Tag: felieton Krzysztofa Domaradzkiego

  • „Co wypada pisarzowi”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Zamieszanie wokół zaostrzenia przepisów aborcyjnych przypomniało, że ludzie uprawiający szermierkę słowną mogą być znakomitymi reprezentantami pewnych przekonań. Mogą, choć oczywiście nie muszą. Tyle że milczenie może być kosztowne.

    Jak wiecie, nie wypowiadam się publicznie w sprawie polityki i religii, ale…”. „Normalnie nie zabieram głosu w tematach politycznych, ale…”. „Nie znam się na polityce, ale w tym przypadku…”.

    Mogę się założyć, że w ostatnich dniach nie tylko moja, ale również Wasze banieczki społecznościowe wypełniły się wypowiedziami, które zaczynały się od takich słów. Wypowiedziami osób niezaangażowanych politycznie, wstrzemięźliwych w publicznym wyrażaniu opinii, stroniących od przepychanek światopoglądowych. A także wypowiedziami autorów, którzy uznali, że złamanie kompromisu aborcyjnego wymaga komentarza. Czasem bardzo dosadnego.

    Niektórzy pisarze na kilka dni przeprofilowali swoje kanały społecznościowe: z osobisto-literackich na publicystyczne. Oczywiście autorzy często felietonują w swojej przestrzeni społecznościowej, dzieląc się tym, co leży im na bebechach, ale odniosłem wrażenie, że jeszcze nigdy tak ewidentnie nie zepchnęli na boczny tor zawodowego życia na rzecz spraw społeczno-politycznych. Tak, mam wrażenie, zrobili m.in. Wojciech Chmielarz, Szczepan Twardoch czy Jakub Żulczyk. Zwłaszcza ten ostatni, znany z dzielenia się bezkompromisowymi spostrzeżeniami na temat polskiej rzeczywistości, zbombardował swoją facebookową przestrzeń protestowymi publikacjami, jednocześnie przebijając się z nimi do mainstreamowych mediów (takich jak Onet).

    www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska

    Ale równocześnie wielu autorów w żaden sposób nie odnotowało publicznie protestów. Dalej żyli w promocyjnym trybie: informowali o premierach, spotkaniach autorskich, pochlebnych recenzjach, promocjach. Postowali tak, jakby ich pisarska rzeczywistość nie stykała się z rzeczywistością ulic, czołówek mediów czy prywatnych dyskusji Polaków.

    Nie wiem, która postawa jest lepsza. Domyślam się, która jest uczciwsza.

    W marcu tego roku, jeszcze przed pandemią, namawiałem Was na smakksiazki.pl do starannego wyboru lektur. Sugerowałem, aby nie sięgać po utwory osób, z których poglądami fundamentalnie się nie zgadzacie. Za przykład podałem Zachara Prilepina, rosyjskiego narodowego bolszewika (walczył w Czeczenii, najechał Donbas), którego styl nawet mi się podoba, ale nie potrafię odseparować twórczości od poglądów autora. Przez to odczuwam poważny czytelniczy dyskomfort, stykając się z prozą Prilepina. A właściwie – odczuwałem, ponieważ podjąłem decyzję, aby już nie brnąć w tę literaturę.

    Prilepin nie kalkuluje. Nie zastanawia się, czy przez swoje opinie i zachowanie straci czytelników. Podejrzewam, że czuje się bardziej zdefiniowany przez światopogląd niż fach, jakim się zajmuje. W wywiadzie dla Booklips sprzed kilku lat stwierdził, że jest mu wszystko jedno, jak środowisko literackie (a pewnie także i czytelnicy) reagują na jego aktywności w sferze publicznej. Wierzę mu. Uwierzyłbym także Szczepanowi Twardochowi czy Jakubowi Żulczykowi, gdyby powiedzieli, że całkowicie im zwisa, w jaki sposób środowisko reaguje na wyrażane przez nich poglądy. Ale nie uwierzę, że autorzy regularnie odzywający się na Facebooku nie zabierają głosu na temat wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie czują takiej potrzeby. Nie uwierzę, że sprawa zmian w prawie aborcyjnym nie wywołuje emocji w ludziach, którzy żyją ze sprzedawania emocji na kartach powieści. To coś zbyt osobistego (wszyscy mają żony, matki, siostry czy koleżanki), aby nie mieć nic do powiedzenia.

    Uwierzyłbym, gdyby wyznali, że milczą z powodu pieniędzy (nie chcą zantagonizować czytelników myślących inaczej) albo lenistwa.

    Sam odnosiłem się do protestów skromnie, co początkowo tłumaczyłem słabym publicystycznym refleksem (miałem wrażenie, że inni już dawno powiedzieli to, co sam chciałbym wyrazić) i brakiem czasu. Jednak brak czasu to łamliwy konstrukt, więc uczciwej powiedzieć, że nie publikowałem z lenistwa. I bardzo tego żałuję. Bo choć nie uważam, żeby autorzy mieli obowiązek zabierania głosu na każdy temat (wręcz przeciwnie: istnieje pierdyliard zagadnień, które w przestrzeni publicznej powinny być zarezerwowane dla ludzi z ekspercką wiedzą), to akurat w tym przypadku trudno milczeć. Tak uważa moja bańka społecznościowa. Podejrzewam, że Wasze również.

    Przekonałem się, że koszty milczenia mogą być srogie, kiedy kilka dni temu, wracając od wydawcy, na dwie godziny utknąłem w centrum Warszawy, tuż przed grupą protestujących. I gdy pomyślałem, że mój brak reakcji (w końcu zamiast strajkować, toczyłem normalne życie) mógłby zostać zinterpretowany jako poparcie dla decyzji TK, jako sygnał, że nie mam nic przeciwko odbieraniu kobietom wolności wyboru, zrobiło mi się potwornie głupio. Dlatego wyszedłem z samochodu i zacząłem krzyczeć. Dlatego dwa dni później przespacerowałem się w okolice Sejmu. Dlatego wziąłem udział (choć spóźniony) w piątkowej manifestacji. Bardzo, ale to bardzo nie chciałem być reprezentantem milczącej części społeczeństwa.

    PS. Jeśli się zastanawiacie, dlaczego protesty mają taką moc, obejrzyjcie dokument „The Last Dance” o legendarnej ekipie Chicago Bulls. Zwróćcie uwagę na fenomen doskonałych występów Michaela Jordana w starciach z ludźmi, którzy zaleźli mu za skórę. Gwiazdor Byków najlepiej grał wtedy, kiedy konfrontacja stawała się dla niego sprawą osobistą. Kiedy zwykła gierka przeobrażała się w prywatną wojną. Oczywiście w egocentrycznym świecie Jordana nie trzeba było zrobić wiele, aby mu podpaść – wystarczyło wyrazić opinię niezgodną z jego poglądem, wręczyć nagrodę komuś innemu niż on albo porównać go z niewłaściwym zawodnikiem. A wyrok TK – wraz ze wszystkimi społecznymi przyległościami – sprawił, że zmieniło się wiele. Dla mnie, dla autorów, dla was. Dla nas wszystkich.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Niemoc”, październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca zamierzałem podzielić się z Wami jakąś wyczytaną mądrością, opowiedzieć anegdotę literacką, błysnąć spostrzeżeniem albo chociaż dowcipem. Nic z tego. W głowie mam pustkę. Jakbym rozwiódł się z kulturą. W dodatku bez orzeczenia o winie.

    Kilka dni temu zacząłem oglądać serial „Ratched”, netfliksowy prequel „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Spodziewałem się fajerwerków, ponieważ jestem fanem świetnej powieści Kena Keseya i jeszcze lepszej – a to bardzo rzadkie – ekranizacji Miloša Formana. Założyłem, że nieźle sfinansowana opowieść o dawnych dziejach psychotycznej siostry Mildred Ratched nie może się nie udać. I sądząc po ocenach czy opiniach w sieci, wyszło całkiem znośnie. Ale ja wymiękłem przy trzecim odcinku.

    Oczywiście mógłbym zrzucić winę na reżysera Ryana Murphy’ego, który chyba zbyt mocno ugrzązł w swojej campowej estetyce, ale wtedy zorientowałem się, że nowa powieść Jo Nesbø także mi nie wchodzi. Albo inaczej: wchodzi, ale bardzo powoli, w porcjach nieprzekraczających paru stron dziennie, jakbym miał problemy ze zrozumieniem treści albo z akceptacją stylu autora. A to raczej nie jest możliwe, ponieważ z dużą przyjemnością przeczytałem wszystko, co napisał – z wyjątkiem jego powieści dla dzieci.

