Tag: felieton Krzysztofa Domaradzkiego

  • 567 dni. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    W czasach nieokiełznanej konsumpcji zadziwiająco zmienia się czas oraz sposób obcowania z książkami. I to zarówno z perspektywy czytelników, jak i autorów.

    Mniej więcej półtora roku. Osiemnaście i pół miesiąca. Ponad osiemdziesiąt tygodni. A dokładnie pięćset sześćdziesiąt siedem dni. Tyle czasu najprawdopodobniej upłynie od premiery „Sprzedawcy” do chwili, w której w księgarniach pojawi się moja następna powieść. Odkąd zdałem sobie z tego sprawę, próbuję odpowiedzieć na pytanie, czy to dużo, czy mało. I chyba jedyna słuszna odpowiedź brzmi: to zależy.

    Jeśli spojrzeć na to z perspektywy – że tak to ujmę – ogólnej, okiem osoby niezaprawionej w literackim boju, to bardzo niewiele. Pstryknięcie palcami. Shinkansen. W końcu przy utworze liczącym ponad pięćset pięćdziesiąt stron wychodzi prawie strona bazgrania dziennie. A wiadomo, że książkę trzeba jeszcze zredagować, połatać, wycyzelować, upiększyć na wszelkie możliwe sposoby, a potem odpowiednio wypromować i rozdystrybuować. Słowem: masa roboty.

    www.unsplash.com/Claudio Schwarz

    Ale jeśli spojrzeć z perspektywy – że tak to ujmę – rynkowej, a więc okiem osoby nałogowo pożerającej książki, w dodatku mającej nieźle zmonitorowaną branżę kryminalną, jest to tempo ślimacze. Nieprzystające do rzeczywistości. Irytująco wolne. Dają mi o tym regularnie znać czytelnicy – wprawdzie w swoich dociekaniach zawsze zwracają się do mnie z sympatią, ale w ich pytaniach o następną książkę daje się wyczuć nutę zniecierpliwienia. I całkowicie to rozumiem.

    Kiedy zaczynałem pisać, uważałem, że wydawanie więcej niż jednej książki rocznie jest wręcz niemoralne. Że jedna w zupełności wystarczy, aby dać czytelnikom kilkanaście godzin rozrywki i wzbudzić zdrowe oczekiwanie na kolejną powieść. I że jedną rocznie to nawet maruderzy są w stanie wyrzeźbić, o ile nie porywają się na teksty wymagające wielomiesięcznych przygotowań. Ale po debiucie szybko się zreflektowałem. Bo w świecie kryminału – a może i całej literatury gatunkowej – jedna książka rocznie to absolutne minimum. Granica przyzwoitości. Właściwie dobrym standardem są dwie książki rocznie, najlepiej wypuszczane wiosną i jesienią. A coraz więcej autorów wydaje w trybie kwartalnym albo jeszcze częściej. Nawet Remigiusz Mróz doczekał się konkurenta – jeśli dobrze liczę, Max Czornyj wypluł w tym roku już dziewięć sztuk.

    www.unsplash.com/Karolina Kołodziejczak

    Żeby to zjawisko kompleksowo zrozumieć, należałoby prześledzić literackie i ekonomiczne trendy, poznać kulisy międzyautorskich i międzywydawniczych rywalizacji, zajrzeć pisarzom do portfeli, wydawcom w sprawozdania finansowe, a czytelnikom do domowych budżetów. Ale na poziomie – że tak to ujmę – ogólnym, wystarczy zerknąć na to, w jaki sposób obcujemy z naszą galopującą rzeczywistością. W jaki sposób ją konsumujemy. Jak pożeramy informacje i produkty cyfrowe. Jak pozwalamy najróżniejszym platformom, od Instagrama po Netfliksa, pożerać nasz czas. Jak dajemy się opaczkomatować i ożabkować, aby mieć wszystko pod nosem. Jak łakniemy szybkich zakupów, przewozów, pożyczek, posiłków, badań, znajomości, efektów, sukcesów. Jak chcemy mieć wszystko tu, teraz, na wczoraj. 

    Książki, choć lubimy myśleć inaczej, są produktem jak każdy inny. Dlatego kolejne tytuły po prostu wpadają do naszego konsumpcyjnego młyna. Ulegają inflacji. Fastfoodowieją. I nie ma się co zżymać, to cywilizacyjny trend. Podobnie jak skracanie, upraszczanie, wyrzynanie esencji – w myśl wirusowo rozprzestrzeniającej się reguły tl;dr (too long; didn’t read).

    W literaturze również się z tym stykamy. Nie zdarzyło mi się jeszcze usłyszeć – ani od redaktorów, ani czytelników – że powinienem którąś ze swoich historii wydłużyć. Za to każdą muszę kondensować, obcinać z wszelkich zbytków. I żeby nie było: nie pamiętam, abym narzekał, że jakaś powieść była zbyt krótka. Nawet jeśli oczekiwałem bardziej rozbudowanej intrygi albo pogłębionej psychologii bohaterów, to nie kosztem wzrostu objętości utworu. Co to to nie.

    Z potężnym pragnieniem szybkiej i bezbolesnej lektury zderzyłem się przed paroma dniami, kiedy sięgnąłem po „Baśkę”, debiutancką powieść Wojtka Friedmanna i wydawnictwa „Wydałem”. To 109-stronicowa książeczka o wszystkim i o niczym, napisana naturalnym, świetnie przyswajalnym językiem. Wyłowiłem ją z plecaka w drodze do redakcji, na samym początku bardzo pracowitego dnia, i podczytywałem na przystankach, w autobusie czy do obiadu. Skończyłem pod wieczór, dojeżdżając na siłownię, z poczuciem, że właśnie tego potrzebowałem – lekkiej i zabawnej historii, którą napocznę i zamknę tego samego dnia. I jeszcze zdążyłem pomyśleć, że kryminalni rewolwerowcy utwór o podobnej objętości daliby radę wyskrobać w tydzień, góra dwa.

    Kilka dni pracy dla autorów, dzień rozrywki dla czytelników. To chyba uczciwy układ.

    Krzysztof Domaradzki

  • Jeśli boli, to znaczy, że rośnie. Sierpniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kiedy pisałem pierwsze kryminały, chciałem jak najbardziej ułatwić sobie życie. Od jakiegoś czasu próbuję maksymalnie je utrudnić.

    Pierwszą książkę napisałem po to, aby się sprawdzić. Zweryfikować, czy potrafię z sensem wypełnić kilkaset stron. Zgrabnie opowiedzieć historię, która ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Aby sprawdzić, czy tworzenie książek i artykułów to dwa rozłączne światy, czy może w jednym i drugim fachu chodzi mniej więcej o to samo. Nie dostałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale przynajmniej odkryłem, że tworzenie thrillera psychologicznego rozgrywającego się w postapokaliptycznej Łodzi nie jest najlepszym wyborem dla startującego autora. Do tego stopnia byłem niezadowolony z owoców swojej nieprzemyślanej pracy, że wolałem całkowicie się ich pozbyć – również z szuflady – zamiast gmatwać się w długą, bolesną i nierokującą redakcję.

