Tag: stephen king

  • W cieniu zakazanego Kinga, czyli rzecz o HB1069. Felieton Jakuba Ćwieka

    No to poszła w świat wiadomość z Florydy — książki Stephena Kinga zostają zakazane! I nie jest to żadna plotka, bo napisał o tym — wyrażając przy tym spore zaskoczenie owym faktem — sam król horroru. Jego tweet na ten temat, z ostatniego dnia sierpnia, ma na ten moment prawie dziewiętnaście milionów wyświetleń i blisko sto pięćdziesiąt tysięcy polubień. No bo jakże to tak? Gdzie my żyjemy, że książek zakazują?!

    Sytuację podkręca oczywiście fakt, że Floryda, gdzie King obecnie mieszka, jest stanem rządzonym przez Republikanów, z którymi pisarz się, delikatnie mówiąc, nie lubi. Zwłaszcza jego wpisy szydzące z Trumpa, albo wręcz otwarcie go wyzywające niosą się po świecie raz za razem, ku wściekłości zwolenników żółtowłosego zbawcy Qanonu.

    Może się więc wydawać, że to zemsta za te wpisy, prawda? W rzeczywistości jednak w ogóle nie chodzi o Kinga.

    Zacznijmy od tego, że sprawa nie jest nowa.

    Jej pierwszym etapem, było podpisanie w maju ubiegłego roku , przez republikańskiego gubernatora Florydy, Rona DeSantisa tak zwanego HB 1069 czyli ustawy stanowej regulującej szereg kwestii związanych z procesem edukacji. Dokument ten powstał rzekomo w odpowiedzi na szerokie zapotrzebowanie społeczne, a w rzeczywistości odnosił się do skarg szurniętych konserwatystek z organizacji zwanej „Mamuśki wolności” (Moms of Liberty).

    Tak się składa, że DeSantis, sam z mielonką zamiast mózgu, z Mamuśkami się zgadza, więc zlecił sporządzenie odpowiedniej ustawy. A ta zawiera między innymi punkt odnoszący się do kontroli społecznej (nie tylko rodzicielskiej) nad materiałami edukacyjnymi w szkołach.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Znaczy to mniej więcej tyle, że każdy obywatel może zgłosić zastrzeżenia do książek lub materiałów w bibliotece szkolnej, jeśli uzna, że przedstawiają one tematy związane z rasizmem, przemocą, tożsamością LGBTQ+, tematami zdrowia psychicznego, a także treści o charakterze seksualnym, nawet jeśli nie są pornograficzne. Takie materiały mogą zostać zdjęte ze szkoły już prewencyjnie, po samym zgłoszeniu, aż do czasu ich weryfikacji.

    Ustawa nie precyzuje żadnego z pojęć klasyfikujących do zakazu, pozostawiając ogromne pola do nadużyć (na przykład książka piętnująca rasizm też się do niego odnosi).

    Nie mówi jak długo taka weryfikacja miałaby trwać. W praktyce więc książka zdjęta z półki nawet bez sensownego powodu, może już na tę półkę nie wrócić

    Dokument podpisany, jak już wspomniałem, w maju, wszedł w życie w lipcu 2023. I to właśnie on spowodował, że z bibliotek szkolnych na Florydzie usunięto dziesiątki, jeśli nie setki książek, w tym między innymi dwadzieścia trzy tytuły autorstwa króla grozy. Są to między innymi „Carrie”, „To” czy „Wielki marsz”, w których faktycznie, nie da się temu zaprzeczyć, znajdują się treści związane z zachowaniami seksualnymi.

    Nie popieram zakazu, ale mówiąc szczerze o samego Kinga w tym przypadku gardłować mi się zwyczajnie nie chce. Jemu ta ustawa nie zaszkodzi, bo i tak jest przecież wszędzie. Kto będzie chciał, na pewno do niego dotrze bez większego trudu.

    Warto jednak wiedzieć, że głównym celem tego zapisu są przede wszystkim książki traktujące o seksualnej orientacji czy tożsamości płciowej ( takie jak chociażby „Gender Queer” autorstwa Maii Kobabe, opisująca tożsamość płciową i seksualność, czy „All Boys Aren’t Blue” George’a M. Johnsona, poruszająca kwestie rasizmu i tożsamości LGBTQ+).

    Skąd to przekonanie? Cóż, świadczą o tym inne punkty HB 1069.

    www.unsplash.com/Gene Gallin

    Mam na myśli między innymi kwestię całkowitego zakazu używania zaimków niezgodnych z płcią biologiczną: Nauczyciele i uczniowie nie mogą używać zaimków, które nie odpowiadają ich płci określonej przy urodzeniu. Szkoły nie mogą pytać uczniów o preferowane zaimki ani ich stosować, jeśli nie są zgodne z płcią biologiczną.

    Ważne dla ustawodawcy jest też ograniczenie nauczania o tożsamości płciowej i orientacji seksualnej: Zakaz dotyczy nauczania na ten temat w klasach od przedszkola do ósmej klasy. Jest to rozszerzenie wcześniejszej ustawy, nazywanej potocznie „Don’t Say Gay”.

    To, że z półek znikają książki Kinga, Huxleya czy Vonneguta to efekt tego, że może je zgłosić każdy. I ludzie, zwłaszcza konserwatyści, zgłaszają, przez co w samym tylko ubiegłym roku zablokowano blisko czterysta tytułów, a DeSantis chwali się, że inicjatywa oddolna spotyka się z takim zaangażowaniem.

    Ale pod płaszczykiem tej rzekomej oddolności, kryje się skoordynowane działanie republikanów mające na celu zablokowanie młodym ludziom dostępu do wiedzy, która pozwoliłaby im lepiej zrozumieć siebie i otoczenie.

    Dlatego jak tak teraz myślę, to chyba nawet mam w tej sprawie trochę do Kinga żal. Bo jeszcze raz, DeSantis i inni florydzcy konserwatyści są pieprznięci i chorzy z nienawiści i to jest jasne. Zakazywanie książek w taki sposób głupie. Ale King zamiast wykorzystać fakt znalezienia się w tej przykrej sprawie tak, by sprawnie przekierować spojrzenia mediów na prawdziwy problem, on — pisarz przecież spełniony — ściąga uwagę na siebie i tworzy temat zastępczy, skupiając na tym, że jakiś dzieciak nie będzie miał opcji wypożyczenia książki „To” w szkolnej bibliotece.

    Mimo wszystko szkoda.

    Jakub Ćwiek

  • „Billy Summers” – fragment najnowszej książki Stephena Kinga

    – Kiedy zadzwoniłem do twojego człowieka, Bucky’ego, powiedział, że chcesz przejść na emeryturę.

    – Myślę o tym. Długo robię w tej branży. Za długo.

    – Święta prawda. Ile właściwie masz lat?

    – Czterdzieści cztery.

    – Robisz to od czasu, kiedy zrzuciłeś mundur?

    – Mniej więcej. – Jest prawie pewien, że Nick to wszystko wie.

    – Ilu ich w sumie było?

    Billy wzrusza ramionami.

    – Nie bardzo pamiętam. – Było ich siedemnastu. Osiemnastu, licząc pierwszego, tego z ręką w gipsie.

    – Bucky mówił, że za porządne pieniądze być może dasz się namówić na jeszcze jednego.

    Czeka, aż Billy zapyta o szczegóły. Billy milczy, więc Nick mówi dalej.

    – Pieniądze za tego są bardzo porządne. Załatwisz to i będziesz mógł resztę życia spędzić w ciepłych krajach. Popijać piñe colady w hamaku. – Znów prezentuje ten swój szeroki uśmiech. – Dwa miliony. Pół bańki z góry, reszta po wykonaniu zadania.

    Billy reaguje gwizdnięciem, które nie jest elementem odgrywanej przez niego roli, czy raczej, jak sam to w duchu nazywa, jego „głupawego ja”, maski, którą okazuje typom pokroju Nicka, Franka i Pauliego. To jak pas bezpieczeństwa. Używasz go nie dlatego, że spodziewasz się kraksy, lecz dlatego, że nigdy nie wiesz, kto lub co nagle wyskoczy zza szczytu wzniesienia prosto na ciebie. Tak samo jest na drodze życia, którą ludzie jeżdżą jak im się żywnie podoba, czasem pędzą pod prąd na autostradzie.

    – Dlaczego aż tyle? – Do tej pory nigdy nie dostał więcej niż siedemdziesiąt patoli za robotę. – Nie chodzi o polityka, co? Bo takich zleceń nie biorę.

    – A gdzie tam.

    – To zły człowiek?

    Nick śmieje się, kręci głową i patrzy na Billy’ego z autentyczną sympatią.

    – Zawsze o to pytasz.

    Billy potakuje.

