Tag: Szwecja
-
Najodważniejsza książka świata – felieton Katarzyny Tubylewicz
Nie ma większej odwagi w literaturze niż ta, którą mają pisarki tworzące autofikcję. Oczywiście nie chodzi o naiwną autobiograficzność, o ekshibicjonizm rodem z mediów społecznościowych. Po prostu zdarzają się czasem autorki jak noblistka Annie Ernaux, które w autobiografizmie potrafią wyrazić ducha czasów i dotrzeć do najgłębszej prawdy o ludzkiej egzystencji. I taką właśnie pisarką jest Agneta Pleijel, moim zdaniem znacznie lepsza od Ernaux (którą też uwielbiam). Trochę pech, że jest Szwedką, bo Szwedzi Nobla dostają wyjątkowo rzadko, a ona go dostać powinna.
Kiedy zaczęła pisać prozę, a powieścią debiutowała późno, po czterdziestce, starszy kolega Per Olov Enquist doradził, żeby pisała o tym, co ją boli. Posłuchała go. Potrafi być bezwzględna w obnażaniu własnych ran, życiowych błędów, kompleksów, traum i obszarów niepewności. Kiedy pisała swoją najnowszą powieść, trzecią część autobiograficznej trylogii, jej mantrą było, że w literaturze nie wolno tchórzyć. I nie stchórzyła, o nie. Myślę wręcz, że napisała jedną z najodważniejszych i najbardziej wyzwalających książek, jakie w życiu czytałam. I niby nie powinno się mówić o kobiecym wieku, ale jednak trzeba, bo „Sniglar och snö” -„Ślimaki i śnieg” napisała osoba po osiemdziesiątce. Złamała tą książką wiele tabu i zaprzeczyła licznym stereotypom. Wśród nich przekonaniu, że z wiekiem stajemy się bardziej konserwatywni i niezdolni do zmieniania rzeczywistości, że tylko młodość – buhahahahaha- jest wizjonerska, śmiała i zbuntowana.

Odwaga, także w świecie literatury, jest uniwersalna, ale zawsze ma swój kontekst społeczny i kulturowy i to od kontekstu zależy, czym brak strachu się wyraża. Bo w braku strachu zazwyczaj chodzi o to, by iść pod prąd, wbrew cudzym oczekiwaniom. Pleijel jest szwedzką intelektualistką i feministką, która jak podsumowała to recenzentka „Svenska Dagbladet” : „z precyzją pokazuje, czym jest podejmowanie decyzji będących całkowicie wbrew naszym przekonaniom o tym, czym jest niezależność i wyzwolenie”.
Jakie są te współczesne przekonania niezależności w indywidualistycznej, nowoczesnej Szwecji? Może zacznę od anegdoty. Jakiś czas temu rozmawiałam ze szwedzką znajomą, moją rówieśniczką. Powiedziała mi, że we wczesnej młodości nigdy, przenigdy nie marzyła o namiętności. Albo o romantycznej miłości. Absolutnie nie! Chciała związku równouprawnionego, tylko to ją interesowało. Niestety relacja, w której wychowała dzieci za bardzo równouprawniona nie była i dlatego się rozpadła. Słuchałam jej w zdumieniu. Nie z powodu informacji, że także w szwedzkich związkach równouprawnienie nie działa. Poraził mnie raczej brak marzeń o namiętności. Przez głowę przemknęła myśl: czy Karl Ove Knausgård miał rację, kiedy napisał, że Szwedzi są jednookimi cyklopami, ofiarami inżynierii społecznej? Czy myślenie feministyczne i życie w kraju wielkiego równouprawnienia oznacza, że nie możemy już oszaleć z miłości? Dążyć do niej? Nie można już łączyć namiętności z jakąś formą trancendencji? Czy jeśli to robimy jesteśmy naiwne i głupie?
Otóż nie, ale tylko wtedy, gdy mamy w sobie odwagę i wewnętrzną uczciwość. Taką jak Agneta Pleijel. Czytelnicy dwóch pierwszych tomów jej trylogii, czyli „Wróżby” i „Zapachu mężczyzny” (po polsku w świetnych przekładach Justyny Czechowskiej), wiedzą, że Pleijel z bezwzględną szczerością opowiedziała o sobie dwudziestoletniej i trzydziestoletniej lądującej w bardzo przypadkowych łóżkach z równie przypadkowymi mężczyznami. Wszystko w imię bycia wolną i nowoczesną, inną niż jej złamana rozpadem małżeństwa, wyznająca tradycyjne wartości matka. Bohaterka Pleijel, o której autorka pisze raz w pierwszej, a raz w trzeciej osobie, zawsze szukała wielkiej miłości, ale bardzo długo znajdowała głównie seks, chwile epifanii oraz prześladujące ją poczucie, że nie jest warta miłości i nigdy jej nie znajdzie (napisanie czegoś takiego w racjonalnym kontekście szwedzkim jest, uwierzcie mi, dużą odwagą). W trzecim tomie autobiograficznej powieści bohaterka Pleijel czyli ona sama ma już czterdzieści lat, dziecko, nieudane małżeństwo za sobą i jest pierwszą w historii kobietą-szefową działu kultury dziennika „Aftonbladet”. Poza tym jest cenioną dramatopisarką i poetką, planuje powieść i jest też wiecznie czyjąś kochanką, trochę taśmowo zalicza kolejne nieudane romanse. Wszystko do chwili gdy pojawia się on, M. Oczywiście zarówno w Szwecji jak i w Polsce czytelnicy Pleijel wiedzą kim jest M – to jej mąż od lat przeszło czterdziestu, wybitny reportażysta Maciej Zaremba. O różnicach w szwedzkim i polskim stosunku do miłości i erotyki opowiedzieli w mojej książce „Szwedzka sztuka kochania”.

Maciej Zaremba Bielawski, fot: smakksiazki.pl „Ślimaki i śnieg” to przede wszystkim (choć nie tylko!) historia ich związku bez odrobiny pudru. Związku widzianego tylko od strony kobiety. To opowieść o miłości prawdziwej, ale zupełnie nieprzefiltrowanej. I jest to miłość wielka. Porozumienie dusz i ciał. Miłość zbuntowana i odważna, bo ona jest od niego o 11 lat starsza, a kiedy się poznają jest znaną szwedzką intelektualistką, podczas gdy on operatorem dźwigu z Polski. Jednak potem nic nie jest jak w bajce. Kochają się, ale mają problemy: finansowe, z dziećmi z poprzednich związków, z pracą. Dzień po ich ślubie córka Agnety zostawia jej w pokoju karteczkę „Nie mam już mamy”. Z kolei parę tygodni przed ślubem narzeczona dowiaduje się, że ukochanemu za czas jakiś urodzi się kolejne dziecko – owoc relacji w Polsce, gdzie jeździł z pomocą Solidarności. Co robi narzeczona? Odchodzi odziana w feministyczny pancerz, indywidualistycznie szczęśliwa, że postawiła na siebie? Na swój rozwój? Otóż nie. Ona wybacza, bo kocha, biorą ślub. Intelektualna ikona feminizmu, pierwsza kobieta zarządzająca działem kultury w wielkiej gazecie w pełni świadomie dokonuje wyboru zupełnie niezgodnego z duchem epoki, ale w pełni zgodnego z nią samą. Przeżywają razem jakieś dziesięć dobrych lat. Wtedy M oznajmia Agnecie, że nadal ją kocha, ale kocha też inną kobietę, Polkę.