    Zacząłem więc wchodzić głębiej w problem. I uświadomiłem sobie, że od kilku tygodni nie przeczytałem i nie obejrzałem niczego, co by mi się podobało. Żadnego filmu, serialu, książki, choćby artykułu. I raczej nie jest to wina złej selekcji, ponieważ z reguły nie kupuję kota w worku. W dodatku w ostatnim czasie nie sięgałem po nic eksperymentalnego. Schylałem się po sprawdzone motywy, przyzwoicie oceniane utwory albo – jak w przypadku Nesbø – po towar od ulubionych dilerów.

    I nic. Żadnej frajdy z lektury czy oglądania. Żadnej intelektualnej uczty.

    Utknąłem.

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Przypomniałem sobie, że biegając po Instagramie, parokrotnie zetknąłem się z terminem „blokada czytelnicza”. Bookstagramerzy tłumaczyli nią to, że nie mogą dokończyć powieści (nawet jeśli im się podoba), że nuży ich czytanie, że męczą się na samą myśl o przewracaniu kolejnych kartek. Szczerze mówiąc, myślałem, że to ściema. Że wrzucają posty zapchajdziury, aby wymusić interakcję i wygenerować aktywność wtedy, kiedy nie mają nic ciekawego do opublikowania. Byłem blokadosceptykiem. Ale w końcu też mnie dopadło. I to od razu w wersji rozszerzonej, ponieważ blokada zainfekowała cały kulturowy układ umysłowy.

    Dobra wiadomość jest taka, że nie rozciągnęła się na moje życie autorskie. Nowa książka się redaguje (może nawet ciut szybciej, niż zakładałem), a na etapie tworzenia brzydzę się nią tak samo jak czterema poprzednimi. Teksty do gazety wyrzucam jak z katapulty – w ostatnim „Forbesie” zapisałem rekordowe 75 stron. Ten felieton też wychodzi ze mnie bez bólu, więc zakładam, że dobrnę do końca.

    Martwi mnie jednak to, że nie mam pojęcia, skąd ta blokada się wzięła. Z przepracowania? Chyba nie, od dawna jestem w zawodowym gazie i jeszcze nie czuję palącej potrzeby, żeby zwolnić. Ze złej diety albo z kiepskiego prowadzenia się? Wątpię. Od ponad pół roku nie jem mięsa, schudłem kilka kilogramów, trenuję prawie codziennie, biję rekordy biegowe. Z nabywanej z wiekiem zrzędliwości, postępującego skapcanienia i większej kulturowej wybredności? Może. Choć nie wydaje mi się, żeby przeskok mógł być aż tak gwałtowny.

    Krótko mówiąc: cholera wie. Mam tylko nadzieję, że blokada puści, zanim doświadczę dotkliwego zubożenia kulturowego. Bez literackiego paliwa żaden autor daleko nie zajdzie. Ale też żaden (chyba) nie będzie się codziennie zmuszał do pociągania wachy prosto z dystrybutora. Trzeba lubić ten fetysz.

    A dlaczego w ogóle o tym piszę? Z trzech powodów.

    Po pierwsze: o czymś muszę. Na Smaku staram się pisać o tym, co chodzi po mojej literacko-kulturowej głowie, a ostatnio nie szwenda się tam nic ciekawego. Blokada wygrała walkowerem.

    Po drugie: strzeżcie się. Nie znacie dnia ani godziny. Też możecie wpaść na zaporę, nawet jeśli nie wierzycie w jej istnienie.

    A po trzecie: dzięki blokadzie w końcu zrozumiałem nieczytających. Poczułem, jak to jest, kiedy zmuszasz się do czytania w przededniu kartkówki z polskiego. Kiedy szukasz wymówek, aby nie czytać. Kiedy mając dziesięć minut wolnego, zamiast złapać za książkę, wolisz włączyć telewizor i pooglądać nastolatków grających w „Counter Strike’a”.

    Gdybym musiał wybrać docelowy i nieodwołalny sposób bycia, a moje doświadczenia kulturowe ograniczałyby się jedynie do ostatnich kilku tygodni, prawdopodobnie zabrakłoby w nim miejsca na książki.

    Wyobrażam sobie, że od takich osób – startujących od zera i dopiero wybierających swoje pasje, niemających wyrobionego gustu rozrywkowo-kulturowego, a do tego podatnych na trendy i zachowania rówieśników – w największym stopniu zależy przyszłość branży wydawniczej. I wyobrażam sobie, że przy obecnym zalewie rozrywek trudno będzie przekonać młode pokolenie, czytanie to najfajniejszy sposób spędzania wolnego czasu. Może więc należy budować w nim poczucie, że nieczytanie to wstyd – jak, dajmy na to, niemycie rąk po sikaniu? Może trzeba całkowicie przemodelować listę lektur, wypychając ją najbardziej kontrowersyjnymi i chwytliwymi tytułami? Może młodzi złapaliby bakcyla, gdyby lektury podawano im w inny sposób – pod postacią audiobooków, skrojonych pod uczniów audioseriali, gier?

    Nie wiem. Może edukatorzy i wyjadacze rynku literackiego mają na to jakieś lekarstwo (choć bardziej przydałaby się szczepionka). Mnie w tej chwili trudno być optymistą. Zakładam, że skoro facet, który żyje z pisania, nabawił się książkowstrętu, mogą się nim zarazić także ci, którzy jeszcze nie zdążyli się skalać literaturą.

    Krzysztof Domaradzki

  • Osobista instrukcja czytania – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jako człowiek żyjący z pisania – w większym stopniu do gazety, w mniejszym książek – doskonale rozumiem, że czytelnik to mój pan, klient i chlebodawca. Ale gdyby tak spróbować trochę pogrzebać w jego guście?

    Wielu autorów – w tym niżej podpisany – utrzymuje, że pisze takie książki, jakie sami chcieliby przeczytać. Oczywiście nie można tych deklaracji traktować zbyt dosłownie. Żaden z nas nie żyje w próżni. Tworzymy powieści, które są oceniane i recenzowane. Widzimy, co się czytelnikom podoba, a co ich odtrąca. Mamy osobistych recenzentów, obeznanych w literaturze wydawców i porządnych redaktorów, którzy weryfikują nasze fabularne i językowe fikołki, zanim trafią do druku. Więc choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli się wybić na niezależność, nigdy nie będzie dla nas w pełni osiągalna.

    Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest wielu autorów, którzy chętnie tworzyliby inaczej – może wolniej, może bardziej wysublimowanie, może w ogóle dryfowaliby wokół innych tematów – ale prawa ekonomiczne są główną determinantą ich działań. Sprawiają, że piszą pod dyktando swojej bazy fanów albo grasujących tu i ówdzie trendów. Ale przyjmijmy na chwilę, że jednak większość autorów – w tym niżej podpisany – stara się pisać tak, żeby usatysfakcjonować przede wszystkim siebie, swojego najważniejszego czytelnika.

    Z tej okazji przygotowałem ściągę – dla tych, którym nie chce się mnie czytać albo którzy z jakiegoś powodu są ciekawi, dlaczego piszę tak, a nie inaczej. Wyjaśniam pokrótce, jak wygląda mój czytelniczy – a więc też pisarski – świat. Co mi się podoba, a co mnie mierzi w kryminałach, które zabiegi fabularne kupuję, a przy których czuję się tak, jakby ktoś próbował wcisnąć mi odkurzacz przez telefon.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Być może odniesiecie wrażenie, że to rodzaj polemiki z niektórymi czytelnikami moich książek (zwłaszcza „Sprzedawcy”) i nie będę się tego wypierał. Być może uznacie, że wpisuję się tem tekstem w toczoną w mediach społecznościowych dyskusję o tym, czy autorzy powinni krytycznie oceniać innych autorów. Tego też się nie wyprę. Ale prawda jest taka, że podobnie jak każdy uważam, że moja racja jest mojsza niż twojsza. I jeżeli zdołam przekonać choćby jednego czytelnika do innego spojrzenia na niektóre elementy kryminalnej układanki, poczuję, że świat stał się ciut bliższy takiemu, w jakim chciałbym żyć.

    Brutalność

    W łódzkiej trylogii nie patyczkowałem się z czytelnikami. Sypałem brutalnymi zabójstwami, wątkami pedofilskimi, zoofilią. Nie było lekko. Było ciężko, gorzko, duszno, brzydko, ponuro. Momentami brutalnie, momentami obrzydliwie. Często strasznie. Ale zależało mi na tym, żeby tej traumatycznej rzeczywistości nie przedstawić aż nadto dosłownie. Żeby nie fruwały wszędzie flaki. Żeby – jak to określił redagujący moje powieści Mirosław Grabowski – powieść nie zamieniła się w poradnik dla zwyrodnialców. Nie mam pojęcia, czy to mi się w pełni udało, ale chęci miałem dobre.

