Tag: Wiedźmin

  • „Hobit, abo tam i nazŏd”, śląska wersja językowa dzieła Tolkiena już jest! Kolejny będzie Sapkowski?

    Co może być, a czego nie może na okładce? Kim są patroni śląskiego wydania językowego? Sporo pytań, trochę to trwało, ale w końcu jest! „Hobbit, czyli tam i z powrotem” w języku śląskim, po naszymu „Hobit, abo tam i nazŏd”. Książka jest już zamawiana przez kolekcjonerów z całego świata, w planach jest audiobook, a wiele wskazuje na to, że to nie ostatnie słowo, jeśli chodzi o tłumaczenie znanych dzieł literackich. Czy kolejnym pisarzem wziętym na językowy warsztat będzie Andrzej Sapkowski? Posłuchajcie rozmowy z Piotrem Długoszem z Silesia Progress. Za tłumaczenie książki Tolkiena odpowiada Grzegorz Kulik oraz Mirosław Syniawa. No i dlaczego w tytule jest tylko jedna litera B? Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych książki, co oznacza, że wkrótce będzie miał dla Was egzemplarze do zgarnięcia. 

     

  • „Obrazki z imprezy”, kolejny odcinek komiksowego cyklu Jakuba Ćwieka

    Mieliście kiedyś tak, że zaproszono was na przyjęcie kompletnie nie w waszych klimatach i nie z waszej bajki i wy najpierw się nieopatrznie zgodziliście, a potem usilnie staraliście się albo wymigać, albo chociaż dowiedzieć, czy będzie tam ktoś ze znajomych, ktoś do kogo będziecie się mogli przykleić?

    Jeżeli zdarzyło wam się to choć raz, myślę, że szybko zrozumiecie, na czym dokładnie polega mój kolejny pomysł na zachęcenie was do czytania komiksów. Chodzi o komiksowe kontynuacje czy adaptacje dzieł znanych z innych obszarów kultury.

    W Stanach jest to praktyka bardzo częsta. Jeżeli jakaś produkcja, czy to telewizyjna, czy filmowa, czy growa, zdoła zbudować sobie fandom – lub ma w sobie zalążki, potencjał na stanie się silnym, zgranym fandomem – wówczas któryś z mniejszych lub większych komiksowych graczy decyduje się wykupić licencję i albo zaadaptować już gotową historię, albo poszerzyć uniwersum danej postaci o komiks właśnie. Jeżeli spojrzeć z punktu widzenia wyłączenie ekonomicznego, przewaga komiksu nad książką jest jasna – komiks to w dużej mierze obrazy, a więc komunikacja wizualna. Dużo łatwiej zrobić gadżet w oparciu o postać, którą mamy skonkretyzowaną niż w oparciu o ogólne, nigdy nie doprecyzowane wyobrażenie na bazie książkowego opisu. Ale my nie o ekonomii i nie o materialnych zyskach będziemy tutaj mówić. Dużo bardziej interesować nas będzie to, jak wykorzystać ową sytuację dla pogłębienia zainteresowania komiksami.

    Zacznijmy od komiksowych kontynuacji bądź rozwinięć światów. Niezwykle popularny serial amerykańskiego scenarzysty Jossa Whedona (później reżysera dwóch pierwszych części Avengers) czyli „Buffy postrach wampirów” doczekał się siedmiu telewizyjnych sezonów. Byłoby więcej, ale koszty produkcji rosły, oglądalność malała, więc zdecydowano się zakończyć produkcję. Fani jednak domagali się dalszych przygód Buffy. Zdecydowano się na komiks i eksperyment zwany komiksem ruchomym, który jest czymś pośrednim między animacją a komiksem właśnie. I choć to drugie się nie przyjęło, dzięki komiksom fani Buffy poznali kolejne pięć sezonów jej przygód, a nowy wydawca, który właśnie odkupił licencję do pogromczyni wampirów, zapowiada kolejne zeszyty w styczniu 2019.

    Buffy jednak, choć mogliście się spotkać z tą postacią za sprawą Polsatu, TV4 czy kto tam ją jeszcze puszczał, to postać w Polsce raczej mało znana.

    Co więc powiecie na Wiedźmina? Ten sam komiksowy wydawca, który do niedawna odpowiadał za Buffy, czyli Dark Horse, wykupił licencję do opowieści o Białym Wilku i od tego czasu zdążył wypuścić szereg historii Geralta w tej formie. Swoją drogą warto tu wspomnieć, że jedna z tych komiksowych historii jest adaptacją jednego z wątków „Sezonu burz” czyli napisanej po latach powieści o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Warto się tym opowieściom przyjrzeć chociażby dlatego, że dadzą nam ogląd, jakie podejście do postaci mają Amerykanie, a więc w jakiś sposób czego – w kwestii klimatu, nastroju, akcentów, bo nie fabuły – możemy się spodziewać w serialu. Zwłaszcza, że nie musimy się męczyć sprowadzaniem tej historii, bo jest wydana w Polsce.

