Tag: kryminał

  • Lepiej pisze niż strzela, rozmowa z Chrisem Carterem

    Po zaciągnięciu Robina Cooka do dentysty, a Kuby Małeckiego do opuszczonej kamienicy w Warszawie, czas na Chrisa Cartera na strzelnicy. Pewnie nadejdzie taki moment, że ktoś się nie zgodzi, ale nie zapeszajmy, na razie wszyscy chętnie (?) przystają na moje dziwne pomysły. Oby jak najdłużej. Poszliśmy więc z Chrisem pogadać o jego najnowszej  książce w dość nietypowych okolicznościach przyrody, ale jakże typowych dla kryminału. Fakty są takie, że ja lepiej strzelam, Chris za to pisze kapitalne książki. Nie tak dawno na polskim rynku ukazał się „Rozmówca” – po przeczytaniu już prawdopodobnie nigdy nie skorzystacie z telefonu prowadząc samochód, bo konsekwencje mogą być takie, jak w najnowszej książce brazylijskiego pisarza.

     

     

     

  • „Mój pierwszy raz”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pierwsza wizyta na zagranicznych targach książki. Pierwsza w charakterze autora. Udział w panelu, dyżury autorskie. Moja wizyta w Paryżu trochę była przygodą, trochę powrotem do przeszłości

    Przed wyjazdem do stolicy Francji mówiono mi kilka razy, że odbywają się tam najpiękniejsze targi książki w Europie. Jestem gotów się z tym zgodzić. Zorganizowano je w halach Porte de Versailles, miejscu przyjemnym, dobrze skomunikowanym i przestronnym. Powierzchnia wystawowa jest naprawdę ogromna. Główne aleje między stoiskami są bardzo szerokie. Ale i tak w godzinach szczytu potrafią się porządnie zakorkować. Bo tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii – widownia. Na targach pojawiłem się w piątek późnym popołudniem. Wtedy było w miarę spokojnie. Mogłem spokojnie się przejść z jednego końca na drugi, pooglądać, zorientować się w topografii hali. W sobotę było już ciężko. Przejście około dwustu metrów od stoiska mojego wystawcy Agullo Editions do stoiska polskiego potrafiło mi zająć kilkanaście minut. Kolejki do najpoczytniejszych autorów potrafiły się ciągnąć, ciągnąć, a potem zawijać kilkukrotnie niczym wąż. Obok stali ochroniarze pilnując, żeby nikt się nie przepychał. Jasne, nie jest to nic, czego byśmy nie widzieli już w Polsce w Krakowie czy Warszawie (być może za wyjątkiem ochroniarzy). Ale i tak robiło wrażenie. Szczególnie zaimponowali mi fani mało w Polsce znanej autorki belgijskiej Amelie Nothomb. Stali grzecznie godzinami i w piątek, i w sobotę. Ale podobno ta pisarska cieszy się w krajach francuskojęzycznych ogromnym powodzeniem. Łącznie targi odwiedziło około 3000 twórców.

    Paryż, fot: www.unsplash.com/Anthony DELANOIX

    W Paryżu widać też było pieniądze. Takie, których na żadnych targach w Polsce chyba nigdy nie zobaczymy. Państwa arabskie: Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Arabskie (miasto Szardża było zresztą gościem specjalnym targów) wynajęły łącznie chyba z połowę ogromnej przecież hali. Szkoda, że w gruncie rzeczy niewiele się tam działo, a i sami Francuzi rzadko tam zachodzili. Czasami miałem wrażenie, że mieszkańcy tych krajów zrobili sobie własne, osobne targi dla samych siebie. Zupełnie inaczej wyglądało to na stoisku urządzonym wspólnie przez kilka krajów afrykańskich. Pomimo tego, że znajdowało się na końcu terenu, nieustannie przewalały się przez nie tabuny ludzi. Każda dyskusja, każde spotkanie z autorem mogło liczyć na sporą widownię. Była tam autentyczna i ogromna energia. A Polska? Na ogólnym tle stoisko wypadło bardzo przyzwoicie. Skromne, ale w niezłym miejscu i z kilkoma ciekawymi wydarzeniami. Szczególnie atrakcje kierowane do dzieci cieszyły się sporym zainteresowaniem. Do tego dość duży wybór książek polskich autorów. I tych przetłumaczonych już na francuski i tych w naszym języku. No i na koniec jeszcze jeden obrazek. Swoje stoisko miała również firma Sony, która promowała tam konsolę do gier Playstation 4. Pierwsze zdziwienie – fakt, że ktoś z firmy uznał, że powinni tam być. Drugie zdziwienie, to forma. Konsola była tylko jedna. Całą resztą powierzchni zajmowały książki z ilustracjami do gier (tzw. artbooki).

