Michał Ritter – zapamiętajcie to nazwisko, a właściwie pseudonim. Pisarz chce pozostać na razie anonimowy. Spotkaliśmy się w jednej z warszawskich kawiarni żeby porozmawiać o „Czterech porach zbrodni. Wiośnie” i nieoczywistych bohaterach tej książki. Na pierwszy plan wysuwają się bezdomni, których przecież widujemy, ale nie widzimy. Mamy także byłego oficera GROM-u, znikające bez śladu młode dziewczęta, a także bardzo sprawnie napisaną fabułę. Rozmawiamy także o Chinach, Tajwanie i Dalekim Wschodzie, bo autor jest znawcą tej tematyki.
Adam Szaja: Który to już pana pseudonim? I po co one?
Michał Ritter: Drugi. Pierwszy, o którym tylko napomknę, był związany z moją debiutancką książką. Takie były wymogi wydawcy, a pseudonim sam wymyśliłem. Była to, jak sądzę, całkiem zgrabna stylizacja mojego prawdziwego nazwiska, wzbogacona o kilka dodatkowych elementów, które miały je skuteczniej zamaskować. Obecny pseudonim był dla mnie punktem wyjścia – miał pomóc w pisaniu. Zamysł był prosty: powieść może się rozrosnąć do większej całości, stąd podział na pory roku. Byłem wtedy świeżo po ukończeniu książki, nad którą pracowałem blisko trzy lata. To była praca żmudna, momentami wręcz traumatyczna, bo dotykała bolesnego okresu polskiej historii. Potrzebowałem oddechu. Chciałem odejść od tej tematyki. Zależało mi, by zacząć jako zupełnie „nowy” pisarz. Zamierzałem stworzyć coś zupełnie innego, dlatego podjąłem próbę zbudowania nowej tożsamości, która pozwoliłaby mi wypłynąć na inne wody.
Czy całkowite ujawnienie się przez pana jest bliskie czy dalekie? Zaraz przyjdą spotkania autorskie, zacznie się drążenie, kim pan jest.
Na razie czuję się jak filmowy Zorro – ukryty za maską. I, prawdę mówiąc, dobrze mi z tym. Uważam, że pisarz nie musi być postacią na tyle medialnie interesującą, by się w pełni odsłaniać. Ważniejsze jest to, co pisze – i jak pisze. Mówię to całkiem szczerze, mając na myśli także tych, o wiele bardziej znanych autorów, którzy rzadko stawali w świetle reflektorów. Wybierali raczej zacienione miejsce: własne biurko – i skupiali się na tym, co mają do przekazania.
Tłumaczył pan w swojej karierze wielkie nazwiska – specjalnie ich tu nie podaję, żeby nie podsuwać tropów. Miał pan również bardzo ciekawą pracę międzynarodową, zna się na Dalekim Wschodzie. Skąd zatem chęć pisania kryminałów?
Kryminał – a w tym przypadku raczej mieszanka kryminału, thrillera i, jak sądzę, w pewnym stopniu także powieści szpiegowskiej (co zapewne wyraźniej ujawni się w drugiej części, zatytułowanej Lato) – daje bardzo szerokie pole do popisu. Pozwala rozwinąć skrzydła i podążyć za wyobraźnią – którą, rzecz jasna, od czasu do czasu trzeba nieco przystopować.
Praca – choćby nie wiem jak ciekawa – pozostaje pracą, którą trzeba oddzielić od życia prywatnego. A jego istotną częścią jest dla mnie życie emocjonalne związane z pisaniem. Korzystając z wiedzy zdobytej na gruncie zawodowym i czerpiąc z szerokiego kręgu zainteresowań, które towarzyszą mi od młodości, chciałem tworzyć fabuły i światy wykraczające poza rutynowy rytm codziennych obowiązków.
Swoją rolę odegrała też, jak sądzę, chłopięca wyobraźnia. Odwołam się do lat dzieciństwa, kiedy trafiająca do mnie literatura była zbiorem zupełnie przypadkowych tytułów. Chwytałem te, które ktoś mi podsuwał, ale też takie, które sam wyszperałem na bibliotecznych półkach. Były to książki naprawdę różne. Niektóre szczególnie zapadły mi w pamięć – rozbudzały wyobraźnię, budziły bohaterskiego ducha. Kształtowały obraz człowieka, który nie waha się stanąć przed trudnymi zadaniami, a jednocześnie ma – mentalnie i fizycznie – siłę, by im sprostać. Wśród moich ówczesnych lektur dominowały książki pokroju Winnetou, Ivanhoe czy Robin Hood. Trylogię o szlachetnym wodzu Apaczów znałem niemal na pamięć – był taki okres, że czytałem ją na wyrywki, a całe partie potrafiłem recytować z pamięci.
