Tag: stephen king

  • Stephen King i kryminały, czyli tekst ekspercki w dniu urodzin autora

    I. Mój Stephen King

    Każdy pewnie ceni go za co innego. Dla mnie Stephen King to przede wszystkim znakomity psychologizm postaci, wiarygodne charaktery, rysowane krótkimi, trafnymi pociągnięciami pióra. Nie bawi się w mozolne opisy, pełne nieudolnie doklejanych epitetów, zamiast tego szkicuje drobiazg, małą sytuacyjkę, w której postać coś robi lub myśli, a my już wiemy, z kim mamy do czynienia. Potrafi oddać meandry myślenia obłąkanych dewiantów, lubuje się w opisach ich zwariowanych pomysłów, niestandardowego kojarzenia i umiejętności przypisania innym własnych intencji. Psychotycy to jego ulubieni źli bohaterowie. Równie dobrze wychodzi mu chwytanie cech ich ofiar: maltretowanych żon i dzieci, przerażonych nastolatków, poczciwców łatwo wpadających dzięki swej poczciwości w pułapkę.

    Kocham Stephena Kinga za coś najbanalniejszego na świecie: rys obyczajowy. Jednym z jego najważniejszych i najbardziej udanych bohaterów jest amerykańska prowincja z jej nudną codziennością – to najlepszy grunt dla horroru. W atmosferze sennych, nijakich dni, w otoczeniu dobrotliwych sąsiadów, w najbardziej intymnych miejscach, jak dom, ogród, sklep, szkoła – tam rodzi się prawdziwie przerażające zło.

    Uwielbiam język Kinga, jego zakorzenienie w literaturze. Jest zwierzęciem literackim, u którego granica pomiędzy fikcją zaczerpniętą z literatury, a realnym doświadczeniem osobistym, jest zupełnie zatarta. Jak sam przyznaje, czyta bez przerwy i wszędzie, więc jego zanurzenie w materii literatury jest permanentne. Nie tylko popularnej, także tej tzw. wysokiej (Szekspir, Dostojewski, Elliot, Poe). Cytatami z niej żongluje równie swobodnie, jak tekstami piosenek. Nie boi się zaczerpnięć i parafraz, z nich na przykład utkana jest ośmiotomowa Mroczna wieża, której tytuł zresztą również zaczerpnięty został z klasyki: Robert Browning, Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął. Język literatury wysokiej dopiero wtedy w pełni zachwyca, gdy przepleciony zostaje z językiem potocznym, dopiero wtedy widać jego wirtuozerię, dialogiczność i wielorakość mowy ludzkiej. King potrafi uwodzić swobodą w posługiwaniu się nią.

    Mistrz grozy wciąga mnie w swoje lęki i koszmary, ponieważ lokuje je zwykle w dzieciństwie. Najlepsze książki Kinga przenoszą nas w szczenięce lata, tam, gdzie leży jądro naszego doświadczenia świata, czyli de facto – naszego strachu przed nim.

    I wreszcie, Stephen King pisze sobą. Jego powieści zawierają tak wiele wątków autobiograficznych i autotematycznych, że w jakimś sensie wszystkie one składają się na jedną wielką autobiografię. King nie szuka specjalnie daleko, sięga do własnych doświadczeń i z nich montuje charaktery głównych bohaterów. Dominują alkoholizm i kryzysy twórcze, ale również takie konkrety, jak przeprowadzka do nowego domu (Cmętarz zwieżąt), uporczywy ból wskutek wypadku, który prowadzi do szaleństwa, ale i daje natchnienie (Misery) itd.). Ciekawe są postacie kobiece (Gra Geralda, Rose Madder, Dolores Claiborne), w których do głosu dochodzi ta druga, kluczowa dla pisarza część, czyli anima.

