oprócz sztyletu ze ściany i skórzanego plecaka, z którym chodziła do szkoły. „W ręce dzierżyła skórzaną sakwę”, powtórzył w myślach Florian Madej. Kiedy kobieta trochę się uspokoiła, usiedli w kuchni.

    www.unsplash.com/Niilo Isotalo

    – Zaraz wróci – pocieszał ją klepiąc po wierzchu dłoni. – To co z tym bebukiem?

    – Mąż go przywiózł przed laty z Kaukazu. Jakaś stara rosyjska broń, podobno pochodzenia czeczeńskiego. – Nagle podniosła na niego wzrok. – Skąd pan o nim wiedział?

    Chwilę milczał zastanawiając się, jakiej udzielić odpowiedzi. Co mu wolno powiedzieć. Profesorowa wiedziała już całkiem dużo, ale jeszcze sobie dobrze tej wiedzy nie przyswoiła. Taki proces przebiega stopniowo, jak każda nieprawdopodobna informacja, zwłaszcza jeśli dotyczy katastrofy. Wyjął z kieszeni komórkę jej córki, owiniętą białymi sznureczkami słuchawek, i położył na stole.

    – Niech pani to dobrze schowa – powiedział. – Skuteczniej byłoby wyjąć baterię, ale w tym modelu się nie da. Więc proszę ukryć gdzieś głęboko i pod żadnym pozorem nie włączać. Tak, w niej usłyszałem to słowo, przed chwilą, kiedy znalazłem ją w pokoju pani córki. Nie, proszę tego nie robić – dodał widząc, jak majstruje przy wyłączniku. Odłożyła.

    – Ale… dokąd ona poszła? – spytała patrząc mu w twarz. Już nie płakała, tylko próbowała coś zrozumieć. Jej szeroko otwarte, błyszczące oczy były całkiem ładne. W ogóle była ładna, pomyślał zerkając na jej falujący w napięciu biust, kiedy z trudem formułowała następne pytanie. – Czy to wszystko jest aż tak… przerażająco absurdalne?

    Podniósł wzrok. Ile tu można powiedzieć, a ile przemilczeć? Patrzyła w niego już bez histerii, powoli docierały do niej nowe warstwy przerażającej i nieprawdopodobnej wiadomości, której próbowała zaprzeczyć niezgrabnym pytaniem.

    – Myślę, że tak – odparł powoli. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo, ale jakoś jest.

    Siedzieli naprzeciwko siebie na kuchennych krzesłach i patrzyli sobie w oczy. Ponieważ nie wiedział, co ma mówić dalej, kazał jej wyjąć własną komórkę i zadzwonić do syna. Wykonała polecenie i po chwili odłożyła niechętnie na stół.

    – Nie ma połączenia.

    Wyjął własną i wybrał numer byłej żony. Wcisnął funkcję głośnego mówienia. „Nie można zrealizować połączenia”, zaskrzeczał głośnik. Przerwał i wybrał numer Aleksandra Zawijasa, który miał na liście ostatnich połączeń. Aparat powtórzył: „Nie można zrealizować połączenia”.

    – Nie wiem, czy to pani wystarczy za odpowiedź. Jeśli nie, to mogę jeszcze trochę poopowiadać o bezradności policji, która właśnie zajmuje się doraźnym gaszeniem najbardziej zapalnych ognisk buntu nie mając pojęcia, gdzie szukać przyczyny. Na pani życzenie mogę przytoczyć dane – mocno już nieaktualne – o liczbie ofiar dzisiejszych zamieszek i rosnących od paru godzin problemach w funkcjonowaniu miasta. Słowo „problemy” brzmi niemal jak kłamstwo. W istocie mamy do czynienia z katastrofą. Przyjechał minister spraw wewnętrznych i obraduje teraz w gronie dowództwa krakowskich sił porządkowych, jak powstrzymać lawinę strasznych i kompletnie irracjonalnych wydarzeń. Być może coś im się uda wymyślić, niewykluczone, że nawet wprowadzeniem tych pomysłów w życie spowolnią nadejście następnych rozruchów i ulicznych samosądów, zduszą w zarodku jedno z licznych nowych zarzewi ognia. Być może. Mam jednak wrażenie, że nie zdołają zaradzić dalszym nieszczęściom. Nie da się tego zrobić, nie znając przyczyny.

    – A pan zna przyczynę?

    Popatrzył uważnie w jej błyszczące oczy. Wróciła do równowagi i trwała przy niej z godną podziwu determinacją, z rzadka tylko poprawiając palcem powiekę, co stanowiło dyskretny sposób na usunięcie wiszącej pod nią łzy. Zrozumiał, że ma przed sobą kobietę umiejącą czytać z własnego doświadczenia wiedzę na przyszłość. Panowanie nad rozpaczą należało do najważniejszych lekcji.

    – Ja nie. Ale jestem przekonany, że pani mąż zna. Dlatego muszę z nim…

    – Wiem, wiem, mówił pan to już dziesięć razy.

    – Trzy.

    – Cztery. Nieważne. Jak pan zamierza się tam dostać?

    Uniósł brwi w zdziwieniu.

    – Czyżby pani zmieniła zdanie w kwestii…?

    – W takim razie jedźmy – zarządziła stanowczo. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą. – Nie ma czasu na gadanie.

    Wstała z krzesła nieco zbyt szybko i odrobinę zbyt nerwowym ruchem porwała torebkę z kuchennego blatu. Inspektor postanowił niezwłocznie skorzystać z okazji.

    – Świetnie, jedźmy. Czy mogę jeszcze na krótką chwilę do…?

    Pokazała mu palcem toaletę na parterze, ale stwierdził, że chyba ostatnio zostawił tam po sobie nieporządek i chciałby poprawić tutejszą opinię o sobie. Wzruszyła ramionami, a on poszedł i po chwili wrócił, poprawiając niezgrabnie spodnie w pasie. Ekran telewizora był martwy, podobnie jak wyświetlacze ich komórek. Znikło wszystko, łącznie z buźkami. Demon sobie poszedł.

    – Czy ona wróci dzisiaj? – spytała Magda Zawijasowa, gdy wsiadali do samochodu. Chciała prowadzić, ale stanowczym gestem odebrał jej kluczyki tłumacząc, że to może nie być po prostu zwyczajny przejazd do Krakowa i niech lepiej zachowa siły na drogę powrotną.

