Za kilka dni może sięgnąć po Nagrodę Wielkiego Kalibru drugi raz w swojej karierze. Mocno się zdziwię, jeśli za rok nie dostanie jej za książkę „Zombi”, która dziś ma swoją premierę. Polski Jo Nesbo zabiera swoich czytelników w mroczną podróż pośród ludzkich pragnień i namiętności. Najnowsza książka pisarza z Gliwic jest brudna, oblepi Was całych i nie da się zmyć jeszcze przez kilka tygodni po przeczytaniu. Zazdroszczę, że lektura dopiero przed Wami. Drodzy Państwo, przed Wami Wojciech Chmielarz.
Co robiłeś w szkole żeby zaimponować koleżankom?
(Śmiech) Musiałbyś spytać o to moje koleżanki. Chociaż raczej nie będą miały wiele do opowiedzenia. Wydaje mi się, że byłem bardzo kiepski w tych sprawach. Nie do końca wiem, jak to się stało, że jestem żonaty.
Może dlatego, że niektóre rzeczy dzieją się same.
Tak bywa, jakaś chemia, uczucie. Nigdy nie byłem dobrym podrywaczem.
Z „Zombiego” wynika, że z miłością i męska dumą nie ma żartów.
Zdecydowanie tak. Nie tylko z męską, ale też z dumą jako taką w ogóle. Taką bardzo silną, która sprawia, że niektórzy potrafią latami chować urazę i żal. Rozmyślać o nim niemal codziennie. Rozkoszować się własnym gniewem. Aż dochodzi się do punktu, w którym wystarcza mała iskra, żeby nastąpił wybuch.
Dwadzieścia lat to dużo czy mało? Pytam, bo właśnie po tylu latach wracają do bohaterów „Zombiego” sprawy z ich młodości.
Wraz z upływem czasu myślę, że coraz mniej. Kiedyś dziesięć lat wydawało mi się bardzo długim okresem, a teraz zdaję sobie sprawę, że to było bardzo krótko.
Korciło Cię żeby napisać alternatywną wersję książki? Bo przyznasz, że w „Zombim” jest strasznie dużo hipotetyzowania i gdybania. Przecież, gdyby ktoś czegoś nie widział, albo zareagował w inny sposób, to losy bohaterów byłyby zupełnie inne.
To też jest sprawa, która mnie fascynuje. Jak ważne są dla nas te fantazje na temat, co by było gdyby. Jak bardzo te wizje potrafią nas z jednej strony ratować, a z drugiej zatruwać. Ta książka jest też trochę o pamięci i o tym, jak bardzo wbrew pozorom plastyczne są wspomnienia.
O pamięci, to raz. A dwa, że zdarzają się przypadki, kiedy przypisujemy sobie czyjeś zasługi, a w przypadku Twojej książki, winy.
To jest akurat przykład skrajny, ale bez trudu możemy wymyślić takie, które dotyczą właściwie każdego z nas. Człowiek ma bowiem zaskakującą zdolność do samooszukiwania się. A równocześnie nie potrafi skonfrontować się z własnymi błędami. Powiedzieć, nawet nie publicznie, ale samemu sobie, że coś się zrobiło nie tak. Zamiast tego, stosujemy mechanizm wyparcia, obarczamy winą kogoś innego, byle tylko nie myśleć o sobie źle. Jakby przyznanie się do własnej niedoskonałości, zagrażało naszej integralności. Fundamentom, na których zbudowaliśmy swój własny obraz i własne życia.

Miałeś w szkole Korsarza? Ktoś Ci zabierał Ci kanapki?
Nie, nie było kogoś takiego. Natomiast wiesz, ja chodziłem do takiej szkoły, gdzie – właśnie teraz pytanie na ile to wyolbrzymiam we wspomnieniach – w której było dużo dzieciaków, mających różne problemy wychowawcze. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że oni zawsze lądowali w mojej klasie. Znowu, mam wrażenie, że zawsze miałem z nimi dobre kontakty. Kanapek więc nikt mi nie kradł, ale faktycznie, dochodziło do takich niby wymuszeń. Podchodził kolega i pytał się, czy mam pożyczyć jakieś drobne. Oczywiście, nie było mowy o oddaniu tych pieniędzy. Czasami mówiłem, że mam. Czasami mówiłem, że nie mam.
Korsarz to jest jeden z tych bohaterów, który pozostaje w pamięci na długo. Bardzo mi się podobało porównanie go do Erica Cartmana z kreskówki South Park.