    Sam czułem się tam, jakbym się cofnął w czasie o kilka lat i znowu znalazł się na początku pisarskiej kariery. Siedziałem grzecznie na dyżurach autorskich i tęsknie spoglądałem w mijającym mnie tłum próbując wyłowić z niego chociaż jedną osobę, która byłaby zainteresowana moimi książkami. Okej… W ogólny rozrachunku nie było tak źle. Kilkanaście książek podpisałem, udzieliłem dwóch wywiadów, wziąłem udział w bardzo ciekawym panelu z autorami z Węgier i Rosji. Umówiliśmy się też wstępnie na trasę promocyjną przy okazji promocji francuskiego wydania „Farmy Lalek”. Było więc mniej więcej to, czego się spodziewałem. Normalna, mozolna ciężka praca i budowanie krok po kroku własnej popularności. Ale widziałem różnicę w porównaniu z chociażby ostatnimi targami w Warszawie, po których autentycznie bolał mnie nadgarstek. Oczywiście, takich autorów jak ja, było wielu. Przechadzając się po hali targowej bezbłędnie ich rozpoznawałem. Lekko znudzone twarze, na których odmalowywała się nadzieja, kiedy tylko nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. A potem wracało na nie znudzenie, kiedy uśmiałem się przepraszająco i szedłem dalej. Tak naprawdę, to miałem ochotę ich przytulić i powiedzieć, że wiem, co czują.

    Zakończę małą sensacją, którą żyły targi w momencie, kiedy tam przyjechałem. W czwartek odwiedził je prezydent Emanuel Macron. Odmówił jednak wizyty u gościa honorowego targów. Stwierdził, że jest wielkim miłośnikiem literatury z tamtego kraju, ale z powodu zachowania się tamtejszych władz musi zbojkotować stoisko. Tym krajem była Rosja.

    Wojciech Chmielarz

  • „Polski kryminał w ślepej uliczce”, lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Umówmy się, to są wszystko przesłanki. Zebrało się kilka rzeczy, myśli po głowie, własnych obserwacji i całkiem prawdopodobne, że mocno się mylę. Ba! Chciałbym się mylić i mam nadzieję, że ktoś mi to zaraz udowodni. Ale powiem krótko – dobry czas dla polskiego kryminału właśnie się kończy. Zaczyna się kryzys.

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie plebiscyt na najlepszą książkę 2017 lubimyczytac.pl., a później tekst Bartosza Szczygielskiego, który zresztą pojawił się na tych samych łamach. Zacznijmy od plebiscytu. Oczywiście, rozumiem wszystkie wątpliwości, które wyrażają czytelnicy. Jak to, czy da się wybrać najlepszą książkę w drodze głosowania. Ale zostawmy to na boku. Plebiscyt lubimyczytac.pl ma jedną podstawową zaletę – jasne zasady. O nominacji decyduje popularność danej książki w serwisie. Im więcej czytelników, tym większa szansa na jej zdobycie. W kategorii „Kryminał, sensacja, thiller” na dwadzieścia tytułów, mamy tylko trzy książki polskich autorów. Trzy na dwadzieścia! Dla porównania w kategoriach „Literatura fantastyczna” oraz „Science fiction” wygląda to dużo lepiej. Kolejno osiem i siedem powieści z Polski. I jasne. To tylko plebiscyt. I oczywiście, to może być kwestia gorszego roku, bo przecież w poprzedniej edycji wyglądało to dużo lepiej. Ale wpisało się to jakoś mocno w moje niewesołe od pewnego czasu przemyślenia na temat kondycji gatunku w Polsce.

    W wywiadach często pyta się mnie, czy istnieje coś takiego, jak polska szkoła kryminału. Odpowiadam szczerze, że według mnie „nie”. A przynajmniej ja jej nie widzę. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, naszą specyfiką, było skupienie się na historii, tworzenie powieści w stylu retro, ale to już minęło. I jak miałem zastrzeżenie do tej mody, to nie mam wątpliwości, że to było coś naszego i własnego. Że takiemu Krajewskiemu i Wrońskiemu udało się wypracować własny, spójny język do tego, żeby opowiedzieć kilka ciekawych rzeczy o naszej historii. Teraz natomiast nie jestem w stanie wskazać jednego elementu, który wyróżniałby twórczość autorów znad Wisły od twórców z innych krajów. Coś, co sprawiłoby, że można by stawiać przy książkach kolejnych autorów pieczęć z napisem „polska jakość”, podobną do tej, jaką wypracowali sobie Skandynawowie.

    www.unsplash.com/Evan Kirby

    Od dawna też czekam na polską powieść kryminalną, która mnie szczerze zaskoczy i zachwyci. Taką, którą będziemy sobie (my nawzajem, ludzie z branży) polecać. Którą przeczytam, odłożę z poczuciem zazdrości i pomyślę, że nie wiedziałem, że tak też można pisać. W ostatnim czasie najbliżej tego była Anna Kańtoch z „Wiarą”, ale to ciągle nie było to. Bardzo ciekawy był „Król” Szczepana Twardocha, ale w tym przypadku nikt nie miał odwagi przyznać, że jest to powieść gatunkowa. Ale jako opowieść gangsterska „Król” się bronił właśnie najlepiej. Dzięki temu, że zaatakował ten wyeksploatowany temat z zupełnie innej strony, był świeży, intrygujący.

    Beata Stasińska, była szefowa wydawnictwa WAB, kobieta, która ma niewiarygodne zasługi dla polskiej literatury w ogólności, a polskiego kryminału w szczególności (czy ten cały boom nie zaczął się przecież od Mrocznej Serii?), napisała na Facebooku, że ciągle nie doczekaliśmy się polskiego Mankella i Rankina. Nie uważam, żeby to było właściwe postawienie problemu. Prawdziwym kłopotem jest to, że nie mamy nikogo, kogo można by postawić obok tej dwójki. Nie jako ich nasz krajowy odpowiednik, ale jako równorzędny partner, który równie dużo wniósł do gatunku. Potencjał, żeby stać się kimś takim miał Zygmunt Miłoszewski. I może, jeśli kiedyś wróci do kryminału, uda mu się to osiągnąć.