    Nie przepadam za lukrowaniem bohaterów i koloryzowaniem rzeczywistości. Podobają mi się dosadne kryminały, w których zniszczeni przez życie śledczy podejmują się spraw przerastających ich kondycję psychiczną. Ale lubię, gdy autor wie, w którym momencie należy postawić kropkę. Gdy przemoc opisana jest w sposób pobudzający wyobraźnię, a więc zawierający pewne niedopowiedzenia i zmuszający do wybiegania myślami poza to, co znajduje się na papierze. Nie w sposób anatomiczny, dosłowny, szokujący, efekciarski.

    W „Sprzedawcy” wspomnianą kropkę postawiłem jeszcze nieco wcześniej. I dostałem za to po uszach, ponieważ najczęstszym zarzutem padającym pod adresem książki jest ten, że nie dość szczegółowo opisałem, jak główny bohater maltretuje swoje ofiary… Chyba powinienem się cieszyć, że padło na niedostateczną brutalność, a nie, dajmy na to, koślawość fabularną, ale mimo wszystko jestem tym zaniepokojony. Znane z epatowania brutalnością filmy klasy B pozostały tam, gdzie ich miejsce – w niszy. Natomiast literatura klasy B niebezpiecznie wkracza do głównego nurtu.

    Objętość

    Jestem nieco oldschoolowym i pragmatycznym czytelnikiem. Po pierwsze: uwielbiam papier. Po ebooki sięgam w ostateczności, a audiobooki umilają mi głównie bieganie. A po drugie: zwykle sięgam po książki, które jestem w stanie względnie komfortowo czytać w zatłoczonym autobusie. Choć rzecz jasna zdarzają się wyjątki – „Terror” Simmonsa czy „Wyznaję” Cabré połknąłem w całości, kursując między domem a pracą.

    Jednak objętość nigdy nie była dla mnie fabularnym problem. Także w przypadku literatury czysto rozrywkowej. Lubię dłuższe kryminały – liczące po 500, 600 stron. Takie, w których autor może się w pełni wypisać. W których przedstawia coś więcej niż zdawkowy rys charakterologiczny bohaterów. W których nie chodzi na fabularne skróty i nie narzuca rollercoasterowego tempa. W których od czasu do czasu wrzuci coś, co być może jest bez znaczenia dla głównego wątku, ale wnosi fajną niekryminalną wartość.

    Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby obniżyć ocenę powieści kryminalnej ze względu na jej poważną objętości – chyba że byłaby fabularnie pusta i rozdmuchana jak niektóre seriale. Nie odrzuciłbym też książki przed lekturą z powodu jej grubości. I nie bałbym się tego, że poboczne wątki spowolnią tempo czytania – nie jestem zawodowym recenzentem, więc od szybkości mielenia utworów nie zależy mój dobrostan finansowy. Nie chodzi o to, żeby tygodniami łamać sobie głowę nad literaturą rozrywkową, ale miło jest czasem zwolnić, spojrzeć z szerszej perspektywy na postępowanie bohaterów, rozsmakować się w słowach albo pomysłach fabularnych. O ile, rzecz jasna, treść na to pozwala.

    Realizm

    Kiedy rozpoczynałem przygodę z literaturą Jørna Lier Horsta, sądziłem, że przeczytam kryminał inny niż wszystkie. W końcu facet przez połowę życia pracował w policji. Myślałem, że wreszcie się dowiem, jak naprawdę wygląda świat śledczych. I co? I nic. Przeczytałem kryminał (dobry, może nawet bardzo dobry), który pod względem opisu działań policyjnych niespecjalnie się różnił od innych tego typu utworów. Wtedy zrozumiałem, że powieściowy świat kryminalny musi być w mniejszym lub większym stopniu podkręcony. Że gdybym dostał utwór, w którym praca policyjna opisana jest z reporterską dokładnością, najpewniej potwornie bym się przy nim wynudził.

    Oczywiście oczekuję, że kryminalna fabuła finalnie jakoś się zepnie. Że bohaterowie będą postępować logicznie. Że na koniec odniosę wrażenie, iż właśnie przeczytałam historię, która mogłaby się wydarzyć naprawdę – przy założeniu, że w życiu garstki osób skumulowałaby się masa przedziwnych zdarzeń. Ale nie fetyszyzuję realizmu, ponieważ wiem, że mógłby zdewastować odbiór powieści.

    Kryminał to nie reportaż. Ale to także nie fantasy. Słabo, gdy bohater przyjmuje trzy kulki, a potem niczym John Rambo wycina w pień przeciwników. Równie słabo, gdy kryminał dostarcza emocje jak film o facecie w łódce. Tak więc: podkręcanie lub upraszczanie rzeczywistości – tak, niebezpieczne igranie z logiką – nie.

    Zakończenia

    Jestem fanem Jo Nesbø. Uważam, że to najlepszy współczesny autor powieści kryminalnych. Porywa mnie swoimi historiami – nie tylko o Harrym Hole. Ale finały większości jego książek wydają mi się przekombinowane. Zbyt sensacyjne. Napakowane twistami. Nie jak filmy ze Stevenem Seagalem, ale jednak odbiegające od moich oczekiwań.

    Jo Nesbø, fot: smakksiazki.pl

    Teoretycznie o to w kryminałach chodzi. Żeby przez całą książkę wpuszczać czytelnika w maliny, a potem go zaskoczyć. Tyle że ciężko wszystko zaaranżować tak, aby trzymało się kupy. Łatwo zgubić balans i popaść w przesadę. Znacznie trudniej zafiniszować tak, żeby się większości podobało. I to nie dlatego, że autorzy się spieszą, piszą końcówki na kolanie albo nie mają na nie pomysłu. Po prostu taki już urok finałów. Nie śmiem się dąsać na Nesbø za jego zakończenia.

    Całkiem niedawno odkryłem, że najprzyjemniej czyta mi się kryminały, które są lustrzanym odbiciem treningu biegowego. Zwykle zaczynasz go trochę zbyt ostro, jakbyś był zaskoczony tym, że w ogóle zwlekłeś się z kanapy. Potem wyrównujesz tempo i starasz się utrzymać je na satysfakcjonującym poziomie. Na koniec decydujesz się na sprint w granicach swoich możliwości, żeby podkręcić wynik. A po ostrym finiszu pamiętasz o tym, żeby się rozbiegać, porozciągać, wyciszyć, nawodnić i nieinwazyjnie wrócić do rzeczywistości.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Jeszcze jeden pościk. Tyciusi. Ooostatni”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kojarzycie scenę z „Dnia Świra”, w której kobieta w pociągu nie może przestać podjadać dzieciakowi czipsów? Z promowaniem własnej twórczości literackiej – szczególnie w okolicach premiery – bywa podobnie.

    Kilka tygodni temu założyłem profil na LinkedIn. Właściwie konto miałem już wcześniej, tyle że wykorzystywałem je wyłącznie w celach dziennikarskich (czytaj: do zaczepiania przedsiębiorców i menedżerów), ale teraz postanowiłem zacząć wykorzystywać je jako machinę propagandową. Wrzuciłem wreszcie zdjęcie, napisałem kilka słów o sobie, po konsultacji z przyjacielem dorzuciłem kwadraciki, trójkąciki, kółeczka i inne graficzne duperele, żeby się podlizać  linkedinowym algorytmom. Może nie zrobiłem wszystkiego po mistrzowsku, ale na pewno po bożemu.

    Wykombinowałem, że to będzie mój sposób, żeby się autorsko wyróżnić. W końcu konta na Facebooku mają pewnie wszyscy piszący. Na Instagramie – większość. Cześć autorów promuje się na Twitterze, wdając się przy okazji w światopoglądowe bitwy, a co odważniejsi i bardziej progresywnie pewnie już kombinują, jak ugryźć TikToka. Tak czy inaczej, ja postawiłem na LinkedIn. Dlaczego nie.

    No i się zaczęło.

    www.unsplash.com/Merakist

    Posty na LinkedIn powinny się różnić od tych z Facebooka. W końcu to platforma zawodowa, miejsce, w którym szuka się pracy albo kontaktów biznesowych. Chcesz pokazać, co napisałeś, przekonać świat, że to coś wartościowego? Nie ma problemu. Chcesz pokazać zdjęcie kotka? Niekoniecznie. Zdjęcie kotka świetnie się za to nada na Instagram. Kotki, kolorki, ładne obrazki, krótkie filmiki – wszystko pasuje. Nawet lepiej niż treść. Zresztą instagramowy interfejs jest tak skonstruowany, że to relacje i obrazki są na wierzchu. Tekst jest drugorzędny. Czasem trzeciorzędny. Czasem wystarczą wyłącznie hashtagi. Facebook plasuje się gdzieś pomiędzy. Kotek nikogo nie zbulwersuje, biznesowo ukierunkowana treść też nie.

