Tag: social media

  • „Jeszcze jeden pościk. Tyciusi. Ooostatni”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kojarzycie scenę z „Dnia Świra”, w której kobieta w pociągu nie może przestać podjadać dzieciakowi czipsów? Z promowaniem własnej twórczości literackiej – szczególnie w okolicach premiery – bywa podobnie.

    Kilka tygodni temu założyłem profil na LinkedIn. Właściwie konto miałem już wcześniej, tyle że wykorzystywałem je wyłącznie w celach dziennikarskich (czytaj: do zaczepiania przedsiębiorców i menedżerów), ale teraz postanowiłem zacząć wykorzystywać je jako machinę propagandową. Wrzuciłem wreszcie zdjęcie, napisałem kilka słów o sobie, po konsultacji z przyjacielem dorzuciłem kwadraciki, trójkąciki, kółeczka i inne graficzne duperele, żeby się podlizać  linkedinowym algorytmom. Może nie zrobiłem wszystkiego po mistrzowsku, ale na pewno po bożemu.

    Wykombinowałem, że to będzie mój sposób, żeby się autorsko wyróżnić. W końcu konta na Facebooku mają pewnie wszyscy piszący. Na Instagramie – większość. Cześć autorów promuje się na Twitterze, wdając się przy okazji w światopoglądowe bitwy, a co odważniejsi i bardziej progresywnie pewnie już kombinują, jak ugryźć TikToka. Tak czy inaczej, ja postawiłem na LinkedIn. Dlaczego nie.

    No i się zaczęło.

    www.unsplash.com/Merakist

    Posty na LinkedIn powinny się różnić od tych z Facebooka. W końcu to platforma zawodowa, miejsce, w którym szuka się pracy albo kontaktów biznesowych. Chcesz pokazać, co napisałeś, przekonać świat, że to coś wartościowego? Nie ma problemu. Chcesz pokazać zdjęcie kotka? Niekoniecznie. Zdjęcie kotka świetnie się za to nada na Instagram. Kotki, kolorki, ładne obrazki, krótkie filmiki – wszystko pasuje. Nawet lepiej niż treść. Zresztą instagramowy interfejs jest tak skonstruowany, że to relacje i obrazki są na wierzchu. Tekst jest drugorzędny. Czasem trzeciorzędny. Czasem wystarczą wyłącznie hashtagi. Facebook plasuje się gdzieś pomiędzy. Kotek nikogo nie zbulwersuje, biznesowo ukierunkowana treść też nie.

    Nie chciałbym się rozwodzić nad specyfiką poszczególnych platform. Raz, że żaden ze mnie ekspert, a dwa – to nie jest felieton poradnikowy. Chcę jedynie naświetlić, że każda z nich to trochę inny świat, którym trochę inaczej trzeba zarządzać. Posty takie, śmakie, owakie. Ładne zdjęcia, ładne filmiki, ładne słówka, ładne kwadraciki. Lajwy i relacje. Kampanie reklamowe. A do tego interakcje z użytkownikami – publiczne i prywatne. Krótko mówiąc: robota na pełen etat. A przynajmniej na pół etatu.

    A jeśli masz już jeden etat?

    A jeśli musisz (no dobra, niech będzie, że chcesz) jeszcze pisać książki?

    Wspominam o tym nie dlatego, żeby narzekać, ale by odpowiedzieć na pytanie, które często słyszę: dlaczego nie zdecydowałeś się na self-publishing? Jak ktoś, kto pisze o biznesie i z grubsza orientuje się w rynku wydawniczym, mógł zgodzić się na to, aby inni pożerali większość kwoty, jaką czytelnik płaci za jego książkę? Odpowiedź jest oczywiście złożona i wielowątkowa, ale część wyjaśnienia brzmi banalnie: ponieważ nie miałbym czasu, żeby wydać i wypromować książkę samodzielnie. Niby jak, skoro ledwo daję radę zająć się marketingiem, który przecież i tak w ogromnej mierze leży na barkach wydawcy (kontakt z blogerami i dziennikarzami, przygotowywanie grafik, organizacja spotkań autorskich, podcastów itd.)? A co z pozostałymi powinnościami i obowiązkami – produkcyjnymi, drukarskimi, dystrybucyjno-handlowymi?

