Tag: powieść kryminalna

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #12

    Trzy razy najeżdżał kursorem na plik i cofał. Serce waliło mu jak młot. Zwilgotniałą dłoń wytarł o udo. Zagryzł wargi. To absurd, żeby się bać własnych notatek, a jednak powstrzymywał go potężny lęk. Spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta przed południem. Jeżeli Magda spełni swe pogróżki, lada moment wpadnie tu z informacją, że rozmawiała z terapeutką (kobrą lakanistką) i – był tego pewien – poleceniem, że ma natychmiast przyjechać do niej na rozmowę.

    Te sakramentalne rozmowy. Bo ludzie powinni ze sobą rozmawiać. W rozmowie człowiek się otwiera, mówi, co mu na sercu leży i oczyszcza duszę z niedobrych emocji. Powiedz, co cię gnębi, a będzie lżej. Co wymówione, opisane, nazwane – będzie rozbrojone i zneutralizowane, uzewnętrznione i wyrzucone. Czym się stresujesz? Chcesz o tym, porozmawiać? Nie bój się, jestem po twojej stronie. I tak przez godzinę, do skośnego rzygu. Wielkie snobistyczne pierdu, pierdu. Co to za rozmowa, kiedy ty mówisz, a ona słucha i świdruje cię na wylot tym swoim żmijowatym spojrzeniem, rzucając w ciągu całego seansu zdanie, najwyżej dwa? Jedna wielka ściema.

    Tymi i podobnymi refleksjami profesor Zawijas próbował zmobilizować się do otwarcia pliku z niedokończoną powieścią pod tytułem Stary młyn, do której nie zaglądał od pięciu lat i która teraz wzywała go do siebie, jak zapomniana kochanka nagłym telefonem o północy. Czego się bał? Wszystkiego. Może z wyjątkiem śmierci, ta akurat niewiele się liczyła. Bał się własnego upadku w jakieś stare, nieświeże i żenujące ja, które pociągnie go w dół jak kamień młyński. Bał się ujrzeć w całej okazałości swój brak, tę niespełnioną ambicję sprzed lat, aby być kimś więcej, niż jest. To gorsze od śmierci. Dopóki tam nie zaglądał, mógł jeszcze żyć złudzeniem, cieniem cienia nadziei, że nie wszystko stracone. A przecież nie było dnia bez cierpienia, że już wszystko stracone i nie pozostawi po sobie niczego więcej poza tymi kulawymi, niezbornymi notatkami, układanymi językiem dalekim od tego, którym się delektował u literackich mistrzów. Notatki. Jego własne notatki sprzed lat, on sam sprzed lat. Czy prawdziwa śmierć nie jest tym właśnie – lękiem przed powrotem do tego, co było najdroższe?

    www.unsplash.com/Trent Erwin

    No i bał się smoka.

    Kiedyś do pisania puszczał muzykę i pomyślał, że może to jest właściwy trop. Czego słuchał wtedy, pięć lat temu, zapisując ostatni akapit, nim odłożył pióro, butelkę i resztę mięsistego życia, by po prostu trwać? Oczywiście, że pamiętał. Takich rzeczy się nie zapomina. Sięgnął na półkę ze starymi winylami i położył na talerz gramofonu czarny ebonitowy placek. Ujął palcem ramię z igłą i bezbłędnie upuścił we właściwym miejscu.

    Żyjesz i jesteś meteorem

    lata całe tętni ciepła krew

    rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek

    Aż mu się w głowie zakręciło. Uderzenie rozkoszy. Przełknął zdrewniałą ślinę i położył dwa palce na przycisku komputerowej myszy. Czego się boisz? Siebie?

    jesteś system mechanicznie doskonały

    i nagle coś się zepsuło

    Najechał kursorem na folder o nazwie SM i kliknął ostrożnie, jakby bał się zburzyć jakąś wyjątkową delikatną i kruchą konstrukcję. Dyszał ciężko, niczym długodystansowiec dobiegający do mety. Otwarła się lista plików, wybrał „Rozdział I” i zaczął przesuwać tekst tam i z powrotem. Nie czytał. Delektował się słowami i muzyką z płyty.