Myślę, że na niektóre pisarskie decyzje wpłynęła właśnie ta chłopięca ciekawość świata i wyobraźnia, która każe nam widzieć siebie jako mocarzy. Ziarno zasiane przed laty – w czasach lektur, marzeń i pierwszych prób – w sprzyjających okolicznościach wydało taki, a nie inny plon.

Angażuje pan w swojej powieści grupę społeczną, która zazwyczaj jest pomijana, czyli osoby bezdomne. Polski pisarz Jakub Ćwiek, gdy pisał swoją książkę „Ciemność płonie”, dziejącą się na starym katowickim dworcu, w ramach researchu sporo czasu spędził z bezdomnymi. Nawet trochę z nimi pomieszkał, żeby poznać ich zwyczaje. Skąd u pana taka znajomość tej grupy i dlaczego to właśnie ona wysuwa się w książce na pierwszy plan?
W moim przypadku ta znajomość nie jest aż tak głęboka. Spotykam tych ludzi niemal codziennie. Niektórych poznałem na tyle dobrze, że chętnie ze mną rozmawiają. Zdarzają się momenty, kiedy naprawdę chcą się otworzyć. Wiele z tych osób odbiega od stereotypowego wizerunku, jaki zwykle im przypisujemy. Mają bogate życie wewnętrzne, są elokwentni, choć niechętnie mówią o przeszłości. Żyją z dnia na dzień, rzadko myśląc o przyszłości. Gdy proponuję coś do jedzenia albo niewielki datek, zdarza się, że mówią wprost: ich jedynym marzeniem jest zdobyć tyle pieniędzy, by zaszyć się w ciemnym kącie z butelką alkoholu i tak zakończyć życie – zanim nadejdzie kolejna zima.
To bolesna, traumatyczna konfrontacja z rzeczywistością. Wokół siebie widzę świat blichtru, ludzi szczęśliwych lub pozujących na szczęśliwych. A obok żyją ci, których jedynym pragnieniem jest zasnąć i więcej się nie obudzić.
Zdarza się przecież, że ci ludzie, którzy dzisiaj kupują w luksusowych sklepach, jutro znajdują się na ulicy.
Mam tego świadomość. Świat kredytów, luksusowych samochodów i wysoko oprocentowanych pożyczek może pewnego dnia sprowadzić takiego „szczęśliwca” na samo dno. Może właśnie to spotkało ludzi, z którymi rozmawiałem. Trafili na ulicę nie z własnego wyboru. Często był to efekt splotu okoliczności, niefortunnych zdarzeń, błędnych decyzji albo czyjejś złej woli. To nie była pogoń za przygodą ani świadoma izolacja w poszukiwaniu katharsis. Staram się widzieć w każdym przede wszystkim człowieka. Ludzie, którzy stracili wszystko, chcą przynajmniej zachować godność.
Jest jakiś konkretny przykład, który najbardziej zapadł panu w pamięć? Ktoś, kto był kiedyś profesorem, dyrektorem banku?
W powieści pozwoliłem sobie na odrobinę wyobraźni. Jeden z panów, których często spotykam – niski, drobnej postury – stał się fizycznym wzorcem postaci Gacka. Stracił mieszkanie, choć nie w takich okolicznościach, jak opisuję w książce. W pewnym sensie z własnej winy – przez zaniedbanie. Wybrał jednak swoistą wolność, jaką daje życie na ulicy, zamiast korzystać z przytułków, gdzie obowiązują reguły, które – jak uważał – ograniczały jego swobody.
Bezdomni, których znam, chętnie korzystają z pomocy, jaką oferują na przykład działające na Powiślu siostry szarytki. Wytrwale czekają w kolejce po posiłek, ale to często jedyna forma zobowiązania wobec świata, jaką akceptują. Chcą być na swój sposób wolni.
Mówię to wszystko nie z perspektywy osoby, która zrobiła wystarczająco dużo, żeby ich dogłębnie poznać. Ale mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej zainteresować ich życiem innych. Nie mijajmy ich obojętnie na ulicy, jakby żyli w alternatywnym świecie.
Jedną z postaci w pana książce jest Buba. Nie wiem dlaczego, ale sympatyzowałem z nim od samego początku. To człowiek, który również żyje na ulicy. Był franciszkaninem i – nie zdradzając za dużo z fabuły – staje się Aniołem Stróżem głównego bohatera. Czy pan spotkał na swojej drodze taką osobę, o której mógłby pan powiedzieć, że była pana Aniołem Stróżem? Ktoś, dzięki komu nie popełnił pan poważnego błędu?