    Oba wspomniane powyżej przykłady, myślę, całkiem nieźle nadają się do podstawienia pod metaforę od której zacząłem. Przychodzimy na nieznaną nam imprezę – świat komiksowy – przyklejeni do znajomego (Wiedźmina) lub znajomej (Buffy). Dawno się nie widzieliśmy, wiemy, że generalnie z nim lub nią jest fajnie niezależnie od tego, dokąd pójdziemy, więc jesteśmy skłonni zaryzykować. Najwyżej nie będzie to najlepszy wieczór w życiu.

    Trochę inaczej ma się sprawa z komiksowymi adaptacjami. Tu częstym argumentem przeciwników jest stwierdzenie: po co mam czytać komiks, skoro mogę książkę? Nie jestem w ogólniaku, nie potrzebuję streszczeń. I owszem, takie komiksy będące niepotrzebnymi streszczeniami się zdarzają. Są nim chociażby komiksowy „Percy Jackson” Riordana czy… Biblia w wersji komiksowej. Rysowane przeciętnie, niewnoszące do opowieści niczego od siebie – ot gadżety.

    Ale inaczej sprawa ma się na przykład z wyśmienitymi, wydanymi w Polsce opowieściami o Parkerze Richarda Starka zaadaptowanymi na komiks przez świetnego artystę Darwyna Cooke’a.

    Polski odbiorca nie miał zbyt wielu okazji, by poznać postać Parkera. Mógł go zobaczyć pod zmienionym nazwiskiem w kilku filmach z których najbardziej znane są dwie adaptacje powieści „The Hunter”: w „Zbiegu z Alcatraz” miał twarz Lee Marvina a w „Godzinie zemsty” wcielił się w niego Mel Gibson.

    Pod swoim nazwiskiem bezwzględny złodziej kierujący się nade wszystko bandyckim honorem pojawił się na ekranie raz, w filmie „Parker” (adaptacja powieści „Flashfire”) i zagrał go wtedy Jason Statham.

    Dlaczego piszę najpierw o filmach? Powód jest prozaiczny. W Polsce, jeśli się nie mylę – a mylić się mogę, nie czuję się na tym polu ekspertem i bardzo proszę o korektę jeśli rozmijam się tu z prawdą – wydano tylko jedną książkę Starka o Parkerze czyli wspomnianą już „The Hunter”. W antykwariatach szukajcie filmowej okładki i tytułu „Godzina zemsty”. Albo…

    I tu wracamy do komiksu. Wyśmienita adaptacja Cooke’a to cztery książki Starka. Pierwsza to znany nam już „Łowca”, a kolejne to dalsze losy Parkera. Pierwszym co rzuca się w oczy to dominujący kolor, inny dla każdego tomu. Drugim, że planszami z tego komiksu chciałoby się wyklejać ściany. To niezwykłe jak, wydawać by się mogło, łagodną, trochę karykaturalną kreską artysta buduje solidny, gęsty nastrój opowieści z gatunku hard boiled. Zaskakujące jest też to, jak bardzo to medium pasuje do małomównego Parkera. Kadr komiksu łatwiej jest uczynić nieprzegadanym, zwłaszcza jeśli ma się pomysły na to, jak w nietuzinkowy sposób przedstawiać sceny. Cooke miał tych pomysłów sporo, przez co jego wersje wychodzą daleko poza ramy obrazkowo-słownego streszczenia dzieła. I dlatego tę opowieść czyta się tak wyjątkowo, niezależnie od tego czy zna się książkowy pierwowzór, czy nie.

    A może zamiast ze złodziejem, chcielibyście na przyjęcie wejść z… agentem Jej Królewskiej Mości? Jeśli tak, również macie taką możliwość, bo Bond w wydaniu komiksowym to historia nie tylko dobra, ale wręcz dużo lepsza niż ta z ostatnich kilku filmów. W dwóch wydanych w Polsce tomach jest i dobrze prowadzona narracja, i świetne dialogi, a ponadto wszystko to, co lubicie w Bondzie i kilka nowych pomysłów. Nazwisko odpowiedzialnego za scenariusz Warrena Ellisa może wam jeszcze nic nie mówić, ale pozwólcie, że 007 zapozna was ze sobą, a myślę, że przypadniecie sobie do gustu. Zwłaszcza jeśli w pobliżu kręcić się będzie Spider Jerusalem, sztandarowa postać Ellisa z jego komiksu „Transmetropolitan”.