    Oto płaczesz

    po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień

    Notatki. Jego notatki. Nie musiał ich czytać. Znaczki na papierze są tylko protezą, ułatwieniem dla tych, którzy potrzebują bodźców. On nie potrzebował. Jednym skokiem przesadził granicę i znalazł się w samym środku tamtego niepokojącego pomieszczenia, w półmroku popołudniowego światła, przenikającego do wnętrza przez szpary w potłuczonych dachówkach. Czuł zapach kurzu i rozkładu. Stał twarzą ku zachodowi, za plecami szumiała Macocha. Miał dwanaście lat i z dreszczem podniecenia czekał na nadejście zmroku, kiedy wśród gasnących konturów okiennych oczodołów będzie mógł zobaczyć na platformie pod szczytem dachu świetlistą postać.

    namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    Nie czytał notatek. Zanurzył się w nie i płynął rozgarniając ramionami ciepłe, miękkie litery o zapachu pomarańczowego nieba i smaku błękitnego kurzu. Trącały go delikatnie, wiotkimi palcami głaskały jego dwunastoletnie ciało, a on drżał już nie ze strachu, ale z napięcia i rozkoszy. Płynął. Płynie. Z kąta wyłania się ciemny kontur, wielki i bezkształtny, i wie, że to przykryty plandeką silnik do napędzania żaren, ale nie może sobie przypomnieć właściwej nazwy. Ciepłe, miękkie i ruchliwe zwierzątka oplatają go i szepczą sekretne imię. Kamienna podłoga pod stopami jest chłodna i twarda niczym okładka starodruku. Jak brzmiało tamto zdanie, ostatnie z prawdziwych zdań, nim pogasły światła festynu? „To nie jest księga o starym młynie. To stary młyn jest księgą”.

    Potarł palcami kąciki oczu. Wrócił do biurka.

    Czym jest literatura? Na to pytanie – podstawowe dla jego zawodu – nigdy nie potrafił składnie odpowiedzieć. Następne kwestie literackie były już znacznie prostsze, istniała dla nich odpowiednia aparatura pojęciowa, teorie i szkoły interpretacji, to pierwsze założycielskie pytanie nie miało jednak odpowiedzi. To trochę jak z filozofami, którzy o człowieku mogą dyskutować godzinami, ale czym jest życie – nie powiedzą. Uciekną w procesy biologiczne albo w metafizykę. On sam w pewnym okresie (który skończył się pięć lat temu) między literaturą i życiem stawiał znak równania.

    Jedno jest drugim – tu nie trzeba znikąd donikąd przechodzić.

    Zabij ten lęk”, powtarzała Maryla Rodowicz na płycie Marka Grechuty Szalona lokomotywa, nagrywanej w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym, czyli mniej więcej wtedy, kiedy on łaził do starego młyna, by oglądać na platformie pod szczytem świetlistą sylwetkę samobójcy z Cygańskiego Lasu. Najechał strzałką kursora na inny plik, ten z luźnymi zapiskami do wykorzystania, i po krótkiej wątpliwości nacisnął myszkę. Kiedy parę dni temu żona pytała go, czy sprawdził zgodność słyszanych fragmentów z notatkami, skłamał że tak. Teraz mógł nadrobić tę niesumienność.

    Z pisaniem powieści to było tak. Podejrzał kiedyś w rękopisach pozostałych po Wybitnym Pisarzu, że facet miał osobny zeszyt na notowanie pomysłów, wątków, szczegółów historycznych i biograficznych, imion postaci, nazw geograficznych – wszystkiego tego, co jest potrzebne do skonstruowania tak zwanego świata przedstawionego. Na kartkach zeszytu Wybitnego Pisarza rozrysowane były schodki, drabinki, wykresy ze strzałkami, kolumny słów, frazy i w rodzaju: „Jeżeli człowiek trwa tyle, ile pamięć po nim, to na tym świecie żyje więcej ludzi martwych niż żywych”. Spodobało mu się. Pomysły przychodzą i – niezanotowane – odchodzą. Trzeba notować.