    Jak to wyglądało dawniej – w erze przedsocialmediowej (albo jeszcze wcześniej – w czasach przedinternetowych)? Czy autor miał mniej pracy, ponieważ promocja książek sprowadzała się do wywiadów, kilku spotkań w kawiarniach literackich i podtykania pod nos swojej twórczości wszystkim napotkanym osobom? Czy dobra książka częściej niż dzisiaj z automatu dobrze się sprzedawała? Czy może wszystko dało się załatwić potężnymi budżetami wpompowanymi w reklamę telewizyjną, prasową albo na przystankach autobusowych? Nie mam pojęcia, nie sprawdziłem, nie zapytałem starszych kolegów. Ale wiem, że dzisiaj nawet mając wsparcie wydawnictwa, autor musi być copywriterem, specem od marketingu i PR-owcem w jednym. Najlepiej z influencerskim zacięciem i podstawowym zrozumieniem technologii. Musi umieć budować własne media. Kreować markę. Ekstrawertycznie eksponować siebie. Musi być sprzedawcą.

    A skoro już wywołałem wilka z lasu…

    www.unsplash.com/dole777

    Przy okazji „Sprzedawcy” po raz kolejny (i to ze zdwojoną mocą) poczułem, jak wiele zadań promocyjnych potrafi się skumulować w okolicach premiery – i jak wieloma obowiązkami niezwiązanymi bezpośrednio z pisaniem trzeba się zająć. Nawet jeśli masz podejrzenie, że możesz nieco przesadzać, że po prostu spamujesz swoją premierową rzeczywistością, to jednak co rusz coś szturcha cię w bok, wrzeszcząc, że musisz to robić. Jak nie teraz, to kiedy? A jeśli ktoś zapomni o twojej książce, a jeszcze nie zdążył jej kupić? Może był na wakacjach i robił sobie socialmediowy detoks? Może facebookowe algorytmy tak ci pościnały zasięgi, że nikt się nie dowiedział o twojej bazgraninie? Przecież nie masz – a szkoda – narzędzi, które pozwoliłyby w czasie rzeczywistym precyzyjnie monitorować sprzedaż twoich utworów ze wszystkich możliwych kanałów. Może ten jeden dodatkowy post nie zaszkodzi? I kolejny też nie? I jeszcze jeden…

    Oczywiście im dalej od premiery, tym kociokwik jest mniejszy. Ale to nie oznacza, że masz łatwiej. W okolicach premiery miałeś przynajmniej marketingową amunicję. Posty same się pisały. Później musisz kombinować. Szukać nowych metod komunikacji. Nowych platform, cykli, tematów, myków. Intensywność i emocje opadają, ale pracy nie ubywa. A że twoja zawodowa codzienność nie wygląda jak zdobywanie Everestu, to i o wciągające treści może nie być łatwo. A jeżeli jeszcze nałożysz na to filtr introwertyka, który nie przepada za obnoszeniem się z prywatnością, to już w ogóle.

    Pewnie trochę zniechęciłem Was do pisania (nie taki miałem cel, ale może to i lepiej – po co mi nowa konkurencja?), ale mimo wszystko nadal się upieram, że to najprzyjemniejsza praca na świecie. I nie sądzę, że gdybym swoją pisarską harówę zamienił na cokolwiek innego, byłbym szczęśliwszy niż teraz. W końcu mamy skłonność do idealizowania cudzej rzeczywistości. Do wyciągania wniosków ze strzępów prawdy. Z puzzli, których nie bylibyśmy w stanie ułożyć bez podpowiedzi na opakowaniu. Czasem można dojść do fatalnej konkluzji, jeśli nie dostrzeże się całego obrazka. Dlatego warto się wysilić, aby dojrzeć całość.