    II. Mistrz horroru pisze kryminał

    Kiedy parę lat temu świat czytelniczy obiegła lotem błyskawicy informacja, że Stephen King pisze kryminał, wśród jego wielbicieli dominowały wątpliwości, czy mistrz da radę. Mnie zajmowało co innego. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym kryminałem. Czy nie wystarczy mu być mistrzem grozy i pozazdrościł innym, bo kryminał jest wyższy, albo bardziej „rynkowy”? W podejrzeniu tym wspierały mnie takie drobiazgi jak to, że jedna z bohaterek Panu Mercedesie nazywa się Janey Patterson, czyli prawie jak James Patterson, jego największy rywal na liście najbogatszych pisarzy. W dodatku King uśmierca ją pod koniec powieści. Przypisywałem mu również kaprys sprawdzenia się w innej formie, co jest cechą prawdziwych mistrzów. Kiedy osiągniesz szczyt w pewnym gatunku czy stylu, porzucasz go i sięgasz po nowy. Nurtujące mnie przy tej okazji pytanie, czy można tak łatwo zmienić formę, zakładałem również u samego Kinga, i bardzo mnie ciekawiło, co z tego wyjdzie.

    III. Recenzje i omówienia:

    Popełniłem błąd, wynikający po części z naiwności, a po części z nawyku zawodowego, to znaczy zanim sformułowałem swoje sądy, sięgnąłem do recenzji. I tych drukowanych, i tych internetowych, hulających po portalach i blogach jak wiosenne wiatry. Tysiące wypowiedzi, setki opinii, dziesiątki długaśnych recenzji, które w ogólności sprowadzały się do mniej lub bardziej nieudolnych streszczeń oraz dwóch nawzajem się wykluczających konkluzji: Mistrz jak zwykle w świetnej formie! oraz King się skończył. Tak jakby chodziło o ogłoszenie werdyktu w jakiejś walce gladiatorów. Dać laur albo zabić. Nic pośredniego. No, ale tak zwykle wyglądają werdykty tłumu, pozbawione niuansów i rzetelnego rozważenia argumentów, na czym wielu się już przejechało, nie wyłączając Jezusa Chrystusa. Zniechęcony zamknąłem to niby-krytyczne targowisko próżności. Okazało się to, co zawsze – w ocenie byłem skazany wyłącznie na siebie. Wziąłem klocki, poszedłem do kącika, usiadłem na podłodze i zacząłem je układać po swojemu.

    IV. Trylogia kryminalna S. Kinga

    Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to zmiana tonu. King odszedł od swojego bogatego, brawurowego i wielowarstwowego języka na rzecz spokojnej, jednostajnej, by nie rzec – monotonnej narracji. Niewiele w Panu Mercedesie było z brawury Lśnienia czy Bastionu. Postacie jakby się uspokoiły, opanowały, okiełznały swoje charaktery i nawet psychol Brady Hartsfield mówi jakoś mniej porywczo i obłąkańczo niż, dajmy na to, Jack Torrance. Czytało się jednak nadal świetnie. Tylko nieco inaczej.

    Druga obserwacja dotyczyła autocytatów. King bawił się sam ze sobą (bosz, jak to brzmi), cytował własne utwory i postacie, a nawet pomysły. Okej, czynił to już dawniej, ale tutaj jakby chciał się tym popisać, świadomie sparafrazować siebie. A może z nostalgią przywołać tamtego, dawnego Kinga. I tak na przykład znajdziemy tu klauna Pennywise’a z To, albo samochód, który sam startuje i zabija ludzi (Christine).

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Trzecia obserwacja potwierdzała stały chwyt narracyjny króla grozy, czyli autobiografizm. Bill Hodges jest jak Stephen King – stary, schorowany i myślący o śmierci, ale już nie tej wyobrażonej, horrorowej, w tanich dekoracjach z tunelu grozy w wesołym miasteczku, tylko tej prawdziwej, realnej śmierci na raka albo zawał. Główny bohater jest też trochę staroświecki, nie zna się na nowinkach technologicznych i młodsi o jedną, dwie generacje pomocnicy muszą sporo detektywistycznej roboty wykonać za niego, ponieważ związana jest z komputerami, internetem i całym tym straszącym emerytów światem cyfrowym. To najnowszy lęk Kinga i jego protagonisty – rzeczywistość wirtualna. To, czym żyją nowe pokolenia, jest coraz dalsze i bardziej obce, i budzi pierwotny, dziecięcy lęk. Wszak na starość wracamy do dzieciństwa…