    Podsumowuję sobie w głowie te wszystkie wątki i nie potrafię się pozbyć wrażenia, że polski kryminał trochę znalazł się w ślepej uliczce. Jasne, ciągle ukazują się kolejne książki. Co więcej, często są to dobre lub bardzo dobre powieści. Ale osobiście nie widzę postępu. Czegoś nowego, ekscytującego, ważnego. Być może plebiscyt lubimyczytac.pl, te nieszczęsne trzy pozycje na dwadzieścia, to dowód na to, że zaczynają to dostrzegać również czytelnicy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Pracowałem z zabójcami, którzy mieli charyzmę gospodarza talk show”. Felieton Chrisa Cartera o seryjnych mordercach.

    Chrisa Cartera fanom kryminału przedstawiać nie trzeba. To on stworzył postać Roberta Huntera i nadał mu, jak to zwykle bywa, wiele swoich cech. Jak pewnie wiecie, zanim Chris wziął się za pisanie, zajmował się wieloma rzeczami. Przykłady? Grał w zespole, był striptizerem, sprzedawał pizzę, ale też, a może przede wszystkim, był psychologiem policyjnym w Stanach Zjednoczonych. Przeczytajcie felieton o seryjnych mordercach, bo Chris zetknął się w swojej pracy z wieloma.

    Kiedy wiadomo, że stoisz twarzą w twarz z seryjnym zabójcą?

    Nie mogę uwierzyć, że to był on”

    Wydawał się taki normalny”

    Wszyscy sąsiedzi tak go lubili”

    Zawsze był taki miły i grzeczny dla wszystkich” 

    To tylko niektóre stwierdzenia wypowiedziane przez sąsiadów seryjnych zabójców takich jak Jeffrey Dahmer, Ted Bundy i Dennis Rader. A powody takich uwag są proste.

    Psychopaci, którzy traktowani są przez psychologów jako najniebezpieczniejsi członkowie społeczeństwa, nie wyglądaja na szaleńców i tak się nie zachowują. Nie są chorzy psychicznie. Nie mają ataków, nie tracą kontaktu z rzeczywistością w związku ze swoja przypadłością. Tak naprawdę są nie tylko świetni w udawaniu normalnych, ale też świetni w zdobywaniu zaufania.

    Pozwólcie mi wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje.

    Glówną cechą charakterystyczną psychopaty jest skrajny chłód emocjonalny. Jest to jedna z najtrudniejszych do zdiagnozowani anomalii psychologicznych – trudniejsza niż schizofrenia czy choroba dwubiegunowa. Słowami laika – skrajny chłód emocjonalny oznacza, że psychopaci są niezdolni do odczuwania takich emocji jak miłość, współczucie, żal, przywiązanie, miłosierdzie, litość, empatia, skrucha, poczucie winy i tak dalej. Dosłownie nie odczuwają emocji, ale, co najważniejsze – zachowują się tak, jakby odczuwali. Głównie dlatego, że nie odróżniają dobra od zła i rozumieją, że nieodczuwanie żadnych emocji w stosunku do innych ludzi byłoby uznane jako złe przez społeczeństwo. Uzbrojeni w tą wiedzę udają uczucia by nie zostać odrzuconymi przez wszystkich dookoła. Prawda jest taka, że psychopata to patologiczny kłamca który uwielbia oszukiwać i manipulować innymi ludźmi.

    www.unsplash.com/Nico Beard

    Kiedy pracowałem jako psycholog behawioralny w Stanach Zjednoczonych, rozmawiałem z setkami zabójców, z których wielu było seryjnymi zabójcami. Rzadko było w nich coś nienormalnego. Pracowałem z zabójcami, którzy byli czarujący, dowcipni i mieli charyzmę gospodarza talk show. Inni wyglądali na tak przestraszonych i kruchych, że miałem ochotę ich przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Kilku wyglądało na dobrotliwych dziadków, z którymi bez namysłu napiłbyś się herbaty. Jakkolwiek przerażająco to brzmi, główną cechą wspólną łaczącą prawie wszystkich seryjnych zabójców, z którymi pracowałem jest fakt, że wszyscy wyglądali i zachowywali się jak większość ludzi, których spotykasz w codziennym życiu.

    Mimo tego, że w Stanach Zjednoczonych psychopaci stanowią trzydzieści pięć procent agresywnych więźniów, większość psychopatów nie jest przestępcami.

    Szacuje się, że około dwóch procent dorosłych na całym świecie to psychopaci. To oznacza, że w samej Wielkiej Brytanii ponad million psychopatów chodzi po ulicach. To może być twój sąsiad, sprzedawca w sklepiku na rogu, twój nauczyciel, pracownik społeczny, który odwiedza cię raz w miesiącu, twój kumpel z pub’u, twój szef, a nawet współmalżonek. Mają normalną pracę i angażują się w normalne zajęcia tak jak ty i ja. Większość z nich jest w stanie utrzymać normalne związki nie odczuwając żadnych emocji w stosunku do swoich współmałżonków i dzieci.