    Nie chciałbym się rozwodzić nad specyfiką poszczególnych platform. Raz, że żaden ze mnie ekspert, a dwa – to nie jest felieton poradnikowy. Chcę jedynie naświetlić, że każda z nich to trochę inny świat, którym trochę inaczej trzeba zarządzać. Posty takie, śmakie, owakie. Ładne zdjęcia, ładne filmiki, ładne słówka, ładne kwadraciki. Lajwy i relacje. Kampanie reklamowe. A do tego interakcje z użytkownikami – publiczne i prywatne. Krótko mówiąc: robota na pełen etat. A przynajmniej na pół etatu.

    A jeśli masz już jeden etat?

    A jeśli musisz (no dobra, niech będzie, że chcesz) jeszcze pisać książki?

    Wspominam o tym nie dlatego, żeby narzekać, ale by odpowiedzieć na pytanie, które często słyszę: dlaczego nie zdecydowałeś się na self-publishing? Jak ktoś, kto pisze o biznesie i z grubsza orientuje się w rynku wydawniczym, mógł zgodzić się na to, aby inni pożerali większość kwoty, jaką czytelnik płaci za jego książkę? Odpowiedź jest oczywiście złożona i wielowątkowa, ale część wyjaśnienia brzmi banalnie: ponieważ nie miałbym czasu, żeby wydać i wypromować książkę samodzielnie. Niby jak, skoro ledwo daję radę zająć się marketingiem, który przecież i tak w ogromnej mierze leży na barkach wydawcy (kontakt z blogerami i dziennikarzami, przygotowywanie grafik, organizacja spotkań autorskich, podcastów itd.)? A co z pozostałymi powinnościami i obowiązkami – produkcyjnymi, drukarskimi, dystrybucyjno-handlowymi?

    Jak to wyglądało dawniej – w erze przedsocialmediowej (albo jeszcze wcześniej – w czasach przedinternetowych)? Czy autor miał mniej pracy, ponieważ promocja książek sprowadzała się do wywiadów, kilku spotkań w kawiarniach literackich i podtykania pod nos swojej twórczości wszystkim napotkanym osobom? Czy dobra książka częściej niż dzisiaj z automatu dobrze się sprzedawała? Czy może wszystko dało się załatwić potężnymi budżetami wpompowanymi w reklamę telewizyjną, prasową albo na przystankach autobusowych? Nie mam pojęcia, nie sprawdziłem, nie zapytałem starszych kolegów. Ale wiem, że dzisiaj nawet mając wsparcie wydawnictwa, autor musi być copywriterem, specem od marketingu i PR-owcem w jednym. Najlepiej z influencerskim zacięciem i podstawowym zrozumieniem technologii. Musi umieć budować własne media. Kreować markę. Ekstrawertycznie eksponować siebie. Musi być sprzedawcą.

    A skoro już wywołałem wilka z lasu…

    www.unsplash.com/dole777

    Przy okazji „Sprzedawcy” po raz kolejny (i to ze zdwojoną mocą) poczułem, jak wiele zadań promocyjnych potrafi się skumulować w okolicach premiery – i jak wieloma obowiązkami niezwiązanymi bezpośrednio z pisaniem trzeba się zająć. Nawet jeśli masz podejrzenie, że możesz nieco przesadzać, że po prostu spamujesz swoją premierową rzeczywistością, to jednak co rusz coś szturcha cię w bok, wrzeszcząc, że musisz to robić. Jak nie teraz, to kiedy? A jeśli ktoś zapomni o twojej książce, a jeszcze nie zdążył jej kupić? Może był na wakacjach i robił sobie socialmediowy detoks? Może facebookowe algorytmy tak ci pościnały zasięgi, że nikt się nie dowiedział o twojej bazgraninie? Przecież nie masz – a szkoda – narzędzi, które pozwoliłyby w czasie rzeczywistym precyzyjnie monitorować sprzedaż twoich utworów ze wszystkich możliwych kanałów. Może ten jeden dodatkowy post nie zaszkodzi? I kolejny też nie? I jeszcze jeden…

    Oczywiście im dalej od premiery, tym kociokwik jest mniejszy. Ale to nie oznacza, że masz łatwiej. W okolicach premiery miałeś przynajmniej marketingową amunicję. Posty same się pisały. Później musisz kombinować. Szukać nowych metod komunikacji. Nowych platform, cykli, tematów, myków. Intensywność i emocje opadają, ale pracy nie ubywa. A że twoja zawodowa codzienność nie wygląda jak zdobywanie Everestu, to i o wciągające treści może nie być łatwo. A jeżeli jeszcze nałożysz na to filtr introwertyka, który nie przepada za obnoszeniem się z prywatnością, to już w ogóle.

    Pewnie trochę zniechęciłem Was do pisania (nie taki miałem cel, ale może to i lepiej – po co mi nowa konkurencja?), ale mimo wszystko nadal się upieram, że to najprzyjemniejsza praca na świecie. I nie sądzę, że gdybym swoją pisarską harówę zamienił na cokolwiek innego, byłbym szczęśliwszy niż teraz. W końcu mamy skłonność do idealizowania cudzej rzeczywistości. Do wyciągania wniosków ze strzępów prawdy. Z puzzli, których nie bylibyśmy w stanie ułożyć bez podpowiedzi na opakowaniu. Czasem można dojść do fatalnej konkluzji, jeśli nie dostrzeże się całego obrazka. Dlatego warto się wysilić, aby dojrzeć całość.

    A teraz – czas zaplanować pościk z tym felietonem. Ooostatni. Obiecuję.

    Krzysztof Domaradzki

  • Ku pokrzepieniu serc (i portfeli) – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Pożoga, dramat, czarna rozpacz. Kogo nie zapytać, na rynku książki dzieje się źle albo bardzo źle. A odkąd pojawił się koronawirus, to już w ogóle. Jednak wcale tak nie musi być. A nawet – wcale tak nie jest. Wystarczy się porządnie rozejrzeć. Opowiem Wam trzy krótkie historie. W pierwszej chwili może się wydawać, że nie mają ze sobą wiele wspólnego – łączą je tylko dziwaczne pomysły i książki. Ale przy bliższym poznaniu okażą się niemal bliźniacze, choć każda z nich rozegrała się w innym miejscu, okolicznościach i czasie.

    1.

    Niedoszły prawnik, przedsiębiorca, twórca programów telewizyjnych, popularyzator nauki, youtuber, gwiazda internetu. Tak, Radek Kotarski to człowiek wielu talentów. A jakby tego było mało, któregoś dnia postanowił zostać również autorem i wydawcą w jednej osobie. Nie był zachwycony tym, w jaki sposób tradycyjne wydawnictwo zaopiekowało się jego debiutancką książką – „Nic bardziej mylnego!”, więc kolejną – „Włam się do mózgu” – postanowił zająć się samodzielnie. A że wieści szybko się rozchodzą, o pomyśle Kotarskiego dowiedziały się jego dwie koleżanki – Arlena Witt (twórczyni youtube’owego kanału Po Cudzemu) i Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster) – i zapytały, czy nie zaopiekowałby się także ich utworami. Skończyło się tym, że w drugiej połowie 2017 roku powstał Altenberg, wydawnictwo inne niż wszystkie – niewspółpracujące z Empikiem ani żadnym innym dystrybutorem, sprzedające książki wyłącznie przez internet, wynagradzające autorów zdecydowanie hojniej niż konkurencja (według Kotarskiego nawet trzy do ośmiu razy hojniej).

    2.

    Gdyby Marcin Beme powiedział Wam, że jest skiturowcem, który zrobił krótki przystanek w Warszawie, żeby za kilka dni pozjeżdżać na dziko w Alpach – pewnie byście mu uwierzyli. Gdyby stwierdził, że od ponad dziesięciu lat zajmuje się biznesem na rynku książki – raczej nie. W 2008 roku ten wyluzowany, zwykle wystrojony w luźną koszulkę i rozpinaną bluzę, nieco chaotyczny dżentelmen wymyślił, że będzie produkował i sprzedawał książki w wersji audio – za pośrednictwem Audioteki. Był to tak nieortodoksyjny pomysł, że pierwsze nagrania Beme pozyskiwał nie od wydawców, tylko z archiwów Polskiego Radia i Polskiego Związku Niewidomych. A żeby zrobić wokół swojej idei trochę szumu, wymyślił, że stworzy wielką dźwiękową produkcję – wzorem hollywoodzkich blockbusterów – na bazie „Narrenturm”, czyli pierwszej części trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Przekonał do tego autora i jego wydawcę, zwerbował ponad stu aktorów i Janusza Kukułę w roli reżysera, nafaszerował produkt specjalnymi efektami dźwiękowymi. I wydał na to kwotę przekraczającą ówczesne przychody Audioteki.

    3.

