Tag: felieton Krzysztofa Domaradzkiego

  • „Czytajmy, ale z głową”, styczniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Znajomi, którzy wiedzą, że zacząłem pisać książki, często zadają mi dwa pytania: „jak idzie sprzedaż?” oraz „czy już cię rozpoznają na ulicy?”. Oba w gruncie rzeczy dotyczą tego samego, choć padają z różnych perspektyw.

    Pierwsze zadają koledzy, którzy coś tam wiedzą o rynku literackim. Że jest trudny, bo z czytelnictwem u Polaków na bakier. Że niełatwo wydać książkę, a co dopiero sensownie ją sprzedać. Że tak w ogóle to powinienem wziąć się za self-publishing, bo przecież ci wydawcy i księgarze zedrą ze mnie ostatni grosz.

    To drugie zadają ludzie, którzy nie czytają, czytają mało albo po prostu kompletnie nie interesują się rynkiem wydawniczym, a wiedzę na temat literackiego świata czerpią głównie z moich kanałów społecznościowych. Nie prowadzę ich hiperaktywnie, ale co jakiś czas wrzucam zdjęcia z targów, recenzje z poważnych mediów albo nagrania wideo. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka może to wyglądać na szturm młodego autora na rynek. Ale jak się pewnie domyślacie, jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zaczepił mnie na ulicy w celu innym niż wydębienie piątaka.

    Mam wrażenie, że przedstawicieli tej drugiej grupy jest więcej. Ludzi, którzy obserwują naszą literacką banieczkę z umiarkowanym zainteresowaniem i z bezpiecznej odległości. A przez to siłą rzeczy mających błędne wyobrażenie tego, jak ten świat wygląda. Idealizujących go. Lekką ręką wpychających raczkujących autorów do showbiznesowego mainstreamu. I trudno się temu dziwić. Przecież to wszystko tak ładnie wygląda na fejsie. Na imprezy literackie przychodzą tłumy. Co rusz ktoś kręci jakiś serial na podstawie powieści. Polka dopiero co dostała Nobla. Istne eldorado!

    A my, budowniczy banieczki, starając się promować czytelnictwo (bynajmniej nie z altruistycznych pobudek), to wrażenie tylko podkręcamy. Kolejnymi zdjęciami stosów książkowych, choinek książkowych, wyliczeń książkowych i wszystkiego, co książkowe. Od pewnego czasu prześladują mnie memy, na których ludzie zapychają biblioteczki coraz to nowymi książkami, mimo że w ich domu piętrzy się góra nieprzeczytanych utworów. Chwalenie się czytelnictwem zaczęło niepokojąco pachnieć promowaniem nieumiarkowanej konsumpcji.

    Być może trochę się w tym wszystkim zagalopowaliśmy. I wydawcy, którzy wydają na potęgę, i blogerzy oraz czytelnicy, którzy chwalą się setkami przeczytanych (a przynajmniej posiadanych) książek, i sami autorzy, którzy bazgrzą coraz więcej (dwie powieści w roku to już żaden wyczyn). W efekcie dzieje się to, o czym przed tygodniem pisał dla smakksiążki.pl Wojciech Chmielarz (klik). Mnóstwo książek zdycha w ciszy, przygniecionych kurzem albo setkami sobie podobnych, zakopanych w przepastnych magazynach hurtowni.

    www.unsplash.com/Jan Mellström

    Niestety, na tych gigantycznych cmentarzyskach często chowane są dobre powieści, co jest wielką przykrością dla autorów i ich wydawców. Prawdziwy problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy do masowej świadomości przebijają się niewłaściwe „dzieła”. Pół biedy, jeśli to po prostu słabe powieści, napompowane potężnymi budżetami promocyjnymi, tanimi chwytami marketingowymi czy czymkolwiek innym. Gorzej, jeśli to książki sprzedające fałszywą wizję świata, promujące nieodpowiednie wartości albo stawiające na piedestale niewłaściwych ludzi.

    Głęboko wierzę, że wieloletnia walka o czytelnictwo w końcu przyniesie efekt. Że noblowski sukces Olgi Tokarczuk popchnie rynek do przodu. Że grzmotnęliśmy już o dno i trochę się od niego odbijemy. Ale obawiam się, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, choćbyśmy przeszli samych siebie w zakrzywianiu rzeczywistości i pokazywaniu, że czytanie jest fajne. Rozwój – a może regres – cywilizacyjny sprawi, że czytelnictwo się nie obroni. Raczej nie umrze, ale z dużym prawdopodobieństwem zejdzie w niszę.

    Dobitnie uświadomiła mi to analiza autorstwa prof. Jean Twenge. Psycholożka z San Diego State University dogłębnie przeanalizowała, w jaki sposób amerykańska młodzież spędzała wolny czas na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat (klik). Okazało się, że w 1980 roku 60 proc. nastolatków kończących szkołę średnią codziennie sięgało po książkę, gazetę czy magazyn – z własnej woli, nie w ramach obowiązków uczniowskich. Ale w 2016 r. ten wskaźnik spadł do 16 procent! A przecież pojawiły się smartfony, tablety czy czytniki ebooków, które dały nowe możliwości obcowania ze słowem.

    Zostałem wychowany w przekonaniu, że książki to najlepsze źródło wiedzy o świecie (dziś już nieaktualnym, bo mamy internet). W wierze, że czytać po prostu trzeba, aby nie być bałwanem. I to czytać cokolwiek. Byle czytać. Pochłaniać informacje z książek. Bo nawet z najgorszej szmiry zostanie w głowie coś cennego. Ale mając na uwadze całkiem prawdopodobny zmierzch czytelnictwa jako zajęcia masowego, może należy zmienić paradygmat. Może najwyższy czas postawić nie na ilość, ale na jakość. Skoro rynek się kurczy, może warto zadbać o tego, aby ograniczył się do literatury najwartościowszej, stanowiącej najlepsze źródło wiedzy lub rozrywki.

