Tag: rocznica śmierci Leopolda Tyrmanda

  • #Tyrmand

    Co pisaliby na instagramie dawni pisarze? O czym – pomijając oczywistość postępu technologicznego – klikałby w swoich czasach Tyrmand? O tym czy wgląd w pisarskie śniadania zmienia nasz pogląd na mityczne „pisarskie życie”, opowiada Marcel Woźniak.

    Tego dnia lekko wieje. Jest 18 marca 2019 roku i jest zimno, ale tylko na zewnątrz. Pisarze – jak wiadomo – skrywają się we wnętrzach przytulnych kawiarni. Jeden z nich właśnie tam, na miękkiej kanapie, postanawia napisać teskt w przededniu 34. rocznicy śmierci Leopolda Tyrmanda. Jaką obierze taktykę? Będzie popularnonaukowo czy może da coś o siebie? #coffeetime #warszawa

    Przez prawe ramię widzę Plac Trzech Krzyży. Nie jest to moje ramię, a pana na sąsiedniej kanapie. Zagarnia ją i – przy okazji – mój widok naplacowy, oferując w sytuacyjnym barterze woń hugo boss.

    Najważniejsze jest jednak odpowiednie miejsce akcji: właśnie tam, za oknem, rozpoczyna się akcja tyrmandowego Złego, tędy szusuje autobiograf w Dzienniku 1954. Tu – obok Teatru IMKA – jest Pasaż Tyrmanda, mural ze „Złym”, tablica na domu obok Studia BUFFO. Teraz wyobrażam sobie stukot pisarskiej maszyny, Tyrmanda spacerujące gdzieś w okolicach kościoła Świętego Aleksandra. Odpalam komputer. Ma rozbudowaną baterią, można pracować cały dzień. Jeśli się rozładuje, w pogotowiu czekają telefon z podpórką, bezprzewodowa klawiatura, powerbank. W dawnych czasach literaci mieli utrudnione zadanie. Chociażby ctrl+F – nie działało. Jest też kubek termiczny na kawę. Tyrmand pijał czarną, o ile w ogóle miał kawę. W obozie na przykład, w Norwegii, gotował zupę na wygrzebanych ze śmietnika ościach. #foodporn #dipis

    Mural ze Złym na Placu Trzech Krzyży, fot: Marcel Woźniak

    Teraz zastanawiam się, jak zacząć. Jak opisać tę supremację znaczeń nad faktami, zwycięstwo wizerunku nad tym, co naprawdę przymykają pod sobą pisarskie powieki. Myślę, co przetrwało z tyrmandowej aury, ile w nim było prawdy, a ile przeciekło przez sitko cenzury i historii. Autor bestsellera, mistrz ubioru i król sytuacji, guru jazzmanów, antykomunista. Podszewkę pisarskiego płaszcza opisał wDzienniku 1954, ale zarzucano mu autokreację. W roku 2019 jest to zarzut równy wobec nas wszystkich. #influence

    Myślę chwilę nad formą. Legendą obrósł Zły – książka wciąż jest na topce, a rok 2020 ma być w Polsce oficjalnie rokiem Tyrmanda. Jak to opisać? Walnąć popularnonaukowo czy z wątroby? Po prawdzie myślę, że Szaja i tak puści, w końcu rocznica. #szaja #smakksiazki

    Trochę się boję, że dziś człowiek w centrum, to norma. Ale nie taki człowiek witruwiański, tylko człowiek–algorytm. Że książki dogoniły trend zapoczątkowany przez Coca–Colę: by docierać przez emocje. Sądziłem, że to domena tylko kultury popularnej, ale patrząc na rankingi… Wiemy, że dziś nikt nie powie głośno: „w popie jest pewne niebezpieczeństwo, kryjcie się, to Gargamel!” Bo pop napędza sprzedaż, empikowe gale i zasięgi. Wydawcy naginają się na popularne tytuły, książki dostają okładki z plakatem filmowej ekranizacji i aktorami wcielającymi się w bohaterów, których dopiero miałem sobie dowyobrazić. „Nie trzeba, Truman, wszystko już dowyobrażono!” Nawet znajomy pisarz stwierdził niedawno, że „swojego sierściucha toleruje tylko przez jego zasięgi na instagramie”. Ostatecznie, wszystko się kręci. Tyrmand napisał kiedyś: „życie przypomina gówno na kole – raz jest na górze, a raz na dole”. #fame #cat #smellycat