    Nie, psychopaci nie zachowują się inaczej niż osoba którą codziennie widzisz w lustrze. Zidentyfikowanie ich jedynie na podstawie wyglądu, lub nawet poprzez regularne i obszerne rozmowy jest niemożliwe.

    Prawda jest taka, że wykwalifikowanemu psychologowi kryminalnemu potrzeba kilku dogłebnych sesji, a może nawet całej gamy testów psychoanalitycznych żeby orzec, że badany wykazuje przestępcze, a w skrajnych przypadkach, mordercze tendencje. A nawet wtedy nie oznacza to, że badany jest, lub zostanie przestępcą w jakimkolwiek sensie.

    Większość seryjnych zabójców ma pełne pojęcie, że to co robią jest złe i to pojęcie każe im ukrywać swoje czyny najlepiej jak potrafią. Nie zachowują się podejrzanie, nie wyglądają podejrzanie i zdecydowanie nie ogłaszaja tego co robią.

    Więc skąd wiadomo, że stoisz twarzą w twarz z seryjnym zabójcą?

    Nie wiadomo. Okropna prawda jest taka, że możesz właśnie obok jednego siedzieć i nie będziesz o tym wiedzieć.

    Jeśli macie ochotę przeczytać dłuższy wywiad z Chrisem, to kliknijcie tutaj.

     

  • „Wiedziałem, że maczeta z Ghany mi się przyda”, powiedział mi ostatnio sąsiad. Alex Marwood dla smakksiazki.pl

    Pseudonim literacki zaczerpnęła od nazwiska swojej praprababci. Fabułę swojej najnowszej książki, chociaż to trudne do wyobrażenia, oparła na rzeczywistej historii. Ostatnio zauważyła, że jej sąsiad używa maczety, a sama jest fanką serialu „Dexter”. Przed wami Alex Marwood i jej najnowsza książka, czyli „Zabójca z sąsiedztwa”. 

    alex-marwood-zabojca-z-sasiedztwa1Pani sąsiedzi czytali książkę? Jeśli tak, to czy nadal żyjecie w dobrych relacjach?

    Haha – tak! Chyba czworo z nich ją przeczytało i nie mają pretensji! Mam aktualnie bardzo dobre stosunki z sąsiadami; kilkoro z nich jest nawet moimi dobrymi przyjaciółmi. Wahałam się czy dać to mojemu sąsiadowi z dołu, bo pomysł na książkę przyszedł mi do głowy kiedy zapchały się jego odpływy, ale na szczęście, nie miał z książką problemu. Chociaż, ostatnio wróciłam do domu i zastałam go przed domem wycinającego chwasty metrową maczetą. „Czy to jest maczeta?” zapytałam. „Tak, pochodzi z Ghany”, odpowiedział. „Wiedziałem, że się przyda.” Potem uniósł brwi i dodał „tak naprawdę to trochę jak w twojej książce.”

    Jaki był w ogóle pomysł na fabułę, chciała Pani pokazać, że w Londynie każdy może być tym złym?

    Pomysł był luźno oparty na przypadku Dennisa Nilsena, jednego z najbardziej znanych londyńskich seryjnych morderców. We wczesnych latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku zamordował 14 młodych mężczyzn we wspólnym domu, takim jak ten w książce. Pokroił ich, ugotował i pozbył się ich spuszczając w toalecie. W końcu wpadł, gdy jego odpływy zapchały się tkanką tłuszczową. Co mnie zawsze fascynowało to fakt, że żaden z jego sąsiadów niczego nie zauważył, mimo, że musiały dobiegać stamtąd jakieś odgłosy czy zapachy. Książka tak naprawdę jest o miejskiej samotności i okolicznościach, które ją tworzą. Miasto takie jak Londyn jest tak zatłoczone – do mojego mieszkania bezpośrednio przylega dziewięć innych – że trzeba nauczyć się udawać, że nie wiesz co robią twoi sąsiedzi, bo wszyscy by zwariowali.. Jak już mówiłam, przyjaźnię się z moimi sąsiadami ale często udajemy że nie zdajemy sobie sprawy ze swojej obecności. Bawiłam się samą koncepcją mordercy. Niektórzy czytelnicy nie zrozumieli tego mówiąc, że zgadli kto jest mordercą. W ogóle nie zauważyli, że pod koniec książki jest więcej niż jeden morderca.

     Każda z postaci skrywa jakiś mroczny sekret. Są indywidualnościami, którym przez przypadek przyszło żyć w tym samym miejscu. To dlatego decydują się na współpracę?

    Tak – pod koniec wszyscy mają dużo do stracenia robiąc inaczej (przepraszam, staram się unikać spoilerów) – i jedna osoba w grupie stara się tak manipulować tym faktem żeby osiągnąć swój cel. Ale już w tym momencie, ze względu na instynkt Vesty i talent do tworzenia społeczności, kiedy przychodzi kryzys,to między nimi istnieją już relacje, które powodują, że są bardziej skorzy do chronienia się nawzajem. Gdy już przeszli razem przez próbę ognia, to ich więzi – choć woleliby żeby to nigdy nie miało miejsca – stają się mocniejsze.