    Dlatego choć to pewnie ryzykowny zabieg w przypadku autora, którego nikt nie zaczepia na ulicy, życzę Wam, abyście w 2020 roku czytali mniej – za to mądrzej. Abyście starannie selekcjonowali lektury i poddawali je należytej refleksji. Chciałbym na koniec roku zobaczyć w sieci przynajmniej jeden wpis, w którym autor pochwali się, że zamiast przeczytać bimbalion książek, połknął ledwie dziesięć (bo był zarobiony, bo Netflix, bo nie miał czytelniczej weny), ale za to z każdej wyciągnął coś cennego – albo przynajmniej setnie się przy nich wybawił.

    Pamiętacie „Poranek kojota”? Jest tam scena, w której jeden z bohaterów wyznaje swojemu zaczytanemu w coachingowej literaturze przeciwnikowi, że w życiu przeczytał tylko dwie książki. Jedna z nich to „Ojciec chrzestny” „Gdybyś ją przeczytał” – mówi – „to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon. Ale niestety ty zapchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych”. Cóż, to dość osobliwy przykład na potwierdzenie tezy, że przy obcowaniu z literaturą więcej nie zawsze znaczy lepiej. Ale w końcu – tu spoiler – facet od „Ojca chrzestnego” skończył lepiej niż ten od coachingu.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Pismaki, biedaki, cebulaki”, grudniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dyskusyjny ranking najlepiej zarabiających pisarzy tygodnika „Wprost” nie mówi prawdy na temat wynagrodzeń polskich autorów. Ale wybija pewną ogólną zasadę, która w wirze rankingowych kontrowersji mogła umknąć.

    Jak już zdążyliście się zorientować, Adam Szaja, gospodarz smakksiazki.pl, jest czujny jak ważka (nieprzypadkowo robi w internatach). Dzięki temu wypunktował ranking najlepiej zarabiających polskich autorów według tygodnika „Wprost” zaraz po jego publikacji (tekst znajdziecie tutaj). Zgadzam się z większością spostrzeżeń Adama, ale mam też kilka własnych – typowo forbesowych. Wprawdzie aż sześciu wniosków nie uzbierałem, ale trzy powinny wystarczyć.

    Po pierwsze, polscy pisarze się biedni.

    Może to brzmieć dziwnie, widząc prawie 2 mln złotych Remigiusza Mroza, ale uwierzcie: w rankingu nie pojawiają się kwoty, jakie powinny zarabiać największe gwiazdy literatury w 38-milionowym kraju. Spójrzmy na lidera peletonu. Można nie trawić twórczości Mroza, uważać, że to literatura niskich lotów, podważać sens wypuszczania sześciu czy siedmiu książek rocznie, ale ten człowiek to fenomen biznesowy. Jednoosobowa fabryka bestsellerów. Polski James Patterson, który w przeciwieństwie do Amerykanina nie korzysta z armii ghostwriterów.

    James Patterson, fot: oficjalny profil autora na Facebooku

    To teraz wyobraźcie sobie, że w ostatnim roku Patterson – jak policzył amerykański „Forbes” – zgarnął 40 mln dolarów, czyli mniej więcej 140 razy więcej od Mroza. Oczywiście Amerykanin ma wielki wyjściowy bonus w postaci tworzenia po angielsku i natychmiastowego pozycjonowania utworów na przepotężnym anglosaskim rynku, ale czy 140-krotna różnica to aby nie przesada? A przecież Patterson wcale nie jest najlepiej zarabiającym autorem ostatnich dwunastu miesięcy. Więcej – i to o 22 mln dolarów – zarobiła J.K. Rowling. I to nie wydając ani jednej książki: jej wynagrodzenie pochodzi m.in. z parków tematycznych (oczywiście poświęconych Harry’emu Potterowi), sztuk teatralnych czy filmów powstających na bazie jej twórczości.

    Po drugie, polscy pisarze są biedni.

    Zostańmy na chwilę przy Rowling. Brytyjka zajęła 13. miejsce na forbesowej liście najlepiej zarabiających celebrytów. Z 92 mln dolarów na koncie uplasowała się tuż za Rogerem Federerem (93,4 mln), za to przed m.in. Dwaynem Johnsonem (89,4 mln), LeBronem Jamesem (89 mln) czy Eltonem Johnem (84 mln).

    A teraz spójrzmy na nasze podwórko. Nie natknąłem się na wiarygodne rankingi finansowe z udziałem polskich muzyków czy aktorów, ale mniej więcej wiadomo, jak sobie radzą sportowcy. Robert Lewandowski podobno zgarnia około 20 mln euro rocznie (ok. 86 mln złotych); jeśli dodamy do tego wszystkie wpływy marketingowe, wyjdzie pewnie ponad 100 mln zł. Marcin Gortat przez wiele lat zarabiał 12 mln dol. rocznie. Agnieszka Radwańska podniosła z kortu łącznie prawie 28 mln dolarów – i może nawet jedną trzecią tej kwoty zgarnęła dodatkowo z reklam oraz od sponsorów (w swoich najlepszych latach regularnie trafiała do rankingu dziesięciu najlepiej zarabiających sportsmenek świata).

    A teraz weźmy Olgę Tokarczuk (trzecią we wprostowym rankingu), dorzućmy jej 3,5 mln złotych noblowskiej premii i zaokrąglijmy: wyjdzie około 5 mln zł w 2019 roku. To wielokrotnie mniej, niż zarabiają lub zarabiali najlepsi polscy sportowcy. A przecież Tokarczuk jest świeżo upieczoną mistrzynią świata w literaturze. W dziedzinie, którą uprawia się globalnie. W której łatwo się pokonuje bariery geograficzne. Która ma miliony wyznawców nawet w krajach permanentnie utyskujących na zapaść czytelnictwa – takich jak Polska.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Po trzecie, polscy pisarze są biedni.

