Pomyślałem sobie, że skoro jeszcze jest styczeń i 2020 dopiero niedawno zamienił się w 2021, to zamiast zwyczajowego narzekania, że brutalność, że schematyzm, brak nowych twarzy, napiszę felieton optymistyczny
Mój optymizm jest jednak ograniczony do pewnego konkretnego obszaru. Bo przecież pandemia nam nie odpuszcza (chociaż liczby, przyznaję spadają, a i znajomi lekarze potwierdzają, że łapią oddech), naukowcy straszą nas już wariantem brytyjskim i wszystkie problemy 2020 mogą wrócić ze zdwojoną siłą. Jeśli chodzi o szczepionki, to w liczbie osób zaszczepionych wyprzedziła nas już Francja, która, powiedzmy sobie szczerze, dała na początku tak bardzo ciała, że bardziej się nie da. Knajpy i restauracje padają, za nimi pójdą obawiam się hotele. W górach sezon zimowy to albo dziwne kombinacje i balansowanie na granicy prawa, albo jego łamanie. Za to pan prezydent się cieszy, że policja działa profesjonalnie, bo przecież nikt nie zginął. Także ten… Natomiast jeśli chodzi o kryminał, to szykuje się nam całkiem udany rok!

Zacznę chyba od książek, które już czytałem albo zacząłem czytać. A tutaj zeszłoroczny laureat Wielkiego Kalibru Jędrzej Pasierski i „„Kłamczuch”. Pierwszy polski kryminał, jaki przeczytałem w roku 2021 i jaki to był dobry wybór! Świetna, nastrojowa, przemyślana książka! Premiera już w środę, więc naprawdę, bierzcie, kupujcie, czytajcie! Miesiąc później ukaże się natomiast „Mocna więź” Magdaleny Majcher i to jest w kryminale zupełnie nowe nazwisko. Majcher jest dobrze znana czytelnikom i czytelniczkom literatury obyczajowej. Dostałem tę książkę wcześniej z prośbą o pomoc w promocji. I pisząc szczerze, podchodziłem do niej ze sporą rezerwą. Bo jak to tam literatura obyczajowa, a tutaj true crime? Zupełnie inne gatunki, zupełnie inny zestaw pisarskich narzędzi, zupełnie inny nastrój. Tymczasem Majcher znalazła swój własny język, swój własny sposób, żeby opowiedzieć pewną prawdziwą, tragiczną i przerażającą historię. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni jakaś książka mnie tak pozytywnie zaskoczyła.
Wiem też co, ale nie wiem kiedy, wydaje Jakub Ćwiek. Ja już jestem po i powiem szczerze, strasznie się cieszę, że wydałem pewną swoją powieść wcześniej od Kuby. Bo na pewno będą nas porównywać. Ale w tej sytuacji to jego będą porównywać do mnie, a nie mnie do niego, co stawia mnie na trochę lepszej pozycji. Bo książka Ćwieka jest tak dwa razy lepsza od mojej. Serio, jest na co czekać.
Z rzeczy prawie przeczytanych, to na warsztacie mam teraz „Winni jesteśmy wszyscy” Bartosza Szczygielskiego i po 50 stronach muszę powiedzieć, żeby jest dobrze. Zobaczymy, czy utrzyma poziom po mocnym początku. Ale jeśli mu się to uda, to będzie liczącym się kandydatem do wszystkich kryminalnych nagród.
Przed nami przecież jeszcze kilka innych rzeczy. Robert Małecki szykuje na rok 2021 aż dwie premiery. I chyba (chyba!) żadna z nich nie będzie nowym Grossem, więc jestem mocno zaintrygowany. Nie, żebym miał coś przeciwko Grossowi, bo przecież trzy o nim powieści to obok Wrońskiego prawdopodobniej najczęściej nagradzany w Polsce cykl kryminalny. Ale dobrze, że po „Zadrze” komisarz będzie mieć chwilę oddechu. Możemy się też spodziewać kolejnej powieści Anny Kańtoch. Wreszcie, korzystając z moich kontaktów (tak, pogadaliśmy po prostu na messengerze) dowiedziałem się, co planuje Grzegorz Kalinowski. I jestem mocno, mocno zaintrygowany.