    Kto jest Pani ulubionym bohaterem? Dla mnie Cher jest postacią, z którą sympatyzuję najbardziej.

    Tak naprawdę są dwie. Choć wydaje się, że śledzimy Collette, to dla mnie tak naprawdę historia Cher i Vesty jest najciekawsza. Te dwie osoby, które los pozbawił tego, czego naprawdę potrzebują czyli rodziny, poprzez ciemność odnajdują drogę do siebie i do nieortodoksyjnej wizji happy endu – albo przynajmniej szczęśliwego nowego początku. Bardzo je obie pokochałam kiedy je pisałam. Są duszą tej książki.

    Sądzi Pani, nie licząc przykładu, który podała Pani na początku, że taka fabuła nadal jest możliwa w realnym świecie? Ludzie potrafią ze sobą współpracować przy okazji śmierci ich wroga, ukryć jego ciało, itd.?

    Podejrzewam, że dzieje się tak cały czas. Nie śledziłam ostatnio statystyk osób zaginionych w Wielkiej Brytanii, ale kiedy ostatnio je przeglądałam, to każdego roku tysiące ludzi po prostu rozpływa się w powietrzu. Myślę, że wielu z nich, mimo bardzo daleko posuniętej inwigilacji elektronicznej, przeprowadza się do nowego miasta, zmienia nazwisko, ale przecież nie wszyscy. Zwłaszcza na niższych szczeblach drabiny ekonomicznej, gdzie ludzie żyją w większości za gotówkę, można łatwo zostać pominiętym. I szczerze mówiąc, jeżeli nie ma kto zrobić zamieszania, to policja jest szczęśliwa mogąc uznać, że to co wygląda na wypadek albo samobójstwo faktycznie nim jest. To jest bardzo smutne, ale prawdziwe i myślę, że była to jedna z tych rzeczy którą chciałam omówić w książęce. Każdy w tym domu mógł zniknąć, a reszta by się tym nie przejęła.

    Jak możemy opisać Thomasa, który jest cichym spokojny, ale tak naprawdę skrywa największy sekret?

    Samotny. Jest bardzo samotnym człowiekiem. To nie samotność powoduje usterkę w funkcjonowaniu mózgu i sprawia, że robi to co robi, ale ona z pewnością „karmi” jego działania. Podczas gdy Vesta równie mocno cierpi z powodu samotności, jej reakcją jest znalezienie sposobu by dawać miłość, a nie tak jak w jego przypadku znajdować sposoby by kimś zawładnąć. Ale każdy człowiek jest inny i nikt nie jest w 100% dobry albo zły, dlatego sprawiłam, że Thomas uratował Cher. Dennis Nilsen był niezmordowanym bojownikiem o prawa pracowników. Był powszechnie szanowany przez swoich kolegów. Poczynania niektórych znanych seryjnych morderców były wielkim szokiem dla ich oddanych rodzin.

    Strzelam w ciemno. Jest Pani fanką serialu „Dexter”.

     Tak! I książki też uwielbiam. Najbardziej lubię w nich to, że są takie zabawne, pełne czarnego humoru. Również „Most nad Sundem”, który jest moim ulubionym serialem. Można naprawdę zgłębić bardzo mroczne tematy, jeśli dorzuci się trochę komedii, przynajmniej takiej subtelnej komedii wynikającej z irracjonalnego myślenia – nawet Stephen King to robi od czasu do czasu.

    alex-marwood-author-picOdbiegając nieco od książki, dlaczego zdecydowała się Pani na pisanie pod pseudonimem?

    Wydałam cztery książki pod własnym nazwiskiem, ale moja pierwsza, która została bestsellerem, została wydana jako literatura kobieca. I choć z książki na książkę moje historie były coraz mroczniejsze, to ciągle byłam pisarką kobiecą, a niestety ciągle jest dużo snobizmu jeśli chodzi o gatunki literackie czytane przez kobiety. Wielu moich znajomych uprawia ten gatunek z dużymi sukcesami i bardzo szanuję ich pracę, ale kiedy twój wydawca odwraca się i mówi „to nie pasuje do okładki, którą wymyśliliśmy”, to wiesz, że doszłaś do końca drogi. Wybrałam Alex Marwood, bo chciałam żeby nie było wiadomo czy to mężczyzna czy kobieta. Moje własne imię, Serena, było zdecydowanie częścią problemu. No i Marwood jest zdecydowanie łatwiejsze do prawidłowego wymówienia niż moje nazwisko, Mackesy, które jest irlandzkie i sprawia różnorakie problemy angielskim mózgom. To nazwisko mojej praprababci. Pochodziła z domu w północnej Anglii, w którym jej rodzina została odnotowana już w Domesday Book, który był pierwszym spisem ludności od upadku Imperium Rzymskiego, została napisana w 1086 roku. Ciągle tam mieszkają – po tysiącu lat. 

    Co sprawia, że historia jest dobra, że książka wciąga?

    Szczerość, uczciwość wobec bohaterów i zrozumienie decyzji, które podjęliby w sytuacjach, w których ich stawiasz. Nie musisz lubić tych bohaterów ani im współczuć, ale muszą cię interesować. W zasadzie mówię, że „postać” jest najważniejsza. O, i nie oszukiwanie w zakończeniu. Nie musisz pięknie wykończyć każdego wątku i zaserwować sprawiedliwości na talerzu. Ale musisz mieć dobre rozwiązanie. I nie wprowadzać kogoś, kogo nie było przez całą książkę jako winowajcę.