    Do następnej książki, z której zrodził się „Detoks”, a właściwie cała trylogia łódzka, podszedłem już bardziej świadomie i metodycznie. Przygotowałem plan, stworzyłem uproszczoną charakterystykę bohaterów, rozpisałem główne wątki. Ale przede wszystkim zmierzyłem siły na zamiary, dochodząc do buńczucznego wniosku, że jestem w stanie napisać porządny kryminał.

    Właśnie – kryminał. Choć zawsze lubiłem policyjne historie, nigdy nie sądziłem, że dołączę do grona ich opowiadaczy. Jednak gdy przerabiałem serię z detektywem Royem Grace’em autorstwa Petera Jamesa, uderzyła mnie myśl, że tworzenie takich powieści nie może być aż takie trudne. Przecież wystarczy wymyślić trzymającą się kupy intrygę, dopasować do niej bohaterów, a całą opowieść włożyć w miejsce, które się dobrze zna.

    fot: unsplash.com/Patrick Fore

    Pewnie nie jestem pierwszym autorem, u którego poważne pisanie wzięło się z połączenia przemożnej chęci opowiadania zmyślonych historii z pewnego rodzaju arogancją. A do tego z dążenia do prostoty. Z pragmatyzmu. Bo kiedy stąpasz po nieznanej ziemi, w dodatku czując podskórnie, że porywasz się na coś irracjonalnego (wiele miesięcy pracy, z której może nic nie wyniknąć), siłą rzeczy szukasz punktów bezpieczeństwa. Czegoś, co dobrze znasz. Ulubionych motywów literackich, scenerii, w jakiej się wychowałeś, albo bohaterów, których od lat trzymasz w głowie. W myśl zasady, że skoro już się zapędziłeś do lasu, lepiej nie wpaść na drzewo

    Sam dwukrotnie zdecydowałem się na taki manewr. W przypadku trylogii łódzkiej moim wentylem bezpieczeństwa była Łódź, miasto, w którym przeżyłem ponad dwadzieścia lat. W przypadku „Sprzedawcy” taką rolę pełni świat biznesu, z którym jako dziennikarz ekonomiczny stykam się na co dzień.

    Ale im dłużej bawię się w tworzenie powieści, tym wyraźniej widzę, że to przed laty, wymyślając naprędce postapokaliptycznego potworka, nieświadomie porwałem się na najprzyjemniejszą formę pisania. Bo największą frajdę daje mi wtedy, kiedy zderzam się z nieznanym. Gdy sięgam po nowe tematy czy sposoby narracji, gdy miksuję gatunki, gdy kreuję bohaterów, w których butach jeszcze nie chodziłem. Wtedy też pisarsko najbardziej się rozwijam.

    Oczywiście to nie jest odkrycie Ameryki. W końcu wszelkiej maści coachowie od dawna przekonują, że trzeba wychodzić ze swojej strefy komfortu. Do mnie jednak bardziej przemawia powiedzenie zasłyszane na siłowni: jeśli boli, to znaczy, że rośnie. Bo literackie wycieczki do zamiejscowych krain bolą. Powodują dyskomfort psychiczny i rodzą ponadstandardowe obawy o jakość tworzonego materiału. Przypominają eksperymenty na żywym organizmie. Ale też dają niesamowitą satysfakcję, jeżeli kończą się powodzeniem.

    www.danbrown.com

    Jest tylko jedno „ale”: nie ma żadnej gwaranacji, że czytelnicy podzielą entuzjazm autora. W końcu wszyscy lubimy piosenki, które znamy. Dlatego największe komercyjne sukcesy zwykle odnoszą serie książkowe. Dlatego miliony ludzi podążają śladami Harry’ego Pottera, Roberta Langdona czy Christiana Greya. I dlatego z utęsknieniem czekam na kolejne tomy serii o Harrym Hole czy Johnie Rebusie. Cóż, przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka.

    Na szczęście pisanie to jedno z niewielu kreatywnych zajęć zarobkowych, w których obowiązuje wolna amerykanka. W tej robocie nie ma przymusu. Jeżeli autor nie kieruje się imperatywem finansowym, może bazgrać, co mu się żywnie podoba. Nikt nie zmusi go do wyboru pisarskiej drogi – jedynym znanym mi wyjątkiem jest Arthur Conan Doyle, który uległ fanowskiej presji i wskrzesił Sherlocka Holmesa. A skoro tak, możemy nieskrępowanie szukać coraz to nowych fabularnych patentów i podążać własną literacką ścieżką. Choćby ścieżką cierpienia. Oby tylko uszlachetniającego.

    Krzysztof Domaradzki

  • Niech żyją redaktorzy! Lipcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jako autor książek panicznie boję się dwóch rzeczy: że już nigdy nie napiszę nic dobrego i że to, co właśnie nabazgrałem, jest grafomańskim bełkotem. Na szczęście w tej robocie trafiają się także miłe chwile.

    Rozbrajanie lęku przed pisaniem przychodzi mi z niemałym trudem, ponieważ jest to lęk irracjonalny. Napisałem kilka książek, wypełniłem jakieś dwa i pół tysiąca stron słowami, które ktoś odważył się wydrukować, od lat tłukę w klawiaturę, tworząc mniej lub bardziej zmyślne opowiastki. Nie ma logicznego wytłumaczenia, dlaczego permanentnie się umartwiam, że spod moich paluchów już nic zjadliwego nie wyjdzie. Nie wiem, czy to syndrom oszusta, czy jakiś nieuświadomiony kompleks, czy może każdy autor tak ma – z żadnym o tym nie rozmawiałem. Jeszcze tego nie rozgryzłem. I nie wiem, czy chcę rozgryźć, bo taki strach świetnie motywuje do wyrzucania z siebie kolejnych słów.

    Lęk puszcza dopiero po wystukaniu dziennej porcji tekstu, po dostarczeniu uzgodnionego z samym sobą towaru, po zakończeniu pisarskiej szychty. Na chwilę. Bo zaraz potem pojawia się kolejny – że to, co wpuściłem pomiędzy marginesy, do niczego się nie nadaje. Ten rodzaj strachu trzyma aż do autoredakcji. Dopiero po niej gotów jestem nieśmiało pomyśleć, że stworzyłem coś akceptowalnego. Że to wcale nie takie wstrętne. Że może ludziom nie pękną od tego oczy.

    Ale prawdziwa radość z pisania pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś odwala za mnie robotę. Jak to w życiu.

