Tag: wakacyjne lektury
-
Co z lipcowych premier zabrać na wakacje? Podpowiadam
Można się było spodziewać, że w lipcu będzie mniej premier, ale nadal z książek, które ukażą się w tym miesiącu, udało mi się dla Was wybrać ciekawe, mam nadzieję, rzeczy. Gatunki różne, tematyka wszelaka, ale gdybym miał coś powiedzieć, to listę widzą Państwo poniżej. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. Smacznego!
-
Wypatrujemy sierpniowych premier. Na które warto zwrócić uwagę?
Zastanawiacie się, które nowości zabrać ze sobą na sierpniowy urlop? Albo które przeczytać w domowym zaciszu? Jak co miesiąc przejrzałem strony wydawców i wybrałem najciekawsze, według mnie, zbliżające się premiery. Jestem zaskoczony, bo jak na sierpień, to jest ich dość sporo. Mam nadzieję, że wybierzecie coś dla siebie, bo naprawdę jest w czym wybierać. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę odpowiedniego wydawcy, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o interesującym Was tytule.
-
Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz
Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach
Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.
A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

www.unsplash.com/Link Hoang A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.
Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.
I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.
No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.
Wojciech Chmielarz
-
„Lektury wakacyjne”, czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza
W piątek rozpoczęły się wakacje. A jak wakacje, to wakacyjne wyjazdy. A jak wyjazdy to również wakacyjne lektury.
Tak. To będzie jeden z tych lżejszych felietonów. Taki bardziej urlopowy. Taki, który mam nadzieję, wszystkich nas wprowadzi w dobry nastrój. Otóż są dwa podstawowe podejścia do kwestii wakacyjnych lektur. Pierwsze zakłada, że skoro mamy już urlop, wolną głowę, czas na skupienie, to jest odpowiednia pora, żeby nadrobić te Naprawdę Ważne Pozycje. Takie jak „4321” Paula Austera, cykl „Patrick Melrose” Edwarda St. Aubyna, „Homo Deus” Yuavala Noah Harariego, „Nieczułość” Martyny Bundy. Albo może z okazji Bookera sięgnąć wreszcie po tę Tokarczuk lub wziąć na plażę coś o Holokauście? Według drugiego, skoro już doczekaliśmy się tego urlopu, to odpoczywamy. Ma być miło i przyjemnie. A więc nowy Ćwiek, nowy King, nowy Chmielarz (mam nadzieję 😉). No i ciekawe, co napisała ta Nosowska i może sprawdzimy Guzowską. Nie zamierzam rozstrzygać, które podejście jest lepsze. Oba mają swoje plusy i minusy. Ale co najważniejsze, wszystko to kwestia osobista. Wypadkowa wakacyjnych planów i przedwakacyjnego zmęczenia.
Osobiście, preferuję podejście mieszane. Na mojej półce na wakacje czekają Orhan Pamuk z „Nazywam się czerwień” oraz „Bieguni” Olgi Tokarczuk (tak, jestem jednym z tych czytelników, których skusił Booker). Oprócz tego w planach mam parę pozycji, z którymi chce się zapoznać w ramach przygotowywania się do napisania następnej książki. Państwo pozwolą, że nie będę się dzielić tytułami, żeby nie zdradzać na tym etapie zbyt wiele. Chciałbym jeszcze przeczytać „Komedę” Magdaleny Grzebałkowskiej, „Poświatę” Micheala Chabona i „Wyniosłe wieże” Lawrence Wrighta. Z lżejszych rzeczy, ciągnie mnie do „Mayday” Grzegorza Brudnika, „Outsidera” Stephena Kinga, „Dam ci wszystko” Dolores Redondo. Chciałbym też nadrobić lekturę cyklu military s-f Michała Cholewy. Uff… Robi się z tego niezła lista. Nie wiem, czy dam radę zrealizować te plany. Szczególnie, że ostatnią pozycję z zeszłorocznej listy wakacyjnej skończyłem czytać w połowie maja tego roku. No, ale zawsze twierdziłem, że warto stawiać sobie ambitne cele.
Kolejna kwestia to pakowanie. I tutaj powiem szczerze, ebooki zabiły dużą część magii wybierania wakacyjnych lektury. Podłączamy czytnik do komputera, ładujemy tę setkę nowy pozycji i jedziemy. A wcześniej? Państwo to pamiętają, prawda? Wybieranie lektur na wakacje było czynnością na pograniczu sztuki, technologii i planowania godnego Napoleona. Bo trzeba było zabrać ubrania, kostium kąpielowy, kosmetyki, olejki, całe to niezbędne urlopowe tałatajstwo, a do tego dorzucić jeszcze książki. I jak to zrobić? Wiadomo, że możemy wziąć dwie, góra trzy pozycje. Co wybrać? Trzy średnie? A może dwie chude i jedną grubą? Każdy, kto nie ma czytnika doskonale rozumie ten problem. Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy rozwiązali go w sposób prosty – na wakacje biorą wydania kieszonkowe. Kosztują niewiele (w stosunku do miejscowej pensji), można je kupić wszędzie, a po zakończonej lekturze po prostu zostawić bez żalu w pociągu czy na plaży. U nas ten format się z wielu powodów nie przyjął.

www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan Osobiście, największe dylematy przeżywałem wybierając się na wyprawy w dzikie góry Ukrainy, Rumunii i w Pireneje. Mieliśmy wędrować po nich z plecakami. Ponieważ z infrastrukturą turystyczną bywa tam różnie (szczególnie na Ukrainie), to liczyliśmy się z tym, że każdy z nas będzie musiał nosić ze sobą około trzy litry wody. Do tego namiot, śpiwory, ubrania, kuchenka turystyczna, jedzenie. A ja nie miałem jeszcze wtedy czytnika, a książki mają tę wadę, że ważą. Największy sprawdzian mojej miłości do literatury – perspektywa noszenia dodatkowego pół kilograma przez kilkadziesiąt kilometrów na wysokości od półtora do dwóch tysiąca metrów. Ostatecznie rozwiązaliśmy to tak, że wspólnie wybraliśmy książki i każdy z uczestników wyprawy niósł jedną. Potem się nimi wymienialiśmy. Uczucie, kiedy po całym dniu wędrówki, przy świetle latarki w rozłożonym gdzieś na górskiej polanie namiocie, przerzucamy kolejne strony – bezcenne.
Inne wspomnienie? Obóz językowy w Wielkiej Brytanii, gdzie nadspodziewanie szybko skończyły mi się przywiezione z Polski książki. Na szczęście odkryłem miejscowy antykwariat, gdzie „Lśnienie” Kinga kosztowało bodajże funta. Bałtycka plaża, gdzie zgłębiałem tajemnice teorii strun, z której niestety zapamiętałem tylko autora książki – Lee Smolin. Czy wreszcie mały hotelik w Beskidzie Sądeckim, gdzie w malutkiej biblioteczce odkryłem „Dziewczynę z pociągu” (rozczarowanie) i „Szamo”, czyli wspomnienia bramkarza Grzegorza Szamotulskiego (całkiem ciekawe). I tak, nie są to opowieści jakoś szczególnie pasjonujące, ale wiecie Państwo, jakoś miło mi się robi, kiedy je sobie przypominam. To chyba magia tych wakacyjnych lektur. Zostają z nami na naprawdę długo.
A jak u Państwa? Macie własne wakacyjno- książkowe wspomnienia, którymi chcecie się podzielić?
Wojciech Chmielarz





















