Agneta Pleijel, fot: Goran Segeholm/Norstedts Chce żyć z tamtą, wyjeżdża do niej, ale nie chce tracić żony. Co robi silna, niezależna finansowo, samoświadoma pisarka odnosząca sukcesy? Czeka na M, sypia z nim, kiedy przyjeżdża do Sztokholmu, kocha, cierpi, pije, pali, podróżuje, ma innych kochanków, chodzi na jungowską psychoanalizę, pracuje i tęskni. Trwa to kilka lat, a kiedy w końcu chce z nim zerwać na zawsze, on do niej wraca. I ona mu wybacza. I nie jest tak, jak mówią „ludowe mądrości”, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a po zdradzie związek już nigdy nie będzie dobry. Właśnie po zdradzie staje się lepszy, nareszcie szczęśliwy , może dlatego, że oboje dojrzeli i coś zrozumieli. Powiecie: banalna historia, schemat stary jak świat, albo: po co grzebać w tym, co było, a nie jest. Powiecie: skandal. Powiecie: typowy facet, jak mógł? Powiecie: jak ona mogła? Dlaczego tak nisko się ceniła?. Ale powieść Pleijel pokazuje, że nic z tego, co przed chwilą z siebie wyrzuciliście pod wpływem miliona dość płytkich kulturowych przekonań (także na temat zdrady) nie jest prawdą. To znaczy może jest waszą prawdą, ale jej, bohaterki Pleijel już nie. Rację miał za to hinduski filozof Jiddu Krishnamurti, gdy mówił „Niedojrzałość polega jedynie na zupełnej nieznajomości siebie. Zrozumienie samego siebie jest początkiem mądrości”. Pleijel w całej swojej trylogii pokazuje, czym jest dochodzenie do zrozumienia siebie, swojej drogi i tkwi w tym wielka mądrość. A poza tym czy to nie jest dowód prawdziwej miłości, że mężczyzna, który jest zawsze pierwszym czytelnikiem swojej żony, nie robi w jej powieści o niej, ale przecież także trochę o nim, żadnej poprawki, która miałaby go wybielić?
„Ślimaki i śnieg” to opowieść o jednostktowym doświadczeniu, o prawdzie jednej kobiety, jednej patchworkowej rodziny, jednego związku, ale zarazem historia uniwersalna, której autorka podjęła ryzyko absolutnej, boleśnie pięknej uczciwości. Ryzyko, które dla wielu ludzi jest niemożliwe do podjęcia nawet w myśleniu o sobie, co dopiero w pisaniu o swoich wyborach i życiu. No i jest to książka genialna, wywracająca do góry nogami wiele przekonań. Czekajcie na nią i nie przegapcie. Justyna Czechowska twierdzi, że przekład powinien być gotowy za jakiś rok.
Katarzyna Tubylewicz
-
Rozebrać Nobla – felieton Katarzyny Tubylewicz
„Nobla Miłoszowi załatwiła Zośka. Pracowała w Bibliotece Noblowskiej i załatwiła mu przez swoje kontakty. Temu szepnęła, tamtemu podsunęła wiersze, bez Zośki tego Nobla by nie było” – wyjawił mi polonijny bywalec sztokholmskich salonów, który uważał się za szarą eminencję szwedzkiego świata kultury. Wiedział w swoim mniemaniu wszystko, mógł tylko odrobinę mniej. Uznałam, że ma mnie za idiotkę, która uwierzy, że coś tak prestiżowego, międzynarodowego i niezależnego od koterii jak literacki Nobel można komuś załatwić. „Człowieku, puknij się, kto słucha twojej Zośki na Parnasie?” – pomyślałam i czmychnęłam pogadać z kimś innym.

Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981 Kto miał rację, ja czy polonus?
Można na to spojrzeć z różnych perspektyw.
W kwestii boskości to jeden z czołowych członków Akademii Szwedzkiej, jej wieloletni sekretarz generalny, Horace Engdahl niedawno bronił do upadłego oskarżonego i skazanego za molestowanie seksualne oraz gwałty francuskiego męża byłej już członkini Akademii, Katariny Frostenson. Było to żenujące. Ponadto w jego książce z aforyzmami o wdzięcznym tytule „Ostatnia świnia” pojawia się taka oto mądrość:
„Dopełniona penetracja seksualna to odwieczna przegrana dla kobiety i odwieczne zwycięstwo mężczyzny”. Tak, słowa te pochodzą prosto z głowy szwedzkiego intelektualisty, który ogłaszając Nobla dla Elfride Jelinek tak pięknie i feministycznie mówił, że jej powieści obnażają stereotypy. No cóż, ludzie są ludźmi, boskości w nich za grosz, a nagroda jest nagrodą.
Nobel to szczyt literackich marzeń, dowód najwyższego uznania, widoczny i słyszalny w każdym zakątku świata, a do tego gigantyczny zastrzyk finansowy. W ogóle marka nagrody jest czymś unikalnym. Została przyznana nie tylko licznym wybitnym pisarzom, ale także równie wybitnym naukowcom, politykom i aktywistom (w sumie ponad 900 osobom), wśród których były takie postaci jak Maria Curie-Skłodowska , Albert Einstein i Nelson Mandela.
Dziś każdy wie, czym jest Nobel. Ale jak do tego doszło?
Czytelnicy mojego poprzedniego felietonu wiedzą już, że Szwedzi są mistrzami eksportu. Cechują ich iście wirtuozerskie zdolności sprzedawania szwedzkiej literatury, udało im się też wypromować mnóstwo marek od IKEI przez Volvo na Ericssonie skończywszy, a także nieco wyidealizowany obraz własnego kraju. Pomimo to nadal zastanawia fakt, dlaczego cały międzynarodowy świat kultury zamiera akurat wtedy, gdy 18 członków jakiejś tam Akademii w małym, prowincjonalnym kraju, na północy Europy wybiera swojego laureata nagrody literackiej? Żeby było to chociaż międzynarodowe grono, ale przecież nie jest! Wśród członków Akademii Szwedzkiej jest w dodatku sporo osób, które nawet w Szwecji nie są szczególnie znane: Jesper Svenbro – poeta i znawca antyku, Tomas Riad – lingwista. Przyznaję się bez bicia, że gdybym nie znalazła ich na liście członków Akademii, nie wiedziałabym o ich istnieniu. Dlaczego akurat ich gust literacki jest tak istotny, że wszyscy liczący się pisarze chcą dostać Nobla. W czym rzecz? Nie chodzi chyba tylko o wielkie pieniądze? Albo o uścisk dłoni szwedzkiego króla?

Copyright © Nobel Media AB 2017. Photo: Alexander Mahmoud. Temat ten badało przez cztery lata dwóch profesorów ekonomii Stephen Greyser z Harvard Business School i Mats Urde ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund. Według nich prestiż nagrody wziął się bezpośrednio z głównego przesłania testamentu jej twórcy, Alfreda Nobla. Życzył sobie, by jego fortunę przeznaczono na nagrody w kilku różnych dziedzinach, ale zaznaczył, że mają one być dawane wybitnym osobom, które „przysłużyły się dla dobra ludzkości”. Nobel przyznawany jest od 1901 roku, a był to historycznie czas, w którym międzynarodowość tej nagrody i jej idealistyczne założenia stanowiły coś absolutnie wyjątkowego w pochłoniętej nacjonalizmami Europie. W pewnym sensie można powiedzieć, że kiedy świat szykował się już do dwóch straszliwych wojen (po których trochę trudno nadal wierzyć w ludzkość), wynalazca dynamitu stworzył nagrodę za DOBRO i dla DOBRA innych. Za działania naukowe lub literackie na rzecz drugiego człowieka. Bez względu na jego narodowość, czy rasę. Szok.