    – Nie wiem – odparł i zaraz szybko dodał: – Raczej tak.

    – Niech mi go pan nie rozbije – powiedziała profesorowa klepiąc w pulpit swojej corsy, gdy mijali słupki bramy wjazdowej. – To najlepsze auto na świecie.

    – Nie wiem. Raczej tak.

    Ta odpowiedź wydała mu się dowcipna i liczył na rozładowanie napięcia, które wzrastało w miarę zanurzania się samochodu w mogilański mrok. Gdzieś w pobliżu padł strzał i Magda skuliła się na fotelu. Ta sama broń, nie miał wątpliwości. Ktoś sobie poluje. Dzisiaj można.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #7

    7.

    Korytarz tonął w półmroku i zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Po pięknym weekendzie, spędzonym przez krakowian na wycieczkach za miasto, przyszło poniedziałkowe załamanie pogody z wiatrem, deszczem i brutalnym przypomnieniem, że idzie jesień. Ludzie przemykali chodnikami skuleni pod parasolami, które złośliwe podmuchy wywracały na lewo i zamieniały w śmieszne grzybki. Na zardzewiałych rynnach kamienic wisiały strzępy szmacianych chmur, rzucając cień na stare miasto. Oświetlenie Wojewódzkiej Komendy Policji pewnie ustawiano według pory dnia, a nie natężenia światła, dlatego ciemność zalegała w korytarzu, przemierzanym teraz przez profesora Aleksandra Zawijasa przy akompaniamencie skrzypiących od wilgoci butów.

    Nigdy nie był na policji. Życie zbiegło mu na mieszczańskiej przyzwoitości, komfortowej i do bólu nudnej, pozbawionej choćby drobnych kolizji z prawem. Nawet roweru mu nigdy nie skradziono, choć przez wiele lat jeździł nim do pracy i na całe dnie zostawiał pod Collegium Novum, tuż przy Plantach, czasem przypinając do stojaka, a czasem nie. Marsz długim korytarzem policyjnego budynku budził więc zrozumiałą ekscytację. Policja. Centrum dowodzenia sprawiedliwości. Gniazdo szlachetnych szerszeni, atakujących natychmiast, gdy tylko ktoś naruszy prawo. Wyobrażał sobie, że nagle któreś drzwi się otworzą i dwóch zamaskowanych czarnoludów wyprowadzi w kajdankach jakiegoś biznesmena albo księdza pedofila ze spuszczoną głową i zamazanymi rysami twarzy, jak w wiadomościach telewizyjnych.

    Trochę też się bał. Przyszedł na wyraźną prośbę inspektora, zaraz po zajęciach, zaniepokojony tym jednym intrygującym słowem: Cegielnia. Wykład o autofikcji w prozie współczesnej w ogóle mu nie wyszedł, choć to jeden z jego ulubionych tematów. Zakłócały go obijające się pod czaszką pytania. Skąd oni wiedzieli o Cegielni? Czyżby ta kobieta z wypadku podsłuchała i doniosła? I co w tym złego, że słuchał audiobooka? Nie jest zakazane. I skąd miałaby wiedzieć, czego słuchał? No, chyba że sama też miała tę płytę w samochodzie…

    Uskoczył w bok, a serce stanęło mu w gardle, gdy drzwi tuż obok otwarły się z rozmachem.

    Dzień dobry, panie profesorze, zapraszam – powiedział człowiek w progu i zaraz cofnął się do środka.

    Dzień dobry.

    Na więcej nie było go stać, więc tylko chrząknął, by uspokoić walące serce.

    Wszedł do niewielkiego, kwadratowego gabinetu, pachnącego kawą i kurzem. Całe umeblowanie stanowiło biurko z fotelem o wytartych oparciach, krzesło po drugiej stronie oraz regał z segregatorami. Okno wychodziło na wiadukt kolejowy nad Mogilską. Profesor przerzucił mokry płaszcz przez oparcie, uścisnął wyciągniętą dłoń inspektora i usiadł zastanawiając się, czy ten nagły atak otwartymi drzwiami to sposób na zmiękczenie delikwenta, który przychodzi na policję z postanowieniem, że będzie nieugięty i twardy. Tak uczą na filmach. Żeby się nie dawać.

    Inspektor wychwycił niepewność swego gościa i pośpieszył z przeprosinami.

    Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana napadać. Po prostu zadzwonili z dołu, że pan idzie i… chciałem być uprzejmy. Zdaje się, że nie do końca mi wyszło.

    Nic się nie stało – odparł profesor starając się ukryć ulgę. Nie jest podejrzanym, tylko gościem. Uff.

    Napije się pan czegoś?

    Nie, dziękuję.

    Miał ochotę na mocną czarną kawę, w Polsce jednak za pierwszym razem się odmawia. Taka tradycja. Inspektor też ją znał.

    I tak muszę sobie dorobić, więc to nie problem – powiedział wskazując swój pusty pękaty kubek z wizerunkiem trupiej główki i podpisem: KOCHAJ MNIE KOCHAJ.

    Nie czekając na odpowiedź wyjął drugi kubek, bez napisu, i ustawił obok swojego. Do obu nasypał kawy rozpuszczalnej metodą „na trzęsionkę”, gubiąc parę ziarenek na podłogę. Zgarnął je butem pod biurko i uśmiechnął się przepraszająco.

    Mleko? Cukier?

    Profesor pokręcił głową i przyglądał się swojemu uprzejmemu gospodarzowi. Jak na policjanta był w wieku dosyć zaawansowanym, by nie rzec – emerytalnym. Ile mógł mieć lat – czterdzieści osiem? Pięćdziesiąt pięć? Być może nawet był starszy od profesora. Brzuszek pod płócienną marynarką z łatami na łokciach bynajmniej nie odejmował mu lat, za to z pewnością pogarszał sprawność bojową. W każdym razie trudno było sobie go wyobrazić jako szerszenia w ataku.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Kiedy inspektor uporał się z kawami i opadł na wytarty fotel, zażądał dyskrecji.