    Wspominam o tym akurat teraz, ponieważ właśnie skończyłem redakcję swojej nowej książki. Choć powinienem raczej napisać: skończyliśmy. Oprócz mnie w tym procesie uczestniczą ludzie, którzy z imponującą starannością szacują i naprawiają wyrządzone przeze mnie szkody. Którzy wzbogacają utwór o rozwiązania fabularne, o jakich nawet mi się nie śniło. I którzy tak głęboko wgryzają się w moją powieść, że długimi chwilami jest mi głupio – przypomina to bowiem wiwisekcję ludzkiego mózgu.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    Nie ma co się krygować i przypisywać redaktorom większych zasług niż autorom (choć z pewnością zdarzają się książki, w których odgrywają ważniejszą rolę od ich twórców), ale to oni przerabiają wersje beta na gotowe produkty, ratując czytelnicze kubki smakowe. I przy okazji dają autorom komfort, którego tak bardzo nam brakuje.

    Co jakiś czas ktoś mnie pyta, czy wolę pisać, czy redagować, a tak ogóle to który etap tworzenia książki sprawia mi największą frajdę. Do tej pory bez większego namysłu odpowiadałem, że ciężko stwierdzić, bo każdy jest arcyprzyjemny. Ale to nieprawda. Najmilej jest wtedy, kiedy wraca do mnie tekst po redaktorskim liftingu. Gdy moje dziecko – owoc wielomiesięcznego, samotniczego trudu – staje przede mną upięknione. Grzeczne, kulturalne, uśmiechnięte. Właściwie już odchowane, muszę je tylko uważnie obejrzeć i poklepać po główce. I nie ma znaczenia, że istotne zmiany redakcyjne występują średnio co kilkanaście, kilkadziesiąt stron. Czuję, że ktoś zamienił moje brzydkie kaczątko w księcia, fundując mu szokująco dobrą operację plastyczną.

    Tak, to nie wymyślanie i spisywanie historii, niewątpliwie będące esencją pisarstwa, jest w tej robocie najfajniejsze. Najfajniejszy jest moment, w którym do mnie dociera, że nie spaprałem roboty na tyle, by nie dało się z moich bazgrołów ulepić książki. A tego mogę się dowiedzieć wyłącznie od redaktorów. Od nikogo więcej.

    Krzysztof Domaradzki

  • Babski świat. Czerwcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Im bardziej zagłębiałem się w biznes wydawniczy, tym częściej nachodziła mnie refleksja, że musi on mieć w sobie sporo żeńskich pierwiastków. W końcu postanowiłem zweryfikować, czy to tylko moje bezpodstawne generalizacje, czy może coś jest na rzeczy. Teraz już wiem: nie, nie wydawało mi się.

    Jakkolwiek wstrętnie to zabrzmi, żyję z podążania za cudzymi pieniędzmi. Jako dziennikarz „Forbesa” zaglądam właścicielom biznesów do portfeli – a dokładniej: do sprawozdań finansowych – szukając największych lub najlepiej rokujących firm. A kiedy już taką znajdę, zastanawiam się, czy jej działalność i stojący za nią człowiek są na tyle frapujący, aby poświęcić im swój czas i miejsce w magazynie. Świat biznesu bywa przewrotny. Czasem nerdowaty dwudziestoletni programista ma więcej do powiedzenia niż doświadczony multimilioner sprzedający śrubki. A czasem sprzedawanie śrubek jest bardziej zajmujące od tworzenia sztucznej inteligencji do czegoś tam.

    www.unsplash.com/ Sharon McCutcheon

    Płeć przedsiębiorcy nie ma znaczenia. Teoretycznie. Bo praktycznie biznes – a zwłaszcza duży biznes – to męski świat. Faceci zdecydowanie częściej niż kobiety pojawiają się na listach najbogatszych, pozyskują wielomilionowe finansowania na rozwój swoich start-upów, zasiadają w zarządach wielomiliardowych korporacji. Za to znacznie rzadziej wykonują nieodpłatną domową pracę, taką jak pranie, prasowanie, gotowanie czy opieka nad dziećmi. Jeśli wierzyć zeszłorocznemu Global Gender Gap Report, Polki dopiero w 2128 roku doczekają się równego statusu społecznego, ekonomicznego i prawnego. Może i tak. Nikt z nas tego nie zweryfikuje.

    Na szczęście w świecie biznesu zdarzają się wyjątki. A jeden z najciekawszych trafił się na rynku książki.

    Na forbesowe potrzeby (i dla zaspokojenia ciekawości) zrobiłem przegląd sytuacji w polskich oficynach. Okazało, że kobiety są głównodowodzącymi – właścicielkami, prezeskami, dyrektorkami zarządzającymi, redaktorkami naczelnymi – całego tabunu wydawnictw, na czele z Wydawnictwem Literackim, Naszą Księgarnią, Grupą Wydawniczą Foksal, Rebisem, Albatrosem, Sonią Draga, Marginesami, Agorą, Czarnym, Dwiema Siostrami, Pauzą czy Filtrami. W niektórych z nich za sprawy redakcyjne, promocję książek, korektę tekstów czy skauting odpowiadają wyłącznie kobiety. W innych mają istotną liczebną przewagę nad mężczyznami, którzy na ogół lepiej się czują w kwestiach finansowych, handlowych i poligraficznych – byle dalej od literatury i pracy z autorami. W dodatku kobiety kierują ważnymi organizacji branżowymi (jak Polska Izba Książki albo Fundacja Powszechnego Czytania), korporacjami książkowymi (Empik) i popularnymi serwisami literackimi (LubimyCzytać.pl), a także rządzą w blogosferze i na bookstagramie.

    Oczywiście stwierdzenie, że użeranie się z książkami to wyłącznie babska sprawa, byłoby paskudnym i głupim uogólnieniem. Nie jeden świetny wydawca, hurtownik, księgarz czy redaktor mógłby się za nie obrazić. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że na tle wielu gałęzi gospodarki, silnie zmaskulinizowanych i okopanych w archaicznych ramach kulturowych, rynek książki prezentuje się pięknie. Dosłownie i w przenośni.

    Od kilkunastu dni wypytuję ważne osoby w naszej branży, dlaczego tak jest. Słyszę, że to kwestia większej, potwierdzonej badaniami empatii, jakże potrzebnej w bardzo relacyjnym biznesie wydawniczym. Że to owoc stereotypizacji i bezmyślnego przypisywania dzieci do konkretnych ról. Że w którymś momencie nastoletniego życia chłopcy porzucają książki dla gier. Że to nie kwestia predyspozycji płciowych, tylko kształtu rynku – zdominowanego przez nieduże, często rodzinne podmioty, w których bez względu na sektor nie brakuje przedsiębiorczyń. Że, jak powiedział jeden z moich męskich rozmówców, kobiety są mądrzejsze, a książki to domena mądrych ludzi. Że właściwie cholera wie, ale miło wiedzieć, iż w branży literackiej liczą się kompetencje, a nie płeć.

    www.unsplash.com/Trnava University

    Jest jeszcze jedno wytłumaczenie, proste i poparte danymi. Z ostatnich badań Biblioteki Narodowej wynika, że kobiety nie tylko czytają więcej od mężczyzn (51 do 33 proc. czytających cokolwiek), ale i robią to znacznie intensywniej (15 do 7 proc. w przypadku czytających siedem lub więcej książek rocznie). A skoro tak, siłą rzeczy ciągnie je do książek również w wymiarze zawodowym oraz biznesowym. Nie ma w tym nic wydumanego.