Buba to postać fikcyjna. Ale kiedy padło to pytanie, zacząłem krążyć myślami wokół różnych wydarzeń i ludzi. Choć nie potrafię wskazać konkretnej osoby, która w pełni odpowiadałaby definicji anioła stróża, mam przeświadczenie, że takie sytuacje się zdarzały. Ktoś – albo coś – powstrzymywał mnie w ostatniej chwili przed zrobieniem czegoś, co mogło obrócić się przeciwko mnie.
Stwarzając postać Buby, myślałem o niedawno zmarłym franciszkaninie – przyjacielu naszej rodziny. Jak to w życiu zakonnym, był przenoszony z miejsca na miejsce, więc z czasem nasze relacje uległy rozluźnieniu. Poważnie zachorował, a jego posługa duszpasterska stała się znacznie utrudniona, co bardzo przeżywał. Sądzę, że brakowało mu wsparcia – zarówno duchowego, jak i fizycznego – które często zapewnia rodzina. Kiedy myślę o tworzywie, z którego ulepiłem Bubę, to być może właśnie mój przyjaciel w habicie był jego najważniejszym składnikiem. Wspominam go bardzo ciepło i wierzę, że jego ziemska posługa została sowicie wynagrodzona w niebie.
Powiedział pan przed chwilą, że po moim pytaniu zaczął się pan zastanawiać nad takimi osobami i sytuacjami. Proszę podać jakiś przykład.
To chyba nie będzie najbardziej błyskotliwy wywód. Dotyczy wyborów z lat młodzieńczych. Byłem wtedy chorowitym chłopakiem, próbującym odnaleźć swoje miejsce w świecie rówieśników. Zainteresowałem się sportem. W pobliżu znajdował się ośrodek oferujący treningi kulturystyczne. Chciałem wyrwać się z zaklętego kręgu bycia tym, na kogo patrzy się z góry. Zacząłem tam regularnie uczęszczać i byłem pilnym uczniem. Z miejscem tym związany był swojego rodzaju mentor – wówczas głośne nazwisko, kilkakrotny mistrz Polski w kulturystyce. Ponieważ mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, po treningu często wracaliśmy razem.
Podczas jednego z takich powrotów zapytał: „Wiesz, czego właściwie chcesz?”. „Oczywiście” – odpowiedziałem. „Bo widzisz – powiedział – gdybym dziś miał decydować, nie wybrałbym tej dyscypliny”. Słuchałem go w osłupieniu. „Kiedy idę na plażę – ciągnął – czuję na sobie spojrzenia wszystkich. I nie każdy patrzy z sympatią. Nie chciałbym tak wyglądać”.
To, co wtedy powiedział, dało mi do myślenia. Zrozumiałem, że sport to nie tylko epatowanie sylwetką. Wywołany przez pana do odpowiedzi, przytaczam ten przykład zewnętrznej ingerencji, która – w moim przypadku – okazała się skuteczna. Po tamtej rozmowie zdecydowałem się poszerzyć krąg sportowych zainteresowań. I chyba wyszło mi to na dobre.
W pana książce jest takie zdanie, które według mnie mogłoby być jej motywem przewodnim: „Sukces rozgrzesza nawet największe zbrodnie”. Czy zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
Nie. I chciałbym to rozwinąć. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak tani dydaktyzm, ale wciąż pokutuje błędne przekonanie, że ludziom sukcesu – tym wielkim, zasłużonym – wolno więcej. Że nie obowiązują ich żadne granice. Że mogą przekraczać to, co dla innych jest nieprzekraczalne. Taka postać pojawia się w mojej powieści jako swego rodzaju zbiorowy portret, na który składa się szereg znanych osobistości. Nie będę wymieniał nazwisk, ale uważny czytelnik, śledzący życie publiczne ostatnich lat, z pewnością sam je sobie przypomni. Mam na myśli ludzi, których niektórzy politycy i przedstawiciele świata kultury rozgrzeszali, mówiąc: „Ktoś, kto ma na koncie takie dokonania, nie może być traktowany jak zwykły śmiertelnik. Musimy spojrzeć na niego łagodniejszym wzrokiem”.