    Zanim panu postawię parę pytań, bardzo proszę, aby ta rozmowa została między nami. Jeśli to zabrzmiało zbyt łagodnie, powiem ostrzej: nie wolno panu nikomu wspominać o naszej rozmowie. To absolutnie fundamentalna sprawa. Dodam, że ten sam zakaz dotyczy mnie.

    Profesor najpierw skinął głową, a potem otworzył usta chcąc zadać pytanie, ale inspektor go uprzedził:

    Proszę mi opowiedzieć o Cegielni.

    Ale co?

    Wszystko.

    Chodzi panu o streszczenie? Wykładnię? Dane bibliograficzne? Tego ostatniego nie znam, ale mogę się łatwo dowiedzieć…

    Wątpię. Czytał ją pan?

    Słuchałem. Mam audiobooka.

    A papierowa wersja?

    Nie kupiłem. I tak mam za dużo książek, w każdym razie żona tak twierdzi.

    To niech pan streści.

    Proszę?

    Profesor grał na czas. Wraz z bezceremonialnym pytaniem inspektora o Cegielnię powrócił lęk. Facet okrężną drogą próbuje wyciągnąć z niego informację o wypadku – co się faktycznie wydarzyło i kto za to odpowiada. Powinien być ostrożny. Właśnie miał postawić kolejne pytanie, które dałoby mu chwilę zwłoki, gdy inspektor znowu go uprzedził:

    Proszę się nie obawiać, panie profesorze, nie chodzi o pański wypadek na Konopnickiej. Kieruję Wydziałem Kryminalnym w Wojewódzkiej Komendzie Policji i zapewniam, że nie zajmujemy się tutaj urwanymi drzwiami i wgniecionymi błotnikami. Od tego są służby miejskie. Proszę mi powiedzieć, co pan wie o tej książce. O tym audiobooku.

    Zapach kawy dotarł wreszcie do rozwartych z przejęcia nozdrzy profesora Zawijasa. Sięgnął po kubek, siorbnął gorącej smoły, odstawił i już otwierał usta, by zabrać się do streszczenia tego, czego zdołał wysłuchać w samochodzie podczas jazdy do pracy i z powrotem, gdy nagle znowu zdrętwiał. Powiedzieć? Nie powiedzieć?

    Jeszcze jej nie dosłuchałem do końca – zaczął powoli, zbierając rozbiegane myśli. – Ogólnie rzecz biorąc, jest to historia samotnego Wędrowca, nieco zdziwaczałego oryginała, który lubi niebezpieczeństwa i szuka ich na przekór rozsądkowi oraz życzliwym radom napotkanych ludzi. Lubi ryzykować, a jego drogowskazem jest własny strach. Włóczy się po świecie w jednym tylko celu – by odwiedzić miejsca, których się boi. Gdy tylko takie napotka, natychmiast tam kieruje swe kroki. Dosłuchałem do punktu, w którym na końcu ścieżki Wędrowiec widzi budynek opuszczonej fabryki, prawdopodobnie tytułową cegielnię, i skręca ku niej. W oknie zapala się i gaśnie światło…

    Kto jest autorem?

    Profesor Zawijas podrapał się po głowie.

    Mówiłem już, że nie wiem. Pytałem w księgarni, też nie wiedzieli.

    Spodziewał się, że taka informacja wywoła w inspektorze zdziwienie, albo chociaż irytację. To nie takie znowu normalne, żeby książka z audiobookiem nie miała żadnych bibliograficznych informacji oprócz tytułu. Człowiek siedzący naprzeciw niego zareagował jednak z całkowitym spokojem. Kiwał głową i chrumkał, jakby profesor tylko potwierdzał jego podejrzenia.

    Kojarzy ją pan z jakimś innym dziełem? Da się tę zasraną Cegielnię z czymś porównać?

    O, brzydkie słowa. Sprawa wyzwalała w inspektorze prawdziwe emocje, jakby powiedziała jego terapeutka. Poczuł się pewniej.

    Bo ja wiem. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Stara cegielnia Jarosława Iwaszkiewicza, ale ona jest o czym innym. Zwykłe opowiadanie. Przydługie, ale dobre. Nie rozumiem jednak, o co chodzi…

    Natrafił pan w niej na coś dziwnego? Coś, co by nie pasowało do reszty?

    A jednak. Niech to szlag. Czyli chyba złapali tego hakera, co się włamał do jego komputera i ukradł notatki, i teraz gromadzą dowody. Tekst zapewne był opatrzony jakimś symbolem, który ich naprowadził na niego.

    Czy mógłbym prosić nieco konkretniej?

    Jeszcze chwilę. Na razie powtórzę prośbę: proszę mi powiedzieć wszystko, co pan wie o tym audiobooku. Wszystko, rozumie pan?

    Za oknem dmuchnął wiatr i z topoli poleciały żółte liście. Samochody na Mogilskiej szumiały oponami na mokrym asfalcie, dzień szmaciał w brudny zmierzch. Profesor z odwróconą na bok głową obserwował to powolne ciemnienie poniedziałku, a w uszach brzmiały mu słowa: Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać…

    www.unsplash.com/Osman Rana

    Nagle drgnął. Oczywiście, że tu nie chodzi o żadnego hakera, tylko coś znacznie gorszego! Powinien był się domyślić od początku. Wyobraził sobie swoje słowa jak wiązankę linijek skręcających się w gruby sznur, który pan inspektor zakłada mu na szyję. Postanowił działać.

    To wszystko, nie mam nic więcej do powiedzenia. Natomiast, jeśli pan pozwoli, teraz ja chciałbym o coś spytać. Podobno jest pan szefem Wydziału Kryminalnego w Komendzie Wojewódzkiej i nie zajmuje się prostowaniem błotników, czy jak tam był pan łaskaw się wyrazić. Rozumiem, że waszym głównym zajęciem są morderstwa. Dobrze mówię? Jeśli to jest przesłuchanie w sprawie morderstwa, to dlaczego nie poinformował mnie pan, co to za sprawa? I dlaczego nie ma tutaj asystenta z laptopem, który spisuje protokół? Czy nie powinienem mieć prawa do informacji i adwokata?

    Proszę się uspokoić, profesorze – zaczął inspektor, ale Zawijas nabrał wiatru w żagle. Do poprzednich strachów doszedł nowy: ktoś zamordował tego sprzedawcę w Taniej Książce na Grodzkiej i jest wśród podejrzanych.