    Najpierw chcieli wykorzystać technologię elektronicznego papieru do zbudowania agregatora newsów. Potem wykoncypowali, że fajnie byłoby stworzyć narzędzie dla prawników, które pozwoli im przeglądać kodeksy przy użyciu czytnika. Dopiero przy trzecim podejściu Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz, dwaj utalentowani programiści po Politechnice Poznańskiej, pomyśleli o ebookach. Dołożyli do tego koncept streamingu, znany choćby z szybko rosnących (choć wtedy jest nie tak wielkich) biznesów w typie Netfliksa czy Spotify, po czym zaczęli rozkręcać Legimi. I choć pomysł ebooków na abonament wydawał się obiecujący, to wymagał zburzenia kilku elementarnych przeszkód. Raz, że dekadę temu wydawcy nie pałali miłością do książek elektronicznych, obawiając się, że zmiotą z rynku papierowe. A dwa – nie tak łatwo zbudować dużą bazę klientów, kiedy chcesz to zrobić w oparciu o ludzi niebojących się ebooków, a nawet uważających je za całkiem wygodne.

    ***

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Trzy firmy, trzy zestawy przedsiębiorców i trzy karkołomne pomysły na biznes – wymagające sporych nakładów finansowych, zaawansowania technologicznego, zbudowania niemal od zera nowych rynków albo gry na boisku, na którym panoszą się starsi i więksi chłopcy. Jak coś takiego nazwać? Brawurą? Szaleństwem? Biznesowymi fantasmagoriami?

    A może jednak wizjonerstwem?

    W ciągu pierwszych piętnastu miesięcy działalności Wydawnictwo Altenberg wypracowało 14 mln złotych przychodu i 1,8 mln zł czystego zysku. Do dzisiaj sprzedało około pół miliona książek i sfinansowało tyle samo obiadów podopiecznym akcji Pajacyk (jedna sprzedana książka = jeden obiad). W 2019 roku Altenberg – znany już wydawca literatury poradnikowej i ciekawostkowej sygnowanej nazwiskami youtuberów czy celeberytów – zasadza się na 18 mln złotych przychodu, które ma zagwarantować seria nośnych jesiennych premier, w tym nowej książki Radka Kotarskiego.

    W Audiotekę z czasem uwierzyła grupa prężnych inwestorów, którzy przekazali spółce łącznie około 15 mln złotych. Dziś Marcin Beme, zdecydowany lider lokalnego rynku audiobooków, nie potrzebuje już zewnętrznego kapitału, ponieważ w 2018 roku jego firma osiągnęła 62,1 mln zł przychodu i 4,2 mln zł zysku netto. Dziś to on pomaga innym. Niedawno zainicjował akcję „Usłysz kulturę”, w ramach której w trudnych covidowych czasach planuje wesprzeć kwotą 4 mln złotych autorów czy reżyserów gotowych tworzyć interesujące projekty w wersji audio.

    Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz rozkręcali Legimi z pomocą inwestorów i obligacji – łącznie na ponad 22 mln zł. I rozkręcili. W 2019 roku ich firma osiągnęła 17,4 mln zł przychodu i 613 tys. zł zysku netto, a ten rok chce zamknąć z 24,9 mln zł sprzedaży i 2,6 mln zł na czysto. Firma współpracuje w Polsce z ponad 300 wydawcami i większością bibliotek publicznych, a do tego prężnie rozwija się na niemieckim rynku, gdzie oprócz Legimi posiada jeszcze serwis Readfy, oferujący dostęp do ebooków w zamian za oglądanie reklam.

    ***

    Te trzy wariackie pomysły na biznes przerodziły się w trzy zaskakujące sukcesy na rynku książki. To w ogromnej mierze zasługa przedsiębiorców, którzy za nimi stoją. Ich odwagi, kreatywności, kapitału intelektualnego, zdolności czytania trendów technologicznych. Upartości, wytrwałości, wytrzymałości na ból. A także – a może przede wszystkim – przemożnej chęci zburzenia istniejącego ładu. Pójścia pod prąd. Przemodelowania rzeczywistości. Pokazania, że się da, nawet jeżeli czytelnictwo spada, a rynek uchodzi za trudy, niewdzięczny i nieperspektywiczny.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    To ważne – a nawet cholernie ważne – zwłaszcza teraz. W czasie następujących po sobie koronawstrząsów, które gruntownie przebudowują świat, jaki znaliśmy. Przyzwyczaiłem się do powszechnego branżowego pesymizmu. Ale nawet jeśli zmartwienia biznesmenów z rynku książki są przesadzone, to ich ultranegatywne doniesienia trzeba traktować poważnie. Przeprowadzona na przełomie kwietnia i maja ankieta Polskiej Izby Książki jednoznacznie pokazuje, że nie jest wesoło: 89 proc. księgarzy i wydawców spodziewa się ograniczenia działalności z powodu pandemii, co trzeci odczuł dramatyczny spadek sprzedaży (70 proc. i więcej), a ponad połowa ograniczyła zatrudnienie. Nie cierpią jedynie ci, którzy w porę postawili na internet, a więc zrobili to, do czego najróżniejsi progności namawiają przedsiębiorców od co najmniej kilkunastu lat – i to bez względu na branżę, w której działają.

    Tak więc, drodzy księgarze i wydawcy, pamiętajcie o swoich nowoczesnych kolegach, którzy nie tak dawno wystartowali od zera i stworzyli biznesy, które nawet w dobie pandemii mają się świetnie. Pamiętajcie, że książki to nie tylko bajki dla dorosłych, ale też całkiem realne morze możliwości. Również biznesowych.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Skuteczny lek bez recepty”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kiedy nadciąga tsunami, można włożyć kąpielówki i liczyć na fart albo wziąć nogi za pas. A kiedy nadciąga tsunami dla zdrowia psychicznego, można załamać ręce i czekać na cios albo… sięgnąć po książkę.

    Bardzo się ucieszyłem, kiedy kilka tygodni temu natknąłem się na tekst dotyczący korzyści z obcowania z literaturą w okresie pandemii autorstwa Marii Deskur, prezeski Fundacji Powszechnego Czytania (klik). Dowiedziałem się z niego, że czytać nie tylko wypada, ale nawet trzeba, ponieważ od tego zależy nasze zdrowie psychiczne. Niby już to wcześniej domniemywałem, ale zawsze miło jest się dowiedzieć, że są badania, które o tym niepodważalnie świadczą.

    A takie przeprowadzili eksperci z Mindlab International at the University of Sussex. Brytyjczycy wyliczyli, że sześć minut czytania dziennie może zredukować poziom stresu aż o 68 proc. Czytanie radzi sobie z tym lepiej niż słuchanie muzyki (61 proc.), picie herbaty albo kawy (54 proc.) czy nawet spacer (42 proc.). Nie wspominając o grach komputerowych, które może i redukują napięcie o 21 procent, ale i przyspieszają tętno.

    Jak powiedział neuropsycholog David Lee: „zatracanie się w książkach to ostateczna relaksacja”.

    Pamiętacie już, że trzeba czytać? Że to świetne lekarstwo na wzrost napięcia? Że szczególnie w mocno stresującym okresie warto sięgać po literaturę?

    No to łapcie garść danych, które dodatkowo zachęcą Was do czytania. A jeśli nie muszą zachęcać, to przynajmniej ułatwią szermierkę słowną z „niewiernymi”.

    www.unsplash.com/Miika Laaksonen
    • Między 9 marca a 10 kwietnia tego roku Polacy wydali ponad 200 mln złotych na leki refundowane wspierające samopoczucie (szacunki firmy PEX PharmaSequence zebrane na zlecenie „Dziennika Gazety Prawnej”). Sprzedaż antydepresantów względem analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła o jedną trzecią. Na wszelki wypadek przypomnę, że pandemia została ogłoszona 11 marca.

    • Amerykanie w koronakryzysie też łykają tabletki jak szaleni – firma Express Scripts wyliczyła, że między 16 lutego a 15 marca liczba recept na antydepresanty, leki przeciwlękowe i nasenne wzrosła o 21 proc. rok do roku. Oni mają ku temu jeszcze lepszy powód niż my, ponieważ w ciągu paru tygodni 30 mln z nich straciło robotę.

    • Jeszcze przed wybuchem pandemii Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ostrzegała, że już ponad 320 mln ludzi cierpi na depresję (prawie 5 proc. światowej populacji). Do 2030 będzie to najczęściej występująca choroba na świecie.

    • Według WHO w rejonach postkonfliktowych wskaźnik depresji w społeczeństwie często skacze do poziomu około 10 procent. A zdaniem psychiatrów pandemia koronawriusa pod wieloma względami przypomina doświadczenie wojenne.

    • Firma Upper Finance Med Consulting wyliczyła, że w Polsce mamy około 4,3 tys. psychiatrów i 455 specjalistów od psychiatrii dziecięcej, a psychiatrycznie leczy się około 1,6 mln osób. Efekt? Średni czas oczekiwania na niewymagającą skierowania wizytę u psychiatry wynosi 3-4 miesiące.

    Mało w tych danych literatury, prawda? Ale wnioski płyną z nich przynajmniej dwa, w tym jeden literacki.