Porozmawiajmy chwilę o Hubercie Rajcherze, który jest głównym bohaterem książki. To człowiek, który – znów żeby nie zdradzać za dużo – przeżywa swój życiowy dramat każdego dnia. Wylądował na ulicy z własnej woli i jest człowiekiem do zadań specjalnych policji, ma pomóc w rozwiązaniu sprawy pod kryptonimem „Wiosna”. Czy według pana, cała ta sytuacja, czyli zniknięcia dziewcząt (tym razem nie zdradzamy za dużo, bo to jest napisane na okładce) i ten projekt o nazwie „Siedem cudów życia”, mogłaby wydarzyć się naprawdę?
Nie chcę wskazywać konkretnych przypadków, ale życie bywa znacznie brutalniejszym twórcą – „pisarzem” obdarzonym wyobraźnią większą, niż nam się wydaje. Jeśli autor stworzy jakąś fikcję, istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdzieś już się wydarzyła. To trochę jak ze szpiegowskimi gadżetami. Jeśli wymyślimy coś, co mogłoby być kluczowym elementem akcji, ale wydaje się tak nierealne, że trudno uwierzyć, by w najbliższych latach ujrzało światło dzienne – to istnieje spora szansa, że taki gadżet już został skonstruowany. A może nawet użyty.
Na przykład wybuchający batonik?
W Syrii dzieci ginęły, biorąc do rąk pluszowe misie. Nie sądzę, by Amerykanie byli aż tak „twórczy” w swoich metodach walki z terroryzmem, jak sugeruje to powieściowy „wybuchający batonik”. Istnieją mechanizmy kontroli – komisje kongresowe, dziennikarze stojący na straży praw człowieka. Ale są kraje, które nie podlegają takim regulacjom i nie muszą obawiać się wnikliwego spojrzenia mediów. Pewnego rodzaju niehumanitarne gadżety – „zabawki”, „batoniki” – mogliby tworzyć, i być może tworzą, Rosjanie czy Koreańczycy z Północy. W świecie Rajchera, którego niewiele potrafi zaskoczyć, obowiązują jednak pewne reguły. On, podobnie jak amerykańscy dziennikarze czy kongresmeni stojący na straży praw człowieka, również zawahałby się przed niektórymi wyborami.
Czy Rajcher jest postacią pozytywną?
Rajcher to postać ukryta w cieniu, która od czasu do czasu wychodzi na światło dzienne. Mroczny wilk, który w nim tkwi, nie żywi się przemocą – ale gdy trzeba, potrafi pokazać kły.
Rodzina jest, albo powinna być, zawsze ważniejsza od pracy?
To złożone pytanie. Mogę panu na poczekaniu podać jedną odpowiedź – moją, Michała Rittera: tak, rodzina jest ważniejsza.
Ale istnieje też druga odpowiedź, nad którą zawahałby się choćby operator jednostki GROM. Wśród pytań, które podobno zadaje się im na testach, pojawia się i takie: „Czy poświęciłbyś swoją rodzinę, gdyby od tego zależało bezpieczeństwo kraju?”.
Ciekawostka polega na tym, że sami nie zdradzają, jak odpowiedzieli. Być może w oczach psychologów odpowiedź „nie” byłaby trafniejsza niż „tak”.
To są bardzo indywidualne wybory – mówię o ludziach poddawanych takim testom. Łatwo powiedzieć „tak” albo „nie”, co właśnie zrobiłem, ale wypowiadając się wyłącznie we własnym imieniu. I to, w przypadku tak trudnego pytania, chyba jedyna sensowna forma odpowiedzi.
Spytałem o to, bo jedna z policjantek w książce ma z tym problem – ma córkę, która, delikatnie mówiąc, jest przez nią zaniedbywana.
To problem dotyczący wielu rodzin, zwłaszcza że w tym przypadku mamy do czynienia z rodziną niepełną. Ale w tej konkretnej sytuacji z całą pewnością odpowiedziałbym jednoznacznie: rodzina jest ważniejsza.
Mamy takie wyobrażenie, że ludzie w mundurach to zbiorczy bohater pozytywny. W pana książce okazuje się, że niekoniecznie.
Czarne owce są wszędzie. Nie oznacza to jednak, że powinny zaciemniać statystycznie pozytywny obraz danej grupy zawodowej. Nie jest właściwe ani demonizowanie, ani bezkrytyczne idealizowanie.
Policja bywa narażona na różnego rodzaju pokusy. Niektórzy bohaterowie mojej powieści takim pokusom ulegają — ale to przypadki jednostkowe.
Podobnie jak jednostkowym przykładem jest Rajcher, który w swoim poczuciu sprawiedliwości kieruje się własnym kodeksem, własnym dekalogiem. Nie do końca zgodnym z chrześcijańskim – choćby w kwestii nadstawiania drugiego policzka. Ale nie posunąłby się do czynów haniebnych, których później musiałby żałować. Zwłaszcza że jeden bardzo nierozsądny krok ma już za sobą. I zapłacił za niego srogo.