    Kiedy postanowił układać swoją powieść, najpierw założył folder z notatkami. Zapisywał myśli, frazy i głupstwa, którym się teraz przyglądał z nową ciekawością. „Synantrop – żyjący w środowisku silnie zmienionym przez człowieka (np. pies) – dobry tytuł na powieść”; albo: „Wstyd i hańba – to zarazem synonimy i przeciwieństwa. Wstyd, żeby się nie zhańbić, i wstyd, bo się zhańbiłem”; inne: „Gryćmofenazol, znany również jako babi smętek lub dwulufka”. Znalazł się tam nawet taki cukiereczek: „GINEKOLOGIA ESTETYCZNA – odmładzanie i rewitalizacja pochwy”. Uśmiechnął się pod nosem; pamiętał doskonale dzień, kiedy wpadł mu w oko ogromny bilbord przy zakopiance, niedaleko prywatnej kliniki. Wracał wtedy samochodem do domu i miał w sobie trzy piwa oraz pomysł na następny rozdział, a z głośników leciała płyta Yesów Close To The Edge, którą wyrykiwał na cały głos. Na widok napisu dostał ataku śmiechu i omal nie dobił do autobusu.

    No tak, Yesi. Czy choć raz ich słuchał w ciągu ostatnich pięciu lat?

    Patrzył na zdania zapisywane w błysku, przypływie weny twórczej. Raczej wenki, która atakowała jak kolka – krótko i boleśnie. Nigdy nie wykorzystał tych mądrości, zbieranych dosłownie na ulicy, jak niedopałki przez bezdomnego. Po prostu leżały sobie w folderze „SM – Notatki” i czekały na swoją kolej w cichym szumie twardego dysku; ziarenka uśpione na wieczność w grobowcu faraona.

    Bo wieczność jest niema.

    Notatki obejmowały niecałe sześć stron i właśnie dotarł do ostatniego zapisu z sierpnia dwa tysiące czternastego roku, który brzmiał: „Wieczność jest niema. A ja nie żyję”. Nie pamiętał, żeby je tutaj wpisywał. Na pewno nie wtedy, pod koniec poprzedniej epoki, kiedy tamten Zawijas odchodził w przeszłość i rodził się nowy – dziarski i trzeźwy jak przemówienie Niemca w europarlamencie. Sprawdził własności pliku, ostatni zapis był z dnia 15 sierpnia 2014, godzina 10:27. Zgadzało się niemal co do minuty z ostatnim piwem imbirowym, wypitym na pożegnanie tamtego świata. Siedział wtedy w swoim domu rodzinnym, z puszką w ręku, a za oknem majaczył korpus tego cholernego młyna. W chwilę później kluczyki od samochodu i portfel oddał siostrze (żona wyjechała nad morze, a właściwie uciekła), wziął zgrzewkę wody mineralnej i położył się na trzy dni do łóżka, żeby wytrzeźwieć. Terapię zaczął na początku następnego miesiąca.

    www.unsplash.com/Thomas Picauly

    Niektórym picie zabiera pamięć, a wyparcie jeszcze pogłębia amnezję i potem z niejaką dozą uczciwości twierdzą, że nie pamiętają zbyt wiele. On niestety pamiętał wszystko. Ławice tamtych obrazów spływały na niego z zaciekłością moskitów, kąsały, drażniły i całymi nocami nie pozwalały zapomnieć. Był wobec nich bezradny. Film ruszał po zamknięciu powiek i nie dawał się wyłączyć, od początku do końca, jak chińska tortura, czasem minuta po minucie, żeby nie przegapić żadnej z okrutnych scen. Żeby bolało aż do rdzenia. Żeby Aleksander Zawijas nie zapomniał, co to jest prawdziwe istnienie.

    O niemej wieczności na pewno nie pisał.