    Po pierwsze: nadciąga apokalipsa dla naszego zdrowia psychicznego, której w żaden znany nam dzisiaj sposób nie jesteśmy w stanie uniknąć. Koronawirusowy kryzys mentalny, który najpewniej zbierze żniwo dopiero za kilka miesięcy (już po ustaniu pandemii), jest jak niewidzialny pociąg pędzący po zawiłych torach naszego umysłu. A my – związani, usztywnieni, zdezorientowani – możemy się jedynie wpatrywać w tunel, z którego za moment powinien się wyłonić.

    A po drugie: skoro czytanie jest prawdopodobnie najprostszym, najtańszym i najzdrowszym sposobem łagodzenia napięć, to może warto przy jego pomocy choć trochę zminimalizować siłę uderzenia? W końcu 68-procentowa obniżka stresu piechotą nie chodzi. A przeznaczanie 30 czy 50 złotych miesięcznie na literaturę nie wydaje się takie upiorne, jeżeli alternatywą jest wydanie fortuny na leczenie głowy albo kontakt z publiczną służbą zdrowia.

    Za koronakryzys tak czy inaczej zabulimy. Warto więc zrobić to na swoich warunkach.

  • „Podróż do przyszłości”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Koronawirus niewątpliwie zaskoczył świat bardziej niż zima drogowców. Ale czy w branży literackiej rzeczywiście przyniósł wstrząs, jakiego nikt się nie spodziewał, czy tylko przyspieszył nieuniknione?

    Na kryzysach finalnie zwykle wygrywają firmy wyznaczające lub wyprzedzające trendy oraz błyskawicznie adaptujące się do zmian. A te wszystkie nowatorskie pomysły, które uchodziły za ciekawostki, dziwactwa albo po prostu zawracanie dupy, często stają się nową rzeczywistość. To ogólna, ponadczasowa zasada. Bo kryzysy to przede wszystkim katalizatory zmian, które częściej uwypuklają zjawiska już istniejące, niż generują nowe. I nie ma powodów przypuszczać, żeby po koronawirusie miało być inaczej – bez względu na to, czy pandemia wygaśnie za miesiąc czy za dwa lata. Już teraz wiemy, że lekarz w internecie to dalej lekarz, że sprawy urzędowe da się załatwić na odległość, że mycie rąk po wizycie w toalecie wcale tak bardzo nie boli.

    Jeżeli zaś chodzi branżę literacką, wiele wskazuje na to, że przez kryzys najłagodniej przejdą firmy zaprzyjaźnione z internetem: dystrybuujące treści w sieci oraz stawiające na ebooki i audiobooki. Te, które starają się trzymać rękę na pulsie, zamiast bezrefleksyjnie bronić starego porządku. Bo jak zauważył na łamach „Financial Timesa” Stephen Page, szef londyńskiego wydawnictwa Faber and Faber, w ciągu najbliższych trzech do sześciu miesięcy możemy dostać się w miejsce, w którym prawdopodobnie znaleźlibyśmy się dopiero za kilka lat, gdyby nie przytrafił się koronawirus.

    A gdzie dokładnie? Tego oczywiście nikt nie wie na pewno. Ale na bazie danych i obserwacji można już trochę pogdybać. Łapcie więc moje postcovidowe prognozy dla rynku książki.

    1. Online wyraźnie wyprzedzi offline

    Sprzedaż od lat przesuwa się w stronę internetu. Nihil novi. Ale w dobie koronawirusa popędziła galopem w stronę online’u, często nie tyle redukując, co wręcz całkowicie wygaszając handel za pomocą kanałów stacjonarnych. I to stan, który może się utrzymać. Również w branży literackiej.

    Najdobitniej świadczą o tym decyzje największego gracza na rynku książki – Empiku (1,8 mld złotych przychodu w 2018 roku). To jeden z wielkich przegranych decyzji o zamknięciu centrów handlowych. Dziś Empik wcale się nie napala na odmrożenie gospodarki, tylko zakłada, że przez najbliższe kilkanaście miesięcy galerie będą zdecydowanie rzadziej odwiedzane niż przed pandemią. I dlatego postanowił odstąpić od ponad 40 umów najmu w takich punktach – także zanim wybierzecie się do swojej księgarni, sprawdźcie, czy nadal tam jest. Zamiast tego stawia na sprzedaż internetową, która już w 2019 roku odpowiadała za około 40 proc. obrotów całej grupy. A w tym roku Empik spodziewa się dalszego zdecydowanego wzrostu w tym segmencie.

    Ograniczenia handlowe, reżim sanitarny i zmiana zwyczajów zakupowych prowadzą do wielkiej rekalkulacji założeń biznesowych, której ostatecznym owocem może być zdominowanie handlu przez kanały internetowe. Summa summarum zyskają na tym gracze, którzy w porę zbudowali online’owe przyczółki, a w obliczu pandemii zdecydowanie na nie postawili, a także ci, którzy narodzili się w sieci – jak np. księgarnia internetowa Bonito. A kto nie umie w internety albo uparcie nie chce się przestawić, najprawdopodobniej zginie. Niestety wiele niezależnych księgarni czy bibliotek stacjonarnych może się nie doczekać nowej rzeczywistości. Jeszcze w pełni nie poznaliśmy koronawirusa, ale nie wydaje się sentymentalnym kolesiem.

    www.unsplash.com/Glenn Carstens-Peters

    2. Czas streamingu

    W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2020 roku Netflix zyskał prawie 16 mln nowych subskrybentów. To oczywiście w dużej mierze zasługa koronawirusowej izolacji i odcięcia społeczeństwa od pozadomowych rozrywek, ale też kolejny sygnał świadczący o tym, że pokochaliśmy streaming. Taki czy inny. I nie ma w tym nic dziwnego. Płacisz niewygórowany miesięczny abonament i zyskujesz w zmian dostęp do dużego zbioru treści – albo filmowo-serialowych (dostępnych m.in. w Netliksie, HBO GO, Amazon Prime Video, Apple TV czy Disney Plus), albo muzycznych (Spotify, Tidal, Deezer, Apple Music).

    Te same trendy widoczne są w literaturze. Apostołem streamingu książkowego jest Legimi, od dawna określany jako „Spotify dla ebooków”, ale modele abonamentowe popularyzują się także za sprawą aplikacji Audioteki i Storytela (specjalizujących się w audiobookach) czy Empik Go (ebooki i audiobooki). Obstawiam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy zobaczymy kolejne tego typu modele biznesowe. Może doczekamy się platform streamingowych poszczególnych wydawnictw? Albo grup wydawnictw? Może zobaczymy pierwszy abonament na książki papierowe? Może powstaną apki pozwalające budować całkowicie autorskie biblioteki w modelu abonamentowym? Możliwości jest multum.

    3. Ebooki i audiobooki to też książki

    Z badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że po ebooki i audiobooki sięga odpowiednio 2,5 proc. i 3 proc. Polaków. Wniosek? Książki w tej postaci nadal stanowią niszę i nijak nie konkurują z utworami papierowymi. Do tej pory czytelnicy często sięgali po ebooki i audiobooki dopiero w ostateczności – podczas dalekiej podróży samochodem albo przy okazji wyjazdu wakacyjnego, kiedy ograniczony bagaż uniemożliwiał wzięcie drukowanej knigi. Ale w czasie izolacji wielu czytelników mogło się przekonać, że sięga się po nie w sposób szybki, bezpieczny i dziecinnie prosty. Że w ten sposób też można przyjemnie obcować z literaturą. Że to dalej książki, tyle że zapisane na innych nośnikach. Jestem pewien, że dzięki temu ebooki i audiobooki zyskały nowych użytkowników, z których część zostanie z nimi na dłużej.

    A skoro tak, to może w nowej rzeczywistości więcej książek – również ze względu na oszczędności wydawnictw – będzie trafiać na rynek jedynie w postaci ebooków i audiobooków? Może wobec ich rosnącej popularności więcej autorów będzie się decydowało na self-publishing? Może (to wariant skrajny, ale łatwy do wyobrażenia) papierowa książka stanie się luksusem zarezerwowanym dla najpopularniejszych autorów, a większość publikacji ograniczy się do formy cyfrowej lub audio?

    4. Kanapowe targi

    Zamrożenie branży eventowej sprawiło, że z literackiego kalendarza wypadły targi książki i spotkania autorskie. To znaczy wypadły w fizycznej formie, bo wydawcy, blogerzy literaccy i autorzy rzucili się do organizowania ich w przestrzeni wirtualnej. W końcu współczesne wyzwania technologiczne tyczą się sztucznej inteligencji, nowych metod wytwarzania energii czy przetwarzania gigantycznych wolumenów danych, a nie montowania wywiadów i paneli dyskusyjnych na Facebooku czy Instagramie. Tutaj jedyną barierą była społeczna niechęć do takich rozwiązań. Ale koronawirus szybko się z nią rozprawił.