Inna rzecz, że idealizmu Alfreda Nobla wcale nie podzielali wszyscy zaangażowani w tworzenie nagrody Szwedzi. Na przykład wspomniana już Akademia Szwedzka, która istnieje od roku 1786 i została powołana w celu stania na straży czystości języka szwedzkiego, z początku patrzyła na dodatkowe obowiązki bardzo krzywo. Jej członkowie mieli dosyć innej roboty, siedzieli nieustannie z nosami w słownikach. Dominowali wśród nich zresztą nudni urzędnicy i kulturowo nacjonalistyczni filolodzy, niespecjalnie ich interesował świat wielkiej literatury.
Akurat to zmieniło się jednak bardzo szybko.
Czy Literacka Nagroda Nobla jest zatem najbardziej obiektywną i prestiżową formą uznania dla osiągnięć w dziedzinie literatury? Otóż: i tak, i nie. Przesłanie Nobla zawarte w jego testamencie powoduje poszukiwanie nazwisk autorek i autorów nie tylko wybitnych, ale także takich, których twórczość ma w sobie elementy idealistyczne lub ważne dla ludzkości. Ewidentne jest też, że sama nagroda ma jakoś służyć nie tylko ludzkości ale i słusznej stronie historii. Nobel dla Miłosza był uznaniem jego dzieła, ale także (a może przede wszystkim?) symbolicznym wsparciem dla poety uchodźcy z dręczonej przez komunizm Europy Wschodniej. Nobel dla Abdulrazaka Gurnaha to próba zwrócenia uwagi międzynarodowej społeczności na literaturę postkolonialną i na temat uchodźców. Nobel dla Olgi Tokarczuk to uznanie jej książek, ale także wsparcie dla feministycznych i ekologicznych poglądów autorki oraz dla jej otwartego przeciwstawiania się niedemokratycznym tendencjom z wiadomej strony.
Akademia Szwedzka żywi też historyczną awersję do nagradzania nazwisk zbyt oczywistych i znanych. Z tego powodu Nobla nie dostał Lew Tołstoj ani Philip Roth i z pewnością nigdy nie otrzyma go ani Margaret Atwood , ani Haruki Murakami. I oczywiście, że jest tak, iż na decyzję 18 członków Akademii usiłują wpływać różne koterie, grupy lobbingowe i znawcy literatury, a czasem ich własne rodziny. Na ile są to skuteczne próby, to z pewnością kwestia indywidualna, ale jest tajemnicą poliszynela, że Nobla dla Jelinek nie byłoby, gdyby nie była już żona Horaca Engdahla , feministyczna literaturoznawczyni Ebba Witt- Brattström.

Margaret Atwood, fot: smakksiazki.pl Nie wiem, czy Miłoszowi pomogła Zośka, ale ktoś tam pomógł na pewno. Gombrowicz dobrze rozumiał, że bez koneksji nic się nie da zrobić i sam mocno lobbował na rzecz swojej kandydatury. Prawie mu się udało, bo naprawdę miał na Nobla duże szanse. Podobnie jak Kapuściński, o którego latami walczyło kilku wpływowych ludzi szwedzkiego świata kultury. Kto wie, co by się stało, gdyby dłużej żył?
Z całą pewnością jest więc tak, że aby dostać literackiego Nobla, trzeba nie tylko dobrze pisać, ale mieć także wsparcie wpływowych ludzi oraz tak zwanego wiatru historii. Należy też rozumieć (choćby podświadomie) literaturę jako coś więcej niż tylko piękne władanie językiem. Mówiąc wprost: w przesłanie Nagrody Nobla wpisane jest przekonanie, że w literaturze ważny jest element utylitarny wzniesiony na poziom ambitnego idealizmu lub walki o słuszna sprawę. Domyślacie się kto dostanie w tym roku Nobla? Będę zdziwiona, jeśli nie będzie to pisarz ukraiński, a jeszcze lepiej ukraińska pisarka. Choć jednocześnie wcale się też nie zdziwię, jeśli tak się nie stanie, bo Akademii Szwedzkiej zdarzały się też historyczne tchórzostwa i próby zachowania neutralności. Na przykład wtedy, gdy nie zabrała oficjalnie głosu po stronie Salmana Rushdiego, kiedy została nań rzucona fatwa…

Salman Rushdie, fot: smakksiazki.pl Na czym więc polega zawarta w tytule tego felietonu chęć ściągnięcia z Nobla pięknych szat? Na uświadomieniu, że nie ma czegoś takiego jak nagroda przyznawana za najwybitniejsze osiągnięcia literackie. Nobel literacki jest zawsze nagrodą z dodatkowym przesłaniem, trochę polityczną, trochę pozytywistyczną, trochę wyznaczającą nowe trendy. A jednocześnie: nieustannie najbardziej prestiżową i ważną. Jak już wspomniałam: Szwedzi są mistrzami promocji.
Katarzyna Tubylewicz
-
Syndrom sztokholmski (odc. 3). Pamiątki z wakacji. Zaprasza Rafał Chojnacki
Ludzie przywożą z wakacji różne rzeczy. Obecnie rzadko kontroluje się auta przemieszczające się w Strefie Schengen. Jednak kiedy już tak się dzieje, samochód wypchany skandynawskimi książkami zawsze wzbudza sensację. Największym zdziwieniem wykazał się norweski pogranicznik, który kilka lat temu zatrzymał nas do kontroli. Samochód na polskich numerach rejestracyjnych, wwożący do Norwegii szwedzkie kryminały…
Wakacyjne zdobycze
Coroczne szwedzkie wakacje to dla nas zawsze okres wzmożonych zakupów książkowych. Przywozimy z żoną zwykle bagażnik wypchany książkami. Walizki z ubraniami jadą na tylnych siedzeniach samochodu. Nie inaczej było i w tym roku.
Nie żebyśmy nie kupowali książek również w ciągu roku, jednak szwedzkie zakupy cechuje wyjątkowa intensywność. W końcu na kolejne takie okazje czekać będziemy cały rok. Dla żony, która wykłada szwedzki na jednej z pomorskich uczelni, stały kontakt ze tą literaturą jest bezcenny. A jako że oboje zajmujemy się naukowo i hobbystycznie skandynawskim kryminałami, zwykle to właśnie one stanowią największą część naszych wakacyjnych zdobyczy. Nie inaczej było i w tym roku.
Pisząc powyżej o okazjach, mam na myśli sposób, w jaki kupujemy większość książek. Oczywiście zdarza nam się czasem iść do zwykłej księgarni i dokonać zaplanowanego wcześniej zakupu, jednak wysokie ceny szwedzkich książek nie zachęcaj do takich fanaberii. Jeżeli za nową książkę w sieciówce trzeba zapłacić ponad 200 koron (ok. 90 złotych), a przywozi się ich do Polski nawet kilkaset, to trzeba poszukać innego rozwiązania. Dlatego prawdziwym błogosławieństwem są dla nas second handy, prowadzone przez organizacje charytatywne. Niekiedy można tam kupić książki za mniej niż 10% ceny z najtańszej księgarni. Nie inaczej było i w tym roku.