    Nie mogę nie spytać o wynik wyborów w USA. Zaskoczenie?

    O Boże, to jedno z tych pytań, które mogą być podstawą książki. Jestem tym głęboko poruszona, ale jestem też poruszona różnymi politycznymi wydarzeniami na całym świecie. Teraz, kiedy minęło już kilka dni, ochłonęłam i mogłam się nad tym zastanowić, okazuje się, że jestem bardzo zmartwiona z różnych powodów. Aktualnie czytam książkę psychologiczną z 2000 roku o sektach politycznych i o tym, jak działają. Wydaje się dla mnie jasne, że zarówno lewica jak i prawica pogrążyły się w sekciarskim zachowaniu. Prawica, przynajmniej w Ameryce, jest pod ogromnym wpływem Kościołów Ewangelickich, które mają okropne poglądy, ale nie bardziej okropne niż ekstremistyczny Islam. Zakłócenia spowodowane globalizacją i światowy kryzys spowodowały, że wielu ludzi szuka odpowiedzi, które jeszcze nie istnieją. A ludzie lubią mieć pewność, ponieważ lubią upraszczać sprawy, więc w niepewnym świecie wszyscy poczuli się podatni na te wszystkie zmiany. „Paranoja,” mówi książka, „jest najbardziej podobna do mechanizmu perpetuum mobile.” I to, wziąwszy pod uwagę paranoję, którą wzbudził Trump w swojej kampanii, jest istotą problemu. Ale lewica też odniosła się do tego trendu głosząc „kto się z nami nie zgadza jest zły”, co zostawia nas z niczym. Mam poczucie obezwładniającego strachu. Staram się mieć to pod kontrolą, zachęcać do dialogu i rozmowy, a nie do wyzwisk i krzyków.

    zdjęcie główne: David Dipert/Unsplash.com

  • „Barcelona jest stolicą hiszpańskiego kryminału”. Przygotujcie się, nadchodzi „Dar języków”.

    Dar języków” ukaże się w Polsce w przyszłym tygodniu. Kilka dni przez premierą spotkałem się z Rosą Ribas, współautorką książki. Rozmawiamy o Barcelonie, dziennikarstwie, które odgrywa w książce bardzo ważną rolę, ale też  Eduardo Mendozie czy sytuacji kobiet w czasach dyktatury Franco. Przygotujcie się na premierę jednego z najciekawszych tytułów tego lata, a kto wie, może i całego roku. Kubek herbaty w dłoń i smakujcie wywiad z Rosą Ribas.

    1944Barcelona jest równie wdzięcznym miejscem do umiejscowienia w niej fabuły kryminału jak Sztokholm czy Berlin?

    Uważam, że wszystkie miasta stanowią dobre miejsce dla umiejscowienia akcji kryminału, ponieważ każde miasto ma jakąś mroczną część. Barcelona to miejsce szczególnie atrakcyjne, ponieważ to miasto pełne kontrastów. Co więcej, to miasto portowe, a miasta portowe mają to do siebie, że życie płynie w nich w szczególny sposób. To miasto, w którym mieszkają ludzie bardzo bogaci i ludzie bardzo biedni. To miasto, w którym dużo się dzieje. I zarówno z dzielnicami bogatymi jak i biednymi związane są rozmaite mroczne historie, historie o przemilczanych zbrodniach. Z tego właśnie powodu uważam, że Barcelona mogłaby być wręcz hiszpańską stolicą powieści kryminalnej.

    Ma Pani wrażenie, że Ana Martí jest takim brzydkim kaczątkiem? Na początku nikt jej nie docenia, koledzy z niej drwią, a potem pokazuje pełnie swoich umiejętności i bezbłędnie łączy fakty w trudnym śledztwie. Później dołącza do niej Beatriz, ale to jednak Ana jest główną bohaterką książki.

    Bardzo podoba mi się porównanie z brzydkim kaczątkiem. Ana Martí jest kobietą żyjącą w latach 50. i z tego powodu musi borykać się z dominacją mężczyzn, przy czym mówimy tu o dominacji na wiele większą skalę, niż ta, z którą mamy do czynienia obecnie. Widzimy, że Ana Martí jest ambitna, inteligentna i wiele potrafi, ale żyje w epoce, w której popularny jest pogląd, że kobieta nie powinna wykorzystywać żadnej z tych cech. W momencie, kiedy Ana zaczyna pokazywać, na co ją stać, to rzuca się to jeszcze bardziej w oczy, bo do tej pory wiele osób starło się przeszkodzić jej zdobyciu jakiejkolwiek pozycji w dziennikarskim światku. Koniec końców udaje się jej dowieść swojej wartości, ale zdradzę, że poprowadziłyśmy fabułę w ten sposób, że w drugiej części, w momencie, kiedy udaje jej się rozwinąć skrzydła spotyka ją za to kara. Dopóki jej rola ogranicza się do relacjonowania towarzyskich błahostek wszystko jest w porządku, jednak w momencie, kiedy pokazuje, że jest równie dobra, a nawet lepsza od swoich współpracowników spotyka się z niechęcią. Ale bardzo podoba mi się porównanie bohaterki do brzydkiego kaczątka. Nawiąże do tego w kolejnych wywiadach.

