Tag: Wielka Litera
-
Katarzyna Tubylewicz o skandalu w Akademii Szwedzkiej związanym z Salmanem Rushdiem, wolności słowa i Larsie Vilksie. [wideo]
Katarzyna Tubylewicz przybliża pewną aferę w Akademii Szwedzkiej związaną z nałożeniem fatwy na Salmana Rushdiego, a także jej konsekwencjach. W materiale znajdziecie też sporo ciekawych informacji o Larsie Vilksie – szwedzkim artyście, na którego również został wydany wyrok śmierci. Na ten temat Niklas Orrenius napisał książkę „Strzały w Kopenhadze” (materiał na ten temat jutro na smaku). Usłyszycie też o wolności słowa, a także „Moralistach” – książce Tubylewicz, w której jeden z rozdziałów jest jej poświęcony.
-
„Pilch każdemu z mózgu coś wyciągał”, rozmowa z Witoldem Beresiem
Bardzo chciałem skrócić tę rozmowę, bo przecież za długa, a wiadomo, że w dzisiejszych czasach jest krótko, szybko i po wszystkim. Zróbmy więc inaczej – Witold Bereś tak dobrze opowiada o Jerzym Pilchu, że zostawiam Wam nieco ponad dwadzieścia minut naszej rozmowy. Bo przecież jesteście tu dlatego, że oczekujecie czegoś więcej, dłuższych rozmów o literaturze, których będziecie mogli posłuchać w drodze do pracy, przy gotowaniu, czy w innych okolicznościach, prawda? Posłuchajcie, obejrzyjcie, ale koniecznie przeczytajcie książkę „Pilchu. Na rogu Wiślnej i Hożej”. Momentami bardzo osobistą, chwilami żartobliwą, ale zawsze wyważoną i mądrą. Z Witoldem Beresiem rozmawiam o przyjaźni, modzie na Pilcha, która kiedyś powróci, ale też o Krzysztofie Vardze i tęsknocie. Dziękuję księgarni Austeria za przygarnięcie i możliwość nagrania rozmowy.
-
Kim jest Jakub Kania, bohater stworzony przez Macieja Siembiedę?
Dane pobrane z opisów postaci w powieściach „444” i „Miejsce i imię” po wrzuceniu do programu graficznego dają rezultat jak na obrazku. Tak wygląda Jakub Kania w wyobraźni komputera.

Jakub Kania A w wyobraźni autora? Bohater trzech (wliczając „Wotum”) powieści Macieja Siembiedy urodził się w 1970 roku w Gdyni, skończył prawo, zrobił aplikację prokuratorską i pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie jako ekspert od trudnych spraw z przeszłości. Ma zdrowe podejście do swojego miejsca pracy, dlatego w „Miejscu i imieniu” odchodzi z IPN aby zrealizować prywatne zlecenie izraelskiego „Ipeenu”, czyli Jad Waszem (co po hebrajsku znaczy właśnie „Miejsce i imię”).
Jakub nie jest typem twardziela z dymiącym rewolwerem i nie wdaje się w walkę wręcz ze złymi facetami, co byłoby dla niego fatalne w skutkach. Posługuje się intelektem, konsekwencją, uporem i dociekliwością, która każe sprawdzać każdy szczegół. A zwłaszcza te, w których mieszka diabeł. Nie ma problemów alkoholowych ani mrocznych tajemnic, za to ma zasady, które czynią z niego człowieka, na którym można polegać. Kocha Kasię (poznali się podczas rozwiązywania zagadki obrazu Matejki w powieści „444) oraz ich dwie córeczki. Lubi jeść. Korekta: Bardzo lubi jeść.
Chciałbym mieć takiego kolegę – mówi o Jakubie Kani Maciej Siembieda. – To sympatyczny gość, trochę fajtłapa, ale też facet niezawodny, nieugięty strażnik dotrzymywania słowa i niedzisiejszej, wręcz niemodnej lojalności, uczciwości i przyzwoitości. Zależy mi, aby pozostał naturalny dlatego staram się nie kreować jego portretu psychologicznego, trzymając się reguły, że książki, których jest i będzie bohaterem, były książkami „z Jakubem Kanią”, a nie „o Jakubie Kani”.