    To samo miałem przy książce Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Chciałem napisać o nim szczery, prawdziwy tekst. Siebie usunąłem w cień, nawet tam, gdzie relacjonuję spotkanie Matthew i Rebeccą Tyrmandami, piszę bezosobowo. Nie wiedziałem czy biografowie tak robią, bo wszystkie inne biografie wpakowałem do kartonów i schowałem w piwnicy. Potem rozmawiałem z Przemkiem Semczukiem, tym, co „przyjaźni się” z seryjnymi zabójcami. Mówił, że uczestnictwo, to sól reportażu, że w pierwszej osobie zabierasz czytelników do środka. To samo Mariusz Szczygieł. Kiedy staliśmy na stoisku w Krakowie, przewertował przy mnie książkę Nie mai pokazał narracyjne sztuczki. Poczułem wrzenie pod czaszką. Czyli może jednak trzeba było inaczej? #inspiration #biopic

    Trębacka 5 – tu Tyrmandowie mieszkali przed wojną. Fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Przerwa w pisaniu. Dzwoni Szaja, że „na spokojnie, tekst na popołudnie”. Mamy się spotkać za kilka dni w Toruniu, ma przelotkę na targi w Gdańsku. Po prawdzie, muszę w końcu zapisać jego numer. Szczerze, po prostu zapominam! Wybacz, Adam, ale… #nieogarniam! A Tyrmand miał tylko stacjonarny i notes z numerami przy aparacie. Kiedy ktoś nie przychodził na umówione spotkanie, to skreślał jego nazwisko. #friends #celebra

    Forma tekstu się krystalizuje. Chajzer napisał dziś na Facebooku, że poprowadzi show Big Brothera. Wciąż lubimy podglądać? Sam nie wiem. Myślę o tym, w jakie narracje dziś wchodzimy i na ilu płaszczyznach. Na ubiegłorocznym festiwalu Granda poznałem Marcina Wrońskiego. Rozmowa szła na temat przyszłości gatunku. Gdy spytałem, w co przeewoluuje kryminał, odparł, że „będzie czymś innym, jakimś nowym otwarciem”. #orwell #innowacja

    Za radą Semczuka zabieram czytelników do środka. Mamy XXI wiek, może tak trzeba?

    Tyrmand podczytywał dzienniki Prousta i Tajemnice Paryża w czytelni na ulicy Niecałej. Jako dzieciak zaczytywał się we „Wiadomościach Literackich”. Na studia w Paryżu dostał się jednak nie dzięki pisaniu, a genialnym rysunkom. Dorabiał długo, jako dziennikarz. Pierwszą powieść wydał dopiero w wieku 35 lat i był to Zły. Mówili mu zawsze, że jest zdolnym dziennikarzem i się nie przeliczył. Pierwsza książka okazała się bestsellerem. #złyRLZ #debiut #wydawnictwoczytelnik

    Cofnijmy się do roku 2015. Miałem lat 31 i kilka lat w zawodzie dziennikarza za sobą. Pomysł biografii podsunął mi Bartek Janiszewski, który walczył podówczas z książką o Grzesiuku (Król życia).#ferajnaUsłuchałem go i z wydawcą dogadałem się w trymiga. „Jak zacząć?” – myślałem. #umowaO książce nie powiedziałem prawie nikomu i dłubałem ją długimi wieczorami, jak krzywe freski. Pisanie kosztowało dużo pokory wobec słowa. By tekst oddać na czas, zarwałem ostatnie kilkanaście nocy i odsprzedałem bilety na Polska–Niemcy na Euro 2016.#euro2016 #FIFA #nawałka Sądziłem, że jeśli nie wyrobię się przed terminem, biologicznie rzecz ujmując umrę. Stało się to dopiero, kiedy oddałem tekst, pisząc ostatnią partię od 6 rano w niedzielę do 11 w dzień w poniedziałek. Kawę zastąpiła adrenalina, gdy o 4 rano microsoft office wywalił plik i było blisko utraty 30 stron rozdziału. Po wysłaniu maszynopisu spałem dobę. Obudził mnie dźwięk Gmaila, pisał wydawca: „wszystko świetnie, ale zamiast pdf–a ze zdjęciami, poprosimy plik tekstowy bez fotografii”. Miałem wrażenie, że dostanę zaraz udaru. Kiedy się już wyspałem, a wydawca powiedział, że „dobra robota”, zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. #warsztat #storytelling