    To z pewnością także w pełni nie tłumaczy, dlaczego kobiety tak lgną do wydawnictw i na rynek książki. Ale dobrze, że tak się dzieje. Bo czytanie – o czym od lat przypominają najróżniejsi badacze i promotorzy kultury – jest łatwo dostępną przepustką do lepszego statusu materialnego, świata elit i przywództwa. A to daje skromną nadzieja, że na wyrównanie społeczno-ekonomicznych szans nie będziemy musieli czekać 107 lat.

    Krzysztof Domaradzki

  • Zróbmy sobie eksperyment. Majowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Z jednolitą ceną książki jest jak z odrzuceniem idei lockdownu: nie dowiesz się, czy ma sens, dopóki nie spróbujesz. Ledwie piętnaście minut trwała wymiana zdań pomiędzy doktorami Konstantym Szułdrzyńskim i Pawłem Basiukiewiczem w polsatowskim programie „Gość Wydarzeń” prowadzonym przez Bogdana Rymanowskiego (klik). Było to jednak moje zdecydowanie najlepiej spędzone piętnaście minut na zastanawianiu się, czy kolejne lockdowny są (były?) potrzebne. Mniej więcej miesiąc temu dwaj lekarze o przeciwstawnych poglądach zaserwowali widzom spektakularną nawalankę na argumenty. Bez populistycznej gadki (choć z użyciem mocnych, obrazowych haseł), za to z masą konkretów, odwołań do badań i międzynarodowych przykładów.

    Jeden z nich – dr Szułdrzyński – przekonywał, że lockdowny to najgorsze, a zarazem jedyne możliwe rozwiązanie, biorąc pod uwagę kondycję systemu ochrony zdrowia w Polsce. Odwoływał się do logiki oraz moralności, porównywał Norwegię ze Szwecją, analizował śmiertelność i gęstość zaludnienia, a także przestrzegał, że gdybyśmy zdecydowali się na model szwedzki, mielibyśmy powtórkę z Brazylii. Drugi – dr Basiukiewicz – apelował, aby natychmiast skończyć z lockdownami i wysłać dzieci szkół. Podpierał się badaniami z czasopism „Nature”, „European Journal of Clinical Investigation” oraz „New England Journal of Medicine”, analizami Banku Światowego, przykładami Szwecji, Białorusi czy kilku amerykańskich stanów, deklaracją z Great Barrington. Bardzo przekonująco dowodził, że zamykanie społeczeństw w obliczu epidemii nie ma racji bytu.

    Któremu z nich uwierzyłem? Obu. Czyli jednocześnie żadnemu.

    Z podobnymi odczuciami wyszedłem po debacie w sprawie jednolitej ceny książki, przeprowadzonej półtora tygodnia temu na fanpejdżu smakksiazki.pl (klik) – z udziałem Soni Dragi (prezeski wydawnictwa Sonia Draga i Polskiej Izby Książki), Tomasza Zaroda (szefa wydawnictwa Książkowe Klimaty), dziennikarza Łukasza Wojtusika (Alfabet Wojtusika) i oczywiście Adama Szai w roli moderatora. Dyskutanci – uzbrojeni w argumenty, zagraniczne przykłady, analizy, opinie księgarzy, krótko mówiąc: kuci na cztery łapy – stoczyli bardzo ciekawy spór o potencjalne skutki wprowadzenia projektu, który, upraszczając, w ciągu 12 miesięcy od premiery książki pozwalałby sprzedawać ją z maksymalnie pięcioprocentowym rabatem.

    I znów: uwierzyłem wszystkim. Czyli nikomu.

    Zestawienie lockdownów z zasadami gry na rynku wydawniczym może się wydawać nieco karkołomne, ale w obu przypadkach chodzi o to samo – o ocenę ekstremalnie skomplikowanych zjawisk. Zależnych od masy czynników, a przez to niemożliwych do jednoznacznego skwantyfikowania, wyliczenia, zmierzenia. Jednocześnie dotykających tak różnorodnych środowisk (wszystkich członków społeczeństwa, wszystkich uczestników rynku wydawniczego), że trudno o nich rozstrzygać bezkonfliktowo.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Dryfowanie w złożoności literackiej wymaga znalezienia odpowiedzi na pytania, które cholernie ciężko wydobyć z analiz ekonomiczno-społecznych czy studiów przypadku. Czy po wprowadzeniu jednolitej ceny książki podniesie się rentowność biznesów wydawniczych i wzmocni pozycja autorów? Czy dzięki temu księgarnie stacjonarne przestaną upadać (jak wynika z danych Ogólnopolskiej Bazy Księgarń, w 2020 r. zniknęło z rynku 266 podmiotów – niemal dwieście więcej niż rok wcześniej)? Czy tak drastyczna zmiana reguł gry jest uczciwa wobec graczy, którzy latami opierali modele biznesowe na rabatach? Czy moralne jest zmuszanie ludzi, aby płacili 40 złotych za utwory ulubionych autorów albo czekali rok, aż stanieją? A może niemoralne jest sprzedawanie ich za mniej niż 40 zł, skoro książka to kolektywny owoc pracy małego stada ludzi, a jej produkcja i dystrybucja sporo kosztują? Czy dobro kultury zasługuje na inne traktowanie – również prawne – niż kosmetyki, artykuły spożywcze czy meble?

    Choćbyśmy zrobili najdokładniejszą analizę polskiej struktury społecznej, nawyków i potrzeb konsumenckich oraz stanu czytelnictwa, nie znajdziemy dobrych odpowiedzi na te pytania. Badania deklaracji też nic nie dadzą. Tak jak coroczne raporty Biblioteki Narodowej dotyczące poziomu czytelnictwa, które wypada traktować raczej jako analizę sentymentu książkowego niż miarodajną i niepodważalną ocenę kondycji rynku. Zadeklarować można wszystko. Wystarczy mieć dość odwagi. Albo nie dość wstydu.

    Jak zatem stwierdzić, czy jednolita cena książki ma sens? Eksperymentalnie. Można ją wdrożyć – po uprzednim doszlifowaniu szczegółów ze wszystkimi uczestnikami rynku – i na przykład przez rok albo dwa lata obserwować, jak wpływa na kondycję czytelnictwa, zachowania czytelników i sytuację ekonomiczną wszystkich podmiotów na rynku.

    Jako autor i czytelnik właśnie takie rozwiązanie rekomenduję. Nie dlatego, że wierzę w jednolitą cenę książki. Dlatego, że się da. My, uczestnicy sektora wydawniczego, mamy bowiem etyczny komfort, którego wielu innym branżom brakuje. Zaryzykujmy. A potem bezwarunkowo przyjmijmy płynące z eksperymentu wnioski. Jakie by one nie były.