    Spójrzmy na tyły rankingu „Wprost”. Dwudzieste miejsce zajął w nim Grzegorz Kasdepke. W analizowanym okresie (od 1 stycznia do 18 listopada 2019 roku) uzyskał 134,5 tys. złotych. Dla uproszczenia wyliczeń przyjmijmy, że w skali całego roku zarobi 150 tys. zł, czyli 12,5 tys. miesięcznie.

    Nieźle, prawda? Ale pamiętajcie o tym, że pewnie 99 proc. autorów nigdy nie powącha takich pieniędzy w skali roku. I pewnie większość nie powącha takiej kasy przez całe literackie życie. Kasdepke to ewenement, jeden z przywódców stada, a nie jego typowy przedstawiciel.

    Te 12,5 tys. to wynagrodzenie, na które w warszawskich korporacjach mogą liczyć tabuny ludzi piastujących dziwnie brzmiące menedżerskie stanowiska: key account managerowie, brand managerowie czy inni business partnerzy. Na takie płace mogą liczyć nieźli analitycy finansowi i informatycy – i to często już parę lat po studiach. To wynagrodzenie sporo niższe od tego, jakie otrzymują prawnicy czy lekarze z wieloletnim stażem. Z perspektywy zwykłego Kowalskiego 12,5 tys. złotych brzmi jak spełnienie marzeń o godnym życiu, ale to nie są gwiazdorskie apanaże. To pensja, na którą mogą liczyć miliony Polaków, a nie liderzy ekonomicznego wyścigu.

    ***

    Ważne zastrzeżenie. Tworząc ranking pisarzy, „Wprost” podjął się arcytrudnego zadania. Wyniki bazują na danych odpowiadających jedynie za 10-15 proc. rynku księgarskiego, więc należy je traktować wyłącznie jako dość swobodną ekstrapolację. Ale nie w tym rzecz. Problemem jest przyjęte w rankingu założenie, że czołowi pisarze zgarniają 5 proc. od średniej ceny okładkowej książki, które zupełnie nie trzyma się rynkowych standardów. Jak słusznie zauważył Michał Szafrański (tutaj), gdyby którykolwiek autor z wprostowej dwudziestki współpracował z wydawcami na takich warunkach, byłby negocjacyjnym fajtłapą. Jego zdaniem najlepsi (czytaj: najlepiej komercjalizujący swoją twórczość) mogą liczyć nawet na czterokrotnie wyższe wpływy. Podobnie można interpretować komentarze do rankingu bohaterów zestawienia – m.in. Remigiusza Mroza, Jakuba Żulczyka, Magdaleny Witkiewicz czy Wojciecha Chmielarza. A poza tym kasa z książek to nie wszystko (patrz: Rowling). Są jeszcze pieniądze z praw zależnych, tantiemy za wykorzystanie utworów czy wynagrodzenia ze spotkań autorskich.

    Jednak to wszystko nie zmienia tego, że pod względem zarobkowym polscy pisarze wypadają marnie. Zwłaszcza na tle innych uczestników gigantycznego rynku rozrywkowego – sportowców, aktorów, muzyków czy osobowości telewizyjnych. Nawet czterokrotne pomnożenie szacunków „Wprost” nie wykolei tego stanu rzeczy – co najwyżej zmniejszy skalę zjawiska.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    I nie ma co się zżymać na taki układ. Ludzie, którzy żyją z pisania, wykonują ultraprzyjemną pracę. Opowiadamy historie. Czasem z głowy, czasem zrodzone z rozmów z arcyciekawymi ludźmi. Autorzy, którzy twierdzą, że mają najprzyjemniejszą robotę na świecie, nie mówią tego, żeby się podlizać czytelnikom czy uwiarygodnić swoje oddanie sprawie. Mówią tak, bo w to wierzą. Bo tak jest. Bo uwielbiają pisać.

    A że bardzo niewielu może z tego godziwie żyć? Trudno. Coś za coś. Oczywiście warto walczyć o jak najlepsze traktowanie ludzi piszących, o wzmocnienie naszej pozycji negocjacyjnej, o zabezpieczenie niepewnej pisarskiej starości, ale trudno kwestionować ogólne reguły rynkowej gry. Albo się na nie godzisz, albo powinieneś zająć się czymś innym.

    PS. Mam przywilej otwierania miesięcznego cyklu felietonowego na smakksiazki.pl. Dzięki temu jestem pierwszym autorem, który może Wam złożyć życzenia. A zatem: Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego w 2019 roku! Tysięcy książek – otrzymanych, przeczytanych i wręczonych najbliższym. Jeśli nie z miłości do literatury, to chociaż z litości dla autorów 🙂

    Krzysztof Domardzki

  • „Jak zarobimy na Noblu”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Tokarczuk to, Tokarczuk tamto, Tokarczuk dostała tyle i tyle, będzie tu i tam. Nie sądziłem, że kiedykolwiek doświadczę tak ogromnego zainteresowania polskiej opinii publicznej osobą, która zajmuje się literaturą. Ani że od tego będzie zależeć część mojego zawodowego życia.

    W tej całej noblowskiej zawierusze najbardziej urzekła mnie publikacja tygodnika „Wprost”. Olga Tokarczuk uplasowała się na drugim miejscu listy najbardziej wpływowych Polaków. Znalazła się przed Mateuszem Morawieckim, Donaldem Tuskiem i Andrzejem Dudą. Przed Dawidem Podsiadłą czy Robertem Lewandowskim. Przed Tadeuszem Rydzykiem, Dodą oraz Patrykiem Vegą. Przegrała jedynie – jakżeby inaczej – z Jarosławem Kaczyńskim.

