Tag: Wydawnictwo Poznańskie

  • Katarzyna Tubylewicz o skandalu w Akademii Szwedzkiej związanym z Salmanem Rushdiem, wolności słowa i Larsie Vilksie. [wideo]

    Katarzyna Tubylewicz przybliża pewną aferę w Akademii Szwedzkiej związaną z nałożeniem fatwy na Salmana Rushdiego, a także jej konsekwencjach. W materiale znajdziecie też sporo ciekawych informacji o Larsie Vilksie – szwedzkim artyście, na którego również został wydany wyrok śmierci. Na ten temat Niklas Orrenius napisał książkę „Strzały w Kopenhadze” (materiał na ten temat jutro na smaku). Usłyszycie też o wolności słowa, a także „Moralistach” – książce Tubylewicz, w której jeden z rozdziałów jest jej poświęcony.

  • Powieje chłodem – felieton Wojciecha Chmielarza

    Chciałbym wymyślić wehikuł czasu. Albo niekoniecznie wymyślić. To jednak zajmuje za dużo czasu. Chciałbym, żeby pojawił się ktoś, kto mi da w prezencie wehikuł czasu. No, w ostateczności mógłby mi go po prostu wypożyczyć.

    Wtedy natychmiast cofnąłbym o te kilka miesięcy, spotkał się z samym sobą (wiem, wiem, nie wolno tak robić) i z całej siły walnął się w pysk, żeby wybić sobie z głowy ten głupi pomysł na oddawanie książki pod koniec lipca. Tak, dobrze Państwo czytacie, kończę właśnie pisać kolejną powieść. Ale ten felieton nie jest o tym. Rzecz w tym, że tak ustawiłem sobie kalendarz pracy, że te dwa najbardziej intensywne miesiące roboty przypadają na czerwiec i pierwszy miesiąc wakacji. Czyli na te dni, kiedy panują upały. Przyznam szczerze, że kiepsko je znoszę. Moja produktywność znacznie spadła. Trudniej mi się myśli. Co gorsza, noce nie przynoszą żadnej ulgi. Budzę się równie zmęczony jak wtedy, kiedy kładłem się wieczorem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak trudno mi się pisało. Do tego dobijają mnie posty znajomych w mediach społecznościowych, którzy odpoczywają nad morzem, jeziorem, rzeczką, na basenie, kiedy ja mozolnie stukam w klawisze komputera kolejne zdania, akapity i strony.

    Ale zdaję sobie sprawę, że Państwo macie podobnie. Upały dają nam wszystkim w kość i chyba teraz z tęsknotą wspominamy ten chłodny, tegoroczny maj. No, ale ponieważ uważam się za człowieka, którego głównym zadaniem jest nie narzekanie, ale szukanie rozwiązań, to zaproponuję Państwu teraz kilka sposobów na schłodzenie się latem. Schłodzenie się mentalne i literackie.

    www.unsplash.com/Damian McCoig

    Dobra… Widzę, że ten dowcip nie był najwyższych lotów. Państwo wybaczą. Ale raz jeszcze – upał. W skrócie, napiszę o kilku książkach, które się dzieją w zimniejszych rejonach świata, w nadziei, że taka lektura przyniesie jednak pewną ulgę.

    No to na pierwszy rzut mój ulubiony Dan Simmons z „Terrorem”. Czyli fabuła, a konkretnie horror z akcją umieszczoną w XIX stuleciu i opartą na losach wyprawy sir Johna Franklina, który w 1845 wyruszył szukać przejścia północno zachodniego. Miała to być droga morska z Atlantyku na Pacyfik, na północ od Kanady. Zabrał za sobą dwa znakomicie wyposażone statki HMS „Terror” i HMS „Erebus”, liczą załogę i… ślad po nich zaginął. Była to jedna z najbardziej tajemniczych i rozpalających wyobraźnię zagadek XIX i XX wieku. Dan Simmons stworzył na jej podstawie niesamowitą, fascynującą i przerażającą opowieść. Która zresztą potem została przerobiona serial (do zobaczenia na Amazon Prime). Wychodząc od powieści Simmonsa możemy odbić w dwie strony. Najpierw w kierunku literatury pięknej. Bo Richard Flanagan (ten od „Ścieżek Północy”) napisał nawiązującą do losów Franklina powieść „Pragnienie”. Jedną z jego lepszych zresztą. No, ale tam jest więcej o Tasmanii niż Arktyce, więc porzućmy ten temat. Druga ścieżka prowadzi nas w stronę reportażu historycznego. O tym, co naprawdę wydarzyło się podczas wyprawy Franklina napisali w „Na zawsze na lodzie” Owen Beattie i John Geiger. Ich książka niedawno ukazała się w Polsce. Przyznam szczerze, że sam jej jeszcze nie czytałem (zachowuję ją na naprawdę gorące dni), natomiast ma bardzo dobre recenzje.