    Głupawe ja to może i ściema, ale prawdą jest, że Billy przyjmuje zlecenia tylko na złych ludzi. Dzięki temu dobrze sypia. Zarabia na życie pracą dla złych ludzi, jasne, że tak, ale nie widzi w tym dylematu natury moralnej. Jeśli chcą mu płacić za zabijanie innych złych ludzi, proszę bardzo. W gruncie rzeczy uważa się za śmieciarza z bronią w ręku.

    – To bardzo zły człowiek.

    – Okej…

  • Opiekuj się opowieścią. Krzysztof Zajas o „Billym Summersie” Stephena Kinga

    Zacznijmy od okładki. Czerwony pickup światłem reflektorów rozdziera na pół czarno-czerwony las. Spod rozerwanej ciemności wyłania się tekst. Samochód prze naprzód po bruku z liter. To fragment oryginału „Billy’ego Summersa”, a konkretnie autobiograficznych zapisków tytułowego bohatera (początek rozdz. 7, w pol. s. 136-137), budujących powieść w powieści. Czarno-czerwona ciemność stanowi jedynie papierową obwolutę, pod którą skrywa się opowieść. I figura interpretacyjna gotowa: rzeczywistość jest powierzchnią, a pisarz wydobywa spod niej historie do zapisania. One już tam tkwią, trzeba tylko rozerwać tapetę zdarzeń i sięgnąć po nie. Albo inaczej: prawdziwa historia Billy’ego Summersa spoczywa gdzieś pod spodem. Albo jeszcze inaczej: obwoluta rzeczywistości jest nieczytelna i mroczna, dopiero narracja wydobywa z niej sensy. Uspokaja. Tutaj narracją jest czerwony pickup.

    Billy Summers” to kilka powieści w jednej. Mamy zatem sensacyjną historię o weteranie z Iraku, który po powrocie zostaje płatnym zabójcą (w moim ulubionym stylu, czyli snajper) i przed przejściem na emeryturę podejmuje się – a jakże – ostatniego zlecenia. Jest dobry, najlepszy, i profesjonalizm połączony z frontowymi traumami czynią z niego idealnego zleceniobiorcę. Ma jedną żelazną zasadę: zabija tylko złych ludzi. Przed przyjęciem zlecenia musi mieć pewność, że sprzątnie kanalię. Ale tak naprawdę zabójcą jest od dzieciństwa, a znakiem jego właściwej, inicjalnej traumy jest prześladujący go całe życie nakaz matki: „Opiekuj się siostrą”. Nakaz, któremu Billy Summers w swoim przekonaniu nie zdołał sprostać. I ciągle próbuje. Dla zmylenia mocodawców lubi udawać głupca, w głębi duszy jest jednak człowiekiem wrażliwym i oczytanym – wypisz wymaluj materiał na pisarza.

    Istotnie, zaczyna spisywać historię swojego życia i to jest druga powieść o Billym Summersie. Mozolnie, strona po stronie zapisuje wspomnienia, zwykle bolesne i okrutne. Rejestr krzywd i traum. Trzecia powieść maluje sympatyczny portret prowincjonalnej Ameryki, z miłymi sąsiadami, towarzyskimi odwiedzinami i zwykłą ludzką dobrocią jako antidotum na nieusuwalne traumy. Aby wypełnić zadanie życia, trzeba będzie to dobro porzucić. Płatny zabójca, podobnie jak pisarz, nie może mieć normalnego życia. Czwarta powieść o Billym Summersie – dla przeciwwagi – jest tragicznym romansem dwojga ciężko doświadczonych ludzi, opowiadającym o pięknej i czystej miłości, która nie może się udać.

    Te cztery powieści splatają się ze sobą zadziwiająco spójnie. Każda z nich ma swoje osobne cechy narracyjne, każda jest snuta swoim stylem i w swoim tempie – a jednak składają się w pasjonującą całość. Nawet jeśli miejscami mamy wrażenie pewnej sztampowości rozwiązań (opowieść z Iraku jest jak rozpisany na głosy reportaż z NYT, a sceny sąsiedzkie na przedmieściach jak serial Netfliksa), nie ich oryginalność jest tu najważniejsza. A co? Myślę, że chodzi o coś w rodzaju znarratywizowania świata: wszystko jest opowieścią. Gdziekolwiek sięgniesz, rozwija się jakaś ciekawa ludzka historia, wszyscy jesteśmy zanurzeni po uszy w narracjach, własnych i cudzych. Brniemy przez nie jak ten okładkowy pickup przez papierową ciemność.

    Pamiętacie, jak parę miesięcy temu pisałem tutaj o moim maniackim szukaniu Wielkiej Metafory w tekstach Kinga? Mówiłem, że „Później” to jest próba pisania zza grobu, z perspektywy śmierci. Jakby pisarz usiłował przekroczyć nieprzekraczalną granicę i opowiedzieć coś z zaświatów. Jakby chciał wyprzedzić śmierć i wysłać zawczasu opowieść Stamtąd. W „Później” pomysł z umarłymi, którzy muszą mówić prawdę, wydawał mi się właśnie taką Wielką Metaforą literatury. Tylko ona po nas pozostanie. Narracja zza grobu.

    Ośmielam się twierdzić, że miałem rację, ponieważ w „Billym Summersie” jest podobnie, tylko jeszcze dalej. Główny bohater ma do wykonania dwie prace i wbrew pozorom ta druga jest dla niego ważniejsza. Jako płatny zabójca musi zastrzelić złego człowieka – symbolicznie, na schodach budynku sądowego. Natomiast jako człowiek myślący o rychłej śmierci musi napisać autobiografię.

    I taka jest jeszcze jedna, piąta powieść o Billym Summersie, streszczająca się w pytaniu: co będzie z moją opowieścią, kiedy umrę? Tytułowy bohater nie zdołał dokończyć swojej autobiografii, robi to za niego dziewczyna, którą uratował (spokojnie, to nie spojler). Ona musi to zrobić, ponieważ od pewnego momentu jest to tyleż jego historia, co jej. Życie i literatura splatają się do tego stopnia, że nie sposób rozstrzygnąć, gdzie kończy się jedno i zaczyna drugie. A ludzie przekazują sobie opowieść jak pałeczkę w sztafecie. Ja odchodzę, ale ty opowiadaj dalej, jak było (patrz: Hamlet i Horacy). W dodatku literatura ma swoją cudowną, magiczną moc: może cofnąć czas i odwrócić śmierć. Jest silniejsza od rzeczywistości, włada nią. Twoja śmierć, kochany, nie wydarzyła się do końca i nieodwracalnie, można ją anulować. W opowieści. No, tu już bez szczegółów, bo to byłby spojler.

    Co ma wspólnego najemny rzezimieszek z twórcą? Gdzie jest nić łącząca płatnego zabójcę z pisarzem? Szybko ją znalazłem. Przypomniałem sobie, jak się zaczęło moje pisanie kryminałów i jak wkładałem w mechanizm prywatnej zemsty bohaterów własne lęki, obsesje, urazy. Brałem odwet na łajdakach, palcami na klawiaturze zabijałem dewiantów i ratowałem niewinne ofiary, samemu lokując się na zewnątrz, poza dobrem i złem. Za pomocą kryminalnej powieści porządkowałem świat, przywracałem mu moralną równowagę. W świecie rzeczywistym nie mogłem tego robić, ale w wymyślanych opowieściach już tak.

    Otóż to, autor kryminałów, thrillerów i innych krwawych sensacji to morderca. Zabijacz ludzi w imię mrzonek o sprawiedliwości – co z tego, że fikcyjnych. W końcu Billly Summers też jest fikcyjny, to wymyślona postać. Swoje zbrodnie usprawiedliwia jednak złudzeniem, że czyni dobro zabijając złych ludzi. A to już są emocje jak najbardziej realne. I niebezpieczne. Pisarz również jest człowiekiem, który przyjmuje mordercze zlecenie i stara się je wykonać jak najlepiej. I usprawiedliwia się misją, taką czy inną. Podczas lektury widziałem wychylający się zza Billy’ego Summersa wyszczerzony uśmiech samego Stephena Kinga.

    Masz traumę? Twoja psychika jest zrujnowana brutalnymi doświadczeniami dzieciństwa, gwałtem albo okrucieństwem systemowej przemocy? Nie załamuj się, tylko przekuj to w coś dobrego. Na przykład w likwidowanie kanalii. Albo w tworzenie literatury o likwidowaniu kanalii. Wprawdzie z tego powodu zostaniesz wyrzucony poza nawias społeczeństwa, nabierzesz dystansu i będziesz musiał się oswoić z dozgonną samotnością, ale pomożesz innym. Na tym polega dziwny i niezwykle przejmujący związek Billy’go z Alice, związek skazany na klęskę i zarazem piękny. Oboje są wyrzuceni poza nawias i tym samym predestynowani do uczciwego spisania tej historii.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Uczciwego? Co to właściwie znaczy? Uczciwość to tylko kolejny mit naiwnych czytelników. Zapiszę tę historię tak, jak chcę. „– Myślisz, że byłby zadowolony, że utrzymałam go przy życiu? – Byłby zachwycony”. Tak brzmi jeszcze jedna deklaracja zwycięstwa literatury nad rzeczywistością. Trzeba rozerwać papierową powierzchnię i sięgnąć w głąb. I opiekować się opowieścią, nie pozwolić jej zginąć.