    Pisząc książkę o Tyrmandzie, przewertowałem tony notatek i zapisków. Czymś, co przyszło do mnie z zaskoczenia, była bliskość czyjegoś, pisarskiego życia, gdy, jak w soczewce, zobaczyłem zmaganie tego faceta z losem. Walkę o swoje teksty i wyrywanie kawałka tortu, choć nie za wszelką cenę. Jego pierwsze artykuły sportowe. Nieudane wiersze spisane we Frankfurcie i powrót do Frankfurtu na łamach Filipa.Złegoz kolorytem Warszawy, którą kochał. Dziennik 1954, napisany w duchu orwellowskiego Roku 1984. Odwrót od obiecującego homary i dolary nowojorskiego establishmentu. Walkę o epikureizm w swojej publicystyce. W archiwach po Tyrmandzie są setki, tysiące tekstów. Codziennie wstawał o 6 rano i pisał, redagował, pisał i redagował – mimo, że Ameryka za zielone czeki chciała coś w zamian. Polityczną lojalność, którą odrzucił. #usa #fromherotozero Dbał o wizerunek, jedna z moich rozmówczyń nazywała go 'arbitrum eleganciarium’, ale na instragramie nie miałby zasięgów. Jego marynarka, koszula i skarpetki nie były bowiem facebookowym wcieleniem ani diariuszem przemian na talerzu. Ubierał się dla własnego poczucia godności.#fashion #ciuchy #różyc #bikiniarze #dżolerBywał, a i owszem, ale nie oznaczał się w postach, a jedynie zbierał skrzętnie bileciki i zaproszenia, potem gryzdał na nich notatki, sporo z nich przetrwało pół wieku w tyrmandowych pudłach.#notebook #dyletant Branża? Przyjaźnił się z pisarzami, z tymi, których szanował. Wielu przychodziło z nieetycznymi propozycjami, tłumaczyli się z życiowych wyborów, ich czoło pokrywał pot. Jest piękna scena w Dzienniku 1954,gdy siedzi na kolacji u Koźniewskich. I ci mówią mu, że chyba nie jest mu tak źle w tej komunie: ma koszulę przecież, marynarkę, coś tam pisze… W rzeczywistości wykrawał materiał z pleców koszuli i dosztukowywał u krawca kołnierzyk. Ubranie wciąż wyglądało, jak nowe, mimo, że dziura na plecach rosła. Gdyby Lolek miał w połowie lat 50. jakiś lemowski opton czy inny teleekran, napisałby na Facebooku, że „taka sytuacja”. #takasytuacja#tyrmand #prl #bida.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Podobnie Herbert. W latach 50. dorabia jako chronometrażysta w spółdzielni produkującej… budziki. #poezja#toughlife #pancogito

    Konwicki działa w zespole filmowym. Z Tyrmandem obaj wstają o świcie, piszą do 10, potem spotykają się na kawę, dyskutują o sztuce.#wniebowstapienie Są literatami, zgodnie ze słownikową definicją. Obaj pisywali sportowe kolumny, obaj do starości oglądać będą w telewizji tenisowe mecze, bo tylka ta dyscyplina przywoła im w pamięci olimpizm i ducha fair play. Piszą reportaże i scenariusze filmowe. To Konwicki pomaga Lolkowi w realizacji Naprawdę wczoraj, główne role zagrają Tyszkiewicz i Łapicki. #cinemagram