    Trasę przejścia północno zachodniego jako pierwszy odkrył dopiero legendarny norweski polarnik Roald Amundsen na początku dwudziestego wieku. Ten sam, który jako pierwszy zdobył biegun południowy. Co w sposób naturalny prowadzi nas do jego świetnej biografii pióra Stephena R. Bowna pod tytułem „Ostatni wiking”. Książka wyszła co prawda kilka lat temu, ale wciąż jest dostępna w sprzedaży. Bown jest również autorem „Wyspy niebieskich lisów”, która z kolei opowiada o wyprawie Beringa i o rosyjskich próbach podbicia dalekiej północy. Obie książki naprawdę warto przeczytać.

    No i wreszcie na koniec dwie pozycje. Najpierw „W królestwie lodu” Hamptona Sidesa. Książka poświęcona pierwszej amerykańskiej próbie zdobycia bieguna północnego w 1879 roku. Był to początek mojej przygody z książkami o tematyce polarnej. Otworzyła mi oczy na kilka niewiarygodnych tematów. Przede wszystkim jak bardzo eksploracja okolic podbiegunowych była powiązana z ówczesnym klimatem politycznym i rywalizacją mocarstw. Jak mocno wpisywała się w retorykę kolonialną o niesieniu misji cywilizacyjnej, a równocześnie jak arogancko była prowadzona. Wielu badaczy twierdzi, że sukcesy Amundsena wynikały między innymi z tego, że jako jeden z pierwszych zaczął uczyć się sztuki przetrwania od mieszkających w tamtych rejonach od stuleci Inuitów. Cała reszta wolała tkwić w przekonaniu o swojej cywilizacyjnej wyższości i przez to często marnie kończyła. Fascynujące jest także to, jak bardzo mylili się XIX wieczni geografowie w swoich hipotezach jak np. wygląda daleka północ. I jakie tragiczne miało to skutki. Sidesa w każdym razie bardzo polecam.

    I wreszcie na koniec, dla szybkiego schłodzenia, króciutki reportaż Davida Granna „Biała ciemność” poświęcony z kolei współczesnemu badaczowi Antarktydy Henry’emu Worsley’owi. Rzecz do połknięcia w jeden dzień, wzbogacona licznymi fotografiami. Bardzo przyjemna lektura.

     

    Zastanawiam się, dlaczego tak lubię czytać o polarnych wyprawach? Nigdy nie ciągnęło mnie na Antarktydę, Grenlandię czy Spitsbergen. Przede wszystkim dlatego, że jest tam zimno. A ja zimna nie lubię równie mocno, jak upałów. Niemniej, książki o tej tematyce zajmują całą półkę w mojej domowej bibliotece. I pomimo tego, że brakuje mi już miejsca, ciągle dokupuję kolejne. Ale chyba na tym polega magia czytania, prawda? Że w domowym zaciszu, na kanapie, w fotelu, na hamaku w ogrodzie, przy szklance czegoś zimnego możemy poczytać o krainach, których nigdy nie zamierzamy odwiedzić. I będzie to bardzo dobrze spędzony czas.

    Wojciech Chmielarz

  • Rekin, baran, żelki Haribo oraz…Herbert. Afera plagiatowa oczami Piotra Stankiewicza

    Zrobiło się ostatnio gorąco w literackim światku (jest on tak mały, że łatwo się nagrzewa), za sprawą oskarżeń o plagiat wysuniętych pod adresem „Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów” autorstwa Marty i Adama Biernatów. Nie będę opisywał dłużących się faktów (niezłe streszczenie tutaj), więc w największym skrócie: gruchnęła wieść, że ww. książka jest ponoć splagiatowana z książki Aldy Sigmundsdóttir „The Little Book of the Icelanders in the Old Days”, a także z paru innych źródeł, m.in. przewodnika „National Geographic” po Islandii, oczywiście Wikipedii i… strony internetowej żelków Haribo.