    King nie byłby sobą, gdyby nie bawił się autocytatami i autoaluzjami. W „Billym Summersie” również znajdziemy ich sporo, a najlepsze odnoszą się do „Lśnienia” (żywopłot w zwierzaki i spalony hotel Panorama), do „Ręki mistrza” („może si, może no”) czy do „Bastionu” (wioska Hemingford w Nebrasce, wśród pól kukurydzy). Nie one jednak dla mnie były najważniejsze, traktowałem je właściwie jako stały i trochę już zgrany motyw. Przede wszystkim czytałem tekst starego, doświadczonego autora, który osiągnął już co chciał i trapi go tylko jedno: co się stanie po śmierci z jego opowieściami. I ta przejmująca prośba – żeby się nimi zaopiekować. Dlatego Alice po wszystkim decyduje się na studia creative writing. Opowieść będzie pisana dalej.

    Na koniec moja prywata. Dwójka głównych bohaterów porusza się samochodem z Nowego Jorku do Kolorado i z powrotem. Jadą również autostradą I-80 i w pewnym momencie zatrzymują się w Kearney, a jedna z finałowych scen rozgrywa się na parkingu pod tamtejszym Walmartem. Przemierzałem kiedyś Środkowy Zachód tą samą autostradą w drodze do Estes Park (nawiasem mówiąc, wspomniane w powieści), gdzie King wymyślił „Lśnienie”. Nocowałem w motelu w Kearney i wieczorne zakupy robiłem w tym samym Walmarcie (w Kearney jest tylko jeden). Gdybym trzy lata temu wiedział, to…

    Nie wiem właściwie co. Wiem za to, że życie splata się z literaturą. Nierozerwalnie i pięknie.

    Krzysztof Zajas

  • „Później”, czyli z perspektywy śmierci. Tekst Krzysztofa Zajasa o najnowszej książce Stephena Kinga

    Mój intymny związek z twórczością Stephena Kinga obchodzi piętnastolecie. W 2006 roku przeczytałem Bastion oraz To i moje literackie hierarchie się wykopyrtnęły. W niskim dostrzegłem wysokie. W głupim i pogardzanym – mądre i godne podziwu. Opowieści o duchach okazały się opowieściami o ludziach. O mnie. Niby proste, ale kiedy do takich wniosków dochodzi profesor od poezji i teorii literatury, to jednak coś się wywraca do góry nogami. Akademicki rozum postraszyło Niesamowite. Postraszyło na tyle skutecznie, że rozkochało w sobie.

    Dlatego do każdej nowej książki Kinga podchodzę jak do kolejnej miłosnej próby. Czy nasz związek trwa? Czy magia znowu zadziała? Uda się jeszcze raz przeżyć czytelniczą rozkosz, poczuć motylki w brzuchu? Dotychczas się udawało, ale żyję wystarczająco długo by wiedzieć, że czas jest nieubłagany, również dla miłości. Na Wielkanoc zaszyłem się na skraju Biłgoraja, z dala od ludzi, i z niepokojem zanurzyłem się w Później. King pochłania, poszło w niecałe dwa dni. Skończyłem, wsiadłem na rower i pojechałem w Lasy Janowskie. Pedałuję, pedałuję, wiatr chłodzi twarz, i myślę: o czym to było?

    W fabule chodzi o chłopca, który widzi zmarłych po ich śmierci. Nie trwa to długo, parę godzin, góra dwie doby. Zanim znikną, mogą się nie tylko pojawić, ale i coś powiedzieć. I na tym zasadza się główna oś fabularna: żywi natychmiast wpadają na pomysł, by wykorzystać zdolności chłopca do swoich interesów. Zwykle brudnych, nawet jeśli chodzi o policję. Bo policja również jest upaplana brudem, czego nam dzisiaj w Polsce nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Dla kryminalnej historii gratka nie lada – można ofiarę po śmierci spytać, kto ją zabił. I otrzymać wiarygodną odpowiedź, ponieważ zmarłym nie wolno kłamać, muszą powiedzieć prawdę.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Wiecie, rozum akademicki postraszyło Niesamowite, ale całkiem nie przestał działać. Parę rzeczy w tej powieści mi nie grało. Po co wątek zidiociałego od Alzheimera wujka Harry’ego, który na końcu wywija woltę jak deus ex machina? Dlaczego zmarli się rozpływają po paru godzinach, a jeden z nich prześladuje chłopca tygodniami? Dla rozwiązania tego wątku King sparafrazował użyty przez siebie w To rytuał Chüd, co mogło zadziałać jak ceniona przeze mnie autoaluzja i Kingowski intertekst – ale jakoś nie zadziałało. Słabe. W ogóle fakt widzenia zmarłych jakby nie został wyzyskany, całe rzesze gadających hologramów powinny wirować wokół bohatera i jazgotać pośmiertnym wielosłowiem – a tu nic. Jakby pisarskiej wyobraźni nie chciało się wnikać w tak bogaty, nośny pomysł. Gorzej – jakby tej wyobraźni brakło.

    To nie koniec moich miłosnych rozterek. Pedałuję, pedałuję i myślę dalej. Co się stało z językiem Kinga? Gdzie te jego błyskotliwe frazy, dowcipne dialogi i powalające porównania, od których pieszczot drżałem jak panienka? Uwodził opowieścią jak prawdziwy mag słowa, ideał, do którego zawsze dążyłem wiedząc, że nie sięgnę. A tu? Krótkie zdania, proste konstrukcje, równoważniki, informacyjne pyk-pyk… zero artyzmu. Owszem, jest parę fajnych powiedzonek („Nie mam ochoty cię straszyć, tylko że czasami strach to jedyna skuteczna nauka”, mówi mama do sześciolatka), niektóre wymiany zdań cieszą i czyta się, powtarzam, szybciutko i z przyjemnością. Cóż, skoro wszystko razem wygląda jak jakaś podróba Kinga, wypłowiała koszulka z mocno spranym nadrukiem. To nie jego pismo…

    Przestałem pedałować. Przystanąłem na ścieżce, ponieważ poraził mnie grom z jasnego nieba: ON TEGO NIE NAPISAŁ! To jacyś ghost writerzy! On im poddał parę pomysłów, podrzucił notatki, oni uklecili z tego powieść, a King na końcu tylko trochę popoprawiał i klepnął do druku. To była myśl podła. Bolesna. Myśl jak trucizna podchodząca jadem pod zakochane serce. On już nie pisze, tylko rzuca pomysły i koryguje. Bawi się pozycją króla horroru. W Później jak refren powtarza się: „uprzedzałem was, że ta powieść to horror”, co brzmi sarkastycznie wobec jego najlepszych horrorów, gdzie takich zapewnień powtarzać nie musiał. Kpi z nas. Podaje ogólnodreszczykową sałatkę, oszczędnie przyprawioną Kingiem, i z satysfakcją obserwuje, jak się nią zajadamy. Cokolwiek bym wam nie przyrządził, i tak wszamiecie. Byle było słowo „horror”.

    Wyjaśnienie takie na chwilę mnie uspokoiło, więc ruszyłem dalej. Po przepedałowaniu paruset metrów znowu przystanąłem. Nie, to niemożliwe, pomyślałem. On taki nie jest. Tyle razy podziwiałem jego piekielną inteligencję i zręczność, nazywałem zwierzęciem narracyjnym, wielbiłem umiejętność zrobienia ze wszystkiego ciekawej historii. Coś w tym musi tkwić, tylko jeszcze na to nie wpadłem. Skup się, Zajas. Poszukaj wielkiej metafory.

    Krzysztof Zajas

    Ilekroć mówię o Kingu, zwracam uwagę na to, co Olga Tokarczuk nazywała Wielką Metaforą. Dobrą literaturę poznaje się po tym drugim, ukrytym poziomie kodowania, gdzie opowieść przestaje dotyczyć zmyślonych losów fikcyjnych postaci, a zaczyna dotyczyć ciebie. To punkt, w którym fikcja staje się innym, wyższym rodzajem prawdy. To również moment absolutnej intymności autora. Chce wypowiedzieć siebie, swój mrok, niepokój, czasem cierpienie.