    Jestem spokojny, jeśli spokojem można nazwać moje rosnące zdziwienie tą rozmową. Prosi mnie pan o dyskrecję, chociaż nie pojmuję jej powodów i nie bardzo rozumiem, dlaczego miałbym się dostosować. Jeśli ma pan problemy z ogarnięciem akcji popularnej powieści, proszę przyjść na nasze zajęcia z przedmiotu „Czytanie ze zrozumieniem”. Można wiele skorzystać, bez angażowania mojego czasu, który mógłbym spożytkować na bardziej pożytecz…

    Czy książka może zabić?

    Pytanie padło znienacka i wytrąciło go z równowagi.

    Nie wiem. Jeśli jest odpowiednio ciężka…

    Chodzi mi o treść.

    O treść?

    Tak. Czy książka może zabić tym, o czym opowiada? Spotkał się już pan z takim przypadkiem?

    Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale chodzi panu o to, czy można zabić po przeczytaniu książki? Owszem, były takie przypadki. Mordercy czasem sugerują się fabułą. Najbardziej jaskrawy to chyba Mein Kampf. Cały naród wpadł w morderczy szał…

    Inspektor Madej nie wydawał się usatysfakcjonowany. Przytakiwał głową jak ludzie, którzy w głębi duszy się nie zgadzają z tym, co słyszą.

    Pan mówi o inspiracji, a mnie chodzi o coś więcej. Nazwałbym to, bo ja wiem, nakłanianiem do zbrodni. Tak to się nazywa w kodeksie. Myśli pan, że książka może nakłonić do morderstwa? Albo samobójstwa?

    Samobójstwo to już prędzej – powiedział w zamyśleniu profesor. Strach usunął się w cień, wyparty przez profesjonalną zadumę. – Po ukazaniu się Cierpień młodego Wertera przez Europę przewaliła się fala samobójczych śmierci. Najgłośniejsze z nich popełnił poeta Heinrich von Kleist, zastrzelił najpierw swoją ukochaną, a potem siebie. U nas tak zwany „efekt Wertera” najlepiej widać u młodego Mickiewicza, zwłaszcza w Dziadach

    Tak, tak – potakiwał inspektor bez przekonania. W końcu pochylił się i sięgnął do szuflady biurka, skąd wyjął znany profesorowi krążek CD, słuchawki z komórką i plik papierów w zielonej teczce. Rozłożył to wszystko przed nim jak dowody, których jednoznacznej wymowy nie trzeba nikomu tłumaczyć. Westchnął i przeszedł do swojego problemu.

    Prosiłem pana o dyskrecję, ponieważ o efektach naszej rozmowy nie zamierzam na razie nikogo informować, a wręcz przeciwnie. Mam tu szereg śmiertelnych przypadków z ostatnich kilku miesięcy, kwalifikujących się najczęściej jako wypadki, czasem jako samobójstwa, dwa z nich najbardziej przypominają nieumyślne spowodowanie śmierci, a jeden jest ewidentnym morderstwem. Są bardzo różne. Ktoś wyskoczył przez okno, ktoś inny walnął samochodem w wiadukt, pewna dziewczyna wpadła pod tramwaj – standard, powiedziałbym, gdyby to nie brzmiało niegrzecznie wobec tych biednych ofiar. Zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dotyczy sprawcy karambolu na autostradzie oraz operatora dźwigu, który spuścił na kolegę betonowy krąg. Morderstwo popełnił człowiek wkurzony na swoją konkubinę za to, że mu chciała podać obiad do stołu. I nie chodziło o słoną zupę.

    A o co?

    No właśnie – ciężko sapnął inspektor. – Nic tych przypadków nie łączy, poza jednym: wszyscy w krytycznej chwili słuchali audiobooka Cegielnia.

    Cisza zalała niewielki gabinet. Inspektor przyglądał się z zainteresowaniem, jak jego gość usiłuje wziąć oddech przez ściśnięte gardło. Zamiast tego zdołał tylko głośno przełknąć ślinę. Jego wzrok niespokojnie szukał czegoś na biurku.

    Może wody? – zaofiarował się inspektor Madej widząc pobladłą twarz profesora.

    Nie – odparł Zawijas, po czym sięgnął po podaną mu szklankę. Wypił duszkiem i poprosił o jeszcze.

    Wiem, o czym pan myśli. Że Cegielnia pana również chciała zabić. Bo słuchał jej pan wtedy, prawda? Proszę nie obrażać mojej inteligencji i nie zaprzeczać, pańska twarz już mi odpowiedziała. To jest moja, spóźniona, odpowiedź na pytanie o powody naszego spotkania, a nie dlatego, że jest pan literaturoznawcą. Oczywiście, niczego nie ujmując pańskiemu profesjonalizmowi. Po prostu jako jedyny znany mi przypadek przeżył pan i jakimś cudem skończyło się tylko na urwanych drzwiach. Chciałbym wiedzieć, jakim.

    Że co?

    Życzliwy uśmiech zszedł z jowialnego oblicza inspektora.

    Jakim cudem pan przeżył?

    Nie mam pojęcia – odparł stanowczo profesor.

    Darujmy sobie te dziecinne udawania. Chcę wiedzieć, co spowodowało, że pan nie zginął w tamtym wypadku na Konopnickiej.

    Nie mam pojęcia – powtórzył Zawijas. – Przypadek. Odruch. Refleks. Korek. Wszystko po trochę. Nic więcej nie umiem powiedzieć. Jestem profesorem od książek do czytania, nie do zabijania. Czy mogę już iść?

    Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i profesor Zawijas był z siebie bardzo dumny, że wytrzymał świdrujące spojrzenie inspektora. Pogratulował sobie w duchu postępów, z których kobra lakanistka z pewnością byłaby zadowolona. O ile takie zjawiska mogą w ogóle odczuwać zadowolenie.

    Oparł obie dłonie na blacie, tuż przed brązowymi słuchawkami bezprzewodowymi Oliwii Derko, o której nigdy nie słyszał, a która wkrótce miała mu uratować życie, i powtórzył:

    Mogę iść?

    Odpowiedziało mu kolejne ciężkie westchnienie Madeja.

    Tak. I proszę nikomu nie wspominać.