    Wiele osób już o tym pisało, nie chcę więc powielać. Zwłaszcza, że nigdy nie byłem na Islandii, nie czytałem tych książek, a poza tym żaden ze mnie reporter. Tylko fakty są ciekawe? Nie tylko! Jeszcze ciekawsze jest refleksja nad nimi. A jest tu o czym myśleć.

    I ja myślę sobie tak: za kwartał są lata dwudzieste XXI wieku. Pytanie o własność intelektualną w epoce cyfrowej jest jednym z kluczowych, czy też, jak by to napisała Marta Biernat, jest najbardziej dużym, ogromnym i wielkim pytaniem naszych czasów. Bo do kogo właściwie należy wpis na Reddicie? Jakim źródłem jest komć na Facebooku? To są zasadne wątpliwości, z którymi mierzy się każdy kto dzisiaj coś pisze. I są one godne osobnego felietonu, czy raczej ich cyklu. Jednak pytanie o status ontologiczny riposty na Twitterze to jest zupełnie inna rozmowa, niż ta o jawnym plagiacie. Ten ostatni mnie po prostu dziwi: w XXI wieku przepisywać fragmenty cudzych tekstów i liczyć, że nikt się nie wyda?

    Islandia, fot: www.unsplash.com/André Filipe

     

    Skoczmy pół wieku wstecz. Pisząc esej „Kamień z katedry” do swojego legendarnego „Barbarzyńcy w ogrodzie” Zbigniew Herbert najprawdopodobniej ordynarnie przepisał pokaźne fragmenty książki Les Bâtisseurs de cathédrales Jeana Gimpela, która akurat wyszła w czasie jego pobytu we Francji pod koniec lat 50. Młody Pan Cogito mógł jednak rozsądnie przypuszczać, że nikt się nie zorientuje. Bo książki Gimpela nie było jeszcze po polsku, bo żelazna kurtyna, bo inne czasy (i faktycznie, to wyszło na jaw dopiero po czterdziestu latach i śmierci autora; jeżeli się nie mylę pierwsza napisała o sprawie Dorota Bielawska w „Twórczości” w 2004 r., nr 2-3 s. 226-231. Ale dzisiaj? Gdy niemal wszystko i niemal każdy dostępny jest za jednym kliknięciem? Dzisiaj plagiat przez przepisywanie żywcem – dziwi.

    Co z kolei nie dziwi, to sytuacja w której plagiator kluczy i brnie, nie umiejąc się przyznać do błędu. To się nie zmieniło. Bo z tego błędu (czy błąd to właściwe słowo?) nie ma łatwego wyjścia. Nie wiem, co myśli autor przepisując cudzą książkę. Nie mam doświadczenia. Czy myśli, że tak to się właśnie robi, że na tym polega pisanie? Czytałem sporo o tym nieszczęsnym „Kamieniu z katedry” i zaprawdę, na szczyty delirycznych manipulacji wspinali się ci, którzy chcieli bronić Herberta w tej sprawie. A to, że intertekstualność, a to, że „jad niechęci”, a to, że poeta w natchnieniu stracił rozróżnienie między źródłem, a własnym tekstem. Brzmi kuriozalnie, ale, między Bogiem a „Prawdą”, co właściwie można powiedzieć w takiej sytuacji? „Sorry, przyznaję, że moje pisarstwo jest kłamstwem”? Jest w akcie pisania, akcie twórczym, coś takiego, że sprzeniewierzenie się mu jest złamaniem czegoś więcej niż praw autorskich. Jest zerwaniem jakiejś głębszej, niepisanej umowy. Jest trochę świętokradztwem. I chyba dlatego tak trudno się przyznać. Bielawska podaje, że „Kamień z katedry” jest zerżnięty z Gimpela w „ponad 2/3”, u naszych Islandczyków mówimy o procentach jeszcze wyższych, a dodatkowo wchodzą te nieszczęsne żelki Haribo. Podręcznik strategii mówi, że szansa na sensowny odwrót jest wtedy, kiedy jest ścieżka do takiego odwrotu. Ale przy plagiatach tak grubych, trudno powiedzieć jaki właściwie jest sensowny out dla autora. Więź autora i czytelnika jest zawsze trochę skokiem na wiarę w uczciwość tego pierwszego. Kto taką umowę zerwie, ten faktycznie, nie bardzo ma gdzie i którędy wracać. Stąd zaprzeczenie, brnięcie, próby przeczekania.