Przyjechaliśmy z bagażnikiem wypełnionym książkami, które teraz trzeba spisać i poukładać. Jednak większą zagadką jest dla mnie teraz sposób, w jaki powinienem podejść do przedstawienia w tym tekście niektórych spośród nowych tytułów. Można by napisać o książkach znanych nam pisarzy, o których nie wspomniałem w tekście zapowiadającym letnie premiery w Skandynawii. Można by też pójść w przeciwną stronę, skupiając się na takich pisarzach, których dzieła jeszcze do Polski nie dotarły. Można by też napisać o starszych tytułach, których zakup dał nam sporo radości. Albo o kompletnych niespodziankach, bo i takich nie brakowało. Myślę jednak, że choć każdy z tych tematów mógłby być osobnym materiałem na artykuł, w gruncie rzeczy byłoby to trochę nudne. Dlatego też znajdzie się tu miejsce na niemal każdy z tych wątków. Może z wyjątkiem staroci, których byłoby po prostu za dużo.
Starzy znajomi wracają
Wśród znanych w Polsce autorów warto wspomnieć o Mariette Lindstein. Szwedzka specjalistka od sekt, która sama ma w CV pracę dla jednaj z największych takich organizacji na świecie, wraca do swojej najbardziej popularnej serii. Zapoczątkowana przed laty Sektą z Wyspy Mgieł opowieść o charyzmatycznym Franzu Oswaldzie i jego ruchu Via Terra, ma swoją kontynuację w powieści Bortom Dimön (Poza Wyspą Mgieł). Bohaterka serii, Julia, ponownie daje się wplątać w historię związaną z Wyspą, na dodatek tym razem okazuje się, że trzeba będzie rozwiązać zagadkę z przeszłości, która może przy okazji wyjaśnić tajemnicę psychopatycznej osobowości Oswalda.

fot: Rafał Chojnacki Peter Stjernström nie jest w Polsce postrzegany jako autor z okolic powieści kryminalnej. Tymczasem wydana przed kilku laty książka Chłopiec motyl to mocny skandynawski thriller. Jego nowa powieść zatytułowana jest Sjösprång (Morski skok) i kontynuuje wątki z ubiegłorocznej Blodmål (Miara krwi), w której pojawiła się postać mieszkającej na Gotlandii Walli Hammar. Nowa seria łączy w formie wątki detektywistyczne, z klimatami grozy, podobnymi do tych z twórczości Johana Theorina. Ten ostatni też z resztą powrócił ostatnio do kryminału, od którego odszedł na chwilę, by pisać młodzieżowe fantasy, oparte na skandynawskich legendach. Jego Benvittring (Wietrzenie kości) to ponownie olandzkie klimaty, a na kartach powieści spotkamy też starego rybaka Gerlofa, znanego z poprzednich tomów.
Kolejne znane nazwisko, a właściwie pseudonim, to Erik Axl Sund. Autorzy, ukrywający się po tą marką, znani głównie z trylogii Oblicza Victorii Bergman. Ich nowa powieść zatytułowana jest Otid i pojawia się w niej znana z trylogii policjantka Jeanette Kihlberg. Zapowiada się zatem lektura sięgająca do mrocznych zakamarków ludzkiej psychiki. Zdaniem recenzentki „Dagens Nyheter” to jeden z najlepszych kryminałów tego roku.
Nowy thriller Joakima Zandera krąży wokół tematu ekstremizmu, co wydaje się być w Szwecji coraz większym problemem. Akcja powieści Ett ärligt liv (Uczciwe życie) rozgrywa się w Malmö, gdzie młody adept sztuki prawniczej daje się wciągnąć nie tylko w romans, ale również w skomplikowaną intrygę, która pokaże mu jak wygląda życie poza prawem.

Joakim Zander Karin Wahlberg, po kilku powieściach obyczajowych, wróciła do swojego głównego kryminalnego cyklu, którego bohaterem jest komisarz Claes Claesson. Powieść nosi tytuł En god man (Dobry człowiek) i jest klasycznym dla jej stylu kryminałem, którego akcja toczy się wokół zabójstwa znanego pediatry, mieszkającego w okolicach uniwersyteckiego Lundu.
Największym zaskoczeniem wśród starych znajomych była dla mnie nowa powieść Lizy Marklund. Oczywiście wiedziałem, że Krąg polarny otwiera nowy cykl, ale nie sądziłem, że tak szybko doczekamy się drugiego tomu. Kallmyren (Zimne bagna) to kryminalny thriller, którego akcja toczy się głównie w mroźnym Norrlandzie. Szef policji z miasteczka Stenträsk otrzymuje tam tajemniczą informację, która wydaje się mieć związek z jego zaginioną przed 30 laty żoną. Jednak forma tej wiadomości sprawia, że policjant zaczyna martwić się o swoją nową rodzinę.
Wśród pisarzy, których można było znaleźć na półkach z nowościami, pojawili się również Christian Unge (z nowym medycznym kryminałem Det första skottet, det sista steget), Viveca Sten(Dalskuggan to drugi tom jej nowej serii, która dla odmiany rozgrywa się pod norweską granicą), Emilie Schepp (Björnen sover to siódmy tom serii o Janie Berzelius) i Jens Lapidus (powieść Paradis City to naładowana akcją opowieść, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w opanowanej przez gangi Szwecji, w której naprawdę istnieją strefy no-go). Wszystkie te książki nie są jednak aż tak świeżymi premierami, dlatego musiały ustąpić miejsca innym.
Znani nieznani
Druga kategoria, do której warto sięgnąć, opowiadając o szwedzkich nowościach, to dzieła pisarzy, których książki nie są w Polsce znane, a w Szwecji cieszą się sporą popularnością. Czasem jest to zrozumiałe, innym razem bardzo trudno to umotywować. Chyba tylko wielkość skandynawskiej sceny pisarzy kryminalnych tłumaczy, dlaczego niektórzy z nich nie trafiają na nasze półki w Polsce.
Na pierwszy ogień musi pójść Jan Mårtenson. To jedyny żyjący klasyk szwedzkiej powieści kryminalnej. Zadebiutował w 1973 roku powieścią Helgeandsmordet, od tego czasu co roku wydaje kolejną książkę w serii, której bohaterem jest mieszkający na sztokholmskiej Starówce antykwariusz Johan Kristian Homan. Mårtenson to interesująca postać, ponieważ jest emerytowanym szwedzkim dworzaninem i dyplomatą, a jego życiorys sam mógłby stać się kanwą ciekawej powieści (wydano z resztą jego wspomnienia). Oprócz serii o Homanie napisał też kilka innych książek, głównie historycznych. Jego tegoroczna powieść nosi tytuł Mord i lönndom (lönndom to staroszwedzkie słowo, oznaczające robienie czegoś w sekrecie), i jest typową przedstawicielką serii. Jej autor unika wszystkiego, co kojarzy nam się z nowoczesnym, skandynawskim kryminałem. Nie mu tu ważkich zagadnień społecznych, nie ma dusznej, mrocznej atmosfery. Jest za to klasyczna zagadka kryminalna, która ma prawo spodobać się miłośnikom Aghaty Christie.