    Pożegnali się krótko i profesor wyszedł na korytarz, gdzie wykonał strzelisty akt oddechu. Co za ulga! Raźnym krokiem ruszył przed siebie, a kiedy schodził po schodach, zaczął nawet pogwizdywać pod nosem.

    Nagle zamarł w pół kroku. Postawił torbę na stopniu i obiema kciukami ścisnął skronie. Paliły jak przy najgorszej migrenie. Wieczność jest niema. Oparł się o ścianę, by nie upaść. Wieczność jest niema. Nogi mu zmiękły i osunął się na ziemię dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy odebrał telefon od inspektora. Jak pogłos w pustej kadzi niosło się w jego obolałej mózgownicy:WIECZNOŚĆ JEST NIEMA! NIEMA! NIEMA!

    Ale ja mówię! – krzyknął i natychmiast zatkał sobie usta dłonią. Z trudem podniósł powieki. Siedział na schodach Komendy Wojewódzkiej w Krakowie i przed sobą miał mnóstwo stopni w dół, bardzo wiele, jakby schodziły do samego piekła.

    Nie! – zawołał i wtedy poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się, ale ramię niemal emerytowanego inspektora ścisnęło go z zadziwiającą siłą.

    W porządku? – spytał Madej i nie czekając na odpowiedź dodał: – Chodźmy sobie wreszcie raz porządnie to wszystko opowiedzieć.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #5

    5.

    Myślał całe popołudnie, do wieczora, i nic nie wymyślił. Leżał na łóżku owinięty w kocyk jak w ochronny kokon i badał wzrokiem nierówności sufitu, wszystkie ryski, smugi po maźnięciach pędzlem i kropeczki po muszych ekscesach. Jego umysł pracował wedle własnych rytmów i przyzwyczajeń, jakby był niezależnym bytem. Liczył na to, że bez udziału jego samego (czyli kogo?) umysł sam coś ogarnie z całej tej sytuacji i znajdzie rozwiązanie. Niekoniecznie genialne, choćby i całkiem przeciętne, byle się kupy trzymało. Postanowił nie schodzić na dół na herbatę, by nie prowokować następnej wielce niewygodnej dyskusji o zawartości ścieżki dźwiękowej audiobooka. Widział już ten uśmiech żony i słyszał pełne troski i życzliwości pytania. Czysty sadyzm. Wolał już tutaj, w półmroku i w cieplutkim kokonie kocyka, sam na sam z… no właśnie – z czym?

    Nie powinniście aby, profesorze, iść na jakiś dłuższy urlop i gruntownie wypocząć? – mruknął do własnego umysłu zajętego badaniem sufitu.

    Zwracam uwagę – odparł niedbale umysł – że właśnie wróciłeś z urlopu. Wróciliśmy… – poprawił się.

    To prawda – westchnął profesor. Kiedy twój własny umysł coś ci uświadamia, nie wypada się nie zgodzić. – Mógłbyś jednak się postarać i dokonać również głębszych odkryć. Znalazłeś coś na suficie?

    Z wyczekiwania na odpowiedź wytrąciło go pukanie do drzwi. Nagłym szarpnięciem zerwał z siebie koc i stanął na równe nogi.

    Kochanie, mówisz do siebie?

    Nie, nie – zaprzeczał pośpiesznie (zbyt pośpiesznie!) obciągając bluzę. Żona już była w pokoju. Miała zwyczaj wchodzić natychmiast po pukaniu. A on o tym wiedział. – Powtarzałem sobie na głos taki jeden wiersz Świetlickiego.

    Jaki wiersz?

    – „Nie się”.

    Świetlicki niesie?

    Nie. Świetlicki to nazwisko, „Nie się” to tytuł.

    Aha. Chcesz herbaty?

    Palnął głupstwo z tym tytułem i rozmowa zaczynała niebezpiecznie przypominać poprzednią. Należało coś przedsięwziąć.

    www.unsplash.com/Drew Taylor

    Tak, chodźmy na herbatę – zarządził i wyminąwszy ją w drzwiach ruszył schodami w dół, do jadalni. Po drodze poczochrał sukę po kudłatym łbie, głośno zakaszlał, a następnie puścił z kranu mocny strumień wody czajnika i lał do pełna, by przy gotowaniu szumiało jak najdłużej. Wszystko po to, by nie dać żonie akustycznej swobody do drążenia tematu wiersza Świetlickiego. Ani żadnego innego tematu. Jak przeczuwał, jego zabiegi nie przyniosły spodziewanych rezultatów i walec analizy mężowskiej osobowości parł bezlitośnie z kierunku północ-północny zachód. Magda usiadła w jadalni i przez chwilę obserwowała go w milczeniu.

    Olku, nie chcę być natarczywa – zaczęła nieco natarczywie – ale powinniśmy porozmawiać o tym audiobooku. Właściwie zastanawiam się, czy to jest kwestia audiobooka, czy raczej, jakby to powiedzieć… twojej, no nie wiem… świadomości? Dobre słowo? Świadomości? Czy może raczej… umysłu? Lepiej? Niech będzie. Tak, wiem, jesteś uznanym profesorem jeszcze bardziej uznanego uniwersytetu i kudy mnie tam do wystawiania tobie świadectwa normalności. Jednak jako twoja żona nie mogę przejść do porządku dziennego nad objawami tak niepokojącymi…

    Obrać ci pomarańczę? – spytał zalewając saszetki z Liptonem.

    Wiesz, że nie jem pomarańczy! Kupiłam je wyłącznie dla ciebie. Bo chciałeś. Czy może tego też już nie pamiętasz? A poza tym nie zmieniaj tema…

    Co znaczy „też”? O czym jeszcze nie pamiętam? Czy to już? Zaczynamy diagnozowanie sklerozy? Masz już gotowe pisemko do ośrodka? „Kochanie, wystarczy jeden twój podpis i wszystko będzie w porządku”. O to chodzi?

    Przestań! Nie, nie o to chodzi.

    Cofnęła się taktycznie, ale tylko po to, aby nabrać nowego impetu.

