Heike Geißler, niemiecka pisarka i tłumaczka, nie mogąc utrzymać się z freelancerskich zleceń, w 2010 roku zatrudniła się jako sezonowa pracowniczka w hali wysyłkowej Amazona w Lipsku. Jednak już po kilku dniach okazało się, że jej nowe stanowisko pracy to źródło nie tylko frustracji, ale i inspiracji literackich. Przeczytajcie fragment książki „Praca sezonowa. Miesiąc w Amazonie”, która ukaże się 8 lipca. Możecie ją zamówić już teraz klikając w okładkę.
A więc ma pani pracę. Bardzo to panią uspokaja. Wciąż pani liczy, ile pieniędzy zarobi jako pracownica sezonowa. Stwierdza, że kwota, której może się spodziewać, odpowiada mniej więcej minusowi na koncie. Uznaje pani zatem, że niedługo wyjdzie na zero i będzie mogła zmienić bank. Rzeczywiście chce pani zmienić bank, to już zostało powiedziane, nawiasem mówiąc, ja też wciąż myślę o zmianie, ale jeszcze mi się to nie udało. Pod tym względem jestem jak pani, co oczywiście wynika z tego, że pani tutaj – w znacznym przynajmniej stopniu i tylko hipotetycznie, wie pani, o czym mówię – jest mną. Nie umie się pani obchodzić z pieniędzmi i często myśli o tym, co napisała Gertrude Stein: „Każdy musi teraz naprawdę zdecydować. Czy pieniądze są pieniędzmi, czy też nimi nie są. […] Każdy, kto codziennie z nich żyje, wie, że pieniądze są pieniędzmi, ale ludzie, którzy je przegłosowują, prezydenci i kongres, nie widzą ich w ten sposób, podejmując decyzje. Przypominam sobie [pisze Gertrude Stein], jak mój bratanek, mały wówczas chłopiec, zobaczył na spacerze dużo koni; wrócił do domu i powiedział: tato, widziałem milion koni. Milion, powtórzył ojciec, no nie, trzy, poprawił się bratanek. Powtarzaliśmy to później, gdy ktoś używał liczb, których nie umiał policzyć, nie no, milion albo trzy. To sedno sprawy. Gdy zarabia się pieniądze i codziennie je wydaje, zna się różnicę między 24 milionem a trzema. Jeśli jednak decyduje się o pieniądzach, nie ma różnicy między milionem a trzema. Tak więc każdy musi sam zdecydować, czy pieniądze są pieniędzmi, czy nie”.
Myśli pani o słowach Stein, ale to nie pomaga. Gdyby ktoś zapytał, co trzeba tymi pieniędzmi zapłacić, zajrzałaby pani w mroczną głębię. Pani pieniądze bardzo są podobne do tych, o których mowa powyżej, zarządzanych przez kongresy i prezydentów, chociaż próbuje pani tymczasem być dokładniejsza i wyobraża sobie monety i banknoty w liczbach widocznych na ekranie komputera, ilustrujących ruchy na koncie. Ale tak się dzieje tylko czasem. Zapomina pani, czym są pieniądze. Prawdopodobnie zresztą pieniądze też już same nie wiedzą, czym właściwie są. W każdym razie w swojej radości zapomina pani o miesięcznych wydatkach i wyobraża sobie oczekiwane wynagrodzenie jako część układanki, wielki jak głaz element pasujący dokładnie do wielkiej luki na pani koncie. Wówczas konto byłoby kompletne, wykończone, a pani mogłaby je oglądać jak puzzle ułożone z tysiąca pięciuset części. Być może motyw nie za bardzo by się pani podobał, ale zawsze można poszukać nowej układanki, czyli konta z pieniędzmi, albo zająć się po prostu innymi rzeczami. Czasem jednak chciałaby pani wypisać rachunek za czynności, za które nie wypisuje się rachunków. Czasem chce pani policzyć wszystko i nie zna umiaru. Jeszcze do tego wrócimy, bo koniec pracy na przykład, pani codziennej pracy sezonowej, nie jest tak jednoznaczny, jak można by się spodziewać, będzie się pani zdawało, że wciąż jeszcze nie nadszedł. Praca zmieni stan skupienia ze stałego na gazowy i dlatego, gdy zostanie zakończona, będzie wciskać się pani do nosa i w pani krążyć.