    Rzuciłem rower w trawę, usiadłem na skraju leśnej ścieżki i zacząłem myśleć. Stary pisarz, mistrz, który doświadczył już wszystkiego, osiągnął co chciał, i który rozwijał swoje opowieści z wszystkich możliwych perspektyw. Oprócz jednej: perspektywy śmierci. Kiedy odejdzie, zostanie po nim mnóstwo notatek, niezrealizowanych pomysłów, szkiców, a pogrążeni w żalu wydawcy i redaktorzy zaczną wtedy układać powieści i podpisywać jego nazwiskiem. Umarły, który mówi zza grobu, przez chwilę, nim jego głos nie osłabnie i nie rozwieje się w nic. I wtedy mnie olśniło. No jasne! W powieści Później metafora Kingowska kryje się nie w Jamiem Conklinie, chłopcu, który widzi zmarłych, tylko wśród samych zmarłych. Dopóki żyjemy – kłamiemy, zwodzimy, załatwiamy brudne interesy i udajemy, że wszystko jest w porządku. A po śmierci wszystko się odwraca i trzeba mówić prawdę. To jest dopiero prawdziwy horror! Nie to, że zmarły przychodzi i coś tam mamrocze pod nosem, ale że to jego mamrotanie jest prawdą. Taką prawdą, której on już nie napisze. Jednak napisze ją ten drugi, który zobaczy i usłyszy ducha.

    Potarłem czoło, kopnąłem butem kamyk. Lęk przed śmiercią jest elementarny, trzeba go pokonać rytuałem Chüd. Albo jakimkolwiek innym prywatnym obrządkiem, byle się pozbyć strachu. Nieuchronnie odejdziesz i twoje marzenia umrą razem z tobą. Rzecz w tym, by nie stracić tej ostatniej nadziei, że choć jeden człowiek usłyszy po śmierci twój głos. Ten prawdziwy głos. Jeden człowiek, dziecko, które zostanie na tym padole zakłamania i obłudy z przekazem od ciebie w kwestii tego, jak wygląda prawda. Aha, no, to by mogło być. W ten sposób wyjaśniła mi się też funkcja wątku z wujkiem Harrym.

    Później to powieść snuta zza grobu. Przekonuje mnie o tym jedno z pierwszych jej zdań: „Zawsze jest jakieś później, teraz to wiem. Przynajmniej do śmierci. Bo wtedy wszystko inne jest już wcześniej”. Jamie Conklin rozumie coraz więcej, ale później, ponieważ prawda nieubłaganie wiąże się z przesunięciem czasowym. Rzeczy układają się w porządek, odkrywają, ujawniają swoje znaczenie – ale później. Po ostatnim później, w chwili śmierci, odkryje się wszystko.

    Wstałem, otrzepałem spodnie, siadłem na rower i pojechałem dalej. Ulżyło mi. Znalazłem Wielką Metaforę. King w tej powieści jest duchem i sprawdza, jak się mówi zza grobu. Dlatego powtarza, że to jest horror. A jak żywi sobie tę historię opowiedzą, jakich kłamstw, przemilczeń i wykrętów użyją, jakie swoje brudne interesy na niej będą załatwiać, to już ich sprawa. On mówi, jak jest. Mówi prawdę horroru, mówi horror prawdy.

    Dalej już jechało mi się lekko i przyjemnie, śpiewały ptaki, słońce wyszło zza chmury. Miłość ocalona. Magia jeszcze raz zadziałała – tylko później.

    Krzysztof Zajas

  • Stephen King powraca z czterema mikropowieściami

    Czytelnicy kochają powieści Stephena Kinga, ale i jego opowiadania – zawsze mocne i zapadające w pamięć – są prawdziwą mroczną ucztą dla zmysłów. „Jest krew…” to cztery nowe, znakomite opowieści, które z pewnością staną się równie sławne jak „Skazani na Shawshank”.

    W tytułowej noweli Holly Gibney, ulubiona bohaterka czytelników (znana z trylogii o Billu Hodgesie i z „Outsidera”), musi stawić czoło swoim lękom i być może kolejnemu outsiderowi – tym razem w pojedynkę. „Telefon pana Harrigana” opisuje międzypokoleniową przyjaźń, która trwa po grób… a nawet dłużej. „Życie Chucka” ilustruje ideę, że każdy z nas posiada wiele osobowości. A w „Szczurze” niespełniony pisarz boryka się z ciemną stroną swojej ambicji.

    Opowieści te nie tylko prezentują w całej okazałości maestrię autora, ale również pokazują, że pewne tematy są nieprzemijające. Jednym z motywów przewodnich utworów Kinga jest zło, które występuje także w „Jest krew…”, przedstawione w tytułowej noweli jako „duży, uszargany, lodowatoszary ptak”. Stale obecne jest jednak też przeciwieństwo zła, w twórczości Kinga przybierające często postać przyjaźni. King przypomina nam, że codzienne przyjemności, choć ulotne, właśnie dzięki tej ulotności są piękne – czy jest to niespotykanie piękny, pogodny dzień po długich tygodniach szarugi, czy frajda z tańca, w którym idealnie wychodzi każdy krok, czy też nieoczekiwane miłe spotkanie. W takich momentach przekonujemy się, że Stephen King potrafi nie tylko przyprawić o dreszcz przerażenia, ale i perfekcyjnie opisać radość w jej najczystszym wydaniu.

    W styczniu 2021 roku mała wyściełana koperta zaadresowana do detektywa Ralpha Andersona doręczona zostaje jego sąsiadom, państwu Conradom. Rodzina Andersonów jest na długich wakacjach na Bahamach, skąd mają wrócić trzeciego lutego, i Conradowie zgodzili się do tego czasu odbierać ich pocztę. Kiedy Ralph otwiera przesyłkę, w środku znajduje pendrive’a nazwanego „Jest krew”, co prawdopodobnie nawiązuje do starego dziennikarskiego powiedzenia „Jest krew, są czołówki”. Pendrive zawiera dwie rzeczy. Jedna to katalog ze zdjęciami i spektrogramami dźwięku.

    Drugą jest rodzaj raportu, czy może raczej pamiętnik mówiony sporządzony przez Holly Gibney, z którą detektyw prowadził śledztwo rozpoczęte w Oklahomie, a zakończone w teksaskiej jaskini.

    Sprawa ta nieodwracalnie zmieniła sposób, w jaki Ralph Anderson postrzega rzeczywistość. Ostatnie słowa swojego raportu Holly nagrała 19 grudnia 2020. Mówi zdyszanym głosem:

    Zrobiłam, co w mojej mocy, Ralph, ale nie wiem, czy to wystarczy.

    Pomimo wszystkich moich przygotowań istnieje możliwość, że nie wyjdę z tego żywa. Gdybyśmy mieli nigdy więcej się nie zobaczyć, chcę, żebyś wiedział, jak wiele twoja przyjaźń dla mnie znaczyła. Jeśli mimo wszystko zginę, a ty postanowisz dokończyć to, co zaczęłam, proszę, bądź ostrożny. Pamiętaj, że masz żonę i syna.

    Fragment książki

  • Co nowego w instytucie grozy

    Przedwczoraj wieczorem, w dniu siedemdziesiątych drugich urodzin Stephena Kinga, skończyłem czytać jego najnowszą powieść Instytut. Nie żebym rytuał odprawiał, tak się złożyło. Skończyłem, zamknąłem i zapadłem w podszyte niepewnością zamyślenie. O czym to było? To znaczy, wiem, o czym było. Stosunkowo łatwo streścić historię o dzieciach porywanych dla ich parapsychicznych zdolności i wykorzystywanych do brudnych, politycznych celów. Ale co właściwie Mistrz Grozy chciał nam tą kompletnie niewiarygodną historyjką opowiedzieć? Bo on tak pisze: niby duchy, zjawy, złe moce i zombie, ale w gruncie rzeczy są to opowieści o złu w człowieku, jak najbardziej realnym i dobrze nam znanym. O czym więc tak naprawdę jest Instytut?

    Żeby było jasne – powieść jest jak najbardziej do czytania. Kto zna Zajasa, wie, że pod jego piórem to niebagatelny komplement. Większość tego typu literatury nie przechodzi u niego próby dwudziestu stron, nieliczne przechodzą pięćdziesiątkę, do stu dochodzą wyjątki. Tu King – szaman wciągającej narracji – podtrzymuje swoją sławę i zasysa czytelnika od początku jak odkurzacz. Wystarczy przeczytać pierwsze trzy strony, by się o tym przekonać. Niby zwykła scenka w samolocie, taka serialowa obyczajówka z agentami w tle i głównym bohaterem – a jakże – działającym inaczej niż reszta, a już jesteś uwiedziony. Już chcesz czytać dalej i dalej, i tak aż do końca. Świetne charaktery, odpowiednio dozowane napięcie, narastająca dziwność i groza, a w finale ogromne bum, godne najlepszych scen katastroficznych. I oczywiście sentymentalny epilog, czyli moja ulubiona wisienka na torcie.