    Po prostu chciałabym, żebyś przestał się wściekać i pozwolił sobie spokojnie powiedzieć pewne rzeczy. Terapia działa rozdrażniająco, wiem, sama miałam podobnie. Siadając na fotelu naprzeciwko psychoterapeuty odruchowo stawiasz się w pozycji świra, który musi udowadniać swoją normalność i panowanie nad sytuacją. Potrzeba czasu zanim zrozumiesz, że w tym siedzeniu na fotelu i gadaniu o własnych problemach chodzi tak naprawdę o coś innego. Domyślam się, że dzisiaj otwarły się w tobie nowe rejony emocjonalne, w swojej duszy zajrzałeś do pomieszczeń, o których w ogóle nie wiedziałeś, że istnieją, nie mówiąc o rozeznaniu w ich zawartości. Byłeś trochę, no… zdezorientowany, kiedy wsiadałeś do samochodu, dlatego twoje luźne i na poły tylko świadome skojarzenia nałożyły ci się na słuchaną powieść i doszło do tego, no, jak to się mówi… ko… ko…

    Koincydencji.

    Magda pracowała w domu kultury jako animatorka dziecięca i miała pewne doświadczenie w wygłaszaniu okrągłych zdań o nieodpartej sile przekonywania. Mówiła, jakby wiedziała. Zresztą, może i wiedziała, kto ją tam wie.

    Tak. Koincydencji. Albo konwergencji, czy jakoś tam jeszcze inaczej. Wiesz, co mam na myśli.

    Skinął głową. Pozwalał jej gadać, ponieważ wtedy sam nie musiał. Wyjął torebki, dopełnił kubki przegotowaną wodą i jeden z nich postawił przed Magdą. Drugi ujął w obie dłonie i usiadł, wpatrując się w blat stołu. To miało oznaczać skupione słuchanie, ale w zasadzie słyszał niewiele. Trochę. Słuchał i nie słuchał. Analityczna część jego profesorskiego umysłu skłonna była nawet przyznać jej rację (częściowo, częściowo!) i z fragmentów, jakie dolatywały do jego uszu, układał sobie całkiem podobne wyjaśnienie. Niewątpliwie był pod wrażeniem seansu terapeutycznego, na którym zapoznał się z rewelacją na temat tego, że oprócz czytania powieści można również słuchać, ale padła tam i inna ważna kwestia: „Jeśli nie może pan czytać, niech pan pisze”. Tak, to zdanie było ważne, najważniejsze ze wszystkich. Dlaczego do niego dopiero teraz dotarło? Tak, przecież całą drogę od gabinetu do parkingu przebył zatopiony w myślach o swoim pisaniu. O niedokończonej powieści, która jak porzucone dziecko spoczywała gdzieś w zakamarkach pamięci komputera, kwiląc i pojękując w nieutulonym żalu do swego koślawego twórcy. Nawet jeśli sobie tego wtedy tak wyraźnie nie uświadamiał, teraz miał jasność. Chodziło o pisanie, prawda?

    Jego umysł, równie jak on skrępowany wywodem żony, przytaknął obojętnie.

    … i gdybym miała ci coś radzić, zapomnij o całej tej sprawie i zajmij się poprawianiem prac doktorskich. Zdaje się, że masz dwie na pulpicie. A ta powieść, ta Cegielnia – najlepiej daj mi ją.

    Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, żona odstawiła kubek z herbatą, wstała z krzesła i energicznym krokiem ruszyła w kierunku schodów. Rzucił się za nią. Herbata z pchniętego kubka chlapnęła na obrus.

    Czekaj! Dam ci ją, jak dosłucham do końca.

    Ich wejście na schody mniej miało wspólnego z małżeńską kurtuazją, a więcej z wyścigiem po oferty o poranku Czarnego Piątku. Wpadli na nie oboje równocześnie, ona złapała poręcz i podciągnęła się za jednym zamachem o trzy stopnie, ale on był sprytniejszy. Ruszył wzdłuż ściany i kilkoma skokami pokonał całe schody ze sprawnością godną zapisania w kronice sportowej jego Almae Matris. Wpadł do gabinetu, dobył płytkę ze stacji dysków i wepchnął do kieszeni bluzy, a następnie zamknął drzwi tuż przed nosem żony.

    Przepraszam, muszę popracować – powiedział, przekręcił klucz i dla pewności oparł się plecami o drzwi. Ona perswadowała chwilę, lecz wobec braku jakiejkolwiek reakcji odpuściła i poszła do siebie. Musiała być wściekła. Dla żony brak reakcji to najgorsza z reakcji.

    Uff.

    Dyszał ciężko i malowniczo jak bohater kreskówki, ale szczęśliwy. Obronił się, choć gdyby w tej chwili ktoś rozsądny (na przykład jego własny umysł) zapytał go, przed czym mianowicie się obronił, nie potrafiłby odpowiedzieć. I nie to było najważniejsze. Pomacał się po kieszeni i uspokojony płaskim, okrągłym kształtem usiadł do poprawiania pracy doktorskiej wychodząc z założenia, że to zajęcie nie wymaga specjalnego natężenia intelektu.

    Płytka z audiobookiem nie dawała mu jednak spokoju. Czuł jej delikatny ucisk w kieszeni i niemal słyszał zapisane na niej dźwięki. Odtwarzał je w pamięci, jakby sam był czytnikiem, a nie czytelnikiem. Owszem, tłumaczenie żony przyjął do wiadomości i w jakimś rozsądnym zakresie się z nim zgadzał, stanowiło ono jednak, by tak rzec, tylko jedną ścieżkę nagraniową utworu. Na drugiej wciąż rozbrzmiewał akapit jego własnych notatek: „coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd”, płynących z głośników poczciwej astry tuż przed jej nieszczęsnym okaleczeniem. Słyszał je.

    O wpół do dziesiątej wieczorem nie wytrzymał, zamknął dokument z pracą doktorską, podłączył słuchawki do laptopa i włożył płytę do stacji CD. Żonę w krótkim i suchym komunikacie poinformował przez zamknięte drzwi, że nie je kolacji i musi się położyć, ponieważ jest zmęczony. Chciał dodać, że ma migrenę, ale ugryzł się w język – to mogłoby uruchomić niebezpieczne dla niego odruchy opiekuńcze Magdy. Zgasił światło, rozparł się wygodnie w fotelu, założył na uszy słuchawki i włączył pierwszy rozdział. Słowa Cegielni popłynęły do jego mózgu wprost, bez pośrednictwa drgających fal akustycznych oraz obecności innych słuchaczy. Na przykład tych z uchem przystawionym do dziurki od klucza.

    Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać. Jego bolesna czerwień o ileż jest uczciwsza od łatwej feerii łąkowych barw i banalnego błękitu nieba! Gdy leje się krew zachodu i rzeczy znikają w mroku, wtedy zaczynam żyć. Piękniejsze jest to, czego nie widać…

    Magia słów początkowych stronic powieści (dlaczego ich nie zapamiętał z poprzednich odsłuchań!?) uwiodła go na tyle, że omal nie przegapił swoich zapisków. Były. Usłyszał je natychmiast i jedno zerknięcie na licznik odtwarzacza wystarczyło, by się przekonać, że znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, tuż po rozpoczęciu jedenastej minuty. Oczywiście, że były. Fakt, że je z Magdą przegapili podczas wspólnego słuchania, w jakiś arcyciekawy logicznie sposób utwierdził go tylko w tej pewności. Były tu zawsze, tylko ona nie miała do nich ucha. Otóż to! Jego żona NIE MIAŁA UCHA do wychwycenia jego własnych słów. Przecież wyrażała się o nich zawsze z przekąsem, drwiła z nich, a to znaczyło prawie to samo, jakby w ogóle nie istniały! Tak, to musiało tak być. Nie mogła ich usłyszeć, bo w nie nigdy nie wierzyła. A on uległ jej agresywnej sugestii. Wszystko jasne.

    – Ale przecież ty też ich nie słyszałeś – spokojnie zaoponował umysł. – Skoro to twoje słowa…

    – Byłem pod presją! – zakrzyknął. – To nie takie proste, jak ci się wydaje – dodał dźgnięty nagłą wątpliwością, czy umysłowi w ogóle może się coś wydawać. – Człowiek widzi i słyszy różne rzeczy, nigdy nie masz pewności, co miało miejsce naprawdę, a co było tylko iluzją. Rozumiesz, narracyjna koncepcja prawdy – podsumował licząc na to, że umysł łyknie ten merytoryczny przypis. Umysł nie odpowiedział.

    Dosłuchał pierwszy rozdział do końca, następnie drugi, a w trzecim znalazł inny fragment swoich zapisków, równie filozoficzny jak poprzedni:

    Oni nie istnieją naprawdę, to rozgrywa się w mojej głowie. Znalazło się tam jednak nie wyłącznie dzięki mnie, ale również dzięki nim. Jestem autorem tego konkretnego doświadczenia i zarazem jego obiektem, bohaterem, tematem. Oni są we mnie, gdyby jednak nie istnieli kiedyś naprawdę, teraz też by ich nie było. To nie zmarły przyjaciel ze mną rozmawia, tylko ja sam ze sobą tamtym, który miał przyjaciela, rozmawiał z nim i dopisał do zapamiętanej chwili narrację upartej pamięci. A zatem – jeśli siedzę i myślę, jak to było i jak to zapisać, w głąb czego ja właściwie wchodzę? Samego siebie? Czy tamtej rzeczywistości, której już nie ma, bo rzeczywistość może być tylko aktualna? Nad czym ja myślę: nad prawdą przeszłości, czy nad zwykłym kłamstwem?

    Cofnął nagranie, otwarł dokument z notatkami i porównał. Tak jak poprzednio, zgadzały się słowo w słowo. Zsunął słuchawki na szyję i ciężko opadł na oparcie fotela.

    Miałem rację – westchnął z egzystencjalną głębią.

    Ale nie dodawaj „jak zwykle” – poprosił umysł.

    Nie miał zamiaru. Były mocniejsze i bardziej satysfakcjonujące sposoby. Przedstawi jej dowód namacalny i niepodważalny, i wtedy zobaczymy, jaki obrót przybierze dyskusja wokół równowagi psychicznej. Przekonajmy się wreszcie, kto tu jest normalny.

    Z ręką na klamce zatrzymał się w pół kroku. Nie, to nie był najlepszy pomysł. Mógłby być najlepszy w sytuacji optymalnej, to znaczy kiedy płytka odtworzy nagranie trzeciego rozdziału dokładnie tak samo, jak to zrobiła przed chwilą. A co, jeśli nie? Na kogo wyjdzie, kiedy znowu z głośników popłynie co innego? Co będzie z jego normalnością?

    prof. Krzysztof Zajas

    Doszedłszy do przekonania, że domowy prokurator następnym razem nie będzie już tak wyrozumiały i potraktuje jego recydywę z należytą surowości (czytaj: wyśle go na badania psychiatryczne), usiadł z powrotem przed komputerem i odsłuchał po raz trzeci. I znowu wszystko się zgadzało. Słowo w słowo. Wrócił do rozdziału pierwszego – pierwszy cytat również tam był, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej jego zapiski pojawiały się tylko wtedy, kiedy słuchał sam. Ale pojawiały się NAPRAWDĘ! Co robić?

    Wtedy jego wzrok padł na telefon komórkowy i profesor Zawijas doznał olśnienia. Zadzwoni do żony i puści nagranie przez telefon! Już wybierał numer, gdy jego uwaga zatrzymała się na ikonce dyktafonu. Ten pomysł wydał mu się jeszcze lepszy, ponieważ eliminował podejrzenie oszustwa (dawał możliwość wielokrotnego powtórzenia dowodu) i zostawiał trwały ślad. Myśląc z wdzięcznością o córce, która wyciągnęła ikonkę z folderu aplikacji na ekran i namawiała go do używania dyktafonu na wykładach (wiesz, papciu, dla lepszej pamięci), włączył oba urządzenia i zapadł się w fotelu, zasłuchany we własne filozoficzne dywagacje. Wydawały mu się coraz ciekawsze.

    Po zakończonej pełnym sukcesem sesji nagraniowej udał się do sypialni małżonki i puścił plik wprost z komórki.

    Co to jest? – spytała spod kołdry, wyłączając palcem swój odtwarzacz kompaktowy. Słuchała Idioty Dostojewskiego.