    Kolejne moje spostrzeżenie dotyczyło samej konstrukcji kryminału. Forma tak, jak powszechnie wiadomo, budowana jest zwykle na schemacie śledztwa i możliwości kombinatoryczne są tu dosyć ograniczone. Albo usiłujemy rozwiązać zagadkę, albo znamy rozwiązanie od początku, a śledzimy sposób dochodzenia do niego głównych bohaterów. U Kinga można tu dostrzec pewną innowację, wywiedzioną z jednej z jego mocnych stron, czyli psychologizmu. Otóż śledztwo na początku jest przede wszystkim myśleniem, kombinowaniem, szukaniem nici (wariant porucznika Columbo), natomiast w finale jest psychodramą. W tym sensie kryminał Kinga jest trochę nietypowy: rozstrzygające są charaktery i sposoby myślenia ściganego i ścigającego, natomiast sama gonitwa, wybuchy itd. są już dosyć stereotypowe.

    Szaleniec, odmieniec, potwór jako sprawca. W tym kierunku kryminał światowy zmierza już od jakiegoś czasu i King nie jest tu bardzo oryginalny. Konstruuje zresztą portret psychologiczny Brady’ego Hartsfielda na podobieństwo swoich dawnych bohaterów (na przykład Mroczna połowa, Bastion, Dallas’63). Najciekawsze są momenty, kiedy w jego usta wkłada poglądy całkiem przenikliwe i takie, pod którymi chętnie byśmy się sami podpisali. W Panu Mercedesie potwierdza, że nadal potrafi świetnie wchodzić w umysły szalonych sprawców:

    Wszystkie religie kłamią. Wszystkie zasady moralne są złudzeniem. Nawet gwiazdy to miraż. Prawdą jest ciemność i jedyne, co się liczy, to złożyć oświadczenie, zanim wejdziesz w tę ciemność. Naciąć skórę świata, żeby została blizna. Ostatecznie tym jest cała historia: tkanką bliznowatą.

    Zło musi być obrzydliwe, w jakimś sensie zboczone i instynktownie je odrzucamy. A zarazem fascynuje, przyciąga, kusi…

    www.unsplash.com/James Sutton

    W trylogii kryminalnej King używa również innego ze swych sprawdzonych narzędzi. Konstruuje żywe, przekonujące postacie, nawet kiedy nie jest to potrzebne. Zgromadzeni przed City Center ludzie, dziewczyna z dzieckiem, chłopak… – niepotrzebnie ich polubiliśmy, ponieważ zaraz zginą. Pojawia się coś w literaturze niesłychanie męczącego, uwierającego psychicznie, niewygodnego, a mianowicie zbędna empatia. Wczuwamy się w fikcyjne postaci po to, by zaraz je utracić i zostać z pustymi rękami.

    Doszedłem do wniosku, że Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty to właściwie nie są kryminały, a kolejne horrory opowiadające o tym, że trzeba zatrzymać patologiczne zło, którego jedynym celem jest niszczenie ludzi. Kryminał jest pretekstem, i tak od początku wiemy, kto zabił. Prawdziwe zło dopiero ma się wydarzyć. Ważniejsza od śledztwa jest rywalizacja pomiędzy gliniarzem a sprawcą. Tu nie ma kryminalnych zagadek w klasycznym sensie. Ważne jest, jak się na końcu złapie patologicznego zabójcę, uniemożliwiając mu dokonanie straszliwego zamachu. Ośrodkiem zainteresowania autora nie jest dochodzenie, lecz lęk przed niesamowitym, szalonym, przed tym, co leży gdzieś poza słowami, na samym dnie mrocznej ludzkiej duszy.

    O tym, że mamy do czynienia z horrorem, przekonuje nas sam Stephen King. W Dance macabre poucza nas o trzech poziomach strachu w horrorze:

    GROZA – najwyższy poziom, kiedy strach wywołuje to, co rodzi się w umyśle (opowieść o haku na klamce samochodu, pierścionek i ślad stopy w Grze Geralda). W trylogii kryminalnej Kinga czymś takim jest wnętrze umysłu Brady’ego Hartsfielda.

    STRACH – jako reakcja fizyczna, realna, ponieważ wywoływana przez coś, czego naprawdę się boimy (np. chodzący trup). W trylogii może być czymś takim przypadek z Końca warty, czyli człowiek z kimś obcym w mózgu.