A skoro już padło słowo „będzie”: Pielęgnuję dwa pomysły na opowieści z udziałem Kuby. Pierwsza to frapująca i jak zawsze prawdziwa zagadka pewnego żołnierza pewnego oddziału partyzanckiego walczącego w moich rodzinnych stronach podczas wojny. Człowieka o niezwykle ciekawej przeszłości, ale i wyglądzie, bo połowę twarzy miał wykonaną z metalu, co było nie lada osiągnięciem ówczesnej chirurgii plastycznej. Śledztwo Kuby w sprawie tej postaci, doprowadzi go do mrocznej tajemnicy zemsty plemiennej dwóch świętokrzyskich klanów i wielu, bardzo wielu zaskoczeń.
I drugi pomysł, który pochłania mnie coraz bardziej, to prawdziwy horror. Makabryczne odkrycie na Śląsku wiodące do tajemnic eksperymentów medycznych o rezultatach, które mogą wywołać osłupienie. Już zacieram ręce słysząc głosy oburzenia, że zarówno znalezisko jak i szczegóły prac w laboratoriach naukowych to dowód mojego odurzenia lub chorej fantazji. Cieszę się, że znów będę mógł udowodnić, że to, co opisałem wydarzyło się naprawdę i jest stuprocentowo autentyczne. A to z Kubą lubimy najbardziej.
-
Diamenty, IPN, obóz koncentracyjny na Górze św. Anny
Jakub Kania, były prokurator IPN, otrzymuje od Instytutu Pamięci Jad Waszem w Jerozolimie zlecenie odnalezienia miejsca pochówku holenderskich Żydów zamordowanych w niewielkim obozie koncentracyjnym na Górze św. Anny. Szybko odkrywa, że zwierzchnik obozu, generał SS Albrecht Schmelt uruchomił tam własny, głęboko utajniony biznes: szlifiernię diamentów, która przerabiała materiał przewożony przez holenderskich Żydów wyciąganych z transportu do Oświęcimia. Zarówno Kania jak i Instytut nie mają pojęcia, że za zleceniem poszukiwania grobów stoi czyjaś rządza zapanowania nad światowym rynkiem diamentów, a gra toczy się o “miejsce i imię” (po hebrajsku Jad Waszem) nie tylko więźniów z obozu, ale też ciągle aktywnych wyznawców faszyzmu i zwykłych ludzi, którzy stanęli na drodze diamentowego szlaku. Premiera książki już 14 marca.
Nie daje Pan odetchnąć prokuratorowi Kani. Ledwo co skończył śledztwo dotyczące obrazu, od razu zostaje rzucony do kolejnej trudnej sprawy. Poradzi sobie?
Oczywiście. Jakub Kania jest wytrwały i doprowadza sprawy do końca. To ten rodzaj ambicji, która nie wymaga wygrywania maratonów ale ukończenia biegu, choćby trzeba było pokonać linię mety na czworakach. A poza tym Kuba sam jest sobie winien. Skoro spodobał się Czytelnikom w poprzedniej powieści, to niech się teraz stara.
Kilkadziesiąt tysięcy kierowców dziennie przejeżdża autostradą A4 na odcinku Katowice-Wrocław. Pewnie tylko niektórzy wiedzą, że na Górze św. Anny istniał obóz koncentracyjny. Skąd pomysł na obudowanie wokół niego fabuły?