    Kto się oczytał w Kingu – a jest nas legion – ten ma w pamięci zestaw jego podstawowych konceptów fabularnych. Wiele z nich znajdziemy również w Instytucie. A zatem: dzieci o specjalnych zdolnościach (Carrie, PodpalaczkaLśnienie, itd.), parapsychologia (Strefa mrokuPrzebudzenie, Doktor Sen, itd.), podejrzane eksperymenty na ludzkich mózgach (znowu Podpalaczka, Łowca snów), samotny bohater, który wbrew okolicznościom i całemu otoczeniu ratuje z opresji dzieciaków, bo tak trzeba (Mroczna wieża), ale i wspólnotowa solidarność ofiar, która daje im siłę (Bastion, To). Innymi słowy, płyniemy swobodnie przez dobrze znane Kingowskie uniwersum, rozkoszując się powrotami do ulubionych konceptów i utwierdzając w przekonaniu, że on wciąż pisze specjalnie dla nas, a my nadal go kochamy.

    Nieodmiennie fascynuje mnie jego narracyjny geniusz. Jak on to robi? Przecież te pomysły są już do cna zgrane! Wszystko już było opowiedziane tysiąc razy – upiory wyskakiwały z ciemności, a przedmioty spadały ze stołów na tyle różnych sposobów, że powinny nas nudzić i śmieszyć na przemian. A jednak. Siedzimy i czytamy nawet wtedy, gdy już wszystkie zagadki rozwiązaliśmy i wiemy, do czego to wszystko zmierza. Cholibka, dlaczego?

    Gdzieś ponad tym snuje się sama opowieść. Swobodna, luźna opowieść o Ameryce, niby fikcyjnej (jak w wielu poprzednich książkach, miasta trochę się zgadzają, a trochę nie), ale jednak prawdziwej do najdrobniejszych szczegółów. Mały uciekinier, schowany w towarowym wagonie, jedzie pociągiem przez wschodnie wybrzeże spod kanadyjskiej granicy aż do Południowej Karoliny i przez szparę w drzwiach ogląda sobie widoki. Niby nic, ale jest to napisane tak, jakbyśmy razem z nim tam siedzieli i patrzyli jego oczami na mijane w jednostajnym stukocie wioski, pola kukurydzy, opustoszałe stacje kolejowe z zardzewiałymi bocznicami. Jak powiedzieć, że chłopiec jest głodny? Patrzy na robotników jedzących pączki i mimo przerażenia niemal chce, żeby go znaleźli wśród pudeł w kącie, co jest dla niego śmiertelnie groźne. Ale może mu dadzą jeść i pić. Przerażenie i zwierzęce pożądanie w jednym. A co najlepsze, to wściekle sprzeczne pożądanie zostaje zaspokojone – w końcu odkryli go i dali jeść.

    Chcę powiedzieć, że jest mistrzem szczegółu. Takich scen, kapitalnie prawdopodobnych psychologicznie, jest u niego bez liku i one same wystarczyłyby na całkiem porywającą powieść. Ale jest też mnóstwo scen zupełnie nieprawdopodobnych psychologicznie, czasem wręcz absurdalnych i zatrącających o jarmarczny spirytyzm. I wiecie co – działa! Kupujemy je, ponieważ King był tyle razy wiarygodny i realistyczny, że w apogeum narracyjnego napięcia może sobie pozwolić na każdą bzdurę. Tak jakby jednym kupował sobie prawo do drugiego. Nietzsche mawiał, że prawda obiektywna nie istnieje, ale w kwestii prawd szczegółowych powinniśmy być absolutnie precyzyjni. Coś w tym jest.

    King nie byłby Kingiem, gdyby się swoim pisaniem horroru nie bawił. Jako urodzone zwierzę pisarskie nie może sobie odmówić żonglowania aluzjami literackimi i rozmaitego rodzaju intertekstualnymi zaczepkami, także do własnych książek. I tak mamy mojego ulubionego Dostojewskiego (s. 75), mamy siostry bliźniaczki z Lśnienia i Ręki mistrza (s. 120 i 206), spóźnionego na ważne spotkanie królika z Alicji w Krainie Czarów (s. 225), cytaty z wierszy Johna Keatsa (s. 227) i Samuela T. Coleridge’a (s. 414), a także bajkę o Jasiu i ziarnku fasoli oraz orków z Tolkiena. Tyle wynotowałem, uważni czytelnicy na pewno znajdą więcej.

    Pojawiają się też, jakżeby inaczej, „weseli klauni z balonami” z To (s. 140). Nawiasem mówiąc, widzieliście już drugi rozdziałTo w kinach? Opinie są bardzo różne, zwykle niedobre, mnie się średnio podobało i wolałem rozdział pierwszy (zakochałem się w Bev!). Ale jakbyście nie mieli innej motywacji, idźcie dla samego Stephena Kinga, który w jednej scenie osobiście gra starego antykwariusza ze Sklepiku z marzeniami. Wyborny epizodzik!

    Znaczy się, jest wszystko, co powinno być. Dlaczego więc po zakończeniu upojnej lektury drżę i trwam w miłosnym niezdecydowaniu? Co mnie – dogłębnie wessanego odbiorczo w fikcyjny świat powieści – powstrzymuje przed euforycznym wyciem?

    Po pierwsze, miałem wrażenie, że ostatnie dwadzieścia stron jest niepotrzebne. W ciągu całej opowieści wielekroć pojawiały się napomknienia o globalnym systemie wykorzystywania dzieci, o nieludzkim programie rządowym i jego fałszywych, niby-moralnych uzasadnieniach, zatem łopatologiczne ich wykładanie na końcu, kiedy opadł kurz wielkiego bum, niczego nowego nie wnosi. Mógł sobie darować. Wiem, poprawianie Mistrza to bluźnierstwo i będziesz, Zajas, boleśnie pokarany nieudolnością własną, ale trudno. Niepotrzebne i już. King sam się nabijał z Billa Denbrough w To, że nie umie pisać dobrych zakończeń, czyli dobrze wie, o co w tej zabawie chodzi. Najlepiej z nas wszystkich. Jedyne, co go usprawiedliwia, to pozycja hegemona, który może napisać cokolwiek.

    Po drugie, te teorie o ogólnoświatowym spisku przeciwko uzdolnionym dzieciom niebezpiecznie balansują na granicy paranoi. King ma zawór bezpieczeństwa w postaci zwariowanej Annie, która te spiskowe teorie głosi, ale coś tu zgrzyta. Gdyby sobie odpuścił łopatologiczne wyjaśnienia i zostawił te mroczne siły w sferze niedopowiedzeń, wyszłoby to powieści na dobre. Takie mam wrażenie. Owszem, nasza epoka pełna jest zwariowanych teorii, także fake teorii, ale może właśnie dlatego mistrzowie powinni się ich wystrzegać. Haracz spłacany wymogom kompozycji, trzeba domknąć i powyjaśniać, wiem, niemniej jednak… Jak powiada King: „Niemądra koncepcja, ale w dobry sposób” (s. 434).

    A zatem – O czym jest Instytut? Dla obrony tej szalonej parapsychicznej wizji (żeby się Zajas nie smażył w piekle za czepialstwo), szukam tak zwanej wielkiej metafory. Świat jest w łapach globalnych sił, które nas bezlitośnie drenują z tego, co najlepsze, odbierają przyszłość naszym dzieciom, a je same zamieniają w bezwolne manekiny, tłumacząc to wszystko tanim kitem o ratowaniu ludzkości. Możemy się obronić jedynie solidarnym działaniem wspólnoty dobrych ludzi, którzy chcą naprawdę uratować świat – przed tamtymi fałszywymi zbawicielami. System kontra człowiek. Fałsz i zbrodnia naprzeciw szczerości i dobra. Poświęcenie jednostki dla grupy, dla przyjaciół, dla przyszłości. W jedności siła. Potężna. Mogąca przenosić góry – dosłownie.

    Wiem, brzmi jak agitka przedwyborcza, ale nie poradzę. Taką wielką metaforę wyczytałem z najnowszej powieści Stephena Kinga, więc ją przedkładam i jako ostrzeżenie, i jako zachętę. Co odpowiada niesamowitemu klimatowi powieści, który jest i budujący, i dołujący zarazem. Trochę tak, jakby zmieszać Juliusza Verne’a z Drogą McCarthy’ego i Władcą much Goldinga. Eksplozja gwarantowana.

    I jeszcze trochę mojej prywatnej parapsychologii. W Wiatrakach jest taka scena, kiedy Krzycki zdejmuje bandaż z głowy Dudasa i zakłada na własną, żeby zmylić zasadzających się na niego gangsterów. Bardzo podobny chwyt jest w Instytucie: bohater zamienia się czapeczką ze złą wiedźmą, która musi zginąć. Uuch! Siostry bliźniaczki King nazwał imionami Gerda i Greta. Ja w Wiatrakach kombinowałem, czy najstarsza z sióstr Liebner (klucz do całej trylogii) ma być Gerda, czy Greta. Padło na Gerdę, ale i tak przy pisaniu ciągle się myliłem na rzecz Grety. Uuuch! A kiedy w Instytucie doszedłem do zdania o Oświęcimiu: „Ale ludzie w okolicach obozów wiedzieli, co się dzieje” (s. 456), to normalnie zbladłem. Co on, kurde, Oszpicyn czytał? Uuuch! Uaaach! Albo on nadaje na tych samych falach, co ja, albo ja na tych samych, co on. Z dziesięć minut mi zajął powrót do siebie z tej grobli twórczych paraleli.