    Tyrmand albo Konwicki wiedzieli, że piszą, by ich czytano. Nie wiedzieli, co przyniesie przyszłość, tak, jak Baczyński nie wiedział czy wojna się skończy, a Tyrmand – czy komuna w Polsce upadnie. Pisali, bo tak im podpowiadało serce. Nie roili sobie nadziei, że kiedyś ktoś się dowie, jak to było naprawdę, a wtedy ich uhonoruje, nazwie ich imieniem jakiś pasaż czy ulicę. Nie liczyli na to – i na tym właśnie ich pisarskie życie polegało. Nie dzielili się swoją niedolą w trybie live. Żyli z tą niedolą, starali się ją akceptować i ubogacać nią duszę swoją oraz te czytelnicze. Była to, w gruncie rzeczy, bardzo samotna droga. Pozostawały tylko maszyny do pisania, cholernie ciężkie i bez baterii. Albo notesy i pióra, bez powerbanków. #reallife

    Leopold Tyrmand zmarł 19 marca 1985 roku w nieswoim domu, w Fort Myers na Florydzie. Złapał się za serce i runął na ziemię jak długi. Kilka lat później jego syn przechadzał się po Central Parku i zobaczył na straganie książkę ze swoim nazwiskiem. Był to Zły.#deathatflorida

    Badanie życia pisarza skłoniło mnie do zostania pisarzem. A jak zostać pisarzem?

    Po pierwsze, pisania nauczyć się trzeba tak, jak chodzenia. To drugie następuje mniej więcej po roku, a pisanie?.. Są podręczniki, które obiecują stworzenie książki w miesiąc. Ciasto z paczki też można wypiec w kwadrans, posypać brokatem i podać na złotej paterze… Pisarstwo nie obiecuje niczego, prócz bólu. Serca, wątroby lub mózgu – zależnie od usytuowania najwrażliwszych na egzystencję ośrodków nerwowych. I żadna aktywność na instagramie tego bólu nie uśpi. #nopainnogame

    Po drugie, życie pisarza nie jest usłane różami, a rachunkami, które wpycha pod drzwi nieprzychylny, niepisarski świat. Nikt pisarzowi nie powie, jak negocjować, jak niepodpalać się gonitwą, w którą wrzucają go społecznościowe media i wydawcy. „Czy da pan radę cztery książki w roku?”, pytają. Ale dlaczego miałbym „dać radę”? Dlaczego rzecz rozchodzi się wokół dawania rady, a nie dawania światu możliwie najlepszych, książkowych wypieków? Wokół pisarza wciąż toczy się wydawnicza gonitwa. Na rynek wchodzą nowi pisarze, wychodzą nowe książki. Gdzie wydać, kiedy wydać? Sami pisarze nawet mają problem z rozróżnieniem, co jest prawdą, a co nie. Siedzieliśmy swego czasu z Robertem Małeckim, dzieląc się swoimi perypetiami, aż w końcu obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

      • Żartujesz? – mówił. – U mnie było jeszcze gorzej!

      • Nieprawda, u mnie! – przekonywałem.

    Słupki, zasięgi, promocje, opinie, recenzje. Żeby wejść w rynek, trzeba wiedzieć dużo więcej, niż kiedyś. Brać na klatę, nie marudzić, przetrzymać. Nie wystarczy talent i miłość do książek. Choć bardzo bym chciał, żeby tak było. Nie obraziłbym się za powrót do czasów terkoczących maszyn do pisania. #publishers #share

    Po trzecie, życie pisarza nie polega na kawie z pianką każdego dnia, choć zasięgi to lubią. To raczej prokrastynacja, znana większości z nas albo desperacka próba wyrwania się z zaklętego kręgu domowizmy. Zaliczyłem wszystkie kawiarnie w moim Toruniu i wiem, że nie ma lepszego miejsca, niż biblioteka albo dom. Dom z wysłużonym fotelem, na którym napisałem trzy książki. Oparcie się siepie, kot zostawia kłaki. Na parapecie po roku hibernacji zakwitł nam hiacynt. Jest bliższy mojemu sercu, niż kwiaty ze wszystkich kawiarni świata. #workplace

    Po czwartek, życie pisarza nie polega też na ciągnięciu rozmów na Facebooku, bo nie z ich powodu pisarz jest pisarzem, choć bardzo to lubi robić, bo nie musi wtedy pisać. Ci, co ich stać, mają swoich ludzi od social mediów, ale się do tego nie przyznają. Czemu nie piszemy do swojego fryzjera czy hydraulika. Powinniśmy! Jestem przekonany, że ci majstrzy mają o wiele więcej do powiedzenia o życiu, niż niejeden z nas. Oni znają sól życia! #lifeislife