    Przykłady można by mnożyć, a ja pozwolę sobie na to, by wśród tych wszystkich wyśmienitych tytułów wspomnieć o historii komiksowej, którą sam napisałem czyli „Kłamcy Viva l’Arte”. O ile wiem, komiks nie jest już dostępny w sprzedaży, więc nie traktujcie tego proszę jako reklamy. Wspominam o tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, jak wiele moja historyjka zyskała na rozbieżności początkowej wizji mojej i Dawida Pochopienia, który ją zilustrował. Groteskowa oniryczność jego kreski nadała tej opowiastce złowieszczości i mroku, o której bym nawet nie pomyślał, a która była jej bardzo potrzebna. Gdy potem, na kolejnym etapie, doszedł do nas Grzegorz Nita z paletą kolorów, nastrój komiksu znowu zmienił się całkowicie. Niesamowite było patrzeć na ten kalejdoskop i powiem wam, nie byłbym w stanie, na tamtym etapie mojego pisania, osiągnąć takiego nastroju, klimatu samym tylko słowem. Nie wiem czy dzisiaj bym umiał.

    Powód drugi to wspomniane przyjęcie. Choć wielu moich czytelników odbiło się czy to od samego medium, czy też od specyficznej, charakterystycznej kreski Dawida, to kilkakrotnie spotkałem się już z takimi, co właśnie z Kłamcą wybrali się na nasze przyjęcie. I nie żałują. Bo dzięki temu, że się odważyli, poznali mnóstwo fantastycznych historii skrojonych pod opowieści obrazkowe.

    Bardzo jestem ciekaw z kim wy postanowicie się wybrać…

    PS. Wielkim nieobecnym tego felietonu jest dla mnie Conan Barbarzyńca. Pierwotnie chciałem go tu umieścić, ale raz, że w połączeniu z Wiedźminem zdominowaliby imprezę, a dwa, że jest to postać tak dla mnie ważna, a przy okazji z takimi komiksowymi tradycjami (i przyszłością), że pozwolę sobie poświęcić mu w przyszłości cały tekst.

    Jakub Ćwiek

  • Sapkowski wziął z góry, a my jesteśmy narodem prawników

    60 milionów złotych. Wezwanie do zapłaty. Andrzej Sapkowski. Jeden z najbardziej rozgrzewających sieć tematów ostatnich dni w dużej mierze opiera się na tym, co kiedyś powiedział sam pisarz. Szkoda tylko, że zamiast przyjrzeć się sprawie bliżej, większość stwierdziła, że nic mu się nie należy. I ja ich rozumiem, bo przecież tak samo jak komentujący, jestem prawnikiem.

    Nie wiem czy czytaliście przesłane do CD Projekt pismo od pełnomocnika Andrzeja Sapkowskiego, ale ja je czytałem. Jest napisane… źle. Nie brzmi też tak, jak ja wyobrażam sobie pisma przygotowane profesjonalnie. Najbardziej uderzające w tym piśmie nie jest jednak to, jakim językiem je napisano, ale sama treść. Ile widziałem nagłówków, gdzie napisano, że Sapkowski chce 60 milionów? Nawet tego nie zliczę. Ile widziałem tekstów, które chcą pisarza choć trochę obronić? Kilka. Nawet sam jeden poczyniłem, bo uważam, że nie znamy całej sytuacji, by wypowiadać się i atakować Sapkowskiego.

    Nie wychowałem się na Sadze o Wiedźminie, ale czytałem ją całą i dalej stoi na półce w tym „białym” wydaniu z Supernowa. Nie chce wypowiadać się o samy pisarzu i tym, jakim jest człowiekiem. Czytałem z nim wywiady, gdzie o graczach i samej grze od CD Projekt Red mówił w nienajlepszych słowach. Czy jest burakiem? Nie wiem i niewiele mnie to obchodzi. Obchodzi mnie to, że większości osób, które temat komentowały, widocznie znała treść umowy pomiędzy Sapkowskim, a spółką CD Projekt. W końcu musiały, bo przecież inaczej to nie miałoby sensu.

    www.unsplash.com/Chris Liverani

    Owszem, Sapkowski sam przyznawał, że wziął pieniądze z góry i mówi się, że było to 35 tysięcy złotych płatne w dwóch transzach. Patrząc na to, ile dziś warta jest spółka, która przygotowała grę, kwota jest śmiesznie niska. Tylko, że wtedy nie była. Sapkowski miał za sobą nieudane adaptacje filmowe oraz jedną grę, która nie ujrzała nigdy światła dziennego. Pisarz sprzedawał też licencję do czegoś, co może i było popularne, ale nie było zapewne warte więcej, niż wspomniane 35 tysięcy (co w tamtych czasach było bardzo dużą kwotą). I to o tej umowie wypowiadają się ciągle w komentarzach ludzie nazywający Sapkowskiego „cebulą”.

