Niech żyją redaktorzy! Lipcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

Jako autor książek panicznie boję się dwóch rzeczy: że już nigdy nie napiszę nic dobrego i że to, co właśnie nabazgrałem, jest grafomańskim bełkotem. Na szczęście w tej robocie trafiają się także miłe chwile.

Rozbrajanie lęku przed pisaniem przychodzi mi z niemałym trudem, ponieważ jest to lęk irracjonalny. Napisałem kilka książek, wypełniłem jakieś dwa i pół tysiąca stron słowami, które ktoś odważył się wydrukować, od lat tłukę w klawiaturę, tworząc mniej lub bardziej zmyślne opowiastki. Nie ma logicznego wytłumaczenia, dlaczego permanentnie się umartwiam, że spod moich paluchów już nic zjadliwego nie wyjdzie. Nie wiem, czy to syndrom oszusta, czy jakiś nieuświadomiony kompleks, czy może każdy autor tak ma – z żadnym o tym nie rozmawiałem. Jeszcze tego nie rozgryzłem. I nie wiem, czy chcę rozgryźć, bo taki strach świetnie motywuje do wyrzucania z siebie kolejnych słów.

Lęk puszcza dopiero po wystukaniu dziennej porcji tekstu, po dostarczeniu uzgodnionego z samym sobą towaru, po zakończeniu pisarskiej szychty. Na chwilę. Bo zaraz potem pojawia się kolejny – że to, co wpuściłem pomiędzy marginesy, do niczego się nie nadaje. Ten rodzaj strachu trzyma aż do autoredakcji. Dopiero po niej gotów jestem nieśmiało pomyśleć, że stworzyłem coś akceptowalnego. Że to wcale nie takie wstrętne. Że może ludziom nie pękną od tego oczy.

Ale prawdziwa radość z pisania pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś odwala za mnie robotę. Jak to w życiu.

Wspominam o tym akurat teraz, ponieważ właśnie skończyłem redakcję swojej nowej książki. Choć powinienem raczej napisać: skończyliśmy. Oprócz mnie w tym procesie uczestniczą ludzie, którzy z imponującą starannością szacują i naprawiają wyrządzone przeze mnie szkody. Którzy wzbogacają utwór o rozwiązania fabularne, o jakich nawet mi się nie śniło. I którzy tak głęboko wgryzają się w moją powieść, że długimi chwilami jest mi głupio – przypomina to bowiem wiwisekcję ludzkiego mózgu.

www.unsplash.com/Dan Dimmock

Nie ma co się krygować i przypisywać redaktorom większych zasług niż autorom (choć z pewnością zdarzają się książki, w których odgrywają ważniejszą rolę od ich twórców), ale to oni przerabiają wersje beta na gotowe produkty, ratując czytelnicze kubki smakowe. I przy okazji dają autorom komfort, którego tak bardzo nam brakuje.

Co jakiś czas ktoś mnie pyta, czy wolę pisać, czy redagować, a tak ogóle to który etap tworzenia książki sprawia mi największą frajdę. Do tej pory bez większego namysłu odpowiadałem, że ciężko stwierdzić, bo każdy jest arcyprzyjemny. Ale to nieprawda. Najmilej jest wtedy, kiedy wraca do mnie tekst po redaktorskim liftingu. Gdy moje dziecko – owoc wielomiesięcznego, samotniczego trudu – staje przede mną upięknione. Grzeczne, kulturalne, uśmiechnięte. Właściwie już odchowane, muszę je tylko uważnie obejrzeć i poklepać po główce. I nie ma znaczenia, że istotne zmiany redakcyjne występują średnio co kilkanaście, kilkadziesiąt stron. Czuję, że ktoś zamienił moje brzydkie kaczątko w księcia, fundując mu szokująco dobrą operację plastyczną.

Tak, to nie wymyślanie i spisywanie historii, niewątpliwie będące esencją pisarstwa, jest w tej robocie najfajniejsze. Najfajniejszy jest moment, w którym do mnie dociera, że nie spaprałem roboty na tyle, by nie dało się z moich bazgrołów ulepić książki. A tego mogę się dowiedzieć wyłącznie od redaktorów. Od nikogo więcej.

Krzysztof Domaradzki