    A teraz – czas zaplanować pościk z tym felietonem. Ooostatni. Obiecuję.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Samotność w sieci dwa zero”, lutowy felieton Jakuba Ćwieka

    Nigdy nie byłem fanem książki, do której tytułu pozwoliłem sobie nawiązać, ale teraz jak nigdy wcześniej mam wrażenie, że jej przekaz jest mi bliski.

    Kiedy w 2005 roku rozpoczynałem swoją przygodę pisarską – jako początek tej konkretnie przygody celowo wskazuję rok debiutu, nie napisania pierwszych tekstów – byłem już mocno zaangażowanym środowiskowo fanem fantastyki. Regularnie jeździłem na konwenty, gdy była okazja wygłaszałem prelekcje albo organizowałem konkursy i ogólnie robiłem tyle, ile się dało, by się środowisku przysłużyć. Bo, to myślę ważne, traktowałem te wydarzenia jako coś, co fani robią dla fanów. Trochę jak – pozwolę sobie użyć porównania mego przyjaciela, Piotra W. Cholewy – składkowe ognisko, gdzie każdy się dorzuca, a i tak przynosi, co może. Jeden kiełbasę, drugi gitarę, śpiewnik i masę zapału…

    Gdy zadebiutowałem książkowo, nie zmieniłem podejścia. Wciąż najważniejsze było dla mnie spotkanie z fanami, rozmawianie z nimi, spędzanie czasu. Jedyna różnica była taka, że część spośród tych fanów była już nie tylko fanami fantastyki ogólnie, ale także moimi i moich książek. To była nowa sytuacja, w której musiałem się odnaleźć.

    Czy mi się udało, czy nie, to temat na osobne rozważania. Ważne jest jednak, żeby podkreślić, że od 2005 roku do 2011 odbyłem kilkaset spotkań autorskich, średnio pięćdziesiąt na rok, a rekordowo prawie dwa razy więcej. I jeżdżąc tak od Przemyśla po Szczecin i od Olsztyna po Kłodzko nieustannie powtarzałem, że to najlepsza część mojej pracy. Ten nieustanny kontakt z ludźmi, możliwość porozmawiania z nimi, napicia się piwa. Chciałem kontaktu z czytelnikami nie dlatego, że podbudowywało to moje ego – chociaż, nie ukrywajmy, to też miało znaczenie – ale przede wszystkim dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi. Lubię ich słuchać, spierać się z nimi i zgadzać. Inspirować ich i dać im się zainspirować. Dość powiedzieć, że wielu moich fantastycznych przyjaciół, nauczycieli różnych dziedzin życia poznałem dzięki temu, że czytali moje książki!

    Ktoś może zapytać, skąd taki, a nie inny czasowy przedział w zdaniach powyżej. Dlaczego wspominam o 2011 roku? Otóż wtedy właśnie, o ile pamięć mnie nie myli, powstał mój fanpage na Facebooku.

    Byłem jednym z pierwszych autorów, którzy się na to zdecydowali. Współpracowałem akurat z pewną agencją Social Mediową, budując dla niej komunikację dla kilku dużych marek i byłem pod wrażeniem tego, co działo się wokół mnie. To były początki tej branży w Polsce, wiele zasad się dopiero kształtowało, ale powietrze aż iskrzyło potencjałem. Dla mnie, człowieka, który w jednej chwili był na Facebooku Królem Sobieskim i uczył, jak nie przeklinać na fanpage’u wódki, innym razem cwaniackim podrywaczem rodem ze starych reklam dezodorantów AXE, a wreszcie troskliwym wsparciem dla matek w ramach Mothercare, najważniejsze było jednak to, że ludzie chcą w sieci rozmawiać. I to rozmawiać inaczej niż na hermetycznych forach, na których muszą się logować, zapisywać i regularnie sprawdzać, co się dzieje. Tu pojawiałeś się, lubiłeś i komentowałeś. Buńczuczne hasła, że oto Internet dorobi się wreszcie komunikacji dwukierunkowej pełną gębą zdawały się działać.