    Mam wrażenie, że wprostowa kapituła parokrotnie pomieszała listę najbardziej wpływowych Polaków z zestawieniem ludzi, o których z różnych powodów w ostatnim czasie dużo się mówi (tak tłumaczę chociażby czternaste miejsce Mariana Banasia). Ale nawet jeśli autorzy rankingu przyznali pisarce bonusowe punkty za świeżość jej wyczynu, drugie miejsce Tokarczuk jest kolejnym świadectwem niebywałej skali noblowskiego sukcesu. Ten w wymiarze osobistym jest oczywisty: 3,5 mln złotych nagrody (zwolnionej z niemal milionowych obciążeń podatkowych), rewelacyjna sprzedaż książek (w dwa tygodnie utwory noblistki sprzedały się w ponad 45 tys. egzemplarzy – i to w samym Empiku), dożywotnie miejsce w literackim panteonie i pewnie dożywotnia utrata świętego spokoju. Ale jak ten sukces wygląda w wymiarze społecznym? Narodowym? Kulturowym? Wydawniczym?

    Kiedy w ostatni weekend października tłumy fanów czyhały na autograf noblistki przed siedzibą Wydawnictwa Literackiego, kilka kilometrów dalej odbywały się Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Również tłumnie oblegane – organizatorzy doliczyli się 68 tys. uczestników. To jedna z imprez, na których zapomina się o kryzysie czytelnictwa, ponieważ przestronne progi hali Expo ledwo mieszczą literackiego fioła Polaków. I pewnie nie jest zaskoczeniem, że w tym roku – przynajmniej w wymiarze kuluarowym – targi stały pod znakiem Tokarczuk.

    W ciągu paru godzin odbyłem kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt rozmów z autorami, wydawcami, dziennikarzami i czytelnikami na temat noblistki. Kontekst był oczywiście makiaweliczny, ponieważ wszystkich interesował wpływ jej sukcesu na branżę literacką. Efekt Nobla. Profity, jakie na fali tego wyczynu może zgarnąć cały rynek książki. I choć jesteśmy narodem malkontentów, przeważały optymistyczne prognozy.

    Poniżej znajdziecie kilka okołobiznesowych predykcji, które usłyszałem albo pomogłem ukuć. Niektóre brzmią jak fantastyka, halucynacje albo żart, ale inne wydają się całkiem zdroworozsądkowe.

    1. Pojawią się nowi czytelnicy
    Po nie najprostszą twórczość Tokarczuk będą sięgać głównie wprawieni fani literatury, którzy do tej pory nie mieli styczności z jej prozą. Ale oprócz nich rozrywką, jaką jest czytanie, zainteresują się ci, u których do tej pory książki przegrywały z kabaretem, talent show czy Netflixem. I nawet jeśli zatrzymają się na utworach pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya” czy autobiografiach celebrytów, będzie to oczywisty zysk dla złaknionego dobrych wieści rynku, który wzbogaci się o nowych odbiorców.

    2. Każdy zacznie pisać
    Nobel to literackie mistrzostwo świata. A kiedy w sporcie zawodowym pojawia się mistrz, masa amatorów próbuje go naśladować. Dlatego za kilka miesięcy wydawnictwa odczują napór na skrzynki e-mailowe. Potem poczują go autorzy, którym przybędzie konkurentów. Po drodze powstanie mnóstwo literackich potworków, bo przecież pisać każdy może. Zwłaszcza gdy na horyzoncie majaczy trzy i pół bańki za Nobla.

    3. Wzrośnie zainteresowanie polską kulturą
    Skoro nasza literatka zgarnia Bookera oraz Nobla, skoro nasz fantasta daje podkład pod potencjalny hit serialowy Netflixa (Andrzej Sapkowski i jego „Wiedźmin”), skoro filmowcy dostają Oscary (Paweł Pawlikowski) czy inne Srebrne Niedźwiedzie (Małgorzata Szumowska), to najwyższa pora, aby do głównego nurtu przebiła się świadomość, że z naszą kulturą nie jest najgorzej. I że warto z niej czerpać garściami.

    4. Polskim autorom będzie łatwiej (to chyba najbardziej odjechana prognoza)
    Łatwiej debiutować, negocjować z wydawcami, rywalizować na rodzimym rynku z zagranicznymi twórcami. A co lepsi zaczną robić spektakularne międzynarodowe kariery.

    Olga Tokarczuk, fot: Łukasz Giza/Wydawnictwo Literackie

    5. Kryminał zyska poważanie
    Autorzy kryminałów nie mogą narzekać na wąskie audytorium. W dodatku za sprawą niektórych twórców (szczególnie skandynawskich), zgrabnie wplatających w utwory wątki społeczne, polityczne czy ekonomiczne, są traktowani śmiertelnie poważnie. Z reguły. Gdzieniegdzie nadal ciągnie się za kryminałami odium literatury niskich lotów. Ale może przestanie, skoro nawet noblistka sięgnęła po ten gatunek (choć pisząc „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, potraktowała go instrumentalnie – jako przystępną powłokę dla moralitetu o szacunku dla naszych braci mniejszych).

    6. Literatura zbliży się do internetowego mainstreamu
    Marzenie ściętej głowy, prawda? A jednak Tokarczuk od kilku tygodni nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych. O niej, o Noblu i o książkach bajają w mediach spece od kultury, politycy i celebryci. Wirtualna Polska zainicjowała nawet kampanię #GdybyNieKsiążka, w ramach której aktorzy (m.in. Andrzej Seweryn) czy ludzie sportu (Adam Małysz) dzielą się refleksjami na temat literatury. Do mainstreamu jeszcze daleka droga, ale to całkiem wyraźny krok w stronę przestrzeni, którą w sieci okupują wiadomości polityczne, doniesienia sportowe czy plotki z życia gwiazd.