    Drżącymi palcami przejechał po czole, było mokre od potu. To by się zgadzało. Smoka można uśpić, ale nie zabić. Drzwi do tamtego, poprzedniego świata zostały zatrzaśnięte, cóż jednak nas powstrzyma, jeśli zechcemy je znowu uchylić? Pewien wytrzeźwiały mistrz literatury grozy (leksykon pisarzy to katalog nałogów, z alkoholizmem na czele) powiadał, że kiszonego ogórka nie da się odkisić, i to jest prawda. Inny z mistrzów naszego profesora napisał: „Kiedy nie mogłem bez alkoholu, jechałem na alkoholu”, i to też jest prawda. Właściwie każdy aforyzm o piciu nosi znamiona prawdy w sensie ścisłym, jakby powiedział jeszcze inny ekspert od literackiego chlania. W tej kwestii zasadniczo każdy jest ekspertem.

    Wiesz, gdzie są te zatrzaśnięte drzwi, bo sam je zamykałeś – i to kusi.

    Pojechał kursorem do rogu ekranu i kliknął krzyżyk. Wystarczy. Kiedy pokusa jest zbyt silna, należy dać opór. Można podejść na krawędź przepaści i popatrzeć w dół, ale lepiej tam zbyt długo nie stać. Sprawdził co trzeba i czas wracać do normalności, cokolwiek to znaczy.

    Był tam, we młynie? Nie potrafił powiedzieć. I tak, i nie. W nozdrzach czuł jeszcze zapach kurzu i wilgoci. Jakaś cząstka jego duszy przynajmniej przez chwilę znalazła się w czymś, co do pewnego stopnia dawało się porównać z fantomem starego zrujnowanego młyna niedaleko jego rodzinnego domu. Tyle tylko można uczciwie stwierdzić. Ani tak, ani nie. Między życiem i literaturą już nie ma znaku równości.

    Igła dojechała do końca płyty i gramofon się wyłączył. Podniósł palec wskazujący i przyjrzał mu się uważnie. Trafi? Spróbuje. Kiedyś trafiał. Podłożył opuszek palca pod dźwigienkę na głowicy i delikatnie uniósł ramię. Wycelował w rowki na płycie i opuścił. Pamiętał. Trafił.

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop szklankę piwa hop.

    Drzwi do pokoju otwarły się z gwałtownością stanowiącą absolutne przeciwieństwo ostrożnego uchylania.

    Zbieraj się – zakomenderowała żona. – Jedziemy do terapeutki.

    Nie spytała nawet, co robi, albo czy w ogóle ma ochotę się gdziekolwiek wybierać. Po prostu: „jedziemy do terapeutki”.

    Teraz? – zdziwił się.

    Tak, teraz. Natychmiast. Umówiłam nas oboje.

    Oboje? Ty też masz problemy z audiobookiem?

    Nie, do jasnej cholery! Mam problemy z tobą. I chciałabym je zrelacjonować terapeutce tak szczegółowo, jak tylko potrafię.

    A potrafisz?

    Uniosła wyprostowaną dłoń do kuchennego ciosu karate, po czym opuściła.

    Przestań głupio odpowiadać! I ubieraj się. Mamy niecałą godzinę, a są korki.

    Dobrze – powiedział łagodnie i wstał od komputera. – Chciałem tylko delikatnie zaznaczyć, że w czasach demokracji i swobód obywatelskich przysługują mi pewne prawa…

    Ty już miałeś swoje prawa obywatelskie i wykorzystałeś je z nawiązką. Wszystkie. Nic ci nie zostało.

    Sąd mnie jeszcze nie ubezwłas…

    Porozmawiamy po drodze – ucięła Magda Zawijas i popchnęła męża ku wyjściu. Omiotła pokój lustrującym spojrzeniem i zamknęła za sobą drzwi z ulgą, że poszło łatwiej niż się spodziewała. Pokój wyglądał normalnie. Przede wszystkim PACHNIAŁ normalnie.