W latach 80. kiedy pracowałem jako reporter, trafiłem na Górze Świętej Anny na zagadkowe fundamenty kilkunastu budynków – zarośnięte trawą i prawie niewidoczne w lesie naprzeciwko Muzeum Czynu Powstańczego przy drodze do Leśnicy. Okazało się, że to pozostałości po obozie z czasów wojny, o którym prawie nikt niczego wiedział. Zacząłem szukać. Z nielicznych dokumentów zachowanych w archiwach dowiedziałem się, że obóz należał do organizacji Schmelt prowadzonej przez generała SS o tym samym nazwisku, a więźniowie budowali autostradę Berlin-Kraków (A-4 powstała na jej podwalinach i poniekąd jest pomnikiem ofiar Anabergu). Ale jeszcze ciekawsze były relacje kilku świadków – mieszkańców sąsiednich miejscowości zatrudnionych w obozie do wywozu nieczystości czy obsługi kuchni. To oni opowiedzieli mi o tajemnicy tego obozu, o tym co się tam działo, o tym dlaczego sprowadzano do niego starannie wyselekcjonowanych więźniów z Amsterdamu, o tym dlaczego po aresztowaniu Schmelta na rozkaz Himmlera zatarto ślady obozu i o tym dlaczego baraki były tak pilnie strzeżone: Specjalne tablice przy drodze ostrzegały, że strażnicy zastrzelą każdego, kto odwróci głowę i spojrzy w stronę obozu. Tak poznałem tę zagadkę, której nie wyjawię, aby nie psuć Czytelnikom lektury powieści.
Ile jest w Pana najnowszej książki prawdy, a ile fikcji literackiej?
Nigdy nie zdradzam proporcji, podobnie jak staram się zacierać granice między prawdą a fikcją. Tak było w „444” i tak jest tu. Dlaczego? W prezencie dla tych wszystkich, którzy poza czytaniem lubią poszukiwania. Poprzednia powieść zgromadziła kilkudziesięciu fanów przygody piszących do mnie niemal codziennie. Sprawdzają wątki zagadki, szperają w archiwach i w Internecie, pewien pan przyleciał ze Stanów Zjednoczonych po dziesięciu latach nieobecności w Polsce aby zobaczyć w Opinogórze „Chrzest Warneńczyka”. To są prawdziwe pisarskie sukcesy! Dlatego w „Miejscu i imieniu” prawda i fikcja są w tych samych kolorach, trudno je odróżnić. Ale żeby nie odpowiadać wymijająco: prawdą jest obóz i jego tajemnica. Prawdą są przedwojenne i wojenne wątki holenderskie oraz to co mogłem ujawnić o współczesnym rynku diamentów. Wprowadził mnie w ten świat kolega i sąsiad z Sopotu, który zajmował się tym biznesem przez wiele lat i to bardzo serio. Był nawet współwłaścicielem kopalni diamentów w Sierra Leone.
Postać Dawida Schwartzmana naprawdę była tak ważna w świecie szlifierzy diamentów?
Schwartzman jest postacią fikcyjną. A ściślej: symboliczną. Uosabia talent i odwagę tych wszystkich, którzy przez dziesięciolecia starali się wynaleźć szlif doskonalszy od patentu Asschera z 1902 roku. Szlif, który przełamie pewien monopol obowiązujący od stu kilkunastu lat i stanie się kluczem do najbogatszego skarbca świata – rynku diamentów.

-
Podsłuchuję ludzi w samochodzie, pociągu, samolocie. Później te historie wykorzystuję.
Jak już pewnie wiecie, jutro premiera „Eksplozji”. Na książkę składają się opowiadania starsze i te całkiem nowe. Z Januszem Leonem Wiśniewskim rozmawiam zarówno o tym tytule, jak i o kultowej już „S@motności w sieci”, przejazdach BlaBla Carem, Andrzeju Zausze, powrocie do Gdańska, ale też o…tatuażach. Żeby było Wam wygodniej, rozmowa jest podzielona na fragmenty. Jeśli kogoś nie interesuje rozmowa o jednym temacie, klika w inny, problem rozwiązuje się sam. Oczywiście zachęcam do obejrzenia wszystkiego 😉
„Eksplozje” od jutra w księgarniach. Czym są?
„S@motność w sieci” jak tatuaż, który bardzo trudno zmyć. Pewne jest, że będzie kontynuacja książki.