    Krzysztof Domaradzki

  • Prawda, blaga i popkultura. Marcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Lubimy piosenki, które znamy, a także książki, które już czytaliśmy. Nawet jeżeli rzadko dwa razy sięgamy po ten sam utwór, wciąż szukamy – świadomie lub nie – podobnych motywów, bohaterów, historii.

    David Fincher nakręci dla Netfliksa film na podstawie francuskiego komiksu „The Killer” – to dla mnie najważniejszy kulturowy news ostatnich tygodni. Jest to powrót do pomysłu, z którym reżyser nosił się już kilkanaście lat temu, wówczas w roli przeżywającego dylematy moralne płatnego mordercy widział Brada Pitta. Jako że niedawno Fincher zdołał odmrozić wymyślonego przed laty „Manka”, pomyślałem, że właśnie wzrosła szansa na realizację innego z jego dawnych projektów. W 2006 roku chciał przenieść na ekran „Torso”, komiks opowiadający o pogoni Eliota Nessa, pogromcy słynnego Ala Capone, za grasującym w Ohio seryjnym zabójcą, który dekapitował swoje ofiary. Rozmarzyłem się, ponieważ Finchera najbardziej lubię właśnie w morderczych opowieściach („Siedem”, „Zodiak”, „Mindhunter”).

    W dniu, w którym wpadłem na tę wiadomość, obejrzałem wywiad sprzed kilku miesięcy z Katarzyną Bondą, w którym wspomina, że historia z książki „Miłość leczy rany” leżakowała 19 lat, zanim beletrystycznie ją ugryzła. Zobaczyłem także, że świetne idzie sprzedaż reaktywowanych piłkarskich biografii autorstwa Krzysztofa Stanowskiego – „Kowal. Prawdziwa historia” (po raz pierwszy wydanej w 2003 roku), „Spalony” (2012) i „Szamo” (2013) – które ostatecznie zeszły w niemal 30 tys. egzemplarzy. A na dodatek natknąłem się na zwiastun remake’u kultowego „Mortal Kombat”, który zalał ściany społecznościowe moich znajomych.

    Co to wszystko ma ze sobą wspólnego?

    Ano to, że każde z tych literacko-filmowych zdarzeń łączy sentymentalny renesans. Ponowny rozkwit starych pomysłów, starych książek, starych historii. Kulturowy recykling, którego immanentną cechą jest wskrzeszanie zapomnianych, niewyeksploatowanych czy z jakiego powodu przemilczanych lub zakiszonych opowieści.

    To zjawisko szczególnie wyraźne w świecie filmu. Marketingowe machiny korporacji producenckich wyjątkowo mocno dbają o rozgłos remake’ów i nawiązań do kinowych hitów. Dlatego dziś zasadzam się na „Mortal Kombat”, tak jak przed paroma miesiącami zasadzałem się na „Ratched” (serialowy prequel „Lotu nad kukułczym gniazdem”), a ktoś inny może czyhać na nową „Rodzinę Adamsów” od Tima Burtona albo kolejną część „Jokera” z Joaquinem Phoeniksem w tytułowej roli.

    W literaturze kryminalnej i okołokryminalnej mamy z tym do czynienia na mniejszą skalę i w nieco innym wymiarze. Ale mamy. Weźmy sagę „Millenium” Stiega Larssona, która nie jest żadną prehistorią, a doczekała się trzyczęściowej kontynuacji pióra Davida Lagercrantza i aż pięciu ekranizacji – w tym jednej autorstwa Finchera. Spójrzmy na Macieja Siembiedę, który czerpie garściami z historii sprzed lat, a swoją twórczość nazywana „powikłaniami reporterskimi”. Zwróćmy uwagę, jakie emocje wzbudzają opowieści Przemysława Semczuka – niby reportaże o potworach epoki PRL-u (Joachimie Knychale czy Karolu Kocie), a jednak, idę o zakład, wyławiane z księgarskich półek głównie przez miłośników kryminalnej beletrystyki.

    Można też sięgnąć po skrajniejsze przykłady. Jakiś czas temu doskonale sprzedawała się literatura obozowa, mimo że temat wydawał się wyeksploatowany, a dziś hitem jest „Mein Kampf”. Wysoka cena – ponad sto złotych – podobno miała odstraszyć masowego odbiorcę, ale wydawca szykuje dodruk, ponieważ Hitler szaleje na listach bestsellerów.

    Nie wierzę w masowe zamiłowanie do historii. Wierzę w ludzką ciekawość (czasem niezdrową), popkulturowy sentyment i słabość do dobrych opowieści – prawdziwych, zmyślonych i tych nieprawdopodobnych. Gdybym zarządzał Warner Bros, powołałbym do życia dział ds. Batmana, który zajmowałby się grzebaniną w komiksowym uniwersum i łączeniem go z interpretacjami najlepszych filmowców. Jako autor być może także powinienem darować sobie wymyślanie nowych książkowych światów, skupiając się na wydobywaniu najatrakcyjniejszych smaczków historycznych albo odgrzewaniu co smaczniejszych mainstreamowych kotletów.

    Żeby nie było – nie ma w tym nic złego. Zresztą właśnie to zrobiłem. Moja następna książka jest fabularyzowaną opowieścią o głośnym zdarzeniu sprzed lat, które wciąż na nowo rozpala wyobraźnię. Normalnie perpetuum mobile.

    Zaryzykuję tezę, że prawdziwe historie czy popkulturowi bohaterowie zwykle tłamszą swoich nowych adaptorów. Może nie arcygwiazdy formatu Finchera, Burtona czy Christophera Nolana, ale innych, w tym zdecydowaną większość pisarzy – już tak. Raczej niewiele osób kojarzy, kto za stoi za „Jokerem” czy nowym „Mortal Kombat”. Marka Davida Lagercrantza nie dorosła do marki „Millenium”. Do opowieści o mordercach przyciągają psychopaci, a nie ludzie, którzy zagłębiają się w ich umysły. Jestem też absolutnie pewien, że po moją nową książkę częściej będą sięgać czytelnicy zaintrygowani recyklingowaną historią niż osoby rozsmakowane w trylogii łódzkiej czy „Sprzedawcy”. Niektóre opowieści czy uniwersa po prostu są zbyt wyraziste, aby dało się je przykryć niecelebryckimi gębami. Zresztą po co ktoś miałby to robić? Wydawca czy producent nie może grać kartą niższej sprzedaży w imię połechtania ego twórcy.

    Zmierzch fikcji, kreatywności i nowości kulturowych? W żadnym wypadku. Raczej – jak sądzę – symbiotyczna ekspansja prawdy, blagi i popkultury, z której powinno wyniknąć jeszcze wiele dobrego. W końcu każdą historię można opowiedzieć na milion sposobów. I kapitalnym wyzwaniem jest próba zrobienia tego lepiej od poprzedników.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Pierwsze pięćdziesiąt stron” – lutowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Autorzy często fetyszyzują pierwsze zdanie w książce. Dmuchają na nie, chuchają, zmieniają po wielokroć. Uporczywie powtarzają na głos, dopóki nie zabrzmi tak, jak sobie wymarzyli. Tymczasem otwierające zdanie jest bez znaczenia. Liczy się pierwsze pięćdziesiąt stron.