    Gdyby poczekała w progu pięć sekund dłużej, dostrzegłaby krótkie mignięcie pikseli na ekranie komputera męża. Dwie gwiazdki i półksiężyc. Buźka.

    Do terapeutki wybrali się samochodem Magdy, małą i zgrabną corsą z instalacją gazową, która miała być inwestycją oszczędnościową, a w efekcie generowała koszty wyższe niż samochód benzynowy. Mimo to pani Zawijasowa twierdziła, że jest to najlepsze auto na świecie, ponieważ jest najlepsze dla niej. Jedyne, jakie lubiła prowadzić. W połowie drogi zadzwoniła komórka profesora.

    Dzień dobry, Massalska z „Wyborczej”, mogę zająć chwilę?

    Już to pani robi – odparł Zawijas i zerknął na żonę. – A w jakiej sprawie?

    W sprawie audiobooka Cegielnia. Czy to prawda, że on zabija?

    Madej miał rację. W jej głosie istotnie pobrzękiwały ułamki żyletek, które ktoś wsypał do kieliszka i mocno zakręcił. Kiedy usłyszysz coś takiego, boisz się odpowiadać, nie mówiąc o kłamstwie czy udawaniu.

    Może najpierw mi pani uprzejmie zdradzi, skąd ma mój numer – powiedział Zawijas przełykając ślinę. – A po drugie, nic nie wiem o żadnej Cegielni.

    Magda Zawijasowa ostro wcisnęła hamulec i profesor poleciał głową na pulpit, szczęśliwie wyhamowując czołem tuż przed skrytką zawierającą poduszkę powietrzną. Z jedną ręką nadal przy uchu, drugą masował nadwyrężony kark, podczas gdy żona zjechała corsą do zatoczki przystanku autobusowego i zatrzymała się. Zaciągnęła hamulec i patrzyła na męża.

    Tymczasem ułamki żyletek nadal zgrzytały w telefonie.

    Panie profesorze, nie mam czasu na zabawy w kotka i w myszkę. Wczoraj spędził pan kilka godzin na komendzie policji, gdzie z inspektorem Madejem rozmawialiście o tym audiobooku. Kilka godzin! Od niego mam numer. Proszę mnie nie obrażać podejrzeniem o debilizm, tylko odpowiedzieć.

    Skąd ona wie o audiobooku!”, pytała bezgłośnie Magda wymachując przy tym rękami, na co profesor odpowiadał wzruszeniem ramion. Nie to było dla niego teraz najważniejsze.

    Że pani mnie podejrzewa, że panią o coś tam podejrzewam, to pani prywatny problem – wyjaśniał tonem rasowego panelisty na międzynarodowej konferencji o związkach literatury i psychologii. – Zwracam także uwagę na fakt, że nawet gdybym posiadał wiedzę, którą mi pani imputuje, nawet gdybym znał odpowiedź na tak dziwaczne pytanie, dlaczego miałbym na nie odpowiadać? Co mnie obliguje? Paragraf o wolności prasy? Najpierw proszę posłuchać siebie, zanim pani posłucha mnie. „Czy ten audiobook zabija”? Przepraszam, ale jak to brzmi? Tu jest możliwa tylko jedna odpowiedź. Pomijając pani podejrzenia o własną kondycję intelektualną, co wymyka się prostemu wartościowaniu.

    Woli pan, aby ten materiał ukazał się bez pańskiego udziału? – warknęła.

    Jaki materiał?

    Artykuł! W gazecie! Jestem dziennikarką! Halo, jest pan tam jeszcze, profesorze? Więc proszę słuchać. Piszę artykuł o audiobooku, który zabił moją córkę. Sprawdziłam, w ciągu ostatniego roku było kilka, albo nawet kilkanaście takich przypadków, wszystkie związane z Cegielnią. Mam tę płytę, posłuchałam i nic się nie wydarzyło poza przelotną sraczką, ale to chyba z nerwów. Tam jest potrzebne jeszcze coś, jakiś dodatkowy czynnik, żeby zadziałało, prawda? Co łączy te wszystkie ofiary? Jaki to czynnik?