    Żeby była jasność: to nie był zalew jednoznacznie pozytywnych proroctw, powodowany targową duchotą czy chwilowym hurraoptymizmem. Wiele osób z branży uważa, że sukces Tokarczuk to tylko krótkotrwały zryw. Jednorazowy strzał. Bardzo kolorowy i efektowny fajerwerk, który zapada w pamięć, ale jest tylko… kolorowym fajerwerkiem. Błyskotką.

    A to z kolei prowadzi do bardzo ponurej konkluzji. Bo jeśli Nobel dla Polki nie wywrze pozytywnego wpływu na rynek literacki, trudno wskazać coś, co mogłoby to zrobić.

    PS. Nie jestem pewien, czym „Wprost” bardziej mnie zaskoczył: drugim miejscem Olgi Tokarczuk czy czterdziestą trzecią pozycją Wiesława Myśliwskiego, który wyprzedził m.in. Zygmunta Solorza, Roberta Biedronia i Agnieszkę Holland. Prędzej spodziewałbym się ujrzeć w takim zestawieniu Remigiusza Mroza, którego proza może nie promieniuje na całą polską kulturę (tak autorzy rankingu uzasadnili pozycję Myśliwskiego), ale niewątpliwie dociera do mas. A to nie lada sztuka.

    PPS. Nie widziałem w zestawieniu ministra kultury Piotra Glińskiego. Ale może nie doczytałem do końca.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Pisarz też człowiek. Czyżby?” Październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Wariant pierwszy: zastąpią nas – autorów – błyskotliwe, uzbrojone w kreatywność, cięty humor i ostre pióro algorytmy, które będą tworzyły szyte na miarę bestsellery. Wariant drugi: nic się nie zmieni, a my nadal będziemy stawać na głowie, żeby odgadnąć, jakie książki Wam się podobają. Co wybieracie?

    Jak słusznie zauważył Jakub Ćwiek w smakowym felietonie sprzed kilku miesięcy (klik), pisarze to kłamcy. Raz, że taką mamy robotę; beletrystyka to sztuka zręcznego zmyślania. A dwa, że taka nasza natura. Ściemniamy na potęgę. Choćby wtedy, kiedy tłumaczymy czytelnikom, dlaczego piszemy. Zwłaszcza gdy mówimy, że tworzymy dokładnie takie książki, jakie sami chcielibyśmy przeczytać. W najlepszym wypadku jest to półprawda. Bo jak bardzo byśmy się nie starali pisać dla siebie, zawsze myślimy o odbiorze naszej twórczości. O tym, żeby nie posługiwać się niezrozumiałymi skrótami myślowymi. Żeby czytelnik nie zakrztusił się naszymi żartami. Żeby czegoś nie sknocić. Żeby się po prostu podobało.

    I oczywiście myślimy też o kasie. O tym, jak się uplasujemy na listach sprzedażowych. I czy książka, owoc naszego wielomiesięcznego trudu, okaże się bestsellerem.

    Trafiają się autorzy, którzy nie muszą się nad tym zastanawiać, ponieważ są tak silnymi markami pisarskimi, że wszystko, czego się dotkną, zamienia się w złoto. Czasem się jeszcze wspierają innymi nośnymi osobistościami, zwykle spoza świata literatury – tak zrobił choćby James Patterson, najlepiej zarabiający autor świata, który wspólnie z eksprezydentem USA Billem Clintonem napisał thriller polityczny. Ale zdecydowana większość tej pewności nie ma. Co więcej, zdecydowana większość z nas nie wie, co i jak pisać, żeby się dochrapać bestsellerowego statusu.

    Przez wiele lat dominowało przekonanie, że dobrze sprzedająca się literatura rozrywkowa bazuje na kilku podstawowych lejtmotywach. W książce muszą być morderstwa, seks, tajemnice, spiski, motywy religijne. I zwroty akcji. Dużo zwrotów akcji. Cholernie dużo zwrotów akcji. Tyle że to sól literatury rozrywkowej, trudno taką tematykę czy sposób konstruowania fabuły uznać za wyróżnik. Żeby znaleźć uniwersalny przepis na literacki przebój, trzeba pogrzebać głębiej. Tak jak to zrobili Jodie Archer i Matthew L. Jockers, którzy opracowali coś w rodzaju kodu bestsellera (i napisali o tym, jakżeby inaczej, książkę – „The Bestseller Code”). Z pomocą technologii przeanalizowali około 20 tys. książek, próbując dojść do tego, co decyduje o tym, że jedne stają się bestsellerami, a inne giną w gąszczu publikacji.

    www.unsplash.com/Owen Beard

    Archer i Jockers wyodrębnili zbiór cech wspólnych dla literackich hitów. Największe szanse na komercyjny sukces mają utwory z wyrazistymi głównymi bohaterami i szybko rozkręcającą się fabułą. Dobrze, gdy autorzy nie przesadzają z tematami – wystarczy jeden główny. A najlepiej, gdy temat przewodni stanowią relacje między bohaterami. Mile widziane są kolokwializmy i krótkie słowa. Wykrzykniki – niekoniecznie. Bohaterowie nie powinni wzdychać i się zastanawiać, tylko działać i popychać akcję do przodu. A tytuł powinien być dobrze wszystkim znanym rzeczownikiem. Cech wspólnych oczywiście jest więcej, ale to nie miejsce, żeby wszystkie wymieniać. Kluczowe jest to, że opracowany przez Archer i Jockersa algorytm potrafi z 80-procentowym prawdopodobieństwem wskazać, czy dany tekst stanie się bestsellerem „New York Timesa”.