A więc jest pani w drodze na szkolenie, za udział w którym nie należą się pieniądze. Oczywiście, że powinna je pani dostać. Gdy zbliża się pani do firmy, słyszy w swoim wnętrzu cichutkie utyskiwanie, ale tu nikt nie będzie wysłuchiwał od pani i jej podobnych, że za szkolenia należy się wynagrodzenie, nikt nie powie: Zgadza się! Po prostu o tym zapomnieliśmy. Natychmiast naprawimy nasz błąd.
Wszystkie swoje oczekiwania względem firmy musiałaby pani uświadomić klientom, zjednać ich sobie, żeby zapłacili za szkolenie. Ale niech pani do nich dotrze w takim krótkim czasie!
Poza tym siedemdziesiąt pięć procent z nich, słysząc takie żądanie, z całą pewnością odparłoby: A to niby dlaczego? Za moje szkolenie też nikt nie zapłacił.
Tak czy owak siedzi pani w zaciemnionym pomieszczeniu szkoleniowym, w szóstym, przedostatnim rzędzie. Prawie wszystkie krzesła są zajęte. Wokół pani ściśnięci, ubrani na ciemno ludzie w różnym wieku, pod wszystkimi krzesłami foliowe torby. Pani natychmiast swoją rozpakowuje, jest w niej pomarańczowa kamizelka odblaskowa, niebieski długopis, skrobaczka do szyb samochodowych i kolorowe kartki z informacjami ogólnymi. Wkłada pani zawartość z powrotem do torby, która wydaje jej się podróbką plecaka dla pierwszoroczniaków, dostała go pani na rozpoczęcie studiów, a w nim frisbee, pisaki, prezerwatywy.
Czeka pani, wszyscy czekacie. Niektórzy się znają, inni nawiązują po prostu rozmowę, większość gapi się przed siebie, ludzie zdejmują kurtki, wkładają je, znowu zdejmują. Pani, wyposażona jak na wycieczkę, trzyma w ręce kłódkę do szafki i czeka. A czekać pani nie umie, w ogóle nie potrafi pani czekać, chce wracać do domu albo pójść gdziekolwiek indziej. Dlatego mówię: wprawdzie nikt pani nie zapłaci za to szkolenie, ale może pani spróbować przyjrzeć mu się jak swego rodzaju sztuce teatralnej. Nieszczególnie dobrze napisanej, zrzynającej z rzeczywistości, ale sztuce, a nie szkoleniu; ewentualnie, jeśli o mnie idzie, sztuce szkoleniowej.
Ta sztuka nazywa się więc szkoleniem i właśnie się zaczyna.
Wchodzi wysportowany, muskularny mężczyzna, nic nie mówi i wychodzi. Po kilku sekundach wraca. Przysiada na biurku stojącym między ekranem a pierwszym rzędem krzeseł, krzyżując nogi i ręce, i rozgląda się. Jego schludne sportowe ubranie zapewne rozsiewa zapach płynu do płukania, ale może się pani mylić. Do sali wchodzi także kobieta z jasnofioletowymi pasemkami, staje przed słuchaczami po prawej stronie, pod ścianą, uśmiecha się do mężczyzny. Jest naprawdę gruba, ma na sobie sprany czarny podkoszulek.
Mężczyzna klaszcze.
– Zaczynajmy – mówi.
Kobieta podchodzi do drzwi, zamyka je.
– Kto się spóźni, będzie musiał wszystkich przeprosić – oznajmia, zwrócona bokiem do słuchaczy.
Mężczyzna opuścił swobodnie ręce; może dlatego, że są tak muskularne, nie przeszkadzają mu, nie jest zdenerwowany, nie szuka dla nich miejsca.