    Targi i imprezy kulturalne są więc masowo przenoszone ze stadionów i ciasnych alejek hal wystawienniczych na kanapy i przed monitory. Dopiero co jarałem się Viralowymi Targami Książki (zorganizowanymi przez twórcę smakksiazki.pl Adama Szaję i pisarza Jakuba Ćwieka), a teraz już napalam się na We Are One: A Global Film Festival, dziesięciodniową ucztę filmową online, która będzie połączeniem festiwali w Cannes, Berlinie, Wenecji i wielu innych (startuje 29 maja).

    Pytanie, czy uinternetowienie kultury utrzyma się w nowej normalności. Na dzisiaj najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: na początku tak. Rozmrażanie wszystkiego co masowe (koncertów, meczów, imprez literackich) będzie następowało powoli. Nie spodziewam się żadnych spektakularnych wydarzeń kulturowych offline w 2020 roku. Za to przypuszczam, że wojna o najlepsze, najfajniejsze, najbardziej napakowane merytoryką i gwiazdami imprezy literackie dopiero się rozpoczęła.

    5. Wydawnicza selektywność i nowe rozdziały

    W 2018 roku wydano w Polsce 33,9 tys. książek, a więc o 6 proc. mniej niż w 2017 r. (dane Biblioteki Narodowej). Ale i tak wydaje się nieporównywalnie więcej niż na początku XXI wieku – po raz ostatni mniej niż 30 tys. tytułów na rynku ukazało się w 2010 roku. Wydawcy sami twierdzą, że książek jest za dużo, że malejące średnie nakłady ich niepokoją, że wcale im się nie uśmiecha wydawanie byle czego, ale skoro wszyscy tak robią, to trzeba się dostosować.

    Nic tak dobrze nie zmienia zasad gry jak porządny kryzys. Może więc koronawirus sprawi, że zubożali wydawcy staną się bardziej selektywni? Może ucierpi na tym literatura ambitna i spoza głównego nurtu, a księgarnie zaleją biografie i poradniki celebryckie? Może największym wyzwaniem początkujących autorów nie będzie wyróżnienie się z tłumu tylko w ogóle znalezienie wydawcy? A może wydarzy się coś pozytywnego? Na przykład literaci zaczną się wznosić na wyżyny kreatywności, aby przekonać wydawców, że warto w nich zainwestować? Cholera wie.

    Pewna wydaje się tylko korekta trendów wydawniczych. Spodziewam się, że nastąpi wysyp książek covidowych i postcovidowych, a więc w ten czy inny sposób odnoszących się do naszej nowej, zamaskowanej, niepewnej rzeczywistości. Kto wie, czy nie zrodzi się z tego jakiś większy nurt, który za kilkadziesiąt lat literaturoznawcy będą rozkładać na atomy. Poza tym przypuszczam, że może wystrzelić literatura psychologiczna, ponieważ po pandemii koronawirusa zanosi się na kolejną pandemię – depresji i problemów mentalnych. Ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Nie pękajmy”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dobra wiadomość jest taka, że koronawirus nie zabije rynku książki. Zła, że to koniec dobrych wiadomości na dzisiaj. Prawie.

    Wątpliwy urok pandemii polega na tym, że na każdego jakoś oddziałuje. Częściej źle, rzadziej dobrze. Rynek książki znajduje się mniej więcej pośrodku skali. Firmy z branży wydawniczej nie mają tak różowo jak te, które zajmują się telemedycyną, oferują edukację i rozrywkę online albo specjalizują się w organizowaniu webinarów czy wideokonferencji. Ale też nie są w gorzej sytuacji od spółek z branży urody, eventowej, sportowej, turystycznej, lotniczej czy kinowej. Te praktycznie z dnia na dzień straciły wszystkie źródła przychodu i w żaden sposób nie mogą ich zastąpić. Barber nie wyrówna brody na odległość. Hotelarz nie zakwateruje wirtualnych turystów. Piłkarz może pożonglować papierem toaletowym i zamieścić swój wyczyn w sieci, ale klub raczej mu za to nie zapłaci.

    www.unsplash.com/Erik Mclean

    Rynek książki ma możliwość ucieczki – do Internetu. W stronę audiobooków, ebooków i zamówień online. Pod tym względem przypomina chociażby sektor gastronomiczny. Konsumpcja w restauracjach jest odpowiednikiem kupowania książek w księgarniach stacjonarnych, a dostawy posiłków do domu to ekwiwalent literackich zakupów w sieci. W obu branżach rentowność jest podobna, a więc niezbyt imponująca. Obie mają pewne możliwości przeciwdziałania kryzysowi, ale wobec silnie utrwalonych przyzwyczajeń konsumentów są to próby minimalizowania strat niż ucieczki od peletonu.

    W branży literackiej też będą zwycięzcy. Po tej stronie prawdopodobnie znajdą się cyfrowi dystrybutorzy treści w typie Legimi czy Storytela. Ich wyniki nie zostaną storpedowane przez obostrzenia dotyczące wychodzenia z domu i prowadzenia działalności gospodarczej w punktach stacjonarnych. Kryzys przetrwają też duzi gracze, którzy posiadają spore zapasy gotówki albo mają gdzie szukać oszczędności. Najmocniej oberwą najmniejsi i nieinternetowi – niezrzeszone w sieciach księgarnie i niszowe oficyny wydawnicze. W ciągu paru minionych tygodni prawdopodobnie straciły szansę na zakończenie roku z zyskiem. W ciągu kilku następnych będą walczyć o przeżycie. Jeżeli lockdown potrwa do lata albo dłużej, wiele z tych biznesów upadnie. Raczej nie pomoże im tarcza antykryzysowa, która w ocenie większości przedsiębiorców jest wytworem dyktopodobnym. Trudno też liczyć na niespodziewaną państwową interwencję, ponieważ z politycznego punktu widzenia branża literacka jest bez znaczenia.

    Względnie bezboleśnie mogą z tego wszystkiego wyjść pisarze. Oberwą – to jasne. Części straci trochę kasy z tytułu odwołanych spotkań autorskich i innych okołopisarskich aktywności. Nie sądzę, żeby któryś mógł się spektakularnie wzbogacić w czasach, gdy premiery książek są masowo przekładane. Ale przecież gros autorów – w tym ja – nie utrzymuje się wyłącznie z pisania (czy jak mówi Wojciech Chmielarz – z bycia pisarzem). Dla większości z nas pieniądze z szeroko rozumianego życia literackiego stanowią tylko dodatek do pensji. Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści procent łącznych dochodów.

    Poza tym koronawirus nie torpeduje pracy pisarskiej. Podczas kwarantanny możemy nieskrępowanie wymyślać, bazgrać czy redagować, tym samym budując kapitał literacki na przyszłość. Dzisiejsze straty da się odrobić jutro. Tak więc dobrze, że niektórzy martwią się o pisarzy, dobrze, że istnieje Unia Literacka, która organizuje zrzutkę dla najbardziej potrzebujących autorów (klik), ale sam znacznie bardziej przejmuję się losem eventowców, kosmetyczek, trenerów personalnych, joginów czy właścicieli agroturystyki.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Pandemiczny lament nie powinien przysłonić znacznie większego ryzyka dla rynku. Wirus to zmartwienie na kilka (miejmy nadzieję) miesięcy, natomiast długofalowo literatura musi się mierzyć z zagrożeniem ze strony nowych zjawisk konsumpcyjno-rozrywkowych. Wydawcy, księgarze i literaci toczą niewidzialną wojnę o odbiorców – zwłaszcza tych najmłodszych – z platformami streamingowymi, grami komputerowymi, Tik-Tokiem czy innymi YouTube’ami. I niestety ewidentnie przegrywamy walką o ich uwagę. Rozkwit literatury bazującej na silnych stymulantach (na przykład obozowej czy erotycznej) jest jakąś odpowiedzią na trendy konsumenckie, ale niepokojąco przypomina wołanie o pomoc.

    Na szczęście z tej kwarantannowej smuty może też wyniknąć coś dobrego. W końcu wszyscy gracze z rynku książki dwoją się i troją, aby zachęcić do czytania Polaków od tygodni parciejących w domach. Jest więc cień nadziei, że czytelnictwo wreszcie wzrośnie. Tym bardziej że przed wybuchem pandemii wydarzyło się w tej kwestii sporo dobrego: Olga Tokarczuk dostała Nobla, serialowy „Wiedźmin” napędził sprzedaż książek Andrzeja Sapkowskiego, producenci filmów i seriali zaczęli regularnie schylać się po utwory polskich autorów, a Remigiusz Mróz i Blanka Lipińska wciągnęli do czytelniczej zabawy tych, którzy przedtem omijali książki szerokim łukiem.