    Idźmy zatem dalej. Skoro już mniej więcej wiadomo, z jakich składników da się upichcić bestseller, to czy musi on wyjść spod palców człowieka? Czy w czasach sztucznej inteligencji i big data nie wystarczyłoby napisać programu, który będzie hurtowo produkował utwory najwyższych mainstreamowych lotów? Nie wiadomo, bo jeszcze żaden algorytmiczny bestseller nie powstał. Pierwsza książka napisana przez sztuczną inteligencję – „1 The Road” – to raczej niefrasobliwa powieść drogi. Ross Goodwin, którego można mianować jej cichym współautorem, nafaszerował AI literaturą (przyjęła kilkadziesiąt milionów słów) oraz danymi z podróży z Brooklynu do Nowego Orleanu. Nie czytałem „1 The Road”, ale recenzenci twierdzą, że Jack Kerouac to to nie jest.

    Ale czy można mieć wątpliwości co do tego, że prędzej czy później sztuczna inteligencja zacznie tworzyć bestsellery? Przecież już teraz dogłębnie analizuje nasze zainteresowania i personalizuje dla nas produkty. Potrafi ograć 18-krotnego mistrza świata w go (to starochińska planszówka, wielokrotnie bardziej złożona od szachów). Odróżnia bliźniaczo podobne walenie biskajskie (polecam historię polskiej firmy deepsense.io). Sztuczna inteligencja sięga w różnych branżach po rozwiązania, które ludziom nie przyszłyby do głowy. Dochodzi do wniosków, do jakich człowiek prawdopodobnie nigdy by nie doszedł. I robi to w sposób, którego najtęższe programistyczne umysły świata nie są w stanie w pełni zrozumieć i odtworzyć. Dlaczego więc bazując na starannie wyselekcjonowanych danych, zasilona wiedzą lingwistów, opiniami czytelników czy analizami stylometrycznymi, miałaby kiedyś nie napisać bestsellera? Na poziomie technologicznym taka bariera wydaje się relatywnie prosta do sforsowania. Można mieć jedynie wątpliwości natury biznesowej: czy znajdzie się ktoś, kto sfinansuje to niewątpliwie kosztowne przedsięwzięcie.

    No i pozostaje niepewność natury konsumenckiej: czy czytelnicy chcieliby sięgać po algorytmiczne bestsellery, czy jednak pozostaliby wierni ludzkim autorom. Na zasadzie umowy społecznej: wy dajecie z siebie wszystko i staracie się dochować należytej staranności (jak przykładny podatnik), a my bierzemy waszą twórczość z całym anturażem – włącznie z językowymi babolami, fabularnymi niedoróbkami czy przydługimi opisami.

    Lubię wierzyć, że takie porozumienie jest możliwe. Ale mogę się mylić. W końcu jestem tylko człowiekiem.

  • „Bo wydawać to trzeba umić”

    Niski poziom czytelnictwa wywołuje dwie podstawowe fale niepokojów: natury cywilizacyjnej oraz o kondycję branży wydawniczej. W pierwszym przypadku umartwianie się jest całkowicie uzasadnione, wszak nie chcemy (nie chcemy?) żyć pośród barbarzyńców. Ale w drugim?

    Jeżeli spyta się wydawcę, jaki jest polski rynek książki, prawdopodobnie powie, że trudny. Bo konkurencja ogromna. Bo współpraca z dystrybutorami to koszmar. Bo nie ma ustawy o jednolitej cenie książki. Bo pisarzy jak psów i nie wiadomo, których warto wydawać. Bo Netflix. I wreszcie: bo ludzie nie czytają. To znaczy czytają przeraźliwie mało. Według Biblioteki Narodowej po przynajmniej jedną książkę rocznie sięga ledwie 37 proc. Polaków.

    To wszystko prawda. Przez kumulację różnych czynników wydawcy nie mają lekko, a przynajmniej nie tak lekko jak kiedyś. I dlatego – jak powiedziałby mierny coach – muszą wyjść ze swojej strefy komfortu. Czyli poszukać nowych modeli biznesowych. Czyli wymyślić na nowo, jak zarabiać na książkach.

    I choć brzmi to jak nie lada wyzwanie, patentów na zarabianie w branży wydawniczej – tak jak i w każdej innej – jest multum.

    Jeden z ciekawszych zaprezentował Radosław Kotarski, twórca popularnonaukowego kanału youtube’owego Polimaty i właściciel wydawnictwa Altenberg. Mówi się o nim, że to wydawca celebrytów. Nie dziwne. Kotarski trzyma w swojej stajni gwiazdy telewizji (jak Tomasz Kammel czy Pascal Brodnicki), znanych youtuberów (jak Arlena Witt czy Ewa Grzelakowska-Kostoglu – lepiej znana jako Red Lipstick Monster) oraz samego siebie (w swoich książkach obala popularne mity i radzi, jak się powinno uczyć). Patent zaś polega na tym, że nie sprzedaje książek w sposób tradycyjny, lecz przy pomocy własnych kanałów dystrybucji – oczywiście wspieranych marketingową mocą autorów.