    Pasaż Tyrmanda w Warszawie, fot: Marcel Woźniak

    Miało być o Tyrmandzie, a zrobiłem jak Kapuściński. Był w tym jednak pewien trick. Czy gdyby dziś konta w mediach społecznościowych miał Leopold Tyrmand, wrzucałby zdjęcie z Kawiarni u Literatów, oznaczając na fotce Konwickiego i Herberta? #writerslife

    W ich czasach pisarskie życie wpozostało niedostępne dla czytelników. Był zatem nimb wielkiej pani autor i pana autora, obiektów szacunku i westchnień. I był też samotny pan autor i pani autorka klepiący biedę, kruszący ostatne suchary na stosie niesprzedanch rękopisów. Pisarskie życie objawiało się więc po prostu w obranej przez pisarza drodze. Ta droga nie skadała obietnic, prócz tej jednej, że będzie się przed pisarzem wiła i spływała atramentem. Widać to bardzo na łamach Dziennika 1954.#journey #pisanie #dziennik1954

    Siedzę dziś w tej kawiarni z premedytacją, za oknem już pociemniało, sąsiad z wielkim łokciem zniknął. Chciałem patrzeć na Plac Trzech Krzyży i myśleć o Tyrmandzie, wyobrażać sobie, że przechodzi za oknem. Co by powiedział na darmowe wifi? #hotspot

    Przed wyjściem, wyjmuję z plecaka biografię Tyrmanda i piszę dedykację dla tych, którzy tu kiedyś wejdą i usiądą nad kawą z pianką. W środku jest wskazówka, jak trafić do Pasażu Tyrmanda i czemu Plac Trzech Krzyży. Obsługa lokalu jest zaskoczona. Dodaję pytanie o media społecznościowe, może jakiś pościk… Niestety, fanpage idzie centralnie, to sieciówka. Zostawiam książkę na półce.#nerocoffee #plactrzechkrzyzy

    Szaja dzwoni. Obejrzał nagranie z kawiarni, wrzuci zapowiedź na Facebooka. Żaden z nas nie jest kotem akceptowanym za robienie zasięgów, ale jaramy się książkami. #PR

    Do Torunia dojeżdżam o 23:01.

    Co tak patrzysz? – pyta moja narzeczona, gdy od pół godziny wlampiam się bez ruchu w ekran.

    A wiesz, chciałem mieć taki pisarski look. Ja, zamyślony nad książką…

    Acha, acha. Myślałam, że po–pro-stu myślisz nad czymś, niepisarsko – mówi z uroczą kpiną. – Teraz mam pełen obraz.

    Śmiejemy się chwilę. Bliskie osoby najlepiej wiedzą, jak się żyje z pisarką czy pisarzem. Mają też wpływ na jego głowę, temperują go. Mogłyby powiedzieć „wziąłbyś się do jakiejś roboty”. Ale zamiast tego wspierają i wierzą. Jak czytelnicy, tylko, że bardziej. No i czytają, jako pierwsi.#koszmar #misery

    Idę ze śmieciami. Po napisaniu tego zdania nie wierzę, że napisałem je w felietonie. No więc, śmietnik. Ostatni łyk powietrza przed powrotem nad klawiaturę. Mam opowiadanie do wykończenia. A może ono ma mnie?..

    Wracam. Siadam. Już 19 marca, rocznica śmierci Lolka. Jego syn, Matthew, przesłał pozdrowienia z plaży na Florydzie. Fort Myers jest niedaleko stamtąd.

    Kawa grzeje się w termicznym kubku. Dysk szumi. Hiacynt rośnie. Kot przejmuje kontrolę nad światem. Jeszcze tysiąc znaków i spać, jeszcze tylko jeden trup na kartce. Żeby być pisarzem bowiem – jak mówi mistrz Stephen King – trzeba czytać i pisać. Tylko czemu doba jest tak krótka? #read #write

    #autor

  • Szeryf nie żyje. Dziś mijają 33 lata od śmierci Leopolda Tyrmanda

    To już 33 lata. Właśnie wtedy, 19 marca 1985 roku Leopold Tyrmand zmarł na zawał serca. Jak pewnie wiecie, o autorze „Złego” można mówić i pisać dużo. Zanim oddam głos, a właściwie stronę, Marcelowi Woźniakowi, autorowi książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”, bardzo Was zachęcam żebyście sięgnęli po listy Tyrmanda i Mrożka. Jest to lektura, która wzrusza, bawi i uczy, tak w skrócie. Teraz już zostawiam Was z Marcelem, który przybliży Wam postać Leopolda Tyrmanda.