    Może się zatem okazać, że za kilka miesięcy ocaleni z apokalipsy wydawcy i księgarze dostaną rynek, o którym marzyli: z większą liczbą czytelników i uszczuploną konkurencją. To oczywiście scenariusz ultraoptymistyczny. Wariant skrajnie negatywny jest taki, że owocem zdziesiątkowanej gospodarki będą miliony ludzi, których w ogóle nie będzie stać na książki. A najprawdopodobniej wydarzy się coś pośredniego. Dlatego nie umartwiajmy się, nie pękajmy, tylko w miarę możliwości róbmy swoje. Piszmy, wydajmy, sprzedawajmy, kombinujmy, walczmy. Ale przede wszystkim czytajmy, bo książka to jeden z najlepszych sposobów na zredukowanie poziomu stresu. Z lekką głową kryzysy także stają się lżejsze.

    Krzysztof Domaradzki

  • O książkach, których mogłoby nie być – marcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    A gdyby tak dało się odzobaczyć i zapomnieć to, co przeczytaliśmy? Albo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawić, że zniknie z księgarskich półek?

    Pewnie część z Was pamięta, jak Jakuba Ćwieka „zalał wkurw” po lekturze „Nieodnalezionej” Remigiusza Mroza. Do tego stopnia, że wystosował za pośrednictwem smakksiazki.pl (klik) list do autora, w którym zbeształ go za podjęcie poważnego tematu – przemocy domowej – bez należytego przygotowania, co wywnioskował i z treści utworu, i z tempa wydawania kolejnych powieści przez najpopularniejszego polskiego pisarza (sam książki nie czytałem, więc nie mogę odnieść się do zarzutów).

    Przypomniał mi się ten tekst w związku z trwającą od jakiegoś czasu modą na popowe powieści z obozem zagłady w tle (a często także w tytule), będącą następstwem komercyjnego sukcesu „Tatuażysty z Auschwitz”. Bo o ile jako dziennikarz ekonomiczny rozumiem wydawców, o tyle jako uczestnik rynku literackiego uważam, że nie jest to najszlachetniejszy sposób wzbogacania się. Tak jak nie jest nim lekkomyślne traktowanie ważnych społecznie tematów.

    Piszę o tym dlatego, że nie tak dawno namawiałem Was do starannego wyboru lektur. Czuję się zatem zobowiązany, żeby pójść za ciosem – i wskazać książki, po które z różnych względów (najczęściej etycznych i estetycznych) sięgać po prostu nie warto.

    1. Fastfoodowe opowieści o ludzkich tragediach

    Tatuażysta z Auschwitz” pobudza wyobraźnię wydawców i autorów, którzy na fali jego sukcesu wypuszczają kolejne obozowe utwory, jak „Kołysanka z Auschwitz” czy „Anioł z Auschwitz”. To popowe naśladownictwo pewnie jest biznesowo uzasadnione (świat literatury już nie raz spotkał się z kopiowaniem zwycięskiej formuły), ale budzi wątpliwości natury moralnej. I uzasadnione obawy, że zanim się opamiętamy, zrobi się naprawdę paskudnie – bo niestety często tak jest, że kolejne wariacje stają się coraz dziwniejsze od pierwowzoru. A tu mamy do czynienia z tematem, przy którym eksperymenty są niewskazane.

    W żadnym wypadku nie namawiam do zaprzestania fabularyzowania opowieści na ważkie tematy. Za to zdecydowanie zachęcam do nierobienia z nich fastfoodowych opowiastek. O sprawach trudnych można opowiadać z klasą, a nawet z humorem. Udowodnił to choćby Roberto Benigni w filmie „Życie jest piękne” – choć i jemu historycy wytknęli nieścisłości, a do produkcji przylgnęło upiorne hasło „komedii o Holokauście”. Udowodnił to także Quentin Tarantino – zarówno w „Bękartach wojny” (przedstawił tam alternatywną wersję II wojny światowej), jak i w „Pewnego razu… w Hollywood”, gdzie opowiedział o sprawie Sharon Tate. A przecież to twórca, który uwielbia jeździć po bandzie.

    2. Przedwczesne biografie sportowców

    Przeczytałem kilka znakomitych biografii i autobiografii sportowców, takich jak „Open. Autobiografia tenisisty” Andre Agassiego czy „Wyścig tajemnic” Tylera Hamiltona – wieloletniego przybocznego, a potem rywala Lance’a Armstronga. Przeczytałem też kilka bardzo, baaardzo złych książek o sportowcach. Nie wdając się w szczegóły: były to opowieści o aktywnych zawodnikach, świetnie zarabiających i obwarowanych wielomilionowymi kontraktami marketingowymi, które nie pozwalają im powiedzieć nic nieoczywistego. W dodatku część z nich została zautoryzowana przez samych bohaterów (czytaj: ich speców od wizerunku), co doszczętnie je odjajeczniło.

    Zdarzają się też przedziwne wynaturzenia. Książki o młodych sportowcach, którzy jeszcze nie dorośli do porządnej biografii – bo nie osiągnęli wystarczająco wiele, nie przeżyli nic ciekawego albo po prostu nie mają jeszcze wiele do powiedzenia. Byłoby miło, gdyby upowszechniła się zasada, że nie wypada pisać książek o aktywnych sportowcach. Owszem, wtedy stracilibyśmy choćby „Ja. Ibra” Davida Lagencrantza, ale też oszczędzilibyśmy sobie utworów o 24-letnim Krzysztofie Piątku, który na jednej z okładek został okrzyknięty piłkarskim geniuszem… Żeby była jasność: chętnie przeczytałbym o jego piłkarskim życiu, ale dopiero za dziesięć, piętnaście lat. Na pewno nie teraz.

    3. Autobiografie gangsterów

    Jeżeli czyta się je jako utwory fabularne, zmyślone, sprzedające śmieszno-straszne historyjki – w porządku. W żadnym wypadku nie należy traktować gangsterskich autobiografii w kategoriach literatury faktu. Przeczytałem kilka utworów, które wyszły spod palców (a przynajmniej z głowy) rzekomo skruszonych przestępców, i nie były to ani porywające, ani wiarygodne opowiastki.

    Żeby się dowiedzieć czegoś o życiu gangsterów, polecam sięgnąć po książki Piotra Pytlakowskiego, dziennikarza od lat analizującego świat polskiej przestępczości zorganizowanej. Albo po „Wisłę w ogniu” Szymona Jadczaka, który opowiedział, jak gangsterzy zawłaszczyli jeden z najbardziej zasłużonych rodzimych klubów piłkarskich.

    4. Utwory ludzi, z którymi fundamentalnie się nie zgadzamy

    Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby okropny człowiek napisał świetną powieść (thank you, Captain Obvious). Ale cholernie trudno jest taki utwór polubić.

    Jakiś czas temu przerabiałem to z Zacharem Prilepinem. Choć lubię taki styl, to żadna z jego trzech książek, po które sięgnąłem, nie sprawiła mi frajdy. Pewnie dlatego, że autor jest narodowym bolszewikiem – z ramienia OMON-u (rosyjskiego ZOMO) walczył na obu wojnach Czeczenii, a potem najechał Donbas. Nie potrafiłem odseparować poglądów pisarza od świata, który kreuje w książkach. Nie mogłem mu zaufać. Ciągle się obawiałem, że zaatakuje mnie zakamuflowaną propagandą. A trudno delektować się fabułą, kiedy musisz nieustannie trzymać gardę.

    5. Debiuty (choć oczywiście nie wszystkie)

    Wiem, to może się wydawać absurdalne. Przecież zwykle nie zaczyna się przygód z autorem w środku jego twórczości. Mimo to gorąco do tego zachęcam. Także w przypadku autorów serii – jeżeli ich spoiwem są bohaterowie, a nie historia przechodząca z części na część. Dzięki temu nie odtrąci się pisarza, który jest świetny, ale w debiucie tego nie pokazał. Przykład? Gdybym zapoznawał się z twórczością autorów zgodnie z kolejnością powstawania utworów, moja literacka znajomość z Jo Nesbø pewnie skończyłaby się ekspresowo, bo już po przeciętnym „Człowieku nietoperzu”. Ale że zacząłem od środka, dzisiaj mam za sobą wszystkie jego utwory i z niecierpliwością czekam na kolejne.

    Podobnego zdania jest Harlan Coben, który we wstępie do „Kliniki śmierci” (stworzył tę książkę jako dwudziestoparolatek, ale wydał wiele lat później) pisze tak: „No dobrze, jeśli to moja pierwsza powieść, po którą sięgnęliście, nie czytajcie jej. Zwróćcie ją. Weźcie inną. Nie ma problemu, zaczekam”. Choć mnie akurat „Klinika śmierci” znacznie bardziej przypadła do gustu niż kilka powieści z Myronem Bolitarem w roli głównej. Cóż, najwyraźniej autorzy są fatalnymi recenzentami własnych utworów.

    Krzysztof Domaradzki