    Efekt? Od września 2017 roku, kiedy wystartował Altenberg, firma Kotarskiego wypracowała 13,96 mln złotych przychodu (w tym 13,1 mln z książek) i 1,76 mln czystego zysku – dla tak młodego biznesu to imponujący wynik, i to bez względu na branżę. W tym czasie wydała 12 tytułów, które w ciągu niespełna dwóch lat sprzedały się łącznie w 250 tys. egzemplarzy. A to oznacza, że na konto Pajacyka wpłynęło ponad milion złotych – bo z każdej sprzedanej sztuki wydawnictwo przekazuje 4 złote na program dożywiania dzieci w szkołach.

    www.unsplash.com/AbsolutVision

    Kotarski przyznaje, że ten model działania – własna dystrybucja i przekazywanie środków ze sprzedaży na cele charytatywne – podpatrzył u Michała Szafrańskiego. W swoim wydawniczym życiu twórca popularnego bloga „Jak oszczędzać pieniądze” zastosował jeszcze bardziej restrykcyjną selekcję – wydaje wyłącznie siebie. Ale za to ze spektakularnym skutkiem.

    W nieco ponad rok jego „Finansowy ninja”, czyli swoisty podręcznik zarządzania kasą, przyniósł mu ponad milion dolarów przychodu, co przełożyło się na 1,9 mln złotych na rękę! To nieoficjalny rekord polskiego self-publishingu, na który Szafrański skusił się po tym, gdy nie mógł dojść do porozumienia z tradycyjnymi wydawcami. (Swoją drogą, to jeden z niewielu polskich przedsiębiorców, który chętnie ujawnia arkana swojego biznesu. Jeżeli ktoś jest w podobnym położeniu do niego – robi coś, co przyciąga dziesiątki tysięcy odbiorców, i ma smykałkę literacką – może znaleźć na blogu Szafrańskiego gotowy przepis na sukces wydawniczy. Wystarczy umieć czytać ze zrozumieniem. No i pisać. Tylko tyle i aż tyle).

    Tradycyjni wydawcy też mają sposoby na spadek czytelnictwa. Skoro Polacy czytają mało, trzeba podsuwać im tych autorów, których czytają wszyscy. Albo znaleźć pojemną literacką specjalizację. Albo sensownie skonstruować model dystrybucji. Albo… robić wszystko po trochu i dobrze.

    Wydawnictwo Sonia Draga wygrało polski wyścig o Dana Brown i E.L. James, którzy dość powszechnie uchodzą za grafomanów, ale sprzedają się doskonale bez względu na szerokość geograficzną. W maleńkim Wołowcu powstało Czarne, które jest ulubionym wydawnictwem połowy moich znajomych – hurtowo wypuszcza na rynek utwory najlepszych polskich reportażystów. Czarna Owca przestawiła się z wydawania książek psychologicznych na skandynawskie kryminały i osiągnęła niemały sukces, ściągając do Polski Stiega Larssona, autora „Millenium”, a potem całą masę jego następców – Davida Lagencrantza,Lizę Marklund, Håkana Nessera czyCamillę Läckberg (zastrzeżenie: Czarna Owca wydaje moje książki, ale nie dlatego o niej wspominam). Z kolei bracia Olesiejukowie zbudowali prawdziwego książkowego behemota, mającego własną drukarnię, wydawnictwo i sieć dystrybucji. Spora część branży zarzuca im, że nie pełnią roli kulturotwórczej i wypuszczają na rynek produkty książkopodobne (kolorowe poradniki i książeczki dla dzieci, które są kompulsywnie kupowane w dyskontach – np. w Biedronce). Ale podejrzewam, że mając biznes osiągający kilkaset milionów złotych przychodu i regularnie przynoszący wielomilionowe zyski, bracia mogą z tym jakoś żyć.

    Jaki z tego morał? Przede wszystkim taki, że aby zarabiać na książkach, trzeba być sprawnym biznesmenem, a nie hobbystą. I pogodzić się z tym, że od ideałów ważniejszy jest Excel, co pokazują przypadki Olesiejuków czy chociażby Agory – profeministycznej firmy, która stoi za „Wysokimi Obcasami” czy „Dużym Formatem”, a mimo to postanowiła wydawać Blankę Lipińską (jest spółką giełdową, musi więc dbać o akcjonariuszy).

    Pozostaje pytanie, czy wydawcy mogą narzekać. Pewnie, że tak. W końcu to nasz narodowy obowiązek, który sam sumiennie wypełniam (choćby w tym tekście). Ale skoro już jesteśmy w polskich klimatach, to wydawcy powinni także mieć na uwadze, że inni mają gorzej. Niewielu, naprawdę niewielu przedsiębiorców ma przywilej walki o rynek, na którym prawie czterech na dziesięciu Polaków jest ich potencjalnymi klientami. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy rozmawiałem z ludźmi tworzącymi wiele pozornie nieskalowalnych biznesów – sprzedających produkty do przedłużania rzęs albo lakiery hybrydowe, produkujących roboty edukacyjne, oferujących aplikację do kreowania spersonalizowanych pudełek czy wytwarzających technologię do nanodruku. Żaden z nich nie narzekał na rynek. Każdy był święcie przekonany, że właśnie odnalazł swoje eldorado. Nic, tylko chwytać za kilof i kopać.

    PS. Jeff Bezos zaczynał przygodę z przedsiębiorczością od uruchomienia księgarni internetowej. Jako że zdecydował się na ten ruch, będąc nieźle zarabiającym menedżerem z Wall Street, jego koledzy pukali się w czoło. Internet? Okej. Ale książki? Ta księgarnia nazywa się Amazon. Dziś sprzedaje nie tylko książki. A Bezos nie jest jedynie internetowym księgarzem, lecz najbogatszym człowiekiem świata, dysponującym fortuną szacowaną na ponad 100 mld dolarów.

    Wniosek? Cała nadzieja w książkach.

    Krzysztof Domaradzki  jest dziennikarzem polskiego wydania „Forbesa”, a także autorem kryminałów. Jego najnowsza powieść „Reset” ukaże się osiemnastego września. 

  • „Kiedy pisarz może porzucić godność”, sierpniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Podobno godność kończy się tam, gdzie zaczynają się pieniądze. Pisarze gilotynują ją znacznie wcześniej.