    Pokręcił głową na znak, żeby nic nie mówiła i pogłośnił smartfona. Przybrał minę zasłuchanego melomana, który kocha nie tyle płynącą z głośnika muzykę, ile swoje dla niej uwielbienie, co go wywyższa i czyni z niego istotę na co dzień obcującą z czystą prawdą sztuki…

    Nikt również nie przewidział, że sir Peter North Sundick pozostanie na swoim kapitańskim mostku do końca, do ostatniej chwili, kiedy już cały dziób znajdzie się pod wodą i nad powierzchnię rozszalałego żywiołu wznosić się będzie jedynie opasły zad parowca, bezwstydnie wypięty w zagniewane niebo jak zadek gigantycznej i niewątpliwie tonącej krowy…

    Rzeczywistość w sypialni zamarła. Mordercza cisza wchłaniała wszystko z siłą kosmicznej próżni. Ktoś obserwujący teraz przemiany twarzy Aleksandra Zawijasa potrzebowałby sporo dobrej woli, by uwierzyć w jego profesorskie kompetencje. Była kompletnie zbaraniała.

    Pierwsza sylaba z ust żony wytrąciła go z odrętwienia.

    Dlacz…

    Wcisnął smartfona do kieszeni bluzy i wybiegł z sypialni. Zderzył się z drzwiami gabinetu, ledwie je widząc w zamroczeniu. Był nie tylko osłupiały, ale i wściekły. Po jakiego diabła bawił się w to idiotyczne nagrywanie? Po co w ogóle chciał cokolwiek udowadniać?

    Niewiele myśląc grzmotnął telefonem o podłogę (który odbił się od dywanu i bez szkody wylądował, ponieważ był w oprawce), po czym sięgnął do odtwarzacza po płytkę. Przez chwilę miał ochotę połamać ją i wyrzucić do śmieci (spalić w kominku!) i później wiele razy żałował, że tego nie zrobił. Zamiast tego usiadł na łóżku i wziął trzy głębokie oddechy. Przyjrzał się jej.

    O co tu chodzi, laluniu?

    Płytka milczała. Udawała zwykły giętki krążek z tworzywa sztucznego z napisem CEGIELNIA, wydrukowanym bez większej staranności, jakby całość była dziełem producenta-amatora. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał ją przyłapać na jakimś kolejnym oszustwie, ukrytym geście, sprytnym ruchu za jego plecami, którym wykazałaby dobitnie, że jednak zwariował. Milczała. I nie poruszyła się. Oczywiście, że nie, przecież nie mogła. Była martwa.

    A ty jesteś normalny”, powiedział do siebie profesor Zawijas i nieco się uspokoił. Kiedy wyrównał oddech, podkusiło go, by spróbować jeszcze raz. To jedna z cech intelektualistów – dłużej niż inni upierają się przy swoim. Profesor należał jednak nie tylko do intelektualnej elity narodu, ale również do niezliczonej rzeszy tchórzy, więc po wahaniach postanowił odłożyć kolejny test do jutra. Jeśli mu znowu nie wyjdzie, nikogo już nie zdoła przekonać o swojej normalności. Nawet samego siebie. Rzucił płytkę na blat biurka, jakby była chusteczką, w którą właśnie wydmuchał nos, po czym powoli i starannie przebrał się w piżamę z jakiegoś powodu bojąc się, że może stracić równowagę i upaść.

    Już straciłeś równowagę – powiedział na głos jego umysł. – I bynajmniej nie jestem jedynym w tym domu, który tak uważa.

    Zamknij się!

    Umysł posłusznie zamilkł.

    Kołdra była w środku zimna, a poduszka niewygodna. Nie mógł ogrzać stóp, choć był dopiero koniec września (września? dlaczego Jacek przez telefon powiedział „sierpień”?), a sztuczne wypełnienie poduszki obfitowało w zgrubienia i węzły. Wiercił się pół nocy, drugie pół przeleżał z otwartymi oczami i brzęczącymi w uszach słowami powieści, którą obolały mózg w kółko odtwarzał. Rano czuł się jak na gigantycznym kacu i kiedy spojrzał w lustro, zobaczył opuchniętego demona z tego kręgu piekła, w którym alkoholików smaży się na teflonowych patelniach bez tłuszczu. Jego Madejowe łoże przypominało miejsce egzorcyzmów.

    Gdy pozbierał z podłogi ubranie i wychodził pod prysznic, zadzwoniła cudem ocalała komórka.

    Dzień dobry, z tej strony inspektor Madej. Czy mam przyjemność z profesorem Aleksandrem Zawijasem?

    Przepraszam, jak nazwisko? – wykrztusił gapiąc się na skopaną pościel.

    Florian Madej – powtórzył cierpliwie głos w słuchawce. – Jestem inspektorem w Wydziale Kryminalnym małopolskiej policji.

    Słucham, o co chodzi?

    Wcale nie miał zamiaru słuchać, po prostu wypowiedział odruchowo to, co się zwykle mówi w podobnych okolicznościach. Jego zmęczenie odzywało się bólem w każdym mięśniu ciała, miał wrażenie, że jeszcze trochę postoi z telefonem przy uchu i runie na podłogę jak długi. Będzie dobrze, jeśli w szpitalu zdołają mu przywrócić przytomność. O ile Magda na czas wezwie karetkę, ponieważ od wieczora więcej do niego nie zajrzała. Zaczął już nawet kombinować, jak by tu upaść z najmniejszą szkodą dla kości i doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby ugiąć kolana i w miarę możliwości płynnie usiąść na tyłku. Musi to kiedyś poćwiczyć. I zadzwonić do Jacka.

    Zanim wyjaśnię, chciałbym najpierw o coś spytać. Pan jest polonistą, specjalistą od literatury współczesnej, prawda? Dobrze mówię?

    Tak. Proszę w końcu powiedzieć, w czym rzecz.

    Miał wrażenie, że po tamtej stronie słyszy głośniejszy oddech, który wypełnił dwie sekundy ciszy, nim padło pytanie:

    Czy zna pan powieść pod tytułem Cegielnia?

    Zamroczyło go. Docisnął czoło do ściany i przytknął kciuk do skroni. Pulsowała jak jaszczurka.

    Halo? Jest pan tam?

    Przepraszam… Tak, jestem. Niech mi pan powie… jest koniec miesiąca, ale którego?

    Hmm, jakby to powiedzieć: tego, co jest zawsze na końcu września.

    Profesor Zawijas już nie słuchał. Ugiął kolana i płynnie usiadł na tyłku.