    Zmarł, jakby kula przeszyła mu serce – napisał w 1985 roku Sławomir Mrożek i było w tej metaforze coś z westernu. Z pisanej w dalekiej Ameryce historii o samotnym szeryfie, który sądził, że kurz po bitwie już opadł, gdy wtem – zza zakrętu – wychyliła się lufa colta.

    Polecieli do Fort Myers na Florydzie. Znajomi zostawili im na kilka dni dom. Był marzec 1985 roku i miały to być pierwsze po długiej przerwie wakacje Lolka, Mary Ellen i dzieciaków. Ciężko powiedzieć, kiedy w życiu Tyrmanda był przestój, ale z pewnością połowa lat 80. była bardzo intensywna. W Londynie w 1980 roku wydano Dziennik 1954, książka zrobiła spore zamieszanie. Odkopanie starych historii i kontrowersje wokół edycji tekstu (oskarżano Tyrmanda, że to apokryf) sprawiły, że ocenzurowany w 1966 roku autor Filipa znów wskoczył na orbitę zainteresowań polskiej inteligencji. Jego trafna diagnoza socjalizmu uderzała ze zdwojoną mocą: w Polsce wrzało i potrzebne były takie świadectwa, ostre jak brzytwa szpilki wbijane w aparat władzy.

    W 1981 roku został ojcem bliźniaków. Kilka miesięcy później poleciał do Chin, wytypowany przez prezydenta Reagana do delegacji wybitnych amerykańskich pisarzy. Choć pracował w małym ośrodku kulturalnym i jego walka o sprawę odbywała się gdzieś na marginesie mainstreamu, jego nazwisko było znane. W Polsce wznowiono prace nad ekranizacją Złego. Amerykańska polonia zapraszała Tyrmanda na spotkania w Chicago. Jeździł z odczytami.

    – Sytuacja polityczna zmieniała się i Tyrmanda słuchali ludzie z lewej i prawej strony – wspomina Zbigniew Stańczyk. Spotkał Leopolda na Uniwersytecie Stanforda w Paolo Alto około roku 1981. Nie przypuszczał wtedy, że kilka lat później będzie opracowywał archiwa po zmarłym pisarzu. Do Kalifornii trafił z Wrocławia. Po ogłoszeniu stanu wojennego nie mógł wrócić, bo był w Solidarności. Pod koniec lat 80. dostał pierwsze zlecenie – papiery po Tyrmandzie. W Paolo Alto został na wiele lat, niedawno wrócił do Polski. – Pamiętam, jak staliśmy tam w ciepły dzień. Był w znakomitej formie.

    W 1984 roku wybudowali nowy dom. Mary Ellen zadbała o wystrój, Leopold odświeżył nad deską kreślarską umiejętności, jakie ćwiczył w 1938 w Paryżu, na wykładach u Le Corbusiera i w pracowni Marcela Chappey’a.

    Z zapisków Tyrmanda widać, że pod koniec roku porządkował papiery. Oberwało się choćby Jackowi Woźniakowskiemu. Kreślił notatki na starych listach, notował, na kim się zawiódł, a z kim pozostał w dobrej komitywie.

    – Jesteś moim najstarszym żyjącym przyjacielem – napisze mu w liście Leopold Łabędź. Siedzieli w jednej ławce przed wojną, w warszawskim gimnazjum na Wilczej 41. Pod koniec lat 70. Łabędź opisze w „The Times” historię Tomasza Strzyżewskiego i słynnej Czarnej księgi cenzury PRL.

    Ostatnie zdjęcie Tyrmanda, to 4. urodziny dzieci. Ostatnie notatki pochodzą z początku marca. Niedługo potem przychodzi czas na urlop.