    www.unsplash.com/Glen Carrie

    Nie będę krył, czułem się wielki, gdy mój fanpage przekraczał kolejne granice polubień. Gdy mój prywatny Facebook, na który przyjmowałem każdego dorobił się najpierw tysiąca, potem dwóch, wreszcie prawie pięciu tysięcy znajomych. Każdy mój wpis był, tak czułem, wypowiedzią z wysokiej katedry. Był przemówieniem, ale i spotkaniem autorskim w wersji online. Opcją dla moich czytelników zderzenia się ze mną we własnym domu. A potem przyszły rozczarowania.

    Pierwszym było spostrzeżenie, że ludziom nie chce się czytać. Wyrywane z kontekstu hasła, słowa klucze – prawdziwe lub nie – stanowią podstawę do dziesiątek komentarzy nie na temat. Chęć podzielenia się myślą nie wywołuje dyskusji, a jedynie kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt wzniesionych w górę kciuków. Wiem, jak utrzymać czytelniczą uwagę na spotkaniu autorskim, ale tu, w sieci, czuję się w tym względzie całkowicie bezradny. Trochę jak różnica między kinem, a Netfliksem, którego możesz zapauzować na siku, na odebranie telefonu czy cokolwiek innego. Korzyść czy strata?

    Drugie spostrzeżenie jest takie, że w sieci nie widzisz, kiedy odchodzi wzajemna fascynacja. Mam obecnie przeszło trzynaście tysięcy fanów w ramach mojego fanpage’a. I nie ma znaczenia czy to dużo, czy mało. Liczy się bardziej to, że ogrom tych ludzi zalajkował Jakuba Ćwieka, pyzatego typka, który zapylał z konwentu na konwent i obiecał, że domknie rozpoczętą i lubianą serię książek fantasy. Rzecz w tym, że to już dawno nie ja i już nam się z wieloma z tych wczesnych fanów drogi rozeszły. Im zmieniły się gusta, mnie pisarskie ambicje, a lajki na stronie wiszą. Jesteśmy jak stare małżeństwo, które już się nie kocha, może nawet nie lubi, ale też sobie nie wadzi. A że mieszkanie duże, można się mijać.

    Widać to szczególnie, gdy wrzucam jakiś post i promuję go na fanów strony. Jednocześnie z dużym odzewem na sam wpis pojawia się spory odpływ ludzi z fanpage’a. I oczyma wyobraźni widzę tego typka czy koleżankę, któremu wyskakuje nagle mój wpis, a on czy ona patrzą na niego zdziwieni: To ja go jeszcze w ogóle lubię? Ilu wtedy odkliknie, a ilu oleje, bo w końcu nie wyskakuję im aż tak często?

    Wspomniałem o targetowaniu. Nie żebym miał przeciwko, że Facebook chce na mnie zarabiać – w końcu w idealnym świecie ja też czerpię ze współpracy z nim korzyść – ale chyba nie umiem się odnaleźć w świecie, w którym płacę za to, że ktoś pomaga mi się narzucać ludziom. Widzę jednak różnicę między chęcią zbudowania więzi między czytelnikiem a autorem, relacji dwustronnej opartej na częstych rozmowach w sieci, a bezpośrednim przekazem reklamowym. Gdy umieszczam grafikę z zapowiedzią nowej książki czy spotkania, to płacąc za to, nie czuję się dziwnie. Ale gdy piszę tekst, w którym dzielę się jakimś przemyśleniem, odkryciem, mam z tym problem, którego nigdy nie miałem na autorskim.