    I wreszcie OBRZYDLIWOŚĆ – boimy się czegoś, co jest wstrętne, odpychające, a zarazem niezrozumiałe (potworek wyskakujący z piersi w Obcym, monstrualna menstruacja w Carrie). Tu może być czymś takim grube ciało matki Brady’ego, które potem gnije w domu, albo rozerwane ciało Janey, czy też śmierć Cory Bobineau. Przykładów jest więcej.

    Parę słów warto jeszcze poświęcić narratorowi. Kim on jest? Zna i detektywa Hodgesa, i Brady’ego Hartsfielda, siedzi w głowach obu antagonistów i prowadzi narrację bawiąc się nią. Nie tylko wie wszystko, ale ogrywa tę wiedzę (np. kulki w kamizelce Brady’ego są takie same, jak w Happy Slepperze Hodgesa). Potwierdza się to, co mówiłem wcześniej: Stephen King panuje nad narracją, język służy mu jak poddany królowi (w końcu king to król). W ciekawy sposób prowadzi on narrację o śmierci głównego bohatera na końcu. Jest ona i oczekiwana, i konwencjonalna. Miałem wrażenie, że sam King żegna się tu ze światem, pozostawiając swoich bohaterów jak sieroty, płaczące (również bardzo konwencjonalnie) na jego grobie. Jakby jeszcze jednym z tematów swojej trylogii chciał uczynić odejście w przeszłość nie tylko samego Kinga, ale całej jego epoki. Narracja w scenach z Billem Hodgesem prowadzona jest w czasie teraźniejszym, rzeczy dzieją się na naszych oczach, równolegle. Trochę jak scenariusz filmowy.

    Przyszło mi do głowy jeszcze coś. Stephen King chciał napisać kryminał, ponieważ pewien facet parę lat temu wyprzedził go w liczbie sprzedaży książek na świecie. Nazywa się James Patterson i pisze kryminały (wspominałem, że kobieta Billa nazywa się Janey Patterson i ginie na końcu). Patterson to proste historie, banalny, mało literacki język, krótkie rozdziały, żeby nie męczyć czytelnika. Czuć, jak King w swojej trylogii próbuje to naśladować: powstrzymuje się, żeby nie hulać psychologicznie i literacko, jak dawniej. W pierwszym tomie nie ma już odniesień do literatury, cytatów z poezji, aluzji do wielkich dzieł. Jest trochę muzyki i komputerów – próba sprostania nowym czasom. W drugim już jest tylko literatura. King nie wytrzymuje i staje się sobą.

    Jeszcze jeden cytat z Danse macabre:

    Owa kwestia definicji [science-fiction kontra fantasy – KZ] to pułapka i osobiście nie znam chyba nudniejszego tematu do dyskusji. Podobnie jak niekończące się dywagacje na temat stóp rytmicznych we współczesnej poezji czy też możliwej roli, jaką odgrywają znaki przestankowe w opowiadaniach, w istocie jest to spór o to, ile diabłów może zmieścić się na czubku szpilki. Taki temat nie może być interesujący, chyba że uczestnicy dyskusji są mocno pijani albo są nimi studenci wyższych lat, oba te stany bowiem charakteryzują się zbliżonym poziomem niekompetencji.

    Gdzieś chyba tu lokuje się sedno, do którego zmierzam. Kingowi nie jest potrzebne definiowanie różnicy pomiędzy kryminałem a horrorem, ponieważ znamy go również jako mistrza w mieszaniu gatunków i przełamywaniu konwencji, czym zresztą uwodzi nas nie gorzej, niż wymyślaniem kolejnych powodów do strachu. Wspomnę tylko jeden, ale może najbardziej jaskrawy przykład, czyli Colorado Kida. Jest to świetny antykryminał, coś jak Śledztwo Lema, gdzie zagadka nie tylko się nie rozwiązuje, ale brnie w absurd i zostawia nas w niezaspokojonym oczekiwaniu. To nie tylko prztyczek w nos, ale i sygnał, że konwencje są dla pisarza głównie po to, by je przełamywać. On jest twórcą, a nie czeladnikiem. O jego podszytej cynizmem dezynwolturze w tych kwestiach mogą świadczyć motta do Znalezione nie kradzione:

    Tylko schodząc w otchłań, możemy odnaleźć skarby życia – Joseph Campbell

    Wszystko gówno znaczy – Jimmy Gold

    Mówiłem o autotematyzmie, jako jednym z wiodących tematów? W Znalezione nie kradzione pisarz tak mówi o swojej śmierci:

    Koniec lekarstw. Koniec wypominania sobie przeszłości, pobojowiska zniszczonych związków, zostawionych po drodze jak rozbite samochody. I koniec z obsesyjnym pisaniem, koniec z gromadzeniem tych notesów jak kupek króliczego gówna rozsianych wzdłuż leśnej ścieżki.

    King skleja fabuły ze swoich dawnych pomysłów (autoplagiat? autocytat? autoparafraza? – wszystkiego po trochę) i sprawia wrażenie, jakby mu to wcale nie przeszkadzało. Odnoszę wrażenie, że podobnie do swoich niektórych bohaterów (złych bohaterów!) zatracił poczucie granicy pomiędzy przeżytym a wymyślonym. I tak:

    problem Morrisa Bellamy z Jimmym Goldem (bohaterem trylogii zamordowanego pisarza Rothsteina – amalgamat Updike’a, Ph. Rotha i J. Salingera) podobny jest do problemu bohaterki Misery Annie Wilkes: Pisarzu! Nie wolno ci zabijać głównego bohatera! Tu Jimmy Gold zmieszczaniał i zdaniem Morrisa się sprzedał, więc zasługuje na śmierć;

    Morris w więzieniu jest jak bohater Skazanych na Shawshank: pisze za innych więźniów i zyskuje przychylność oraz opiekę. Dzięki temu wcześniej wychodzi;

    wnikanie w umysły innych w Końcu warty to niemal cytaty z Mrocznej połowy oraz Strefy mroku. („Ktoś inny jest w twojej głowie”).

    www.unsplash.com/Eli Francis

    Złe charaktery w obu tych przypadkach to ludzie, którzy literaturę traktują jak rzeczywistość. Nie potrafią odróżnić fikcji od realności. Autotematyzm przeplata się z autobiografizmem w sposób niemożliwy do rozplątania i wydaje się, że tyleż Kinga, co jego bohaterów. W Znalezionym nie kradzionym mamy odniesienia do Wyspy skarbów R. L. Stevensona i Złotego żuka E. A. Poego – jak mówiłem, wyobraźnia Kinga zanurzona jest w cudzych tekstach. Nie może sobie odmówić przyjemności wstawiania intertekstualnych odniesień. Dla niego, jak dla wymienionych klasyków, prawdziwym skarbem, bezcennym znaleziskiem o wartości nieporównywanej z niczym, jest sama literatura.

    I jeszcze jedno, kluczowe. Największym i najstraszniejszym potworem w twórczości Stephena Kinga jest człowiek. To jego tak naprawdę się boimy, jego wyglądu, czynów, myśli, intencji. Największą potwornością jest porządek rzeczywistości zburzony przez wariata, szaleńca, kompletnego świra, który w umyśle nosi przedwieczny chaos. Rzecz jednak w tym, że chcemy tego naruszenia porządku, i po to wkracza fantastyka. Świat realny, z jego racjonalizmem i zdrowym rozsądkiem, potrzebnym na przykład do rozwiązania kryminalnej zagadki, już nam nie wystarcza. Skoro i tak wielu rzeczy nie rozumiemy, to powiedzmy sobie jasno: duchy istnieją, a my lubimy ścigać ich cienie, nawet jeśli przy tym umieramy ze strachu. Albo przynajmniej pożeramy nadmierne ilości popcornu.

    Stephen King właśnie skończył siedemdziesiąt lat i jego własne doniesienia o końcu epoki Kinga wydają się zdecydowanie przedwczesne. Ponieważ deklaruję się jako jego wielbiciel, pragnę oświadczyć, że cokolwiek by jeszcze nie napisał, i tak przeczytam z zapartym tchem. Od pewnego czasu przestałem zajmować się ocenami w rodzaju King się skończył, albo King wiecznie żywy. Kiedy pojawia się jego kolejna książka, po prostu kupuję od razu w dniu premiery i czytam, wszystko inne odkładając na bok. Czy może być większy komplement dla pisarza?