    I jeszcze jedna uwaga, trochę z innej beczki, choć z tej samej bajki. Bo tak: pierwszy rzucę kamieniem (nie tym z katedry) w kwestii plagiatów. Jeszcze szybciej nim rzucę w sprawie – jak to ktoś nazwał – „nadprodukcji książek reporterskich w Polsce” (rzucę i dodam, że nie tylko o reporterskie chodzi). W tej kanonadzie kamieni przynajmniej jeden jest jednak rzucany niesprawiedliwie. I nie pierwszy raz ten kamień pada – więc pozwolę go sobie tutaj podnieść.

    Autorzy „Rekina i barana” zaczęli swoją karierę nie od książki, a od bloga o Islandii. Przyszła popularność, sprawy urosły, to wydali też książkę. I teraz są hejtowani również i za to, że są „tylko blogerami” i że „tak to się kończy, gdy influencerzy biorą się za pisanie książek”. Dużo widziałem komentarzy tego typu. Rezonuje w nich myślenie, że „prawdziwym pisarzem” (cokolwiek to znaczy) jest ten, kto wyda książkę na papierze (najlepiej pięćsetstronicową powieść polifoniczną), a kto publikuje w internecie ten jest „marnym blogerem”. Tylko, że to jest myślenie sprzed dwudziestu lat! Dzisiaj dużo mniejsza jest odległość między książką, a internetem. Bo ani książka nie stoi już tak wysoko, ani blog tak nisko. To się wszystko zdemokratyzowało, spłaszczyło. Skurczyła się przestrzeń między słowem drukowanym, a tym wyświetlanym, a nadmierne skupianie się na medium jest dziś anachronizmem. To nie ma już takiego znaczenia, czy coś czytam w grubej książce, czy na Twitterze. Liczy się treść.

    I to za treść należy oceniać i za treść należy hejtować. Kto żywcem przepisuje cudzy tekst i twierdzi, że to jego własny, a potem się jeszcze mętnie tłumaczy – ten popełnia plagiat i tyle. Ale dotyczy to tak samo blogera, czy instagramera, jak reportera i poety. Rzetelność i uczciwość są jedne i niezależne od medium. Media się zmieniają i formy się zmieniają. Zostaje nam jedno – dbać, żeby treść była uczciwa.

    Piotr Stankiewicz – filozof i pisarz. Autor, m.in. „21 polskich grzechów głównych” oraz „My, fajnopolacy”. 

  • Niektórzy uchodźcy mieli fabryki i kupę forsy. Teraz żyją z dnia na dzień

    Zwracamy na nich uwagę wtedy, kiedy lądują na czołówkach serwisów telewizyjnych, czy na pierwszych stronach gazet. Wiadomo, że świat mediów rządzi się swoimi prawami, więc liczy się efekt skali. Utonęło pięcioro uchodźców? Mhm, może jakaś wzmianka pod koniec serwisu, albo tekst na trzy linijki przed sportem i kulturą. Zginęło ich dwieście? To inna sprawa, wysyłamy reportera, wóz transmisyjny, łamiemy ramówkę. Tak naprawdę, to każdy dramat jest materiałem na opowieść, reportaż, książkę. Agus Morales w swojej doskonałej książce „Nie jesteśmy uchodźcami. Życie w cieniu konfliktów zbrojnych” pokazuje, że uchodźca z markowym telefonem, albo w ubraniach znanej firmy to nie powód do szyderstw. Niektórzy z nich byli w swoich krajach zamożnymi przedsiębiorcami, a musieli zostawić wszystko i szukać drogi do lepszego świata. Drogi, za którą musieli słono zapłacić. A co z uciekinierami z Hondurasu chcą się dostać do Stanów Zjednoczonych? A co z nastolatkiem, który zmarł na pokładzie łodzi ratunkowej u wybrzeży Włoch? Gdyby to stało się kilkanaście mil morskich wcześniej, to nikt by o nim nie napisał. Łapcie naszą rozmowę, a po książkę sięgnijcie obowiązkowo!

    Specjalne podziękowania dla Agnieszki Ziajki-Małeckiej za pomoc przy tłumaczeniu rozmowy.