    Każdy autor uparcie przekonuje, że próbuje pisać takie książki, jakie sam chciałby przeczytać. Oczywiście każdy kłamie. Bo nawet amator, który dopiero próbuje wskoczyć w buty zawodowca, starający się dowieść, że potrafi, że jego bazgranina jakoś trzyma się kupy, myśli o odbiorze swojego utworu – przez wydawców, krytyków, czytelników i szeroko rozumiany rynek. Myśli też, rzecz jasna, o pieniądzach. O tych, których pewnie nie zarobi od razu, ale może za jakiś czas, gdy już zyska rozpoznawalność i zbuduje skalę.

    Ale oczywiście zdarzają się wyjątki.

    Bywa, że autor od razu celuje w sukces, koncentrując się wyłącznie na kasie. Nie myśli o tym, żeby stworzyć utwór, który nie poharata krytykom głów, ale coś, o czym z różnych powodów będzie głośno. Ze względu na kontrowersyjny temat, autobiograficzne wstawki, polityczne wtręty. Albo z uwagi na epatowanie przemocą, seksem czy dziwactwami. W myśl oklepanego hasła: „wyróżnij się albo zgiń”.

    Ale to nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze marka autora. Coś, co w biznesie nazywa się unique selling propostition – wyróżnik, który się eksponuje, aby uczynić produkt (w tym przypadku pisarza) rozpoznawalnym. Dzisiaj markę tworzy się w poprzez barwne opowiadanie o przeszłości i podkreślanie bagażu zawodowego. Poprzez chwalenie się nadnaturalną kreatywnością, tempem pisania, zdolnościami reasercherskimi albo zaangażowaniem w opowiadane historie. Poprzez wycieranie się w telewizjach śniadaniowych i zabieranie głosu na każdy możliwy temat (byle się odezwać, pokazać gębę, mignąć okładką).

    Mówiąc krótko: chodzi o to, żeby być. W prestiżowych tygodnikach opinii i portalach plotkarskich. Na Facebooku, Instagramie i YouTubie. Na spotkaniach autorskich, targach, imprezach celebryckich. W portkach i bez portek. Wszędzie. Zawsze.

    Kilka tygodni temu widziałem się z Camillą Läckberg (robiła tournée po Europie, promując swoją najnowszą powieść – „Złotą klatkę”). To szwedzka autorka kryminałów, która sprzedała już 23 miliony książek. Umówiliśmy się na wywiad do „Forbesa”, a więc na rozmowę o pieniądzach, budowaniu wizerunku oraz przedsiębiorczości. I Läckberg bez ogródek przyznała, że stała się literacką gwiazdką w dużej mierze za sprawą nieliterackiej działalności. Dzięki udzieleniu setek wywiadów (nawet do magazynów jeździeckich), wizytom w telewizjach śniadaniowych, występowi w szwedzkim „Tańcu z Gwiazdami”, aktywnemu prowadzeniu mediów społecznościowych, epatowaniu kobiecością (naście lat temu kryminalistka w jaskrawych sukienkach i wysokich szpilkach silnie kontrastowała z kolegami po fachu, często smutnymi podstarzałymi panami w szarych garniturach). Przekonywała, że kiedy pisze, w stu procentach skupia się na utworze, ale zaraz potem wskakuje w buty bizneswoman i marketera.

    Camilla Lackberg, fot: camillalackberg.com

    Niby logiczne – książkę trzeba wypromować. Ale nienaturalne. Przynajmniej dla przeciętnego pisarza. Człowieka, który miesiącami tłucze w klawiaturę, nierzadko wyrzucając z siebie około miliona znaków; który marzy o tym, żeby po napisaniu i redakcji książki nie musieć już nic robić, żeby to wszystko sprzedawało się samo; który chciałby wreszcie otrzymać nagrodę za to, że coś nabazgrał. Ale to właśnie wtedy zaczyna się najtrudniejszy etap. Ten, na którym autor się nie zna, którego nie lubi, który generuje stres. I który jest cholernie wymagający. Bez względu na to, czy twórca dopiero wyskrobał pierwszą książkę, czy jest literackim celebrytą.

    Weźmy taką Läckberg. Podczas wizyty w Warszawie towarzyszyli jej ludzie z wydawnictwa, agentka oraz – uwaga! – specjalistka od mediów społecznościowych, która nieustannie ją obfotografowywała i zalewała relacjami Instagrama. Ale najcięższą pracę do wykonania miała pisarka. Profesjonalny makijaż, seria wywiadów, sesja zdjęciowa, wizyta w radiu, spotkanie autorskie, podpisywanie książek. Od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora na nogach, przez cały czas skoncentrowana, w pełni sił intelektualnych. I jeszcze z obowiązkowym uśmiechem na twarzy, żeby nikt nie uznał jej za rozkapryszoną gwiazdeczkę. Koszmar.

    Jak twierdzi Szwedka (a wie, co mówi, na książkach zarobiła grube miliony), celebryctwo to konieczność. To nie pisanie, tylko makiaweliczne budowanie marki autora – jakakolwiek by ona nie była – jest najlepszą przepustką na listę bestsellerów. Nieodzownym elementem poważnej pisarskiej kariery. Nie zawsze przyjemnym, bo w showbizie trudno się taplać ze smakiem.

    Jeżeli chce się wejść do tego świata, trzeba coś poświęcić. Najczęściej godność, która zwykle kończy się tam, gdzie zaczynają się marketing i sprzedaż, czyli po prostu kasa. Takie są zasady tej gry. Ale żeby czuć się dobrze we własnej skórze, godność nie może paść wcześniej. Na pewno nie na etapie budowania naszych małych literackich światów.

    A z tym, niestety, bywa różnie.