    www.unsplash.com/Marc Schäfer

    Wiem, brzmię trochę jak zgorzkniały typ gadający truizmy. Rzecz jednak w tym, że z jednej strony czuję tę presję istnienia w świadomości społecznej, w social mediach, o której pisał tu kiedyś Wojtek Chmielarz. Z drugiej mam poczucie, że ulegając przystępności nowej formy komunikacji z odbiorcami, krok po kroku szedłem przez te lata na coraz mniej korzystne kompromisy. Najpierw skrócenie tekstów i złagodzenie ich przekazów – bo kto chce nieustannie wychodzić na pieniacza? Następnie pójście w zdjęcia kosztem tekstu. W filmiki kosztem notatek. W szybkie, znikające zaraz Instastory. Mówiąc krótko, obecne Social Media chcą, żebym wyrażał się krótko, szybko i możliwie za pomocą obrazka, a dodatkowo wynajmował specjalistów, którzy skutecznym nagabywaniem ściągną mi więcej ludzi, którzy sami z siebie raczej by do mnie nie przyszli.

    Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę znikać z social mediów, nie o to chodzi. Po prostu nie wiem czy jest w nich miejsce dla pisarza czy w ogóle gawędziarza, który tym właśnie chciałby pozostać. I choć bawi mnie wrzucenie takiej czy innej fotki na Insta, nie wiem czy chciałbym być człowiekiem pozą, chodzącym bon-motem. Czy naprawdę chcę, jak to już parę razy robiłem w przeszłości, zabiegać o uwagę sztuczkami, jakie wyniosłem z agencyjnych czasów?

    Wiem natomiast jedno i z tym zamierzam coś wkrótce zrobić. Z przeszło trzynastu tysięcy ludzi na moim FP spora część musiałaby się dziś pewnie zastanowić, kim jestem. I to w zasadzie jedyne, co nas w tym momencie łączy. Czas to zmienić.

    Jakub Ćwiek

  • „Przeminęło z lajkiem”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pisarze w social mediach są z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze po to, żeby sprzedawać więcej książek. Po drugie, żeby połechtać swoje ego. Dobrze, żeby ten drugi cel nie przysłaniał pierwszego.

    Nie jestem wielkim specjalistą od social mediów. Właściwie to nie jestem żadnym specjalistą. Podziwiam ludzi, którzy potrafią to ogarniać. Takich, jak chociażby obecny na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja raczej mozolnie przebijam się przez plątaniny linków, morza gifów i kamieniołom kontentu, próbując jako tako nawiązać i zbudować relację ze swoimi czytelnikami, a może przy okazji zdobyć kilku nowych. Częściej popełniam błędy niż odnoszę sukcesy. Sprawdzam, co interesuje odbiorców, a co ich nudzi. Wychodzi jak wychodzi. Na facebooku mam około 2 tys. fanów. Na Instagramie ledwie 200, ale tam zacząłem się bawić dopiero niedawno. Kiedy opowiedziałem o tych liczbach Jakobe Mansztajnowi (połówka Make life harder), widziałem malujące się na jego twarzy zmieszanie, kiedy szukał sposobu, żeby powiedzieć mi w delikatny sposób, że te liczby są oględnie rzecz ujmując – mało imponujące. Niepotrzebnie. Wiedziałem o tym. Pewnie potrafiłbym nawet w dość łatwy sposób podbić liczbę lajków. Wystarczyłoby zamieścić parę zdjęć słodkich kotków z „motywacyjnymi” sentencjami, napisać kilka ostrych tyrad politycznych, w których atakowałbym jednych lub drugich (albo obu naraz), a może spróbować pójść w skandal i w wulgarno-satyryczny sposób skrytykować jedną z głośniejszych książkowych premier tego roku. A może inaczej, sprzedać parę rodzinnych historyjek. Przecież opowieści o tym, co słodkiego wyczyniało moje dzieciaki albo co zniszczył pies, zasługują ma parę lajeczków, co nie?