    Jedno z tegorocznych postanowień literackich, którymi przed miesiącem podzieliłem się na smakksiazki.pl, dotyczyło doczytywania/dosłuchiwania książek. Chciałem przezwyciężyć moją konsumencką zmorę, polegającą na tym, że mnóstwo utworów zaczynam, ale niewiele kończę. Niestety, po miesiącu już wiem, że nic z tego nie będzie. Z dziesięciu książek, do których podszedłem w styczniu, ukończyłem zaledwie dwie.

    Trzymam się natomiast w innym postanowieniu – ewidencji utworów. A dzięki temu, że się w nią zagłębiłem, lepiej rozumiem, dlaczego tylko co piątą książkę udaje mi się przeczytać w całości.

    Jeszcze chwilę temu podejrzewałem, że problemem musi być odtrącający styl danego autora albo trudna do poskromienia pokusa testowania ciągle nowych smaków. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, niejednoznaczna i martwiąca – przynajmniej dla mnie, człowieka żyjącego z pisania. Okazuje się, że twórca może w bardzo krótkim czasie podpaść czytelnikowi na bardzo wiele sposobów. Raczej nie na przestrzeni inauguracyjnego zdania czy kilku wstępnych akapitów, ale już na dystansie pierwszych pięćdziesięciu stron – jak najbardziej.

    Dlaczego akurat tylu? Ponieważ mniej więcej tyle Audioteka pozwala połknąć bezkosztowo, a od jakiegoś czasu większość moich pierwszych styczności z literaturą odbywa się właśnie poprzez łykane w trakcie biegu audiobooki (świetny sposób na uniknięcie zakupu kota w worku).

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Poniżej przedstawiam owoc mojej wewnętrznej analizy trudnych książkowych początków. Bez strzelania tytułami, ponieważ publiczne linczowanie autorów po zapoznaniu się z ich utworami zaledwie w jednej dziesiątej byłoby niesprawiedliwością i draństwem. Mimo wszystko uważam, że nie należy oceniać nas po tym, jak zaczynamy, ale po sposobie, w jaki kończymy. Nawet jeśli zdarza nam się na wstępie spieprzyć sprawę tak bardzo, że niektórzy czytelnicy nie mają ochoty na dalszy ciąg.

    Złe proporcje, zła selekcja treści

    Zabrałem się za quasibiograficzny poradnik całkiem popularnego człowieka, który postanowił podzielić się spostrzeżeniami na temat swojej kariery i dziedziny zawodowej. Wystartował po bożemu – od syntezy ogólnych spostrzeżeń i zapowiedzi tego, o czym będzie książka. Wyszło nawet nieźle, obiecująco. Ale potem zaserwował ciągnącą się jak flaki z olejem opowieść o potwornie nudnym dzieciństwie, w którym nie wydarzyło się nic ciekawego, śmiesznego czy zaskakującego. W efekcie na przestrzeni kilkudziesięciu stron nie dowiedziałem się niczego o temacie, dla którego sięgnąłem po tę pozycję. Absolutnie niczego. I choć moja ciekawość nie została zaspokojona, byłem zbyt zirytowanym niepotrzebnym osobistym rozbiegiem, aby dokonać zakupu.

    Niedźwiedzia przysługa

    Przeciągnięcie opowieści z dzieciństwa to jednak nic przy tym, z czym zetknąłem się w wychwalanym na prawo i lewo poradniku pewnego psychologa. Tytuł zaczyna się od absurdalnie długiego wstępu (nawet nie wiem czyjego, ponieważ nie dobrnąłem do końca), którego celem jest zbudowanie autorytetu autora. I jest to niewątpliwie słuszny cel, ale wykonanie okazało się fatalne. Ciąg niezbyt porywających anegdot dowodzących tego samego. Historyczne odniesienia, które dla osoby zainteresowanej tematyką książki są kompletnie bez znaczenia. Szczegółowa charakterystyka autora, jakby to on miał być bohaterem poradnika, a nie jego twórcą. Krótko mówiąc, kumpel psychologa zaserwował czytelnikom ciężkostrawny aperitif, całkowicie odbierając ochotę na danie główne.

    Kryminał bez intrygi

    Ceniony polski autor, nagradzana książka, zachęcający opis. Wszystko było na swoim miejscu. Aż zacząłem słuchać. Kilkudziesięciostronicowa ekspozycja powiedziała mi sporo o bohaterce i jej osobistych perypetiach, ale nie dowiedziałem się niczego o intrydze, mającej być lejtmotywem powieści i głównym powodem, dla którego po nią sięgnąłem. Oczywiście nie ma przymusu wprowadzania trupa w pierwszym rozdziale kryminału, ale gdy na dzień dobry dostaje się bardzo szczegółowe, wręcz wikipedyjne wprowadzenie w dzieje osoby, która – jak wnoszę z wydawniczej zapowiedzi – nawet nie jest pierwszoplanową postacią, to można wymięknąć.

    Sztampa do kwadratu

    I dla odmiany: książka zaczyna się od trzęsienia ziemi. Gangsterzy, narkotyki, mordobicia, strzelaniny, zamachy. Fajerwerk na fajerwerku. Tyle że to wszystko już było. Już to wszystko czytałem. Już zdążyło mi zbrzydnąć. Przynajmniej podane w takiej formie – bez zachwycającego stylu, bez oryginalnej narracji, scenerii albo bohaterów, bez jakichkolwiek wyróżników. Jeżeli jest w tej powieści coś, dlaczego warto po nią sięgnąć (a zakładam, że jest, skoro ktoś ją wydał i zainwestował w promocję), to albo zostało starannie ukryte, albo umiejscowione po przekroczeniu granicy czytelniczego bólu – za pięćdziesiątą stroną.

    Przepraszam, ale o co chodzi?

    Wpadła mi w uszy druga część pewnego popularnego brytyjskiego cyklu kryminalnego, podobno najlepsza i podobno możliwa do wchłonięcia bez znajomości pierwszej. Może i tak. Ale przez pierwsze pięćdziesiąt stron czułem się jak dziecko we mgle, mimo że – umówmy się – kryminały to nie rocket science. Niedopowiedzenia, skróty myślowe, niezrozumiałe odniesienia do zdarzeń i postaci, których nie czytając jedynki, nie miałem prawa znać. Ogólnie rzecz biorąc, coś tam widziałem, ale nie na tyle, aby móc to opisać. I nie na tyle, aby chcieć obejrzeć w całości.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Postanowienia całoroczne”. Styczniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Rzucane wraz z nadejściem nowego roku obietnice – uprawiania sportu, zdrowego odżywiania albo regularnego czytania – często są podlanymi drwiną i chciejstwem efemerydami, które padają jeszcze w styczniu. A gdyby tak potraktować je śmiertelnie poważnie?