Dlaczego jeden z najbardziej znanych polskich pisarzy korzysta z BlaBla Car ?:)
Dlaczego napisał książkę o zabójstwie Andrzeja Zauchy i kto go do tego przekonał ?
Janusz Leon Wiśniewski od 30 lat na co dzień mieszka we Frankfurcie nad Menem. Deklaruje, że wraca na stałe do Polski.
-
„Bohater mojego opowiadania wyszedł ze mnie”.
Jak już wiecie, 1 lutego w księgarniach pojawią się „Eksplozje”. Oprócz opowiadań Janusza Leona Wiśniewskiego, znanych już ze „Zespołów napięć”, czytelnicy przeczytają dodatkowych osiem opowieści napisanych przez ośmiu autorów. Jednym z nich jest Igor Brejdygant, który napisał historię pt: „Pilzner solipsysty””
Długo trzeba było Pana przekonywać do udziału w projekcie pt: „Eksplozje”?
Nie specjalnie długo trzeba mnie było namawiać. Tak naprawdę namówił mnie pan Wiśniewski, choć nigdy nie mieliśmy okazji zadzierzgnąć. Namówił mnie swoim opowiadaniem, które spodobało mi się i uruchomiło mnie na tyle, że wiedziałem, że chcę coś powiedzieć w tej sprawie.
Sporo trzeba było się nagłówkować nad opowiadaniem, które będzie innym spojrzeniem na historię zaproponowaną przez Janusza Leona Wiśniewskiego?
Nie, bo pomysł przyszedł właściwie po chwili i to głównie zdecydowało o moim udziale.
Skąd pomysł na postać Jurgena?
Z głowy oczywiście, choć przecież głowę wypełnia nic innego jak rzeczywistość okraszona własnymi przemyśleniami. Opowiadanie pana Wiśniewskiego dzieje się w NRD, a NRD może oprócz Korei Północnej stanowiło niegdyś bodaj najbardziej sztampowy przykład absurdu do jakiego może doprowadzić autorytaryzm. Dużo ostatnio mam przemyśleń na temat autorytaryzmu, na temat wolności tudzież jej braku. Kiedy kończyłem osiemnaście lat Polska odzyskiwała wolność, NRD zresztą też, mam duży sentyment do tych czasów, dziś jeszcze nawet większy niż przez te poprzednie lata, bo „ile Cię trzeba cenić.. etc” Zniewolenia są jednak różnego rodzaju, są zewnętrzne, ale są też wewnętrzne, czyli takie które sami sobie nakładamy jak kaganiec, kiedy wolność nam doskwiera i chcemy od niej uciec. No a Jurgen ma i takie i siakie jest zniewolony do imentu, całe życie… prawie. Znam się na zniewoleniach i na odzyskiwaniu wolności, to dla mnie ważne tematy i stąd Jurgen, czyli ze mnie.
-
Wraca moda na komiks? A kiedyś odeszła?
W sobotniej katowickiej Wyborczej powyższy tytuł napisałem w formie stwierdzenia. Po zastanowieniu się stwierdzam, że przecież ten komiks nigdy od nas nie odszedł. Od nas, którzy za bajtla, jak się to mówi na Śląsku, cieszyliśmy się na nowe przygody Kajko i Kokosza, czy innych Obelixów.
Za książkę, którą popełnili we współpracy i z premedytacją dwa Marciny: Kołodziejczyk i Podolec, należą się brawa. No bo teraz znów mogę cofnąć się lat kilkanaście i z zapartym tchem czekać na kolejną stronę. Fakt, że jest to rzecz bardziej dla dorosłych, tylko dodaje temu wszystkiemu smaczku. Dość gadania, zobaczcie jak wygląda „Morze po kolana”.
Klikając na okładkę, przeniesie się na stronę Wielkiej Litery, gdzie możecie wymienić złotówki na komiks.
Poniżej link do mojej sobotniej recenzji w formie wideo w katowickiej Gazecie Wyborczej.
https://katowice.wyborcza.pl/katowice/10,98476,20934211,reportazowy-komiks-o-milosci-i-nudzie.html