Z kolei Katarina Wennstam, to trochę taki Stieg Larsson w spódnicy. Prawdopodobnie za to porównanie otrzymałbym od autorki ogromne połajanki, ale faktem jest, że to kolejna społecznie zaangażowana dziennikarka, której powieści zawierają w sobie silnie ukierunkowaną krytykę społeczną. Szczególnie mocno zaangażowana jest w sprawę obrony praw kobiet, zwłaszcza w obliczu kontaktów z wymiarem sprawiedliwości. Głośnym echem odbiły się jej publikacje dotyczące traktowania ofiar gwałtów przez szwedzkie sądy. Twórczość literacka, zwłaszcza seria Justitie, często ociera się o tematykę sądowniczą i sprawy feministyczne. Nowa powieść (Dödsbädden czyli Łoże śmierci) nie różni się pod tym względem od wcześniejszych, ponieważ mamy tu te same bohaterki – zdolną śledczą i zaangażowaną prawniczkę. Muszą się one cofnąć w prowadzonym dochodzeniu do przeszłości, odkrywając zagadkę zatrudnianych w bogatych domach gosposi, które stawały się ofiarami wykorzystywania seksualnego. Przy okazji obie bohaterki wywracają do góry nogami życie osobiste jednego z kolegów z policji.
Do grona znanych nieznanych warto dopisać również Björna Hellberga, dziennikarza sportowego i prezentera telewizyjnego, który od czasu swego kryminalnego debiutu w 1981 (Gråt i mörker – pierwszy tom serii, której bohaterem jest komisarz Sten Wall), wydał ponad 30 książek z tego gatunku. Jako że jest przede wszystkim specjalistą od tenisa, ma też na koncie biografię Björna Borga. Występował też jako specjalista od ciekawostek w popularnym telewizyjnym quizie På spåret. W jego powieściach sport często odgrywa ważną rolę, ale nie zawsze jest czynnikiem dominującym.Vena Amoris, nowy tytuł Hellberga, to kolejny tom serii o Stenie Wallu, która należy do najbardziej cenionych przez… szwedzkich policjantów.

fot: Rafał Chojnacki Adepci skandynawskiej zbrodni
Wśród nowych nazwisk, a przynajmniej takich, które dla mnie samego były nowe, nadal jest w Szwecji sporo. Myślę, że powinno to uciąć pogłoski o „końcu skandynawskiego kryminału”. Wprawdzie w natłoku nowych nazwisk mniej jest tych naprawdę wartych uwagi, ale warto pamiętać, że boom, który nastąpił po sukcesie serii Millennium zafundował nam całą masę twórców już gotowych, doświadczonych i gotowych do tego, by osiągnąć sukces. Nowi muszą sobie na ten sukces dopiero zapracować. Jednak jest to powrót do normalnej sytuacji, a nie regres. Dziś już nie wystarczy być ze Szwecji, żeby sprzedać kilka milionów egzemplarzy swoich książek. Jednak pisarzom, o których wspomnę poniżej, życzyłbym takiego sukcesu.
Bardzo mocnym debiutem jest Lelo, autorstwa Markusa Grönholma. O autorze wiem tylko tyle, że dorastał w Uppsali, a po wielu latach mieszkania w Göteborg, przeprowadził się na powrót do Upplandu i osiadł w Heby. Czyli właściwie niczego o nim nie wiem. Ale powieść jego autorstwa, to rzadki przypadek mocnej, realistycznej literatury, która potrafi wstrząsnąć czytelnikiem. Już sam temat pedofilii jest wystarczająco ciężki (co przed laty udowodnili Roslund & Hellström w powieści Bestia), jednak w Lelo otrzymujemy jeszcze dramat głównego bohatera. Erik Eriksson z policji w Enköping rozpoczyna niełatwe śledztwo, gdy dowiaduje się, że musi przerwać dochodzenie, ponieważ ma raka mózgu. Dopiero teraz policjant naprawdę ma zrozumieć, czym jest praca pod presją czasu.
Benny Haag i Lennart Karlsson to dość nietypowy duet pisarski. Haag jest aktorem, terapeutą, pisarzem i niepijącym alkoholikiem. W 2010 roku startował do Parlamentu, z ramienia Spritpartiet, która postulowała zmniejszenie o połowę zużycia alkoholu w Szwecji. Z kariery politycznej nic nie wyszło, ale kiedy po latach Haag spotkał Karlssona, sztokholmskiego policjanta, szefa Szwedzkiego Stowarzyszenia Policji Narkotykowej, powstał pomysł, odwołujący się do skandynawskiej klasyki: przemycić kwestie społeczne, pod płaszczykiem popularnego gatunku literatury. Tak powstała powieść Det som inte syns (To, czego nie widać), opwiadająca o śledztwie prowadzonych przez dwóch policjantów z centrum Sztokholmu, którzy przy pomocy odważnej pani prokurator odkrywają, że prowadzone przez nich dochodzenie, prowadzi o wiele wyżej, niż początkowo zakładali, a przestępczy proceder, z którym się zetknęli, nie ogranicza się do handlu narkotykami.
Na zakończenie wypada jeszcze napisać o jednym autorze, którego książka trochę mnie zaskoczyła, ponieważ nie spodziewałem się, że autor wróci do swojego najbardziej popularnego bohatera. Jan Guillou znany jest w Polsce obecnie głównie dzięki wydawanej w ostatnich latach historyczno-obyczajowej serii Złoty wiek. Wcześniej ukazała się u nas również tetralogia Krzyżowcy i kultowa powieść Zło (Ondskan), sfilmowana w 2003 roku przez Mikaela Håfströma. Jednak nas interesuje sensacyjno-kryminalna seria o komandorze Hamiltonie, szwedzkim odpowiedniku Bonda. W latach 90. ukazały się u nas trzy tomy tego cyklu, jednak było to na długo przed boomem na skandynawski kryminał. Dziś mało kto o nich pamięta. Tymczasem w Szwecji nakręcono kilka filmów, a ostatnio również serial o komandorze Hamiltonie.
Nowa powieść, zatytułowana Den som dödade helvetets änglar (Ten, który zabił anioły z piekła) łączy w sobie opowieści o różnych bohaterach powieści Guillou, co z resztą dzieje się w twórczości tego autora nie po raz pierwszy, ponieważ w jednej z jego starszych powieści pojawił się nawet gościnnie bohater serii zaprzyjaźnionego z nim innego pisarza, Henninga Mankella. Z jednej strony w nowej powieści pojawia się element pastiszu, ponieważ bohaterowie są już emerytami, ale mimo to stają do walki ze zorganizowaną przestępczością.
Co ciekawe, ma to być początek nowej serii, starzy bohaterowie nie będą raczej jej centralnymi postaciami. Pozostaje więc poczekać na kolejne tomy, licząc, że w międzyczasie ktoś się zlituje nad komandorem Hamiltonem i w końcu wyda w Polsce całą serię.