    Kilka lat temu, tuż po Nowym Roku, wybrałem się do mojego ulubionego sklepu – Decathlonu. Musiałem kupić nowe buty do biegania, do siatkówki i do tenisa. I choć przed nabyciem tych ostatnich powstrzymał mnie wąż w kieszeni, słusznie zauważając, że jak na amatora zasadzam się na irracjonalny jednorazowy wydatek, zameldowałem się przy kasie z pokaźną porcją sprzętu sportowego (w trakcie wędrówki decathlonowymi alejkami zawsze coś ekstra wpada do koszyka). Czułem się z tym trochę nieswojo, to fakt. Ale dopiero szyderczy uśmiech sprzedawcy uświadomił mi, że wpisałem się do grupy typowych noworocznych klientów. Mistrzów słomianego zapału. Kolekcjonerów nieużywanych gadżetów. Lekkoduchów i marzycieli.

    Moje decathlonowe zbrojenia nie miały nic wspólnego z noworocznymi postanowieniami – konieczność uzupełnienia sportowej garderoby akurat zbiegła się w czasie z nastaniem kolejnego roku. Nigdy nie przemawiało do mnie tworzenie osobistych zobowiązań w czasie wielkiego świątecznego obżarstwa czy w obliczu sylwestrowego kaca. Nie wierzyłem w skuteczność postanowień dietetycznych tworzonych w chwili pierogowego przesytu ani w wyznaczanie celów sportowych z poziomu kanapy. Ale przede wszystkim mierziła mnie masowość tego zjawiska. Nieprzypadkowo na początku stycznia siłownie i szkoły językowe pękają w szwach, a w internecie roi się od podpowiedzi, co w danym roku warto sobie postanowić (od „ograniczę słodycze” i „rzucę palenie” po „wyjadę w podróż marzeń’ i „znajdę miłość swojego życia”).

    www.unsplash.com/Jude Beck

    Jednak w tym roku postanowiłem zadziałać inaczej. Zamiast drwić z obietnic noworocznych, opracowałem rozbudowaną i usystematyzowaną listę postanowień całorocznych. Założenia podzieliłem na kilka głównych grup (zawodowe, osobiste, zdrowotne, hobbystyczne) i wiele podgrup. Niektóre cele mieszczą się w więcej niż jednym zbiorze. Jedne wydają się trywialne i proste, a inne wysublimowane, złożone i trudne do zrealizowania.

    To lista dziesiątek mniejszych i większych usprawnień. Mniejszych i większych apgrejdów systemu, które mają uczynić moje życie przyjemniejszym, bardziej satysfakcjonującym, lepiej ustrukturyzowanym (spontaniczność jest przereklamowana). Wyszedłem z założenia, że nawet jeśli uda mi się zrealizować tylko kilka z nich, i tak odczuję istotny postęp. A sprzedawcy ze sklepu sportowego nie będę musiał się wstydzić – w końcu kupuję online.

    Oczywiście wiele planowanych udoskonaleń ma związek z literaturą. Niektóre są zbyt intymne, aby się nimi dzielić, ale pozostałe, jak sądzę, mają całkiem uniwersalny charakter. Jeżeli uznacie, że warto je pożyczyć i zaadaptować do swoich potrzeb – nie pogniewam się. Wręcz przeciwnie. Będę trzymał za Was kciuki, równie mocno jak za siebie.

    Starannie dobieraj lektury

    To coś, o co często apeluję i z czym sam mam problem. Ze względu na brak czasu nie mogę czytać tyle, ile bym chciał, więc staram się skrupulatnie wybierać lektury. Ale jednocześnie przez brak czasu zdarza mi się sięgnąć po pierwszy z brzegu utwór – na przykład tuż przed wyjściem na trening biegowy. W efekcie zamiast poświęcić kilka minut na research, tracę godzinę, dwie, a czasem więcej na obcowanie z czymś, co zupełnie mi nie leży.

    Doczytuj/dosłuchuj

    Bieganie to dla mnie literacki poligon doświadczalny. Audioteka pozwala odsłuchać za darmo fragment dowolnego utworu, więc często wykorzystuję tę furtkę, aby w trakcie półtoragodzinnego treningu zapoznać się z głośnymi premierami albo autorami, których nie wypada nie znać. Niestety, rzadko idę za ciosem. Wiele utworów znam tylko w jednej dziesiątej. Czasem styl autora bywa tak odtrącający, że po przesłuchaniu zaledwie fragmentu mam ochotę wziąć dożywotni rozwód z jego twórczością, ale częściej przegrywam z pokusą nieustannego sprawdzania nowych smaków. I tym samym skazuję się na czytelniczą powierzchowność.

    Prowadź ewidencję

    Spisywanie przeczytanych książek wyłącznie po to, aby na koniec roku móc się pochwalić czytelniczym urobkiem, nie ma większego sensu. Ale rejestry literackie potrafią być przydatne. Pozwalają usystematyzować plany czytelnicze, ułatwiają dobór lektur, pomagają nadrabiać zaległości gatunkowe, mobilizują do czytania i myślenia o książkach. W dodatku prowadzenie ewidencji jest tak dziecinnie proste i praktycznie bezwysiłkowe, że trudno mi zrozumieć, dlaczego do tej pory zabierałem się do tego jak pies do jeża.

    Czytaj polskich autorów

    Za każdym razem, gdy zachęcam do czytania rodzimych kryminalistów, aktywuje się we mnie pierwiastek hipokryzji. Nie mam bowiem pojęcia o ich twórczości. Kojarzę nazwiska, tytuły czy tematykę utworów moich konkurentów, ale ich style, sposoby budowania narracji czy techniki pisarskie są dla mnie wielką niewiadomą. Dopiero w minionym roku zacząłem nadrabiać braki, aby mieć przynajmniej mgliste pojęcie, z kim rywalizuję o gusta odbiorców. I żeby poznać inny wymiar literackiego świata, który do tej pory kojarzyłem głównie z kart skandynawskich i anglosaskich kryminałów.

    Wiedź bardziej literackie życie

    Dla każdego może to oznaczać coś innego. W moim przypadku chodzi o śledzenie serwisów i blogów książkowych, aktywniejsze uczestnictwo w życiu kulturowym, częstsze publikowanie treści literackich w mediach społecznościowych, interesowanie się dokonaniami rodzimych pisarzy, szukanie powieściowych trendów. Dzięki temu powinienem stać się bardziej uświadomionym autorem. Poza tym jeśli chciałbym kiedyś ponarzekać na nędzną jakość dyskusji o kulturze w przestrzeni publicznej, przydałoby się mieć alibi.