Jak się dowiemy z książki, to to porównanie nie jest do końca prawdziwe. Postać Korsarza nie jest jednak budowana na prawdziwych osobach, a raczej na legendach, które otaczały kolegów ze szkoły i z osiedla. A tych było mnóstwo. Ktoś miał dźgnąć własnego ojca nożem. Ktoś inny zorganizować włamanie do własnego domu. Pamiętam, że był na w mojej dzielnicy facet, którego wszyscy się bali. Opowiadali o nim różne straszne historie związane z przemocą, nadużywaniem alkoholu, narkotyków itd. Ja z nim kiedyś z jakiegoś powodu zacząłem grać w koszykówkę. Najpierw ze sporymi obawami. Czekałem, kiedy facet przyłoży mi z łokcia albo spróbuje ukraść piłkę. Ale do niczego takiego nie doszło. Właściwie to miło go wspominam.
Z punktu widzenia pisarza, łatwo jest się cofnąć o dwadzieścia lat i pisać o tym co się działo w dziewięćdziesiątym szóstym roku? Wiesz, musisz sprawdzać jaki kolor miał wtedy ten a ten budynek, jaka muzyka leciała w radiu.
Miałem nadzieję, że to wszystko pamiętam, ale aż takich szczegółów nie sprawdzałem. Nie bez przyczyny większość akcji dzieje się w lesie. Drzewa są zawsze zielone.
Śląsk jest wdzięcznym miejscem do zabójstw?
Oj cholernie. Nawet tłumaczę w książce, dlaczego. Trzy miliony mieszkańców, kilkanaście miast w aglomeracji. Każde o innym charakterze, różne problemy społeczne. Specyficzna historia Górnego Śląska, tradycje górnicze, cały folklor z tym związany. Ale też współczesność. Niesamowite zderzenie nowoczesności z tradycją przemysłową. W jednym miejscu w biurowcu pracownicy tworzą zaawansowane oprogramowanie, które potem jest sprzedawane na całym świecie, a ledwie dwadzieścia kilometrów dalej górnicy zjeżdżają do kopalni, tak jak to robili ich przodkowie sto lat temu. Jasne. Dzisiaj z lepszym sprzętem, ale to dalej jest ta sama znojna, ciężka robota.
Jaki jest Twój stosunek do relacji śląsko-zagłębiowskich? Jest postać, która mówi, że wybudowałaby na granicy mur jak Trump od Meksyku.
To właśnie taki twardy Ślązak z dziada na pradziada. Moja rodzina natomiast trafiła tutaj po wojnie. I to nawet nie z kresów wschodnich, ale z Mazowsza z jednej strony i Częstochowy z drugiej. Dlatego nie mam tego stereotypowego podejścia do Zagłębia. Rozumiem różnice historyczne i w związku z tym pewne różnice folklorystyczne. Chociaż sam zawsze protestuję, kiedy ktoś mówi coś w stylu „na Śląsku w Sosnowcu”!
Masz jakiegoś swojego ulubionego bohatera z „Zombie”?
Ulubionego to może nie, ale podoba mi się ten duet – detektyw Dawid z prokuratorem Górnikiem. Jest między nimi mnóstwo napięć. Wrogości, a równocześnie coś co można by nazwać patologiczną przyjaźnią.
Ta książka też jest o toksycznych relacjach damsko-męskich. Rozumiem, że to zabieg celowy, żeby nie było lekko, łatwo i przyjemnie. Problemy uczuciowe przekładają się na życie zawodowe, chociaż u Górnika jest chyba na odwrót.
Zastanawiam się, które tam związki określasz jako toksyczne. Bo małżeństwo Górnika do takich nie należy. Przynajmniej ja tak tego nie widzę. W toku akcji faktycznie tam się psuje wiele rzeczy. Przede wszystkim z jego winy. Ale ten związek był oparty na zdrowych fundamentach.
Relacja Wolskiego z Martą jest toksyczna.
No, dobra. Tutaj masz rację. Ale to jest dwójka bardzo zagubionych osób, które próbują się nawzajem ratować, ale sobie szkodzą. Szczególnie Dawid w stosunku do Marty. Chociaż on się strasznie stara. Ale po prostu jest coś w jego charakterze, jakaś skaza, która sprawia, że ten jego egoizm zawsze bierze górę.
Relacja Karoliny z Górnikiem też jest w pewien sposób toksyczna.
Tak. Ale z zupełnie innych przyczyn.
To jest tak, że stawiasz kropkę i już nic się nie wydarzy, czy jeszcze tę historie da się w jakiś sposób pociągnąć?
Nie, nie będzie już ciągu dalszego. Natomiast to co pozostaje do napisania, to jest opowieść o Dawidzie. Co się stało z Igą i dlaczego on się zmienił w takiego człowieka jakim jest obecnie. I to jest materiał na jeszcze jedną powieść.