    Czwarte urodziny dzieci. Ostatnie zdjęcie Leopolda. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Fort Myers reklamowane jest, jako miejsce o najpiękniejszych na świecie zachodach Słońca. Dla Tyrmanda, pływającego podczas wojny na statkach, Słońce na horyzoncie oceanu zaszło poraz ostatni.

    Złapał się za serce i runął na ziemię. Dzieci obudziły się, nie wiedziały co się dzieje. Matka wybiegła na ulicę. Ktoś zadzwonił po pomoc.

    – To była chwila. Jeden moment, i już nie żył – wspomina Mary Ellen. W jej mieszkaniu na Brooklynie wiatr gwiżdże w grzejnikach. Mieszka na najwyższym piętrze budynku. – Mam w pamięci wyrwę. Nie pamiętam kolejnych miesięcy, ani pogrzebu. Wszystko zorganizowała moja matka.

    To dlatego pochowano go na Long Island, na żydowskiej nekropolii – tam, gdzie chowano rodzinę jego żony. Sam praktykującym Żydem nigdy nie był.

    – Miałam tylko przed oczami urwany film. Jak łapie się za to serce. Kiedy zadzwoniłam na pogotowie, zorientowałam się, że nie znam adresu. Zajmowałam się dziećmi, Leopold zorganizował wyjazd… – mówi, a jej oczy błądzą gdzieś w dalekiej przeszłości. – Mam świadomość, że on nie był tylko mój. Był pisarzem, osobą publiczną. Jego historia musi zostać opowiedziana. Więc powiedziałam to, a teraz zostanie to zapisane na wieki…

    Jej ostatnie słowa jeszcze długo pobrzmiewają echem.

    O jego amerykańskim życiu wiedziało niewielu. Gdy 16 marca 1965 przekroczył Most Przyjaźni w Cieszynie, jego ówczesna żona – Barbara Hoff – sądziła, że wróci. Pakowała mu walizki w Krakowie, w mieszkaniu Janki Iphorskiej.

    – Weź smoking, przyda ci się! – krzyczała.

    – Niczego nie potrzebuję! – emocjonował się Leopold i rozrzucał ubrania szerokim gestem. A Basia umiała pakować walizki. Potrafiła tak złożyć stos ubrań, że mieściły się do malutkiej torby. Nic dziwnego – projektowała ubrania przez pół wieku. Niedawno znów zaczełą pisać w „Przekroju”.

    Samotnik na prawicy. Archiwum Matthew Tyrmanda

    – Ja coś czułem, że on już nie wróci – miał po latach powiedzieć Ludwik Jerzy Kern. Znali się z „Przekroju”. Kiedyś, podczas składania numeru w krakowskiej redakcji, zaczęli rzucać w siebie piłką do kosza. Ta niespodziewanie spadła, rąbnęła w makietę i wszystkie czcionki rozsypały się w drobny mak.

    Kern wiedział, że Lolek nie wróci. Innego zdania była Basia.

    – Nie sądziłam, że wyjeżdżał na zawsze – dodała po półwieczu.

    Profesor Najder na pytanie o okoliczności wyjazdu Tyrmanda długo milczy, gdy pijemy w 2016 roku kawę w Batidzie na Krakowskim Przedmieściu. Pierwszego dnia w ogóle nie przyszedł, pomyliły mu się dni. Kiedy się zjawił nazajutrz i spytał „to dziś?’, przytaknąłem. Jak mogłem nie przytaknąć znawcy Josepha Conrada.

    – Mówiliśmy sobie o wszystkim, tak mi się wydawało. Tymczasem po latach okazało się, że skrywał wiele tajemnic – mówi, dopijając kawę z nieporęcznie pięknej filiżanki. Długo patrzy na rozprutą elewację Hotelu Europejskiego, którego budowla wygląda, jak u Słonimskiego w Dwóch końcach świata. – Czy to jest przyjaźń, jeśli nie mówi się sobie takich rzeczy? A on wtedy wyjechał i po prostu zniknął na zawsze. Przyjaciele tak nie robią.

    We Wniebostąpieniu Tadeusz Konwicki pisze w kilku miejscach frazę „gdyby pan Lolo nie wyjechał…” Bohaterowie co rusz go wspominają, grając na wojskowym boisku w kosza.