    Krzysztof A. Zajas jest literaturoznawcą, kulturoznawcą, profesorem polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Napisał kryminalną „trylogię grobiańską” oraz horror „Oszpicyn”. Prywatnie jest fanem Stephena Kinga.

  • „Życie jest przereklamowane”, felieton Jakuba Ćwieka

    Czasami jest tak, że gdy przyjeżdżam na spotkanie autorskie do jakiejś miejscowości, lokalne media chcą zrobić ze mną wywiad. I choć oczywiście zdarzają się bardzo miłe, interesujące wyjątki, zwykle są to pytania klasyki z nieodzownym „skąd Pan czerpie pomysły”. I raz właśnie podczas takiego wywiadu na tego właśnie evergreena odpowiedziałem: Proszę pani, to proste. Moje historie są na faktach.

    Pani dziennikarka popatrzyła wtedy na mnie zaskoczona, coś na szybko sprawdziła w notatkach.

    – Przepraszam – powiedziała po chwili, wyraźnie zaczerwieniona – Musiałam coś źle doczytać, bo miałam wrażenie, że jest pan pisarzem fantastyki.

    – Tak – potwierdziłem. – To coś zmienia?

    Jej twarz znowu się zmieniła, tym razem przechodząc z zaskoczenia do zimnego, lodowatego wręcz gniewu profesjonalisty, z którego ktoś sobie robi jaja.

    – Proszę pana, ja tu poważny wywiad robię, proszę się nie wygłupiać – powiedziała, a ja karnie pokiwałem głową i dalej poszło już klasycznie.

    Tylko, że prawda jest taka, że choć faktycznie się wygłupiałem, to jednak powiedziałem całą prawdę. Moje książki, wszystkie bez wyjątku, oparte są na faktach. Z tym, że nie upatrywałbym w tym jakiegoś szczególnie ważnego newsa, bo weźcie proszę pod uwagę, że – wybaczcie bezpośredniość i wulgarność zwrotu – w przypadku prozy ta fraza… gówno znaczy.

    fot: unsplash.com/rawpixel

    Na faktach” mówi bowiem czytelnikowi dokładnie tyle: w oparciu o zaistniałe fakty autor stworzył fabułę swojej książki. Czy zatem jeśli pojadę na wakacje nad morze (fakt), zobaczę bogatych rodziców (fakt) i ich małą córeczkę, która rozmawia z lodziarzem w pewnym oddaleniu od rodziców (fakt), to czy wymyśloną i napisaną na tych wakacjach książkę o córce bogatych przedsiębiorców porwaną przez lodziarza dla okupu mogę nazwać książką opartą na faktach?

    Przykład może się wydawać absurdalny, ale zauważcie – nikt nie mówi, jakie powinno być właściwe stężenie udokumentowanych wydarzeń w fikcyjnej opowieści, by ta mogła uchodzić za „opartą na faktach”. Powołam się tu na przykład filmowy. Dziewięć lat temu na ekrany wszedł film zatytułowany „Nieznajomi” (oryginalnie „The Strangers”), krwawy dreszczowiec opowiadający o małżeństwie, które chce wypocząć w domku na odludziu. Tam zjawiają się trzy osoby i zamieniają życie pary w piekło. Powód? Bo akurat byli w domu. Cały film to miły dla oka, ale nie jakiś specjalnie udany festiwal trzaskających drzwi, groźnych ujęć, wrzasków, zakończony krwawą masakrą. Informacja na plakacie potęguje wrażenie. Mówi „oparte na prawdziwych wydarzeniach!”. Na tym się zresztą zasadza cała reklamowa strategia produkcji. Wszystko pięknie, ale całe fakty to historia z dzieciństwa reżysera, który opowiedział, jak to kiedyś zapukała do niego jakaś kobieta i zapytała o kogoś, kto tam nie mieszkał. Potem okazało się, że to była czujka włamywaczy sprawdzających, czy ktoś jest w domu. Reszta scenariusza filmowego to mniej lub bardziej luźne inspiracje akcjami rodziny Masonów i innymi filmami już wcześniej ogrywającymi podobne tematy.