    Tak to Zajasowi odwala w dekiel, kiedy czyta Kinga. Czego i wam życzę.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Czasem dostaję skany z odręcznymi dopiskami Stephena Kinga”

    Dlaczego tłumaczy Stephena Kinga nie zamyka się w piwnicach? Z jakiego powodu nie dostają książki do tłumaczenia w formie elektronicznej? Jak bardzo skrupulatny w doborze słów jest autor? To tylko część tematów, które porusza Rafał Lisowski, tłumacz „Instytutu”, który ukaże się w Polsce już jesienią. Łapcie!

  • „Excedrynowy ból głowy”, podróż śladami Stephena Kinga

    Zanim oddam głos profesorowi Krzysztofowi Zajasowi, to krótkie wprowadzenie. Siedzieliśmy przy kawce w Gliwicach, aż tu nagle wyżej wymieniony mówi: „wiesz, byłem tam i tam, mam też fajne zdjęcia”. Stwierdziłem, że to kapitalny temat dla fanów Kinga, że musi na ten temat powstać tekst. Obiecał, że napisze w wolnej chwili, napisał, czego efekty poniżej.

    Jako zdeklarowany wielbiciel Stephena Kinga jestem Wam winien pewną opowieść. We wrześniu ubiegłego roku, podczas kolejnej wyprawy do USA, miałem robić badania terenowe na Środkowym Zachodzie, między innymi w Kolorado. Stwierdziwszy, że będę niedaleko Estes Park, postanowiłem wracając nadłożyć nieco drogi i obejrzeć słynny Stanley Hotel, który zainspirował naszego Mistrza do napisania „Lśnienia”. Właśnie mija sto lat od otwarcia tej architektonicznej perełki, więc i okazja jakaś jest.

    Estes Park leży w środku Gór Skalistych i z którejkolwiek strony chcesz tam dojechać, musisz mozolnie piąć się krętymi drogami i przekraczać wysokie przełęcze, z których widok zapiera dech w piersiach. Ja wjeżdżałem od południa drogą 72 (wracałem z Leadville, najwyżej położonego miasteczka Stanów, ponad 3000 metrów n.p.m.) i po drodze mijałem między innymi mieścinę Ward, kolonię hippisów jeszcze z lat 60. Sądząc z wyglądu i wieku mieszkańców, mieszkają tam ciągle ci sami hippisi. Muszę powiedzieć, że sam przejazd przez Góry Skaliste był niezapomnianym przeżyciem. Jasne, wiedziałem, że są wspaniałe, setki książek i filmów mi o tym od dzieciństwa donosiły, a jednak. Widziałem już trochę różnych gór, ale te były najpiękniejsze. Pamiętacie, jak Wendy w drodze do hotelu Panorama podziwia z okna garbusa tamten krajobraz? „Były to góry piękne, ale i surowe. Sądziła, że takie góry wybaczają niewiele pomyłek”. Coś takiego jest w tych ciemnych, szarych skałach, które zwałami wznoszą się po obu stronach wąskiej szosy. Oglądałem je w południowym słońcu, a mimo to działały jakoś ponuro i depresyjnie. I miałem wrażenie, że mówią do mnie indiańskimi głosami.

    Droga do Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Sam hotel z zewnątrz robi nadal duże wrażenie. Wzniesiony w tak zwanym stylu neokolonialnym na początku XX wieku i otwarty w 1909 r., był wówczas jedynym w pełni zelektryfikowanym hotelem na wschód od Missisipi. Zbudował go Freelan Oscar Stanley, właściciel fabryki samochodów Stanley Motor Carriage Company, który w Estes Park leczył gruźlicę i z wdzięczności za wyzdrowienie postanowił utworzyć tu kurort leczniczy, którego centrum miało się znajdować właśnie w supernowocześnie wyposażonym hotelu. W celu zapewnienia elektryfikacji specjalnie zbudował na pobliskim wodospadzie elektrownię wodną. Hotel posiadał również osobną salę koncertową z oryginalnym fortepianem Steinwaya, kręgielnię, pralnię parową itp., obok postawiono także jego pomniejszoną kopię, tzw. The Lodge, z całorocznym ogrzewaniem. Krótko mówiąc, była to jedna z najambitniejszych i najryzykowniejszych inwestycji hotelowych w historii Stanów Zjednoczonych. I typowo amerykańska.

    Wszyscy pewnie znacie historię o tym, jak Stephen King z żoną Tabithą zatrzymali się w Stanley Hotel wieczorem 30 października 1974 roku, tuż przed jego zamknięciem na sezon zimowy, i podczas kolacji zorientowali się, że są jedynymi gośćmi, ponieważ krzesła przy pozostałych stolikach były położone na blatach nogami do góry. Nikt inny oprócz nich tu nie nocował. I jak Kingowi przyśniło się, że jego trzyletniego synka gonią upiory po pustym korytarzu hotelowym. Pisarz wspomina, że obudził się zlany potem, wyjął papierosa i spojrzał przez okno na Góry Skaliste, a kiedy go dopalał, miał w głowie gotową powieść. Jestem w stanie mu wierzyć, ponieważ sam nieraz wstaję w nocy, by zanotować sen. Nawet nie tyle samą treść, co jego aurę, niesamowitość, to kłębowisko niejasnych i silnych emocji. Uchwycenie ich jest bardzo trudne, zwykle rano te zapiski są beznadziejnie nieadekwatne, ale nastrój pozostaje. I kiełkuje. Jadąc krętą, wysokogórską drogą wśród tych szarych i ponurych skał z lekkim dreszczykiem w krzyżu wyobrażałem sobie, jak King jedzie tędy 44 lata wcześniej i dorabia fabułę do nocnego koszmaru ze Stanley Hotel.

    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas
    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas
    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Przy wjeździe na parking zapłaciłem 10 dolców i dostałem złotą monetę z napisem STANLEY HOTEL oraz podobizną fundatora. Wysiadając na placu pod głównym wejściem miałem za plecami kapitalny widok na otoczone górami miasteczko, a przed sobą imponującą bryłę budynku. Biel ścian ostro odcinała się na tle nieba i trawnika. Oczywiście, przyjrzałem się oknu na drugim piętrze po lewej, gdzie w południowo-zachodnim narożniku znajdował się pokój 217. Stamtąd King patrzył bezsenną nocą na Góry Skaliste i palił papierosa. Jak doskonale wiecie, w filmie Kubricka za bryłę Panoramy posłużył inny hotel, Timberline Lodge u podnóża Mt. Hood w Oregonie, więc byłem raczej w świecie powieści niż ekranizacji. Na tarasie kilkoro gości piło kawę, dwie Japonki spacerowały po labiryncie z żywopłotu, który tu dorobiono jakiś czas temu, paradoksalnie – na cześć filmu. W ogóle hotel próbował się promować na legendzie „Lśnienia”, organizowano tu nawet festiwal horrorów Stanley Film Festival, przewodnicy oferowali Ghost Tours po budynku i okolicy itp. Od dwóch lat zarząd odchodzi od tego tematu i wraca do pierwotnej idei wysokogórskiego kurortu, gdzie można leczyć cywilizacyjne choroby nabyte w wielkomiejskim życiu.

    Wszedłem. Parę osób w holu wyłożonym czerwonym dywanem z mocnym wzorem faktycznie wyglądało jak duchy. W każdym razie nieco nierealnie i paranormalnie, co, mam nadzieję, widać na jednym ze zdjęć. Po prawej stoi słynny Stanley Steamer, samochód parowy firmy należącej do właściciela hotelu. W 1912 r. fabryka wypuściła specjalną flotyllę parowych aut o nazwie Mountain Wagon, by dowozić gości do hotelu z najbliższej stacji kolejowej, która znajdowała się w odległym o 20 mil Lyons. Za panią w czarnym ubraniu widnieje wejście do sklepu z pamiątkami, gdzie zakupiłem obowiązkowy kubek z napisem REDRUM. Wiem, straszny kicz, ale nie mogłem się powstrzymać. Liczyłem, że miejsce naładuje przedmiot właściwym sensem.

    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Pokręciłem się trochę po tym niby ważnym, ale jakoś i nieważnym holu, zaczepiłem obsługę (młodzi ludzie, którzy z miłym politowaniem przyjęli moje wyznanie, że przyjechałem tutaj do nich aż z Europy Środkowej), wszedłem na schody, obejrzałem korytarz zapełniony gdaczącymi emerytami, po czym zszedłem – i tyle tego sensu. Chciałem jeszcze coś wycisnąć z owianego legendą miejsca, jakoś je przeżyć, uwewnętrznić i odcisnąć jego stempel na duszy, ale satysfakcja nie przychodziła. Tylko ci gdaczący Amerykanie dokoła. Może zadziałało zmęczenie długą jazdą (byłem za kierownicą od kilku dni), może nadmiar oczekiwań, a może po prostu początek migreny. Wyprawa nieuchronnie dryfowała w kierunku: to już nie to.