    Nawiązała już Pani do kolejnego pytania, które chciałem zadać. Jak potoczą się dalsze losy Any i Beatriz? Planują Panie kontynuację?

    Dar języków to pierwsza, niezależna część trylogii w całości osadzonej w Hiszpanii lat 50. W kolejnych tomach z jednej strony obserwujemy jak rozwija się sytuacja społeczna w kraju rządzonym przez Franco, a z drugiej strony śledzimy losy Any, początkowo debiutującej dziennikarki, która z biegiem czasu zdobywa uznanie i pozycję. Akcja drugiej powieści rozpoczyna się w roku 1956, Ana jest doświadczoną dziennikarką, z Barcelony przeniosłyśmy ją na wieś. Ana trafia do nowego środowiska, środowiska silnie religijnego i pełnego przesądów. Tym razem Ana jest sama w górskiej wiosce, nie może liczyć ani na pomoc Beatriz, ani Isidro. W ostatniej książce, której hiszpańska premiera planowana jest na wrzesień bieżącego roku, Ana powraca do Barcelony. Mamy rok 1959. W tej części ważną rolę odegrają przybywający do miasta amerykańscy marynarze i zderzenie zamkniętego hiszpańskiego społeczeństwa czasów dyktatury Franco ze tym, co trafiło do Hiszpanii na pokładach wielkich amerykańskich statków. I mam tu na myśli zarówno idee polityczne, jak i rzeczy trywialne takie jak guma do żucia czy coca-cola.

    Są momenty w książce, które wywołają u czytelników uśmiech, np. historia Pepe Pająka oraz Carminy Orozco. Momentami ten humor przypominał mi styl pisania Eduardo Mendozy. Zgodzi się Pani?

    Jestem wielką fanką Eduardo Mendozy, który reprezentuje to, z czego śmiejemy się w Barcelonie i faktycznie ten rodzaj humoru jest w jakiś sposób zaraźliwy. Napisałam książkę, która nosi tytuł La detective miope [Krótkowzroczna detektyw] i wiele osób zwróciło mi uwagę na to, że to jest Mendoza w kobiecym wydaniu. To dla mnie ogromne wyróżnienie. Trudno mi sobie wyobrazić literaturę, niezależnie od tego jak poważne porusza ona tematy, która byłaby całkowicie pozbawiona elementów humorystycznych, choćby czarnego humoru, najbardziej adekwatnego w przypadku Hiszpanii lat 50.

    Czy zna Pani EM osobiście?

    Tak, znamy się i nawet raz, w Frankfurcie, miałam przyjemność tłumaczyć jego wystąpienie. I choć było to bardzo trudne, bo przełożenie na inny język humoru Mendozy stanowi spore wyzwanie, to było to cudowne doświadczenie.

    Czy rzeczywiście praca policjanta dochodzeniówki, „to jak praca szambiarza – prędzej czy później człowiek wyciągnie gówno”?

    Dobrze pamiętam zdanie, do którego Pan nawiązuje. Podzielam tę opinię w stu procentach. Policjanci często badając jedną sprawę, natrafiają na okropności, rzeczy o wiele gorsze, niż te, które spodziewali się znaleźć. Ale nie podzielam opinii Isidro Castro, że każdy jest potencjalnym przestępcą, że wszyscy są źli, i wszystkich należy kontrolować.

    Bardzo ważną rolę w książce odgrywa dziennikarstwo i media. Jak Pani ocenia kondycję prasy hiszpańskiej, niemieckiej, europejskiej?

    Jak chodzi o sytuację w Hiszpanii, gdzie niedawno wprowadzono nowe ustawodawstwo, określane mianem ley de la mordaza – prawo do kneblowania, to przeraża mnie i martwi mnie fakt, że pomimo tego, że napisałyśmy powieść, której akcji osadzona jest w przeszłości, to porusza ona tematy, które nie straciły wcale na aktualności. Wielu dziennikarzy w Hiszpanii twierdzi, że niewiele się zmieniło. W pewnych sytuacjach dziennikarze poddawani są nie tyle naciskom politycznym, co naciskom ze strony grup biznesowych, do których należy gazeta, w której pracują. I nie mogą w związku z tym ujawniać określonych informacji czy pisać o pewnych skandalach. W Niemczech sytuacja wygląda inaczej, bo prasa jest bardziej niezależna i ma silniejszą pozycję, ale też zdarzają się sytuację, w których próbuje się prasę cenzurować czy nie dopuszczać do publikowania określonych treści, ale istnieje większe możliwość sprzeciwiania się temu. Obecnie w Hiszpanii wzrasta znaczenie się niezależnych mediów, niemających powiązań z biznesem, które dysponują własnymi dziennikarzami i starają się publikować nieocenzurowane informacje. W moim odczuciu ta niezależność pozwala na uprawianie prawdziwego dziennikarstwa, dziennikarstwa takiego, jakie powinno ono być.

    Exif_JPEG_PICTURE
    Sabine Hofmann i Rosa Ribas

    Jak to jest pisać książkę w parze? Gdy rozmawiałem z Monsem Kallentoftem, który pisze książki również z Markusem Luttemanem, to mówił, że współpraca, wbrew obawom, przebiegała perfekcyjnie. U Was jest jednak ta różnica, że Pani jest Hiszpanką, a Sabine Hofmann, Niemką.