    Ale Lola już nie ma. 16 marca 1965 wyjeżdża w Cieszynie na Zachód. Zabiera ze sobą maszynę do pisania, papier, czekoladę, papierosy, jakieś figurki z Cepelii. Modlitewnik.

    Most Przyjaźni w Cieszynie wiele przyjaźni przerywa na zawsze. W Polsce po Tyrmandzie zostaje Zły, zaczytywany nocami, pożyczany od znajomych. Biały kruk. Bestseller. Zostaje także sława bikiniarza i „człowieka w kolorowych skarpetkach”. Cenzura i „życzliwi” przyjaciele skutecznie dbają o przykrycie wspomnień o pisarzu pijackimi anegdotami i etykietą kolorowego pajaca. Robili to już za jego życia, wystarczy zajrzeć do akt IPN-u. A w latach 70. wystarczyło skuć ściany. W mieszkaniu na Mariensztacie drugi mąż Basi Hoff wyrwał z tynku całe metry kabli z podsłuchami.

    Mało kto wiedział, że w Ameryce Tyrmand był równie sławny. Jego reportaże o Ameryce z „The New Yorker” czytywane były nie tylko w kraju – zebrane w książkowej formie przetłumaczono nawet w Tajlandii. Nie napisał nigdy wielkiej, amerykańskiej powieści, ale został cenionym publicystą. Po wydarzeniach marcowych w 1968 zrzekł się na łamach „The New York Times” polskiego obywatelstwa.

    Była w tym pewna przewrotność polsko-amerykańskiego życia człowieka, który z Polski wyjechał do Ameryki, by pisać to, co chce, a w której to Ameryce na własne życzenie usunął się ze środowisk nowojorskich, bo nie chciał iść z nimi w lewo. Bo amerykański liberalizm z europejskim miał niewiele wspólnego. Dzieciaki protestujące przeciw wojnie w Wietnamie malowały sobie na twarzach komunistyczne gwiazdy, krzycząc hasła o równości i braterstwie.

    Ostatnie notatki, 1 marca 1985. Archiwa Hoovera

    – Ludzie, ja tam byłem, w kraju komunistycznym. Tam jest inaczej, uwierzcie mi! – krzyczał.

    Uwierzono mu dopiero w Rockford. To tam dostał swoje pismo i swoją redakcję. Jak redaktor Kolanko z powieści. I nareszcie mógł pisać w zgodzie ze swoim sumieniem.

    Jest w Złym taka scena.

    Wielkich rewolwerowców cechuje przede wszystkim zimna krew – bąknął chłopak.

    – Krzysiu, a czy ty wiesz, co to jest prawo?

    – Wiem. Jest to coś, czego broni się do ostatniej kropli krwi przed zbrodniarzami. Czytałem o takim jednym szeryfie i detektywie. Ten był na medal!

    Gdy wywieszono w Warszawie klepsydry, ludzie przecierali oczy ze zdziwienia. Napisano, że 19 marca 1985 roku w Fort Myers zmarł wybitny amerykański konserwatysta, Leopold Tyrmand.

    – Ten Leopold Tyrmand? Ten liberał?

    Kolejne książki o Tyrmandzie podtrzymały mit „człowieka w kolorowych skarpetkach”. Najśmieszniejsze, że podobno wcale nie było czerwone, tylko w kratkę. Jak całe życie w Polsce.

    Dziś powoli się to zmienia. Wyszły niedawno listy Tyrmanda i Mrożka. Mało kto wiedział, że przyjaźnili się przez lata. Wcześniej ukazała się biografia. W produkcji jest film Marcina Kryształowicza Pan T., opowiadający o życiu Tyrmanda latach 50.

    Nie jest to western.

    Od autora:

    Dziś powraca. Sejm ustanowił rok 2020 oficjalnym rokiem Leopolda Tyrmanda. Czy to oznacza, że trafi też do lektur? Życzyłbym tego sobie! Bo warto Tyrmanda czytać. Jako jego biograf mam wielką nadzieję, że do jego trumny nikt nie wsadzi czegoś, czego sam do niej ze sobą nie zabrał.