    Usiadłem na ławce pod ścianą i z przymkniętymi oczyma usiłowałem sobie wyobrazić tamtą noc. Jest mroźna, jak to w wysokich górach, ale niebo ostre, gwiaździste. Następny wieczór to Halloween. On w oknie, z widokiem na wschodzącego właśnie Oriona, bo noc już głęboka, pas z trzech skośnych gwiazd wisi tuż nad szczytami. I może rozdygotanemu erudycie przychodzi do głowy fragment z wiersza Robinsona Jeffersa: „and Orion in December/ Evenings was strung in the throat of the valley like/ a lamp-lighted bridge” [i Orion w grudniu/ Zawieszony był w gardle doliny jak rzęsiście oświetlony most – tłum C. Miłosz]. Trochę nim telepie, bo są w podróży i nie pije. Ten nocny pot i nagłe przebudzenie to nie tylko strach. Pierwsze symptomy odstawienia. Myśli o demonach w sobie, o tym, że kiedy zaciąga się papierosem, jego rozjarzona twarz w ciemnym oknie musi z zewnątrz wyglądać jak jedna z halloweenowych masek. Spogląda w bok i widzi śpiącą żonę, zupełnie bezbronną i z mglistym tylko wyobrażeniem o mocach nim miotających. A gdyby wylazły na wierzch? Może już zaczęły wyłazić i stąd ten sen? Bo to on był potworem ścigającym synka po pustych korytarzach tego cholernego górskiego hotelu, z którego oprócz nich dwojga wszyscy już uciekli. A noc jak nóż. Wystarczy zacisnąć dłoń na rękojeści…

    Wendyyy, I’m comiiing…

    No, dobra. Lepsze to niż nic. Podniosłem się, rzuciłem okiem na narożne okno i wróciłem do samochodu. By jakoś zaklajstrować niepewne i niepełne doznania, postanowiłem porządnie napchać się amerykańskim fastfoodem, więc skręciłem do najbliższego sklepu, tuż pod hotelem. W supermarkecie wielkości dużej Biedry do części barowej szło się jakoś tak przez dział z kosmetykami i lekarstwami. Może i był w tym jakiś głębszy trawienny sens. W każdym razie przed półką z proszkami przeciwbólowymi stanąłem nagle jak wryty. Na poczesnym miejscu stała, a jakże, EXCEDRYNA! Tabletki, których nazwę znałem z chyba połowy powieści Kinga. Sam Jack Torrance uważał excedrynę za absolutnie jedyny dobry lek na kaca. „Przywykł nazywać dolegliwości nazajutrz po przepiciu excedrynowym bólem głowy…”

    Natychmiast zakupiłem słoiczek (patrz zdjęcie) i jeszcze na parkingu przed sklepem walnąłem jedną tabletkę w całości, a drugą włożyłem pod język i ssałem, jak to robił Jack. Migrena natychmiast zarządziła odwrót, wrześniowe słońce lśniło już trochę mniej dokuczliwe. Wciąż jednak było to lśnienie. W porządku, Stevie, niech będzie, że to magiczne miejsce. Po powrocie domu przy pisaniu sprawdzę, czy kubek na kawę naładował się odpowiednią energią.

    fot: Krzysztof Zajas

    Ściskając plastikową buteleczkę jak amulet wrzuciłem D i zadowolony ruszyłem w dalszą drogę, do rezerwatu Lakotów w Pine Ridge. Ale o tym już może kiedy indziej.

    Kawa spoko.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Bomba kryminalna, zapalnik z horroru”

    Jesteście już po lekturze najnowszej książki Stephena Kinga? Jeśli nie, to „Outsidera” wziął na warsztat profesor Krzysztof Zajas, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, więc możecie przeczytać, czy warto. W przypadku, gdy już przeczytaliście, to możecie wejść w polemikę, bo być może macie inne zdanie. Zostawiam Was teraz z Krzysztofem Zajasem, fanem Kinga, ale także pisarzem, autorem m.in. „Trylogii grobiańskiej” oraz „Oszpicyna”. Za ostatni tytuł znalazł się w ścisłej siódemce nominowanych do tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru. 

    Książki tylko dwóch autorów kupuję od razu w dniu premiery. Jednym z nich jest Stephen King (drugim Andrzej Stasiuk), więc dwa tygodnie temu nabyłem Outsidera nie bacząc na fakt, że w nadmiarze akademickich zajęć żywcem nie mam kiedy czytać. Wyrwałem z czerwcowego zamętu jeden dzień i pół nocy (wystarczyło) i zagłębiłem się by sprawdzić, czy magia Kinga nadal działa. Cholera, działa. Myślałem, że po przeczytaniu niemal wszystkiego co napisał nie dam się tak łatwo uwieść, a jednak. I żeby była jasność: to nie jest żadna płatna recenzja ani inne lokowanie produktu, czy jak to się tam nazywa. Piszę, bo mam na to ochotę. Najnowszą powieść Stephena Kinga wciągnąłem jak kreskę w nozdrza i na dobrą chwilę sobie odleciałem, jak za najlepszych czasów, o czym chciałbym wam opowiedzieć.

    Stephen King nie jest mistrzem zagadek kryminalnych, co wiemy z trylogii o Billu Hodgesie i Panu Mercedesie. Dość łatwo i szybko się je u niego rozwiązuje. I nie one są właściwym przedmiotem zainteresowania autora, podobnie jak cały kryminalny sztafaż. Owszem, tu jest ciekawe morderstwo, są policjanci i skomplikowane dochodzenie, z podziękowań wynika, że autor prowadził nawet skrupulatny risercz, jak nie przymierzając Katarzyna Bonda. Nie ma to jednak większego znaczenia ani oryginalnej wartości, ponieważ koniec końców rozstrzygające o winie dowody sprowadzają się w Outsiderze do poczciwych odcisków palców i zeznań świadków. Nie o błyskotliwy kryminał więc chodzi, a jeśli już, to raczej o antykryminał. Albo wręcz nadkryminał, o czym za chwilę.

    Stephen King jest za to mistrzem kryminalnego klimatu, czyli mrocznej psychologii sprawców, falującej agresji małomiasteczkowego tłumu, wątpliwości bezradnych śledczych, którym się nie składa całość. W przypadku Outsidera mniej więcej w jednej czwartej powieści już się domyślamy, kto (lub co) zabija, i tu zaczyna działać jedno z literackich zaklęć Kinga: nawet jak znasz rozwiązanie, chcesz dalej czytać. Po prostu po to, żeby czytać. Wiesz, o co chodzi, ale pierwszoplanowi bohaterowie zostali psychologicznie i obyczajowo już na tyle sprawnie sformatowani, że chcesz wiedzieć, co z nimi dalej będzie. Czy Ralph wyjdzie w końcu na porządnego glinę? Czy wdowie po głównym podejrzanym uda się oczyścić pamięć męża z niesprawiedliwych podejrzeń? Czy Holly przekona pozostałych, że oprócz rozwiązań racjonalnych mogą być również irracjonalne? I jak oni go w końcu dopadną?

    Zaczyna się jak rasowy kryminał: okrutna zbrodnia popełniona na (jakżeby inaczej) niewinnym dziecku, główny podejrzany jest szanowanym obywatelem niewielkiego prowincjonalnego (jakżeby inaczej) miasteczka, wobec przytłaczających dowodów dochodzi do spektakularnego zatrzymania, wszyscy w szoku (jakżeby inaczej), przyjaciele się odwracają od zwyrodnialca, którego wina nie ulega wątpliwości. Sęk w tym, że jest równie wiele dowodów świadczących o jego niewinności i prokurator oraz adwokat siadają naprzeciw siebie jak szachiści na początku partii, każdy z maksymalną siłą rażenia. Kompletny absurd. Podburzona przez prasę i policję lokalna społeczność ma ochotę zlinczować sprawcę jeszcze przed ogłoszeniem wyroku, czyli w miejsce rozwiązania racjonalnego zastosować emocjonalne. W dniu rozpoczęcia rozprawy dochodzi do bałaganu, w którym ten i ów ginie, reszta osłupiała nie rozumie za bardzo, co i jak się właściwie stało. W każdym razie sprawa wygląda na nagle i definitywnie zakończoną. A jesteśmy dopiero w jednej trzeciej książki.