    Samo pisanie jest o wiele trudniejsze. Napisałyśmy trzy książki i w przypadku każdej z nich zastosowałyśmy inną metodologię. W Darze języków dzieliłyśmy się równo pracą w każdej fazie pisania, od nakreślenia zarysu fabuły i postaci, przez pisanie, korekty. Wszystko robiłyśmy obydwie. Z tego względu w powieści pojawia się wiele postaci mówiących własnym głosem, mających własny punkt widzenia. Dzięki temu mogłyśmy zadecydować, kto będzie zajmował się konkretnym rozdziałem. Ja pisałam po hiszpańsku, a Sabine po niemiecku. Potem gotowe rozdziały przesyłałyśmy sobie wzajemnie i każda z nas komentowała rozdziały przygotowane przez tę drugą, co oczywiście rodziło najwięcej konfliktów. Pisząc w ten sposób, koniec końców uzyskałyśmy cały tekst, który był częściowo po hiszpańsku, a częściowo po niemiecku, więc tak naprawdę była to książka dwujęzyczna. Następnie każda z nas przetłumaczyła fragmenty napisane przez tę drugą. Faza tłumaczenia była bardzo ciekawa, ponieważ w momencie, kiedy tłumaczy się książkę, jest się jej najbardziej krytycznym czytelnikiem, a tekst jest najmocniej filtrowany. Na tym etapie wiele rzeczy się eliminuje, wiele zmienia i wiele poprawia. Uzyskałyśmy tekst po hiszpańsku i po niemiecku. Nie można powiedzieć, że któryś z nich był oryginałem, drugi tłumaczeniem. Obydwa były oryginałami. Ostatnia faza polegała na tym, że ja wzięłam tekst hiszpański, zapomniałam o istnieniu Sabine i ponownie zajęłam się pracą nad tekstem, tak jakby wersja niemiecka nie istniała. Sabine zrobiła to samo. Wszystko po to, żeby czytelnik nie był w stanie powiedzieć, która część była napisana przez kogo. To oczywiście oznaczało ogrom pracy. Spędziłyśmy trzy i pół roku pisząc tę książkę, a po jej zakończeniu stwierdziłyśmy, że warto jednak zmienić metodę. Szukałyśmy rozwiązania najbardziej produktywnego. Skupiłyśmy się na części najbardziej abstrakcyjnej tzn. wymyślaniu fabuły. To robiłyśmy w dwójkę, samym pisaniem zajęłam się ja. Stąd Dar języków to książka na cztery ręce, natomiast druga część, El gran frío [Wielki chłód], to książka na dwie głowy. Tak jak mówiłam, ja napisałam prawie wszystko, Sabine jedynie parę rozdziałów po to, żeby być przez cały czas na bieżąco z naszą historią. Sabine była ze swojej strony przygotowała swoje uwagi do całego tekstu i odpowiednio go przeredagowała. To rozwiązanie okazało się o wiele szybsze. W przypadku ostatniej części plan nakreśliłyśmy wspólnie, ja napisałam wszystko, Sabine podobnie jak ostatnio zredagowała tekst. Pisanie w dwójkę jest doświadczeniem bardzo wzbogacającym, ale jednocześnie wymaga dużo więcej pracy niż pisanie samemu. Pisanie w dwójkę jest też procesem bardzo kreatywnym i w ten sposób rodzą się nowe pomysły. Przykładowo: ja miałam pomysł A, Sabine pomysł B, w ten sposób powstawał pomysł C, który nie zrodziłby się nigdy gdyby nie pierwsze dwa pomysły.

    Dar języków”, pod takim tytułem została w Polsce wydana książka. To wskazówka dla czytelnika…właśnie, jaka?

    Dar języków to książka, w której bohaterki to kobiety słowa. Słowa stanowią ich jedyną broń. Język i literatura to narzędzia, dzięki którym są w stanie odkryć, co się właściwie dzieje, i które są ich ratunkiem w momencie, gdy zagrożone jest ich życie. Można powiedzieć, że powieść zawiera w tle przesłanie, a tym przesłaniem jest konieczność przywrócenia znaczenia literatury i języka. Powieść opowiada o dwóch kobietach, które posiadają dar słowa, dar języków i to stanowi ich super moc. I jednocześnie dar języków to coś, co napędza tę powieść.

    Jak podoba się Pani okładka polskiego wydania?

    Bardzo mi się podoba, jest jednocześnie i tajemnicza i glamour. Ma w sobie tę mroczność Barcelony lat 50. Podoba mi się, że na pierwszym planie znajduje się kobieta, bo książka opowiada o dwóch silnych kobietach. I chociaż bohaterki żyją w latach 50., nie są anachroniczne, są niezwykłe, a kobieta na okładce sugeruje, że książka jest o kobietach niezwykłych i silnych. Chyba widać, że mi się podoba!

    Dziękuję!

    Tłumaczyła z hiszpańskiego: Anna Slotorsz

    Zdjęcia: Wydawnictwo Sonia Draga.

    Specjalne podziękowania dla Art Hotel Wrocław za udostępnienie pomieszczeń do zrealizowania wywiadu.