    Weźmy coś bliżej naszego podwórka, zarówno geograficznie, jak i tematycznie. Dziennikarz, pisarz i wydawca Tomasz Sekielski wpadł na skądinąd całkiem sprytny pomysł serii „Na f/aktach” polegającej na tym, że znanym pisarzom daje się akta głośnych, swego czasu bulwersujących spraw kryminalnych, a ci mają w zamian stworzyć dobrą książkę opartą na faktach. I choć zdecydowanie będę ostatnim, który uzna ten pomysł za zły – wszak to jemu zawdzięczamy póki co najlepszą książkę Łukasza Orbitowskiego – to jednak ilekroć widzę książki serii, uśmiecham się pod nosem w ten specyficzny sposób zarezerwowany dla momentów, gdy dostrzegam, że ludzie nabierają się na zgraną sztuczkę iluzjonisty. Bo tym ta seria jest w istocie – sprytnym, świetnie pomyślanym, ale i w jakiś sposób wyrachowanym sposobem na zbijaniu kapitału na ludzkiej skłonności do voyeuryzmu, ale… i czytelniczych kompleksach.

    www.unsplash.com/Ben White

    Już wyjaśniam to drugie. Stephen King, w swoim „Jak pisać. Poradnik rzemieślnika” mówił o tym, jak ważne jest dla wielu czytelników, by w książkach beletrystycznych znajdowały się strzępy efektownej wiedzy w postaci ciekawostek. Upatrywał w tym części sukcesu chociażby Johna Grishama, który owszem, wymyślał swoje fabuły, ale przecież podobno opierał je czasem na prawdziwych sprawach, a w to, co pisał, nieustannie wpatał prawne ciekawostki . Dzięki temu wstydząc się, że folgujesz swemu plebejskiemu gustowi, bojąc się, co pomyśli sobie o tobie towarzystwo, do którego aspirujesz, możesz się zawsze bronić, że dowiedziałeś się z tej książki tego, tego i tamtego. To są skrawki prawdy lub wiedzy, które wyłowiłeś z tej całej fikcji. Prawie jakbyś wyławiał perły.

    Czytając, nie tylko zanurzałeś się w prawdziwej rozrywce, ale też pogłębiałeś swoją wiedzę, o rzeczy, które nie przydadzą ci się nigdy. A jeśli książkę dobrałeś uważnie, jeśli blurb otwiera lub zamyka zdanie „oparte na prawdziwych wydarzeniach”, jesteś podwójnym zwycięzcą, bo nie tylko posiadłeś wiedzę, ale i na własnych, czytelniczych zmysłach doświadczałeś prawdziwości starego porzekadła, że „życie jest najlepszym pisarzem”.

    Tyle, że… nie jest. Życie to fatalny pisarz, który ma momenty. Czasem pisze świetne sceny, ma masę naprawdę mocnych pomysłów, ale rozwleka akcję, rozbija ją na niepotrzebne wątki, mnoży bohaterów, wprowadza dłużyzny, tonę zbędnych dialogów, wreszcie – kompletnie nie dba o solidne podbudowanie postaci czy wydarzeń. U niego rzeczy się po prostu dzieją. Potrzeba potem godzin edycji, skracania i wycinania wątków, uproszczeń, przerabiania postaci, przyjmowanie odpowiedniej perspektywy, by coś z tego wreszcie osiągnąć. I to właśnie nazywamy dobrą książką.

    Dlatego do serii „Na f/aktach” trzeba było zaprosić pisarzy. By coś z tymi historiami z potencjałem zrobili ludzie, którzy zniekształcają, przycinają, a czasem łamią i sklejają na nowo. I to oni, nie życie, są tu pisarzami. Są tymi, którzy w opowieści mają ostatnie słowo. Życie jedzie tu na ich talencie i umiejętnościach, zbierając laury, gdy się uda, i wychodząc obronną ręką, gdy ktoś coś spieprzy. Słowem, życie choć pisarzem jest nieudolnym, ustawiło się fantastycznie.

