Adam Szaja, prowadzący smakksiazki.pl, opowiadał mi anegdotę o Chrisie Carterze. Pisarz zastanawiał się nad porzuceniem swojego bohatera i napisaniem zupełnie innej książki. Na to jego agent powiedział mu, żeby tego nie robił. Bo skoro czytelnicy chcą czytać o Robercie Hunterze, to Carter ma pisać o Robercie Hunterze. I tyle…
Po usłyszeniu tej historii, poczułem się mocno zmieszany. Z jednej strony, nie mam żadnych wątpliwości na temat tego, jaki gatunek uprawiam. Kryminał to literatura jednak głównie rozrywkowa. Mamy dostarczyć powieść, przy której miło Państwo spędzą dwa lub trzy wieczory, a potem odłożą z satysfakcją na półkę. A lubimy te piosenki, które już znamy, prawda? Dlatego chętniej sięgniemy po książki z bohaterami, o których już czytaliśmy i których zdążyliśmy mniej lub bardziej polubić. Stąd ta popularność cykli. Wysyp bohaterów, którym towarzyszymy latami. Takich jak Kurt Wallander, Lis Salander, Harry Hole, Patrick Kenzo i Angela Gennero, Jack Reacher, Teodor Szacki czy, a niech będzie, napiszę to – Jakub Mortka. Tego chcą czytelnicy, a więc tego chcą też wydawcy. Stąd też ta rozmowa, którą odbył ze swoim agentem Chris Carter. W sumie wszyscy powinni być zadowoleni, prawda? Otóż, nie do końca.

Bo to przywiązania się do jednego bohatera ma też złe strony. Przekonał się o tym już u zarania tworzenia się nowożytnego kryminału jeden z jego ojców, twórca postaci Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle. Po kilku latach pisania o przygodach tego najsławniejszego detektywa w dziejach, postanowił go uśmiercić, żeby zająć się, jak to sam określił „poważniejszymi rzeczami”. Reakcja czytelników była zdumiewająca. Zarzucili pisarza listami, często niecenzuralnymi, zawierającymi obelgi i groźby. Do tego doszły naciski ze strony wydawcy. A wreszcie fakt, że kolejne książki autora nie cieszyły się aż taką popularnością, sprawił, że Doyle po kilku latach wrócił do Holmesa. I publikował już grzecznie kolejne opowiadania o ekscentrycznym detektywie właściwie do końca swojego życia.
Oczywiście, czasy się zmieniły. Nie wątpię, że śmierć żadnego z bohaterów współczesnego kryminału, nie wywoła już takiej reakcji, z jaką spotkał się Doyle (chociaż Jack Reacher ma ten potencjał). Ale w tej historii ważniejsze jest pytanie, dlaczego Doyle w ogóle chciał zrezygnować z Holmesa. A czuł się wypalony. Uważał, że stworzona przez niego postać odciąga go od tworzenia lepszych, bardziej wartościowych opowieści. I prawda jest taka, że każdy z nas coś takiego przeżywa.
Napisałem pięć powieści o komisarzu Jakubie Mortce. I nie raz, nie dwa, czułem jak ten bohater mnie ogranicza. Pewnych rzeczy nie mogłem o nim napisać. Pewne historie, które mam w głowie, do niego nie pasowały. Co więcej, czułem, że pisząc o nim, ryzykuję to, że przestanę się rozwijać jako pisarz. Będę w kółko opowiadał jedną i tą samą historię, złożoną z tych samych elementów. Nie chciałem tego. Stąd się wziął cykl gliwicki. Stąd się wzięło „Żmijowisko”. To były wyzwania, które rzucałem samemu sobie. Zmuszałem siebie samego do pracy. Chciałem rozruszać ten mój pisarski mózg, spróbować kombinować w inny sposób. I wiecie Państwo, co jest najlepsze? Najbardziej na tym skorzystał Mortka. Bo kiedy wracałem do niego po każdej przerwie, czułem pewną świeżość. Dostrzegałem fabularne możliwości, których nie dostrzegłbym, gdybym pisał jedną książką z komisarzem po drugiej. Wpadałem na nowe, nieoczywiste pomysły. Rozwijałem się.