Rafał Chojnacki
-
„Mogłem być zapitym bezrobotnym we Francji”. Maciej Zaremba Bielawski w „Cyklu bez nazwy”
Był Kazik Staszewski, był Mariusz Szczygieł, jest Maciej Zaremba Bielawski. Od zawsze chciałem mieć cykl rozmów, w trakcie których bez pośpiechu, spokojnie, będę mógł porozmawiać z ludźmi, którzy sporo w życiu osiągnęli, a do tego potrafią ciekawie opowiadać. Tak powstał „Cykl bez nazwy”. Do Macieja Zaremby Bielawskiego jedzie się ze Sztokholmu dwoma autobusami, przepływa promem, bo latem mieszka razem z żoną na urokliwej wyspie Yxlan. Porozmawialiśmy o antysemityzmie, ale też wąchaniu „Playboya”, krytykowaniu kraju, do którego się przyjechało, ale też o powstającej właśnie książce i tęsknocie za Polską. Jest o kompleksach, pokorze i ucieczce. Zostawiam Państwa z tym niesamowicie mądrym człowiekiem, w towarzystwie którego czułem się jak chłopak z blokowiska w potarganych krótkich spodenkach. Spodnie miałem czyste i długie, ale z blokowiska przecież jestem.
Maciej Zaremba Bielawski wylądował w Szwecji w 1969 roku. Był pracownikiem fizycznym na budowie, a teraz pisze teksty dla jednego z największych szwedzkich dzienników – „Dagens Nyheter”. Jest autorem następujących książek, które ukazały się w języku polskim: „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji”, „Higieniści. Z dziejów eugeniki”, „Leśna mafia. Szwedzki thriller ekologiczny”, „Dom z dwiema wieżami”.
-
Pippi Långstrump po śląsku już jest, za chwilę będzie Hobbit!
Liczba książek wydanych w języku śląskim wciąż rośnie. Czytelniczki i czytelnicy mogą już sięgnąć po przygody Pippi w przekładzie Rafała Szymy, a już za rogiem czai się Hobbit, za którego tłumaczenie odpowiada Grzegorz Kulik. Czy literatura po śląsku się sprzedaje? Jak doszło do przekładu przygód Pippi? Kto najczęściej kupuje książki po śląsku? O tym Piotr Długosz z Wydawnictwa Silesia Progress.
-
Wychodzenie na balkon, mroczny plac zabaw, utrata pamięci – wyprawa do Larsa Keplera
Mroczny plac zabaw w centrum Sztokholmu, pozornie idealna rodzina, której losy komplikuje pewne morderstwo w stolicy Szwecji. Historia zaginionej dziewczyny, która odnajduje się po pięciu latach… Jak przebiegało pisanie „Człowieka w lustrze”? Dlaczego wybrali właśnie ten plac zabaw? Zapraszam Was do obejrzenia wyprawy do Larsa Keplera, no i oczywiście do przeczytania książki, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego w tłumaczeniu Marty Rey-Radlińskiej.
-
„Nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze”. Z Camillą Grebe rozmawia Katarzyna Tubylewicz
Z Camillą Grebe, gwiazdą ambitnego, szwedzkiego kryminału – o kobietach w policji, przemocy, lekturach oraz doskonałym „Łowcy cieni” rozmawia Katarzyna Tubylewicz.
Twoja powieść „Łowca cieni”, która niedawno ukazała się w Polsce, została uznana przez Szwedzką Akademię Kryminału najlepszym kryminałem roku 2019, otrzymała też tytuł najlepszego kryminału skandynawskiego. Myślę, że dlatego, że bardzo rozszerzasz możliwości gatunku.
Gatunek jest tylko formą. Od powieści sensacyjnej czytelnik oczekuje zagadki, ale poza tym można ją wypełnić, czym tylko się chce. To dlatego uwielbiam pisać kryminały. Mogą być zaangażowane społecznie, mogą być poetyckie, można wplatać w nie historie miłosne. Powieść kryminalną, poza obowiązkowym wątkiem sensacyjnym da się wypełnić wszystkim. W „Łowcy cieni” opowiadam o tajemniczej serii morderstw, której korzenie sięgają lat 40. ubiegłego wieku, a historia ciągnie się aż do współczesności. Opowiadam ją z perspektywy trzech kobiet, policjantek. Jedna z nich pracuje w latach 70., druga w 80., a trzecia współcześnie. Dzięki tym postaciom udało mi się opisać, jak zmieniła się sytuacja kobiet pracujących w szwedzkiej policji i jak na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci zmieniało się całe szwedzkie społeczeństwo.
W latach 40. spotykamy pierwszą bohaterkę, Elsie. To dla czytelnika przelotna znajomość, ale ważna. Elsie jest siostrą policyjną. W Polsce nigdy nie było tego typu stanowisk, więc chciałabym, żebyś wyjaśniła, kim były siostry policyjne. Co robiły?
Zanim do zawodu policjantki dopuszczono kobiety, w Szwecji doszło dopiero w 1958 roku, kobiety mogły pracować w policji, ale tylko jako siostry policyjne. Najczęściej były pielęgniarkami i ich zadaniem było zajmowanie się kobietami, które padły ofiarą przestępstw, ale także samymi przestępczyniami, czasem dziećmi. Siostry policyjne nie miały tych samych uprawnień, co policjanci, ale pomagały w dochodzeniach.
Czyli pełniły tradycyjne kobiece role opiekunek
Tak. Myślę, że odzwierciedlało to ówczesne spojrzenie na kobiety i mężczyzn, przekonanie, że bardzo różnią się od siebie. Uważano, że istnieją „unikalne cechy kobiece”, które mogły być przydatne na komendzie. Kobiety miały uzupełniać mężczyzn. Tak wówczas myślano.
Ciekawe, że w Polsce otwarcie szeregów policji dla kobiet nastąpiło już w 1925 roku. Można powiedzieć, że były takie czasy, w których to Polska stawiała na emancypację wcześniej niż Szwecja… Istniało jednak ograniczenie, pierwsze policjantki musiały być pannami albo wdowami, bo zamężnych kobiet do policji nie przyjmowano. Domyślam się że, nie było im z początku łatwo… Ty poprzez historie swoich bohaterek, zwłaszcza Britt-Marie pracującej na komendzie w latach 70. pokazujesz, jak dyskryminowano policjantki w Szwecji. Britt- Marie pada ofiarą mobbingu . Szef nie traktuje jej jak pracowniczki równej mającym identyczne wykształcenie kolegom. Wiem, że robiąc research, natknęłaś się też na zadziwiające artykuły o policjantkach w szwedzkiej prasie, pełne stereotypów i lekceważenia.
Tak, było to bardzo zaskakujące. Sama urodziłam się w 1968 roku i nie pamiętam, żebym w czasie dorastania uważała, że jest coś dziwnego w tym, że kobieta pracuje na policji. Ale kiedy zaczęłam czytać prasę z tamtych lat odkryłam, że o kobietach policjantkach pisano z wielką podejrzliwością, że umniejszano ich rolę. Przeciwnicy twierdzili na przykład, że jeśli ładna kobieta będzie siedziała z mężczyzną w radiowozie, to prowadzący policjant może zjechać z drogi, bo będzie zdekoncentrowany.
Więc przez długi czas zakazywano policjantkom pracy w terenie!