Czytelniczki i czytelnicy są w stanie w kryminale czy thrillerze wybaczyć absolutnie wszystko – odcięte ręce, nogi, różnego rodzaju zbrodnie itd. Jednak gdy dochodzi do krzywdzenia zwierząt podnosi się zbiorowy raban: „Jak można to było zrobić psu czy kotu?”. Rozumiem, że jest pan gotowy na to, że takie głosy mogą się podnieść.
Do czego pan nawiązuje?
Chodzi mi o zastrzyki robione psom.
To właśnie ta „mroczna strona mocy”, którą książkowe czarne charaktery wykorzystują do maksimum. Ukazanie przemocy wobec zwierząt – zwłaszcza gdy sprawcą jest czarny charakter – wyraźnie sygnalizuje negatywny stosunek pisarza do takich postaw.
Myślę, że człowiek świadomy swojej pozycji w świecie natury – górujący w większości przypadków nad przedstawicielami świata zwierzęcego – musi również zdawać sobie sprawę, że skoro wolno mu więcej, skoro stoi wyżej w hierarchii, to powinien wykazywać się większą empatią wobec tych „niższych” od siebie.
Zdarzyło się panu kiedyś znaleźć coś ciekawego w śmietniku?
Nigdy nie grzebałem w śmietnikach…
Jako licealista, dysponujący skromnymi środkami finansowymi, często odwiedzałem antykwariaty. To były dla mnie swoiste łowy – czułem się jak konkwistador, który odkrywa nowy ląd i dostrzega coś, czego inni nie zauważają.
Oczywiście, najczęściej były to zwykłe pomyłki. Ale przez jedną krótką chwilę miałem przekonanie, że trzymam w ręku bezcenną zdobycz. Pamiętam na przykład podręcznik dla gimnazjalistów z datą wydania 1509. Ostatecznie okazało się, że to chochlik drukarski i chodziło o rok 1905 — ale sama data działała na wyobraźnię i podnosiła wartość znaleziska.
Zdarzało mi się też buszować po strychach – zawsze za zgodą gospodarzy – i tam także trafiałem na „skarby”, które działały na młodzieńczą wyobraźnię.
Czytelnicy zrozumieją powyższe pytanie po lekturze książki. Porozmawiajmy więc chwilę o przyszłości – co wydarzy się latem?
W Lecie – mam na myśli drugą część tetralogii – w Warszawie dojdzie do serii brutalnych zabójstw. Ofiarami będą celebryci, mężczyźni niepowiązani ze sobą. Komisarz Zaspa i pułkownik Rajcher wspólnie spróbują wytropić seryjnego mordercę.
Jednocześnie Rajcher zmierzy się z własną przeszłością. Powróci Duchamp – człowiek, który przed laty razem z Rajcherem brał udział w selekcji do GROM-u. Odpadł, w dużej mierze za sprawą Rajchera, a później – jak czytelnicy Wiosny wiedzą – został przez niego skazany na pewnego rodzaju niebyt.
W drugiej części dojdzie do konfrontacji między nimi. Szczegółów wolałbym jednak na razie nie zdradzać. Wkracza jak zły duch w życie Rajchera i Zaspy – właśnie wtedy, gdy ich relacja zaczyna nabierać bardziej osobistego charakteru. To zapowiedź tego, co ma nadejść.
Życie bywa sielanką, która potrafi nagle zamienić się w tragedię – i właśnie tego doświadcza Rajcher na ostatnich kartach Wiosny. Związek Zaspy i Rajchera nie jest łatwy. Nie ma w nim miejsca na romantyczne uniesienia rodem z filmów. To więź, do której oboje muszą dojrzewać. Jako autor chciałbym podarować im szansę. I mam nadzieję, że z niej skorzystają.
Czyli w drugim tomie będą nie tylko partnerami w pracy?
Tak, choć ten wątek będzie się rozwijał powoli, w sferze emocjonalno-intymnej.

















Teksty odbiegają duchem od tego, co znamy z serii o Martine Becku duetu Sjöwall i Wahlöö. Więcej w nich humoru i zabawy kryminalną formułą. Nie znaczy to bynajmniej, że odbiło się to negatywnie na jakości intrygi. Trzeba jednak przyznać, że okazjonalność ich powstawania sprawiała, że nie można ich traktować jako poważnej, autonomicznej serii kryminalnej.