    Po dwustu trzydziestu stronach dobrego sensacyjnego kryminału zaczyna się horror. I tu King uruchamia swoje kolejne magiczne zaklęcia, którym towarzyszy mrok, niepewność, zgnilizna i odwieczne zło, a także nasz ulubiony dziecięcy pokój w świetle księżyca. Mała dziewczynka nie może zasnąć. Siada na łóżku i patrzy w okno. Z trupiej poświaty musi się coś wyłonić. Tym razem jest to upiorna twarz ze słomkami zamiast oczu (wolałbym świeczki). Chwilę przesłania okno, jakby chciała się dobrze zapisać w pamięci dziecka, nim zniknie. Dziewczynka nie krzyczy. Nie jest w stanie. Twarz ze słomkami odpływa, ale od tego momentu nic już nie jest takie, jak było. Cały King.

    Tylko nie krzyczcie na mnie, że spojleruję, czy co. Jeśli czytacie kryminały tylko po to, by się dowiedzieć, kto zabił, szkoda waszej fatygi – czytajcie po prostu ostatnie dziesięć stron. Z powieściami Kinga nigdy nie miałem tego problemu, że chciałem przekartkować opisy albo nudne dialogi, żeby biec dalej, do jakiegoś wyczekiwanego rozwiązania. Przeciwnie, towarzyszy mi zwykle efekt dobrej gry komputerowej: żałuję, że się już skończyła. Ale magia Kinga, jak każda inna magia, jest ulotna i działa jednorazowo, tylko podczas pierwszej lektury. Rzadko kiedy mam ochotę czytać te powieści kolejny raz (oczywiście z kilkoma wyjątkami, jak To, Worek kości albo Ręka mistrza), czyli jednak jakiś mechanizm rozwiązania zagadki tu działa. Przy czym nie jest ona kryminalna.

    Sprawa języka? Tak, w dużej mierze. Dla każdej ze swoich historii Stephen King konstruuje coś w rodzaju osobnego językowego świata, specyficznego slangu narracyjnego, który zarazem szkicuje charaktery głównych postaci, zaznacza społeczne tło, zgłasza obecność sił natury i buduje nastrój grozy. Składają się na niego ulubione powiedzonka bohaterów, powtórzenia, metafory w kilku odcinkach, cytaty z piosenek i filmów… To działa tylko ten jeden raz, na potrzeby tej jednej historii, i gaśnie wraz z dobrnięciem do ostatniego zdania, dlatego tak trudno później czytać powieść ponownie na wyrywki, sięgając do ulubionych scen. Trzeba zacząć od początku i przechodzić przez kolejne stopnie wtajemniczenia na nowo, krok po kroku, klasa po klasie, jak w jakiejś Akademii Magii Literackiej. Spróbujcie kiedyś czytać Kinga od środka (Lee Childa albo Deana Koontza można). Nie da się. To znaczy da się, ale będziecie niecierpliwie kartkować do tyłu, nie do przodu, aż wrócicie na pierwszą stronę.

    Uwielbiam obrazowość języka Kinga. Za pomocą jednej celnej frazy potrafi scharakteryzować całą trudną sytuację psychiczną postaci. Jako przykład zobaczcie opisowe wtrącenia w nawiasie, otwierające dwa kolejne rozdzialiki: „Krótko po północy (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ostatni żyjący członek rodziny Petersonów uczył się z Wikipedii, jak zawiązać stryczek)”, i dalej: „Krótko po trzeciej nad ranem (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Fred Peterson wlókł się do ogródka, z podnóżkiem z salonu w lewej dłoni i sznurem przewieszonym przez prawe ramię)”. Kapitalne! Jest tu i cała bezdenna rozpacz Freda po stracie najbliższych, i desperacja, i fajtłapowata bezradność z zawoalowaną sugestią, że może się nie udać (nie spojleruję!). Nawiasem mówiąc, w angielskiej Wikipedii faktycznie pod hasłem Hangman’s knot można znaleźć instrukcję wiązania stryczka, o tyle przydatną do powszechnego zastosowania, że uzupełnioną o pokazowy filmik.

    Mniej więcej w połowie powieści wspomniane są czołowe postaci z trylogii o Panu Mercedesie, a jedna z nich, znerwicowana Holly Gibney, zostaje z nami aż do końca i walnie przyczynia się do finałowego rozwiązania (naprawdę walnie). Jak oddać jej nerwicę, żeby nie bawić się w nudne opisy? King sadza ją na kiblu i każe w formie modlitwy wygłaszać prośbę do Boga, by pomógł jej przekonać siedmioro pozostałych do niemożliwego. Z zadartą spódnicą i torbą między stopami Holly zaczyna: „To znowu ja, Holly Gibney, i potrzebuję pomocy”. Jest aspołeczna, ma podstawowe kłopoty z międzyludzkimi relacjami, a sprawa wymaga absolutnego perswazyjnego mistrzostwa. Kończy szeptem: „Panie Boże, spraw, żebym tego nie spitoliła” i jako datek na tacę dorzuca: „Nie palę”. Znowu kapitalne. Nawiasem mówiąc, Bóg wysłuchuje prośby i tamci zaczynają wierzyć w niemożliwe.

    Krzysztof Zajas, fot: Wydawnictwo Sonia Draga

    Link do poprzednich kryminałów nie jest przypadkowy, ponieważ podobnie jak tam, i tutaj kryminał przekracza swoje ramy ku horrorowi, czyli King przeciąga zgrany do cna gatunek na swoje terytorium. Facet łączy kryminał z horrorem i podlewa sosem z thrillera, jakby to wszystko świetnie do siebie pasowało. Jakby robił sandwich z bekonem i majonezem (pamiętacie Łowcę snów?). A przecież nie pasuje. W horrorze są trupy, ale zwykle nie ma porządnego śledztwa. W kryminale jest porządne śledztwo, ale nie ma zjawisk nadprzyrodzonych. W thrillerze jest strasznie, ale w środku głowy, z powodu zaburzeń psychicznych. Puryści gatunkowi zwykle besztają autorów literatury popularnej za mieszanie tych sfer, jakby w pisaniu chodziło o rygorystyczne przestrzeganie jakichś tytułów własności. U Stephena Kinga wszystko to gra zgodnie jeden harmonijny koncert, a autor najwyraźniej nie przejmuje się, czy to się mieści jeszcze w jakichś ramach, czy już nie. Kleci kryminalną bombę, po czym pakuje w nią zapalnik z horroru i rozsadza od środka. Dla prawdziwego pisarza z krwi i kości nie ma takich ograniczeń, bo przecież najważniejsza jest dobrze opowiedziana historia i to jej się mają podporządkować reguły, nie odwrotnie. Tabakiera jest dla nosa, nie nos dla tabakiery.

    Kryminał przechodzi w thriller, ten z kolei w horror, a kiedy i horroru mamy dosyć (bo ileż można), autor wraca do urzędowego śledztwa. Na użytek policyjnych kartotek bohaterowie Outsidera ( w tym i oficer śledczy) zmuszeni są do przyjęcia jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia w miejsce prawdy. Po prostu dlatego, że prawda jest nie do przyjęcia, choć jest prawdziwa i prowadzący śledztwo wiedzą o tym doskonale. Drwina z kryminału, puszczenie oka do wielbicieli rozwiązań paranormalnych, ale nie tylko. Również to, że są na niebie i ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło (tak, King cytuje również Szekspira!), a nasze pojęcie o prawdzie jest niezwykle ubogie, gdy ogranicza się do rozsądku. No i że zło (Zło) jest wieczne, bezosobowe i działa przez nas, to znaczy także przez ciebie i mnie. Jeśli kryminał dąży do odkrycia prawdy, to niech będzie konsekwentny i da sobie powiedzieć, że czasem wyjaśnienie jest irracjonalne i ponadkryminalne, i aby je przyjąć do wiadomości, trzeba wyjść poza gatunek. O, może tak: ramy gatunkowe ograniczają nas w rozumieniu rzeczywistości i żeby ją trafnie uchwycić z różnych perspektyw, trzeba je mieszać. Kontredans kryminału, trhrillera i horroru, które maniacy czystości gatunkowej z uporem usiłują rozdzielać, pełni funkcję poznawczą, w sensie głębszym niż tylko logiczny. King realizuje tu swoją uwagę z Pamiętnika rzemieślnika, że spory o to, czy dany twór należy do takiego czy innego gatunku, nie mają właściwie sensu, skoro celem naszym jest dobra literatura, a nie poprawna teoria. Tak, chyba to chciałem powiedzieć zabierając się za ten tekst.

    A co z tą rzeczywistością? W długim i rozedrganym od upału finale jeden z bohaterów, sympatyczny policjant Yune Sablo, zostaje postrzelony w ramię, co zostaje uznane za draśnięcie. „W filmie oznaczałoby to, że Yune może natychmiast wrócić do walki – powiada narrator – ale to była rzeczywistość, a w rzeczywistości jest inaczej”. Pomieszanie kryminału, thrillera i horroru to nie popularna rozrywkowa fikcja, tylko sama rzeczywistość. Tak, jasne. Ale, cholera, działa. Kapitalne.

    Krzysztof Zajas