Tak. Druga połowa artykułów traktowała o „ślicznych policjantkach”, „najpiękniejszej policjantce w Örebro”, „seksownych strojach policjantek” i tak dalej. Takie nastroje panowały do końca lat 70., dopiero potem zawód policjantki stał się czymś normalnym. Moja bohaterka Britt -Marie napotyka w pracy niczym nieskrywaną dyskryminację. Jej szef wyklucza ją z zebrań, nigdy nie pyta o zdanie, jedynym obowiązkiem, który jej przydziela, jest robienie notatek. Tak to właśnie wyglądało w latach 70. Moje bohaterki, które pracują w policji później też napotykają wyzwania i trudności, ale zupełnie innego typu.
Malin, która pracuje w czasach współczesnych ma o niebo lepszą sytuację zawodową, ale i tak jest jej trudno, na przykład łączyć pracę z macierzyństwem. Zwłaszcza, że nie ma wsparcia od męża . Zastanawiam się, czy nadal istnieje jakiś rodzaj debaty na temat płci w policji.
Myślę, że przekonanie o tym, iż kobiety i mężczyźni bardzo się od siebie różnią zastąpiono dziś przeświadczeniem, że są tacy sami i że są w stanie wykonywać obowiązki zawodowe w identyczny sposób.
Pomysł na „Łowcę cieni” narodził się podczas lektury. Podobno zainspirowała Cię książka Michelle McNamara z gatunku true crime „Obsesja zbrodni”, opowiadająca historię poszukiwania seryjnego mordercy zwanego The Golden State Killer.
Autorka tej książki była dziennikarką i prowadziła stronę internetową poświęconą nierozwiązanym sprawom seryjnych morderstw. Była wręcz opętana postacią The Golden State Killera. Mężczyzna ten przez długi czas gwałcił i mordował kobiety w Kalifornii, ale też w innych stanach. Długo dochodzono do ustalenia, że to ta sama osoba. Z początku nadawano mu różne przydomki w zależności od tego, gdzie akurat działał. Michelle McNamara w trakcie pracy nad książką o nim nieoczekiwanie zmarła. Jest bardzo wzruszające, że książkę ukończyli i wydali redaktorzy z jej wydawnictwa. Sprawa The Golden State Killera pozostawała niewyjaśniona przez dziesiątki lat, więc książka o nim pozwala na spotkanie wielu policjantów pracujących nad tym przypadkiem. Bohaterowie Michelle McNamara starzeją się, przechodzą na emeryturę, umierają, zastępują ich kolejne osoby, społeczeństwo wokół zmienia się, powstają nowe dzielnice miast, inne zostają zburzone. „Obsesja zbrodni” sprawiła, że zrozumiałam, iż opowieść kryminalna tak bardzo rozciągnięta w czasie, daje unikalną możliwość opisania różnych przemian i zjawisk w społeczeństwie. Od rozwoju urbanistycznego miast do przemian w sytuacji kobiet w policji. W tym wszystkim nadal największą atrakcją jest – mam nadzieję – wciągająca historia kryminalna. Chciałam, żeby „Łowcę cieni” można było czytać na różne sposoby, jako zwykły, trzymający w napięciu thriller, ale też jako powieść przedstawiającą jakiś fragment, mało znanej, historii społeczeństwa.
I rzeczywiście jest tak, że zrobiłaś z kryminału epicką powieść analizującą ciekawe zjawiska społeczne i pokazującą ważne przemiany w Szwecji. Mam wrażenie, że kryminał jest wbrew pozorom gatunkiem pozwalającym na wyjątkowo wiele, między innymi na głębokie społeczne zaangażowanie, ale niewielu autorów w pełni wykorzystuje tę szansę. Ani w Polsce, gdzie rocznie publikuje się około 400 kryminałów, ani w Szwecji, gdzie wychodzi ich rocznie ponad 300. Tobie się to udało. Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o researchu?

Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell Czytałam mnóstwo książek, jakieś autobiograficzne opowieści policjantów, pracę doktorską o szwedzkiej policji, serię powieści o dawnym Sztokholmie Pera Andersa Fogelströma. Dużo czasu spędziłam w bibliotekach, zwłaszcza w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, czytałam tam gazety z lat 70. i 80. Nie wszystkie informacje zdobyłam, wertując źródła prasowe, dotarłam też do trzech kobiet, które pracowały w policji w różnych latach. Najstarsza miała 75 lat, a najmłodsza 40. Potrzebowałam tego, żeby poczuć, jak kiedyś pracowało się kobietom w policji.
Czy jakieś anegdoty lub wspomnienia, które opowiedziały Ci te kobiety trafiły bezpośrednio do „Łowcy cieni”?
Całe mnóstwo detali, które tak naprawdę budują realistyczną opowieść o miejscach i czasie. Na przykład 75-letnia Siv opowiadała mi, że za jej czasów podczas ćwiczeń na strzelnicy nie było ochraniających uszy słuchawek, więc z koleżankami wkładały do uszu łuski po nabojach. Britt-Marie też to robi.
Czy bałaś się błędów?
Tak! Kiedy wpadłam na pomysł tej powieści, nie miałam na szczęście pojęcia, ile będzie wymagała pracy, i czego się podjęłam. Pytania mnożyły się bez końca. Jak wyglądała ta ulica w latach70.? Jakie jeździły po niej samochody? Co się jadło? Jakiej muzyki słuchało? Im dłużej zagłębiasz się w historii, im więcej wynajdujesz rzeczy, które charakteryzowały dany czas, tym bardziej kusi, by je wszystkie przedstawić. A to fatalne rozwiązanie. Nie można przeładować książki elementami z epoki.
Myślę, że udało Ci się wyważyć właściwe proporcje. Ciekawe, że opisując historię seryjnych morderstw, których ofiarami są młode kobiety, samotne matki, pozostawiasz pole dla wyobraźni czytelników. Nie epatujesz przemocą, nie szokujesz opisami tortur i krwią. Trochę wbrew współczesnym tendencjom panującym w literaturze kryminalnej, która epatuje szczegółowymi opisami przemocy wobec kobiet i czyni z przemocy fetysz. W Twojej książce jest paraliżujący strach, ale przemoc jest często czymś niedopowiedzianym.
Nie lubię epatować przemocą. Chcę pisać książki, które wciągają, ale nie są bardzo krwawe, to nie ma dla mnie żadnej wartości. W seryjnych morderstwach, które opisuję jest sporo symboliki, kobiety są przybijane gwoździami do podłogi w swoich mieszkaniach, tak jakby ktoś chciał zatrzymać je w domu. A jest to tematem książki także w szerszym znaczeniu. Generalnie nie uważam, że książki pełne przemocy są ciekawsze, bardziej ekscytujące albo bardziej poruszające. Dlatego unikam dosłowności. Myślę, że czytelnicy mają tyle fantazji i wrażliwości, że aby ich poruszyć, wystarczą sugestie. Nie trzeba wdawać się w szczegóły.

Camilla Grebe w rozmowie z Katarzyną Tubylewicz Napisałaś trzynaście książek, kilka z nich w duetach, ale od pewnego czasu pracujesz sama. Myślę, że charakterystyczne dla Twojego pisania jest ciągłe poszukiwanie nowych dróg.