    Pisz więcej

    Autor często żyje trzema książkami jednocześnie: tą, którą wydaje i promuje, tą, którą pisze, oraz tą, którą zamierza się zająć w następnej kolejności – i na przykład zbiera do niej materiały. Oprócz tego często musi godzić życie literackie z tym, które stanowi jego podstawowe źródło dochodu. Przerabiam to od kilku lat i chyba całkiem nieźle mi wychodzi. Dlatego nie zamierzam tego trybu zmieniać, a jedynie podłubać w proporcjach – wzmacniając nadrzędność tworzenia książek nad pozostałymi aktywnościami. Jest na to tylko jeden sposób: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Jak najmądrzej, jak najcelniej, jak najwięcej. Najlepiej w takiej kolejności.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Ten ostatni poniedziałek” – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Nie spotkało nas w tym roku nic śmiesznego – chciałoby się powiedzieć, parafrazując Adasia Miauczyńskiego. Jednak choć łatwo można tę tezę bezrefleksyjnie przyjąć i powtarzać, bezproblemowo da się ją także obalić.Mijający rok był do dupy. Po prostu. To fakt, który można uargumentować na tysiące sposobów, ale najprościej sprowadzić go do trzech katastrof – zdrowotnej, gospodarczej i polityczno-społecznej. Wszystkie będą się za nami ciągnąć najpewniej przez sporą część 2021 roku, więc robiąc résumé ostatnich miesięcy i siląc się na prognozowanie, co nas czeka w przyszłości, trudno być optymistą.

    Ale ponieważ głupio wieńczyć rok smuty jeszcze jednym dołującym tekstem, przypominającym o zakażeniach, zgonach, problemach psychicznych czy upadających firmach, w ostatnim tegorocznym felietonie dla smakksiazki.pl postanowiłem się skupić na rzeczach miłych, śmiesznych, wręcz budujących – także dla literatury. Bo nawet w czasach koronawirusa można dostrzec pozytywy. Trzeba tylko założyć odpowiednią soczewkę.

    I tak na przykład fajnie, że pisarze wciąż mają głos. Mocny, wyrazisty, docierający do mas. Widzieliśmy to w kulminacyjnym momencie protestów przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych, kiedy sprzeciw wobec zmian wyrażali m.in. Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk, Mariusz Szczygieł czy Zygmunt Miłoszewski. Niektórzy robili to na tyle wyraziście, że znaleźli się na czołówkach największych serwisów informacyjnych w kraju. Jestem daleki od zachęcania autorów do politykowania czy namawiania do słuchania ludzi, którzy nie są ekspertami w dziedzinie funkcjonowania państwa i instytucji publicznych, ale w przypadku ważkich społecznie tematów warto się kierować opinią bacznych obserwatorów naszej rzeczywistości. Zwłaszcza gdy chodzi o coś, co dotyczy nas wszystkich.

    Fajnie, że w tej chwili najlepiej sprzedającą się książką w Empiku jest „Czuły narrator” Olgi Tokarczuk (a przynajmniej był jeszcze chwilę dni temu). Wiem, że to dowód żywotności noblowskiego ducha, a nie świadectwo nagłego zwrotu Polaków w kierunku ambitnej literatury, ale i tak dostrzegam w tym duży pozytyw. Żeby go nie stłamsić, lepiej nie sprawdzać, jakie książki sprzedawały się najlepiej na przestrzeni całego 2020 r. Podpowiem: jaki rok, taka lista bestsellerów.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Fajnie, że nie zostaliśmy zasypani koronawirusową literaturą. W marcu obawiałem się, że stado autorów rzuci się do wymyślania lockdownowych fabuł i gdy tylko nastąpi odmrożenie gospodarki, sklepy zaleją sklecone naprędce towary o pandemicznej tematyce. Podejrzewam, że gdyby do tego doszło (choć może lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca), liczba księgarń, które padły w 2020 roku, byłaby jeszcze większa – Instytut Książki i tak doliczył się niemal 120.

    Fajnie, że literatura wciąż jest chętnie tłumaczona na język filmu. Canal + wypuścił niedawno ekranizację „Króla” (Szczepan Twardoch), na TVN-owskim Playerze można obejrzeć „Żywioły Saszy” (Katarzyna Bonda), Sony Pictures Television i Polsat kręcą serial kryminalny na podstawie „Rysy” i „Układu” (Igor Brejdygant). Pandemia na szczęście nie zatrzymała widocznego od kilku lat trendu, który ewidentnie wspiera rynek książki. Choć oczywiście nie jest to prosty mechanizm – nie każda ekranizacja (filmowa czy serialowa) powoduje kosmiczny wystrzał popularności literackiego pierwowzoru. Gdyby tak było, nie musielibyśmy googlować, kim był Walter Tevis.

    Fajnie, że świat książki się scyfryzował. To był niezły rok dla księgarń internetowych, audiobooków, ebooków czy literackich rozmów online. Te ostatnie stały się wartościowym substytutem spotkań w empikach, bibliotekach czy na targach książki, które wybił nam z głowy koronawirus. Gdyby nie pandemia, prawdopodobnie nigdy nie wyszłyby z niszy. A z dziennikarskiego doświadczenia wiem, że dzięki uinternetowieniu świata można ściągnąć przed ekran gwiazdy, których nie dałoby się namówić na spotkanie w fizycznej przestrzeni.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Fajnie, że kolejne firmy farmaceutyczne chwalą się szczepionkami, a rządy przedstawiają konkretne plany szczepień. To daje realną szansę na powrót normalności – również literackiej – w 2021 roku. Nie widzę powodu, dla którego zaszczepieni ludzie nie mogliby uczestniczyć w targach, tłumnie wchodzić do księgarń albo brać udziału w spotkaniach autorskich. Jeżeli nic się nie wysypie w procesie wyszczepiania, spodziewam się, że w maju znów kilkadziesiąt tysięcy wyposzczonych fanów książki spotka się z autorami i wydawcami na Warszawskich Targach Książki. Oby na Stadionie Narodowym.

    Wreszcie fajnie, że ludzie wzięli się w garść. Pewien mądry człowiek przekonywał mnie ostatnio, że ludzkość pracuje ledwie na ułamek swoich możliwości. I że musi dojść do katastrofy (na przykład klimatycznej, bo koronawirus to za mało), aby coś się zmieniło. Mam jednak wrażenie, że choć w pandemii nie walczyliśmy o przetrwanie, pokazaliśmy się – i jako ludzkość, i jako Polacy – z całkiem przyzwoitej strony. Kiedy trzeba było sobie pomagać – pomagaliśmy. Kiedy należało siedzieć w domu – siedzieliśmy. Kiedy mimo pandemii wypadało wyjść na ulice i krzyczeć – zrobiliśmy to.

    A w tym wszystkim najfajniejsze jest to, że choć jako społeczeństwo jesteśmy potwornie spolaryzowani, a do tego fizycznie, psychicznie i gospodarczo poobijani, to w tak fatalnym roku się nie pozagryzaliśmy. Złożyliśmy nieformalną, choć jasną deklarację, że chcemy żyć – wciąż na tej planecie, wciąż z tymi sami ludźmi. I obyśmy się nie rozmyślili. Tego sobie i Wam życzę w nowym roku.

    Krzysztof Domaradzki