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Niektórzy tak robią. Nie oceniam. Działam w tych social mediach i próbuję w ten sposób sprzedać kilka książek więcej. Ale bez przesady. Informuję więc czytelników o planach literackich, spotkaniach, datach premiery, podtrzymuję zainteresowanie. Słowem, staram się, żeby kiedy w księgarni zobaczą powieść z nazwiskiem Chmielarz na okładkę, zatrzymali się na chwilę i zastanowili, czy jej nie kupić. Równocześnie toczę sam ze sobą nieustające negocjacje na temat tego, co mogę ujawnić o swoim życiu, a czego nie wypada. Social media to w ogóle zdradliwe środowisko. Łatwo się w nim poczuć ważnym. Like’i uruchomiają ośrodek przyjemności w organizmie, jakby naprawdę miały jakieś realne znaczenie. Chcemy ich więcej, i więcej, więc łatwo przekraczamy kolejne granice, żeby zdobyć jeszcze większą widownię. Łatwo o większą lub mniejszą wpadkę. W Polsce nie mają one tak wielkiego znaczenia, jak na Zachodzie. Tam jeden nieostrożny tweet potrafi zniszczyć karierę i niemalże życie (jak to opisuje Jon Ronson we „#Wstydźsię!”). Ja jestem ostrożny. Jak najmniej informacji osobistych. Polityka rzadko. Tylko wtedy, kiedy na sto procent jestem przekonany do słuszności danej sprawy. Żadnych opowieści o dzieciach, szanuję ich prawo do prywatności. Sporo o książkach, bo w końcu jestem pisarzem. Trochę zasłyszanych anegdotek. Nie wiem, czy to dobra strategia obecności w social mediach. Wiem za to, że kiedy spojrzę na swój profil za rok, dwa czy pięć, nie będę się musiał wstydzić niczego, co tam znajdę. Jak zaobserwowałem, stosuję jedną z dwóch głównych strategii obecności w sieciach społecznościowych. Ta bezpieczniejsza. Druga, bardziej ryzykowna, zakłada pójście w kontrowersje. Wyraźne i mocne przekazanie pokazanie swojego zdania na dowolny temat. Czasami w sposób szczery, bo coś nas faktycznie wkurza, czasami po to, żeby tylko zrobić wokół siebie szum. Są pisarze, które potrafią na tym sporo wygrać. Kojarzę też kilku, którzy na tym równie wiele przegrali. Nie chcę tutaj rzucać nazwiskami. Jest po prostu paru autorów, którzy musieliby się mocno napracować, żebym sięgnął po ich książki po tym, kiedy zobaczyłem, jak się zachowują w sieci. Niby powinno się oddzielać autora od dzieła, ale czasami złe wrażenie jest na tyle silne, że trudno się przemóc.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Żeby też nie było do końca cynicznie, kontakt z czytelnikami, jaki nawiązałem na facebooku, sprawia mi cholerną przyjemność. Dobrze jest wiedzieć, że moje książki do kogoś trafiają. Że ludziom podobają się one na tyle, że chce im się poświęcić te kilka minut, żeby mi o tym napisać. Świetna sprawa. Ale też mam wrażenie jest zapotrzebowanie na naszą obecność w sieci. Czytelnicy chcą mieć możliwość wirtualnego przynajmniej spotkania się z ulubionym autorem. Poznania go odrobinę bliżej i bardziej. Sam długo broniłem się przed oficjalną i pisarską obecnością w social mediach. Złamałem się w końcu, ale żałuję, że zrobiłem to tak późno. Facebook i Instagram powoli stają się obowiązkowymi pisarskimi narzędziami, na równi z edytorem tekstu. Szczerze rzecz mówiąc, nie wiem, co na ten temat sądzić. Z jednej strony, fajnie by było wrócić do tych prostych czasów, kiedy wystarczyło po prostu pisać książki. Z drugiej, nigdy pisarze nie mieli szansy tak łatwo i tak szybko nawiązać bezpośredniego kontaktu z czytelnikami. Zastanowię się, nad tą kwestią. A jak już coś wymyślę, to możecie być Państwo pewni, że przeczytacie o tym na moim profilu.

    Wojciech Chmielarz