„Łowca cieni” to czwarta część cyklu zapoczątkowanego przez „Stąpając po cienkim lodzie”, po którym przyszły „Uśpienie” i „Dziennik mojego zniknięcia”. W kolejnych książkach powracają niektórzy bohaterowie, ale zaskoczeniem jest którzy i w jakim momencie życia. W „Łowcy cieni” pojawia się profilerka Hanne, którą poznajemy w latach 80., kiedy jej kariera nabiera tempa, a Hanne żyje w nieco toksycznym związku. Tę samą bohaterkę pamiętam z pierwszego tomu cyklu, w którym miała… prawie 60 lat, cierpiała na początki demencji i przeżywała wielką miłość. Dość wcześnie zdecydowałam, że będę pisała tylko takie rzeczy, które naprawdę chcę napisać. Uważam, że kiedy ja dobrze bawię się pisaniem, to czytelnik bawi się moją książką. Nie byłoby dla mnie interesujące pisanie ciągle o tym samym policjancie rozwiązującym kolejne zagadki morderstw w tym samym mieście. Oczywiście wielu autorów zachowuje ten schemat i tworzy fantastyczne książki, ale dla mnie byłoby to nudne. Za każdym razem potrzebuję stawiać sobie nowe wyzwania, całkowicie zmieniać sposób opowiadania moich historii, tematykę, bohaterów.
Myślę, że czas zdradzić, że kiedy ze sobą rozmawiamy, jesteś na wakacjach w Hiszpanii, ale nie mogłyśmy zaplanować rozmowy w Sztokholmie po Twoim powrocie, bo na razie do Szwecji nie wracasz. Od pewnego czasu mieszkasz bowiem w Portugalii.
Przeprowadziliśmy się z moim partnerem do Cascais w połowie grudnia. Przejechaliśmy wtedy samochodem przez pozamykaną przez pandemię Europę. Wszędzie było pusto. Kiedy dotarliśmy do Portugalii, zaczął się tam lockdown, więc przez jakiś czas byliśmy uwięzieni, ale teraz jest nam wspaniale. Oboje pracujemy nad swoimi projektami, ja uczę się jeździć konno.
Czy chcecie zostać w Portugalii na długo?
Właściwie nie wiemy. Idea jest taka, że teraz, gdy dzieci każdego z nas są już dorosłe i wyprowadziły się z domu, my możemy przeżyć wielką przygodę. Każde z nas i tak pracuje w domu, więc możemy mieszkać, gdzie chcemy. Nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy zostaniemy w Portugalii na rok czy na parę lat. Dla mojego pisania nie ma znaczenia, gdzie jestem. Najchętniej i tak piszę w łóżku.
Ile godzin dziennie?
Są takie okresy, że siedzę nad książką po dwanaście godzin, ale zdarza się to bardzo rzadko. Najczęściej pracuję dwie, trzy godziny. Zawsze też sporo myślę o książce, nad którą pracuję. Pisanie to proces, który trwa nawet wtedy, kiedy się nie pisze.

Camilla Grebe, fot: Viktor Fremling A nad czym teraz pracujesz?
Nad kolejną po „Łowcy cieni” częścią cyklu, ma roboczy tytuł „Witajcie w wieczności”. Bohaterką jest redaktorka wydawnictwa, której mężem jest bardzo znany pisarz. Mają synów bliźniaków. Po przyjęciu w ich wielkim domu na wsi zostaje zamordowana nastolatka. Szybko okazuje się, że sprawcą jest jeden z synów pary, ale nie wiadomo który. Będzie to powieść traktująca w dużej mierze o rodzicielstwie, ale także o świecie literacko-wydawniczym. Bardzo podoba mi się opisywanie świata, który dobrze znam.
Twoje książki przetłumaczono na 25 języków.
Nie wszystkie na te same języki i nie wszystkie na aż tyle, ale w sumie tak. Za to książki wydane po angielsku sprzedają się w wielu krajach, między innymi w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Tak więc choć moje powieści ukazały się w tłumaczeniach na 25 języków, sprzedawane są w znacznie większej liczbie krajów.
Jesteś częścią fenomenu, który nazywany jest mianem „szwedzkiego cudu kryminalnego” – po szwedzku det svenska deckarundret. Co według Ciebie jest najważniejszą cechą szwedzkich kryminałów, która sprawia, że podbijają świat?
Myślę, że są dość mroczne i zaangażowane w tematykę społeczną, krytycznie ją analizując. Większość z nas uważnie obserwuje teraźniejszość, przemiany obyczajowe. Mówiąc o sukcesach szwedzkich czy szerzej skandynawskich kryminałów, myślę, że my, współcześni autorzy, zawdzięczamy wiele naszym poprzednikom. Na przykład piszącym w latach 70. ubiegłego wieku autorom: parze Sjöwall i Wahlöö, dziś uznawanym za klasyków, Henningowi Mankellowi i innym doskonałym autorom, którzy otworzyli nam drzwi na świat. Zainspirowali nas też, żeby pisać prozę kryminalną. Myślę więc, że nie chodzi tylko o to, że w Szwecji jest dziś dużo dobrych autorów prozy sensacyjnej, ale także o to, że mamy długą tradycję takiej powieści.
Po których szwedzkich autorów sięgasz najchętniej?
Bardzo wielu. Zawsze lubiłam na przykład Håkana Nessera i Åsę Larsson. Lubię też Christoffera Carlssona, och, mogłabym jeszcze długo wymieniać.
A z autorów zagranicznych?
Uwielbiam brytyjską autorkę, która nazywa się Belinda Bauer. To pisarka, która mnie najbardziej inspiruje, chcę pisać tak jak ona. Jej książki są czymś pomiędzy powieściami obyczajowymi a kryminałami. Ale warto dodać, że czytam całą masę książek niesensacyjnych; Joyce Carol Oates, Margaret Atwood, Iana McEwana.
Na koniec nie mogę nie wspomnieć o plotkach związanych z Hollywood. Czytałam, że trwają prace nad amerykańską ekranizacją twojej powieści „Stąpając po cienkim lodzie”. Czy mogłabyś coś o tym powiedzieć?
Nie wolno mi teraz mówić prawie nic na ten temat, ale to prawda. Na razie nauczyłam się, że świat filmu jest strasznie skomplikowany i bardzo długo trwa, nim jakiś projekt zostanie zrealizowany. Dla pisarza to trochę frustrujące. Pisanie książki zajmuje dużo czasu, ale zawsze wiadomo, kiedy wyjdzie. W branży filmowej funkcjonuje wszystko trochę inaczej, jest mnóstwo rozmów, wszystko trwa i trwa. Ale tak, to prawda, będzie Hollywood.
Rozmawiała Katarzyna Tubylewicz
-
„Mój bohater jest jak Brad Pitt z korporacji w średnim polskim mieście”
Kto z Was nie zna twórczości Eduardo Mendozy, niechaj pierwszy rzuci teraz w ekran kamieniem. No właśnie, albo czytaliście, albo nie macie odwagi zniszczyć sobie sprzętu. Czytając „Miliardera” odnajdziecie klimaty z twórczości hiszpańskiego pisarza, nie mam wątpliwości. Głównym bohaterem jest Maciej Kupczyk, pseudonim operacyjny „Kupa”. Większego niezdary jeszcze w Polsce nie widzieliście, potrafi wywrócić się, czasem dosłownie, na najprostszym zadaniu. Wpada jednak na pomysł, że poda się się za prawnuka pewnego bogatego Szweda. A tak się składa, że ten obrzydliwie bogaty Szwed, może wkrótce umrzeć…