    Nie pomyślał o tym. Dodatkowy czynnik? Co tych ludzi ze sobą łączyło poza słuchaniem audiobooka? Madej twierdził, że nic, ale on też wielu rzeczy nie wiedział. Massalska sprawiała wrażenie, jakby już wiedziała wszystko. Zaniepokoił się.

    Nie mogę z panią rozmawiać o prowadzonej przez Wydział Kryminalny sprawie. Wie pani lepiej ode mnie, że tego typu śledztwa objęte są klauzulą tajności…

    Jakiego typu? – przerwała mu.

    Przepraszam, ale muszę kończyć. Wszystkiego się pani dowie bezpośrednio od inspektora Madeja, skoro i tak już jesteście w kontakcie. Nie wiem niczego więcej od niego.

    Wie pan.

    Nie.

    W porządku – zgodziła się tonem osoby, która nie ma zamiaru się zgadzać. – Nie to nie. Obawiam się, że będzie pan żałował, ale to pańska sprawa. Pańska zasrana, objęta klauzulą tajności, sprawa. A moja córka nie żyje, kurwa wasza mać!

    Rozłączyła się. Chwilę jeszcze patrzył w komórkę, jakby szukał potwierdzenia, że ona to naprawdę powiedziała.

    Tymczasem Magda Zawijasowa pełnym obaw spojrzeniem obserwowała pobladłą twarz męża.

    Jezus Maria, Olek, w coś ty się wplątał – wymamrotała. – A ja się tak cieszyłam, że najgorsze za nami.

    Ja też – odparł nieswoim głosem. – Coś mi się jednak wydaje, że złe rzeczy dopiero idą. Naprawdę złe.

    Nagle poderwał głowę.

    Gdzie jest Zośka? Nie widziałem jej rano!

    Opanuj się, poszła do szkoły. Chciała ci powiedzieć „dzień dobry”, ale spałeś jak rozrywany granatami i postanowiła dać ci spokój. Olek, czy… czy ty mi czegoś nie mówisz?

    Jedź, bo się spóźnimy.

    Pokazał palcem na przednią szybę i wybrał numer do inspektora. Jego żona bez szemrania uruchomiła silnik i wyjechała z zatoczki na ulicę. Mieli jeszcze tylko pięć minut na dotarcie do gabinetu terapeutki.

    Dobrze, że pan dzwoni, profesorze – uprzedził powitanie Florian Madej. – Właśnie szukałem pańskiego numeru. Proszę uważać, bo lada chwila może do pana zadzwonić ta dziennikarka z „Wyborczej”, o której panu wczoraj…

    Massalska. Właśnie dzwoniła – wtrącił Zawijas. – Ona już wszystko wie. Może mi pan wyjaśnić, skąd?

    O tym chciałem pogadać. Nie możemy jej potwierdzać żadnego z naszych podejrzeń, inaczej gotowa zrobić aferę na całe miasto. A tego akurat powinniśmy unikać. Zwłaszcza teraz, po tym cholernym pożarze. Pewnie pan słyszał?

    Tak, słyszałem – mruknął niechętnie profesor. – Nawet się minąłem z wozami strażackimi, wracając nocą do domu.

    No tak. Znał pan tego człowieka?

    Nie… to znaczy – którego?

    Buuu, profesorze… Proszę nie obrażać mojej inteligencji…

    Podejrzeniem o debilizm? Dlaczego nie, w tym podobno akurat jestem dobry. To co z tym człowiekiem?

    Nie łapię za bardzo. Ale mam co innego. Kolejny punkt dla mnie. Ten chłopak, co zginął na zapleczu, spłonął żywcem ze słuchawkami na uszach. Czy muszę dodawać, co miał włączone na odtwarzaczu w cudem ocalałym telefonie?

    Jasna dupa… – szepnął profesor całkiem nieprofesjonalnie. – „Pojmiecie znaki niechybnie”…

    Otóż to, profesorze – przytaknął inspektor Madej. – Otóż to.

    Cdn.