    Mało kto interesuje się tym, że wspomniana umowa dotyczył pierwszej części gry, a co więcej, była jeszcze aneksowana przed samą premierą tytułu, bo wydawca spóźnił się z wypuszczeniem produktu na rynek. Przynajmniej do takich informacji dotarłem, co specjalnie trudne nie było, bo temat poruszany był wielokrotnie. Szkoda tylko, że nikt o nim pamiętać nie chce, a widzi jedynie dwie kwoty. 35 tysięcy. 60 milionów.

    Komuś się jednak chciało pójść o krok dalej i zapytać u źródła. Strona Strefa Inwestorów dostała od CD Projekt odpowiedź na podstawowe pytanie. Czy pełnomocnik pisarza ma rację?

    Nie komentujemy wartości umów z Panem Andrzejem Sapkowskim w tym przytaczanej przez media pierwotnej umowy z 2002 roku. Spółka w latach 2002 – 2016 zawarła z Panem Sapkowskim szereg różnych umów”. (Karolina Gnaś – dyrektor ds. relacji inwestorskich CD PROJEKT).

    Jak widać, umów było więcej, a my nie wiemy, co w nich było. Wątpię, żeby pisarz zdecydował się na to, żeby nie zawrzeć w nich informacji o procencie od sprzedaży. Szczególnie w późniejszych latach, kiedy wiadomo było, jakim sukcesem jest Wiedźmin. Nie wiem jednak, jak to działa w przypadku gier i adaptacji, bo to zupełnie inna bajka, niż książki czy ich tłumaczenia. Czy pisarz może w pełni zaufać wydawcy?

    Powinien, choć w branży zdarzały się już przypadki, kiedy twórca wysyłał do swojego wydawcy rewidenta, bo „coś” mu się nie zgadzało w przesyłanych rozliczeniach. I cóż, znam przypadek, gdzie ów pisarz miał rację, ale jakoś nie przypominam sobie wtedy, by nazwano go „cebularzem”.

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Żeby było jasne – sukces gry to sukces CD Projekt i tysięcy ludzi, którzy na niego pracowali. Wiedźmin 3 był produkcją wybitną, stworzoną przez cały zespół i zapewne powstającą w wielkich bólach. Jednak czy spółka byłaby dziś tam gdzie jest, gdyby wypuścili produkt nie oparty na Sadze o Wiedźminie? Tego się nie dowiemy. Niezależnie od tego, jak Sapkowski wypowiada się na temat gier i ile smrodu sobie tym narobił, jego udziału w sukcesie produkcji odmówić się nie da.

    Nie wiem czy pisarzowi należy się jeszcze cokolwiek, bo nie wiem, jak wyglądały jego umowy, ani ile do tej pory naprawdę zarobił. Nie widziałem też rozliczeń. Sprawa skończy się pewnie ugodą, a Sapkowski dostanie jeszcze jakieś pieniądze, ale my nigdy nie dowiemy się jakie. Jestem za to pewny, że w przyszłości nikt nie będzie pamiętał o 35 tysiącach, ale o 60 milionach.

    Bartosz Szczygielski

  • Fani „Wiedźmina”, szykujcie miejsce na półkach!

    Wszystko na to wskazuje, chociaż nie, to już pewne, że trzeba będzie wyłączyć konsole i wziąć się za czytanie. Współscenarzysta gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”, a także dodatku „Krew i wino”, czyli Tomasz Marchewka, pisze, a właściwie już napisał książkę. 

    „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” to historia młodego szulera, przez co spora część fabuły dotyczy hazardu, kuszenia losu i, co najważniejsze, karcianych numerów. Motyw kart nie jest jedynie dekoracją. Czytelnik ma możliwość podejrzenia od kuchni, w jaki sposób dokonuje się oszustw w grach hazardowych. W książce przedstawione zostały manipulacje przy tasowaniu, sztuka blefu, skomplikowane sposoby znaczenia kart i wiele innych. Jest to efekt wieloletniego researchu, a wszystkie „numery” oparte są na prawdziwych przekrętach, które po odpowiednim treningu można powtórzyć chociażby przy pokerze.

    Estetycznie jest to opowieść utrzymana w łotrzykowsko-gangsterskim klimacie. To z kolei owoc fascynacji autora „Wielkim Szu”, gangsterami czasów prohibicji i 20-lecia międzywojennego, „Ojcem Chrzestnym” i filmami Martina Scorsese. To wszystko będzie zabarwione lekko historycznym, steampunkowym sznytem. Akcja rozgrywa się się w świecie przypominającym przełom XIX i XX wieku, lecz zamiast rewolucji maszynowej, świat ogarnęła rewolucja alchemiczna. Wyścig rozgrywa się więc nie o to kto więcej zbuduje, ale o to kto szybciej odkryje zastosowania pierwiastków.

    Premiera książki już w maju, ale prapremiera na Pyrkonie, czyli w kwietniu.