    Ale pozwoliliśmy mu na to. Pozwoliliśmy, podchodząc do etykietek „na faktach” czy „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” z beztroską facebookowego scrollera czerpiącego wiedzę z memów. Widzimy coś takiego i już nie sprawdzamy proporcji, nie zastanawiamy się, ile w tym jest prawdy, ile domysłów, ile fikcji. „Na faktach” oznacza dla nas coraz częściej – historia totalnie prawdziwa, lekko udramatyzowana.

    A tymczasem, co udowadnia sztandarowe dla serii „Na f/aktach” dzieło Orbitowskiego, a także chociażby wyśmienita choć przerażająca książka Jacka Ketchuma „Dziewczyna z sąsiedztwa”, dobra historia nie potrzebuje podkreślania, że wzięła się z życia. Jest dobrze skonstruowana, wydarzenia wynikają jedne z drugich, nikt nie musi używać tarczy „ja wiem, że to się wydaje nielogiczne i bezsensowne, ale tak właśnie było w rzeczywistości, więc proszę mnie nie winić”. Bo to z kolei jest tchórzliwym szukaniem poza książką czegoś, co powinno być jej integralną częścią. Usprawiedliwianie swojego błędu w sztuce. Bycie demiurgiem na pół gwizdka!

    www.unsplash.com/Tom Hermans

    Żeby nie było wątpliwości do kogo, czy raczej przeciw komu kieruję te słowa. Na pewno nie jest to żaden zarzut wobec wydawnictwa Od deski do deski – rozumiem ideę stojącą za publikowaniem na książkach informacji „opowieść jest na faktach”, czy nawet tworzenia serii opartej na wspomnianej wyżej idei. Wydawca podąża za czytelniczymi oczekiwaniami i je spełnia. Popyt i podaż, sprawa oczywista. Chodzi mi raczej o coraz liczniejszą grupę czytelników, tych, nazwijmy ich prawdofili, uczących autorów lenistwa, tchórzostwa i asekuranctwa.

    Bo jeśli czytelnik musi przeczytać na okładce czy we wstępie, że coś się wydarzyło, żeby uwierzył, że mogło się wydarzyć, to pisarz się zwyczajnie nie spisał. Nie dał od siebie tego, co dla pisarstwa kluczowe, nie przekonał nas do swojej wizji świata, a jedynie oparł się na magiczności zwrotu „na faktach”.

    Stąd apel:

    Mamy reportaże, mamy wszelkie inne książki non-fiction, gdzie szukanie i odkrywanie prawdy ma znaczenie i jej wysoka procentowa zawartość warta jest podkreślania na każdym kroku. Ale jeśli chodzi o beletrystykę, poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami, niechże prawda faktów zostanie za kulisami, a najlepiej w ogóle w warsztacie. Tam jest jej miejsce. W prozie liczy się nade wszystko prawda emocji. A tę osiąga się w zupełnie inny sposób.

    Jakub Ćwiek

  • „Oszpicyn”, czyli horror klasy światowej.

    Premiera doskonałego horroru Krzysztofa Zajasa już  za trzy dni. Zobaczcie naszą rozmowę, rozmawiamy o „Oszpicynie”, Stephenie Kingu, a także o duchach przeszłości, które cały czas nam towarzyszą. 

     

  • Bigos, latająca prezerwatywa i książki Kinga.

    Najpierw chciałem Wam zaserwować 15-minutowy wywiad z Grahamem Mastertonem. Nikt by tego pewnie nie obejrzał, bo kwadrans to jednak kawał czasu. Szczególnie w sieci. Podzieliłem więc rozmowę na kilka osobnych plików. Każdy więc kliknie sobie w to, co go interesuje. Ja Was nie wkurzam, Wy oglądacie co chcecie. Rozmawialiśmy o Stephenie Kingu, prezentach od fanów, polskim jedzeniu i książkach o seksie. Smacznego. 

    O bigosie i innych smacznych potrawach:

     

    Wiecie o tym, że Masterton i King nigdy się nie poznali? Co więcej, Masterton…albo nie, zobaczcie sami 😉 

     

    Jak pewnie wiecie, Masterton napisał blisko 30 książek o seksie. Będą kolejne? 

     

    I na koniec prawdziwa torpeda. Jak się domyślacie, Graham dostaje sporo prezentów od fanów. Jaki był najdziwniejszy?